Na medycznej ścieżce. Polio czyli choroba Heinego- Medina.

Gdy pracowałam w Oddziale Neuroinfekcji, od razu pokazano mi żelazne płuco. Było chlubą oddziału, mimo, że teraz już służyło jako eksponat. To ponure metalowe urządzenie stało w tzw . kocowalni. To pomieszczenie napawało lękiem i szacunkiem.  

W tym szpitalu leczono większość dzieci chorujących na polio. Szpital był jedynym w Warszawie, w którym były hospitalizowane. Opowiadano o straszliwej epidemii lz lat pięćdziesiątych i mniejszej ale równie dramtycznej liczbie zachorowań w latach sześćdziesiątych ubiegłego teraz wieku.

I właśnie wówczas, wobec częstych porażeń mięśni oddechowych jedynym ratunkiem było wspomaganie ich funkcji tzw. żelaznym płucem. Po usilnych staraniach udało się zdobyć ten sprzęt , który oddychał za dziecko , pozwalał przetrwać ten najbardziej niebezpieczny okres choroby . Uratował setki dzieci. Część z nich jednak wyszła z porażeniami mięśni kończyn, co możemy jeszcze widywać wśród poruszających się obok nas dorosłych.

Po wprowadzeniu szczepień choroba zaczęła zanikać.

Jednak widziałam i to nierzadko, chorujące na polio dzieci. Wówczas jeszcze szczepiono dzieci, dość późno, bo wówczas, gdy ukończyły ósmy miesiąc życia.

W ramach powikłań poszczepiennych czasem zdarzały się zachorowania ale zwykle łagodne, a  porażenia były  przemijające . Większość tych dzieci cierpiało na pierwotny niedobór odporności, zwłaszcza w zakresie immunoglobuliny A. To ona, jako jedyna,  działała obronnie na powierzchni jelit. A właśnie w tym miescu dochodziło do wnikania wirusa. Wtedy już o tym wiedziano i wszystkie chorujące dzieci miały wykonywane badania w tym kierunku i dalej były objęte opieką immunologów.

Ale zdarzały się wypadki, że od dziecka szczepionego zarażało się inne, młodsze, jeszcze nie szczepione. Wirus, który był wydalany z kałem dziecka po szczepieniu, ulegał  zezłośliwieniu i miał silne działanie chorobowe.

Nie zapomnę Marty P. ( też pamiętam db nazwisko). Była silnym pięknym trzymiesięcznym niemowlęciem. Jej mama , chcąc zarobić, opiekowała się także ośmiomiesięcznym chłopcem sąsiadów. Ten chłopiec właśnie otrzymał wg planu szczepionkę i wkrótce potem zachorowała jej córeczka- Marta. Niestety pomimo bardzo intensywnych naszych działań, całkowite porażenie obu nóżek, sięgające od bioder do najmniejszego paluszka nie cofało się. I chyba nie było już szans na wyzdrowienie. Nie wiem jakie były dalsze losy tej dziewczynki, ale można sobie wyobrazić.

Po kilkunastu takich przypadkach dr Czachorowska podjęła walkę o zmianę kalendarza szczepień. I wreszcie został on zmodyfikowany, tak, że aktualnie  szczepionkę otrzymują maleńkie niemowlęta. W tym okresie życia jeszcze nie zdążą się skontaktować z innymi, świeżo zaszczepionymi i zrazić wydalanym przez nie przepasażowanym, dzikim, bardzo złośliwym wirusem….

Na medycznej ścieżce. Eryk…

To był drugi przypadek, gdy byłam lekarzem bezpośrednio opiekującym się chorym a on umarł..

Nie zapomnę pierwszego razu.

Otóż w oddziale neuroinfekcji przebywało dziecko Eryk Ł.( celowo nie podaję nazwiska, pomimo, że pamiętam ). Chłopiec miał ponad rok, ale był znacznie opóźniony w rozwoju psychoruchowym- nawet nie siadał i właściwie nie było z nim żadnego kontaktu. Miał nieustannie napady drgawkowe, które jakoś dawało się opanowywać. Szczegółowa diagnostyka nie przyniosła rezultatów, nie rozpoznano choroby metabolicznej ani genetycznej. Zresztą w tamtych czasach zakres wykonywanych badań był niewielki, dopiero później rozwinęła się bardziej szczegółowa diagnostyka .

Na moim drugim dyżurze, po pamiętnym pierwszym, izbowym, gdzie nic się nie działo, tym razem miałam co robić. Dlatego czas mijał szybko, adrenalina znajdowała ujście w akcji i zbliżał się poranek. Gdy weszłam do sali gdzie leżał Eryk (dokładnie pamiętam gdzie znajdowało się jego łóżeczko,  jak był w nim ułożony, jak wyglądał ) , zauważyłam, że wpadł on w stan drgawkowy. Rzuciłam się do działania. Jednak pomimo szybkiej reakcji, po chwilach spokoju, drgawki się powtarzały. Nagle przestał oddychać, i pomimo natychmiastowej reanimacji dziecko zmarło. Trzymałam to maleńkie ciałko w ramionach i już nic nie mogłam zrobić.

Na porannym raporcie zaczęłam czytanie sporządzonego opisu tego wydarzenia, ale łzy zalewały mi oczy. Jakoś doczytałam do końca, po czym zerwałam się z krzesła i ze szlochem wybiegłam z gabinetu dyrektora .

Gdy wróciłam do oddziału, była tam już ordynator dr Monika Czachorowska. Zabrała mnie na korytarz i długo uspokajała. Wówczas zapamiętałam jej słowa- pani Zosiu, gdzieś tam, daleko siedzą Parki i przędą nić żywota. Gdy uznają za stosowane, biorą do ręki nożyczki i przecinają…nic więcej nie mogła pani zrobić, by uratować to dziecko.

Następnego dnia dotarłam do mojego szpitala. Po przebraniu się powędrowałam do oddziału. Pod drzwiami  siedzieli młodzi ludzie z pękiem różnokolorowych goździków. Nie znałam ich, ale podeszli do mnie i złożyli podziękowanie za to, co robiłam dla ich syna. Byli to rodzice zmarłego Eryka….

 

Na medycznej ścieżce. Śmierć w Izbie Przyjęć.

Jeden raz  tylko doświadczyłam w Izbie Przyjęć  bezpośredniej osobistej tragedii. Otóż równocześnie   przywieziono kilkoro dzieci z Domu Dziecka.

Zajęłam się badaniem pierwszego, inne wyglądały na oko nieźle .

 I  nagle odruchowo spojrzałam w głąb materiałowego kojca, gdzie zwyczajowo wkładano dzieci, które nie miały opiekuńczych ramion rodziców,  by były tam bezpieczne i zauważyłam że ono jest jakoś bardzo podejrzanie spokojne .

Rzuciłam się w jego kierunku, jeszcze było ciepłe, ale nie oddychało. Podjęłyśmy próbę reanimacji, która okazała się nieskuteczna.

Serce miałam ściśnięte z bólu i rozpaczy. Ale niestety niczego już nie mogłam zrobić. Stało się, choroba była silniejsza od nas. A może, jak sobie powtarzałam słowa dr Czachorowskiej- to Parki, które przędą nić życia, wzięły swoje nożyce i przecięły tę nić.

Później musiałam napisać szczegółowy raport z tej sytuacji.

Zgon w Izbie Przyjęć, podobnie zresztą jak w karetce był nadzwyczaj wnikliwie analizowany. W tych miejscach nie powinno to się zdarzać.

Więc dochodzenie było szczegółowe, najpierw przed zespołem szpitala a potem jeszcze wyjaśnienia pisemne wysyłane do odpowiednich placówek oceniających. Wiem, że zeznawali w tej sprawie także lekarze z tego domu dziecka, którzy kierowali do nas, a także my. Na szczęście nie było to dochodzenie prokuratorskie, ale było bardzo szczegółowe i wnikliwe. Nie uznano winy żadnego z lekarzy.

Kosztowało mnie to sporo emocji , tym bardziej, że miałam to dziecko w swoich dłoniach i nie potrafiłam…

Na medycznej ścieżce. Tłok w Izbie Przyjęć.

Zdarzało się, że do Izby Przyjęć przybywało jednoczasowo  więcej dzieci .

Przychodzili rodzice, przyjeżdżały karetki. Bywało , że niewielki korytarzyk był cały wypełniony ludźmi. Na szczęście nigdy nie zdarzyły się w czasie moich dyżurów awantury, ludzie spokojnie czekali, widząc, że się miotamy.

 Może takie były czasy, spokojniejsze ogólnie, ludzie byli mnie roszczeniowi, albo po prostu ja miałam szczęście…

Źle napisałam, my personel Izby Przyjęć nie miotaliśmy się, działaliśmy  planowo, z rozmysłem . Pani pielęgniarka ogarniała swoim niezwykłym instynktem całość, potem i ja nauczyłam się błyskawicznie oceniać stan dziecka i segregować , wybierać te najcięższe, by miały od nas pomoc jako pierwsze. Nie było to łatwe. Tym bardziej, że przywożono do nas dzieci z innych szpitali, z klinik specjalistycznych, gdy tam zachorowały na jakąś chorobę zakaźną- najczęściej biegunkę. Były więc dzieci z cukrzycą , wadami serca, białaczkami. Często przyjeżdżało ich kilka, gdyż choroba zakaźna rozprzestrzeniała się szybko w ich oddziałach.  Można się domyślić, że ich podstawową chorobą pogarszała ta dodatkowa, zakaźna….pogarszała i tak zwykle ciężki stan ogólny tych dzieci.

Na medycznej ścieżce. Sprawność i skuteczność dr Madejczyk.

Muszę w tym miejscu jeszcze bardziej się cofnąć  w czasie, ale ta historia też wiąże się z moją ukochaną dr Madejczyk. 

Kiedyś miałam dyżur, jeden z pierwszych w tym szpitalu.

Jak zwykle dyżurowałam na Izbie przyjęć, gdyż tam kierowano młodych lekarzy , coby zbierali doświadczenia. Przywieziono tam dziecko z napadem drgawkowym , z którym nie umiałam sobie poradzić, Wiedziałam, jakie stosować leki, pomagała doświadczona pielęgniarka, ale efektu nie było widać.

W tym momencie wniesiono do Izby Przyjęć kolejne gorączkujące  dziecko z biegunką . Wyglądało na szczęście nie najgorzej, więc poprosiłam rodziców, by chwilę poczekali. Jednocześnie na moją prośbę pielęgniarka już dzwoniła do oddziału, gdzie była dr Madejczyk, która ze mną dyżurowała. Po połączeniu nieomal rozpaczliwie zawyłam  do  słuchawki prosząc o  pomoc . Chyba jednak nie zawyłam, bo nie miałam takiego zwyczaju, zawsze potrafiłam się opanować, ale ogólnie sytuacja była niewesoła. Dr Madejczyk najspokojniej w świecie oznajmiła, że właśnie reanimuje dziecko oddziałowe, ale żebym natychmiast przybiegła z tym moim, drgającym do niej.

Moje drgające dziecko w tym momencie się uspokoiło, widać zadziałały podawane leki, ale wymagało jakiś kolejnych działań.

Wysłałam pielęgniarkę z tym już uspokojonym drgającym przedtem dzieckiem na drugie piętro do głównego gmachu, gdzie działała dr Madejczyk . Ponoć zadecydowała, by położyć to dziecię w nogach reanimowanego i  przejęła stery. Na szczęście jej działalność była skuteczna, o czym się dowiedziałam kilka godzin później . … życie dyżurowe było zwykle spędzane w ogromnym pędzie, wyciskało ze mnie emocje jak cytrynę, do suchości, wszystkiego brakowało- rąk, nóg, mózgu, czasu…

Na medycznej ścieżce. Dwie Zosie.

Doktor Zosia Madejczyk miała jedyną córkę , oczywiście też Zosię . Dziewczyna była bardzo zdolna. Ukończyła matematykę na Uniwersytecie Warszawskim i z chłopakiem , też matematykiem, wyjechała za ocean. W Stanach prawie natychmiast dostała ciekawą pracę. Amerykanie słynęli z tego i nadal słyną, że mają dar wyłapywania młodych talentów i dają im szansę. Może nie wszyscy tego doświadczają, ale znam bardzo wielu ludzi, którym się udało zatrudnić się w zawodzie i nawet zrobili tam kariery.

Doktor Madejczyk z mężem, też lekarzem, bardzo przeżywali wyjazd córki i za nią tęsknili. Zosia miała niewielką kawalerkę w sąsiadującym z nami bloku. Kiedyś dr Madejczyk zaprosiła mnie bym razem z nią tam wstąpiła. Pewnie chciała wywietrzyć mieszkanie, albo sprawdzić czy rury nie przeciekają a przy okazji pokazać jak fajnie jest urządzone to mieszkanko. Z niejakimi oporami tam poszłam, bo nie lubiłam odwiedzać cudzych mieszkań. Ale warto było. Maleńkie mieszkanko było urocze, zwracały uwagę ramy okienne pomalowane chyba na żółto. W tamtych przaśnych czasach lat 70 ubiegłego wieku było to zadziwiające. Maleńka łazieneczka nie mieściła umywalki, więc ulokowano  ją w bardzo dziwnym miejscu, bo podwieszoną pod sufitem . Gdy była potrzeba, by z niej skorzystać, należało stanąć na desce klozetowej i pociągnąć za sznur. Wówczas umywalka majestatycznie zjeżdżała w dół i nie schodząc na podłogę można było umyć ręce.

 Potem, po śmierci mojej doktor, widywałam jej męża, gdy kroczył do kawalerki Zosieńki. Ale nie śmiałam pytać o losy córki, zresztą po co? 

    Ostatni raz widziałam doktor Zosię w jej mieszkaniu. Już było wiadomo, że ciężko choruje i jest bez szans. Wybrałam się do niej, mieszkała w sąsiedztwie ,  po drugiej stronie ulicy Broniewskiego. Powitała mnie serdecznie, potem przycupnęła na brzegu krzesła, jak zawsze lekka i prosta jak piórko i ledwie łapiąc oddech, uśmiechała się, wypytywała co u mnie i zachowywała się tak, jakby było to normalne towarzyskie radosne spotkanie….Pożegnałyśmy się serdecznie.

Teraz widzę jej zwiewną sylwetkę, rozżarzone bardzo błękitne oczy , porozumiewawczy szelmowski w nich uśmiech i słyszę jak coś opowiada swoim cichym , niskim , zmatowiałym głosem przerywając opowieść w ważnych momentach  znaczącym delikatnym chrząknięciem.

Zachowałam Ją i jej uśmiech.

Uśmiech małej dziewczynki ufnej i niewinnej.

Pokochałam ją od pierwszego spotkania. Nie można  było Jej nie pokochać.

Bezkrytycznie, szczerze i na zawsze…

Na medycznej ścieżce. Doktor Zosia.

Dr Madejczyk, zdjecie nr 1 -001.jpg Dr Zofia Madejczyk ( z mężem) z wizytą u dzieci. Pensylwania, wczesne lata 80 XX wieku. Dziękuję córce pani doktor- Zosi- za udostępnienie rodzinnego zdjęcia.

 

 

W narracji celowała dr Zosia Madejczyk. W jej rodzinie wszystkie kobiety otrzymywały imię Zofia. Tak więc jej prababcia, babcia, wszystkie ciotki i mama oraz córka nosiły to imię.

Nasza Zosia była wspaniałą kobietą. Miała posturę drobną i prawie suchą jak szczapka. Za to emanowała energią , aktywnością  i pogodą ducha. Wpadała do dyżurki  z bardzo tajemniczą miną, wytrzeszczając niewinnie wielkie, niebieskie oczęta, chowając coś za plecami. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że ukrywa tam zapalonego papierosa, gdyż była spowita wielką chmurą dymu. Ona zaś udawała, że to nie ona trzyma papierosa za plecami i że w ogóle nie wie o co chodzi. Niestety, w późnych latach 80 zmarła z powodu raka płuc, już po moim odejściu. W czasie, gdy ją poznałam, była zdrowiutka i pełna  sił witalnych. Opowiadała o swoim udziale w Powstaniu Warszawskim i późniejszym pobycie w obozie  koncentracyjnym w Ravensbruck, gdzie była królikiem doświadczalnym. Leżała na wspólnej pryczy z dziewczyną, która przytulona do niej umierała na gruźlicę. Ale dr Madejczyk  nie zachorowała a nawet nie miała żadnych śladów w płucach które mogłyby świadczyć o przebyciu  gruźlicy .

To ona organizowała tajne spotkania na Powązkach , 1 sierpnia, w rocznicę Powstania. W przeddzień tego wydarzenia , z tajemniczą miną , szeptem oznajmiała, że spotykamy się tam gdzie zawsze. Oczywiście uległam magii tego dnia i chodziliśmy tam , by zapalić świeczkę i położyć maleńki kwiatek na grobie powstańców a także na poletku, zaklęśniętym niewielkim terenie, który był symbolicznym grobem tych, którzy zginęli w Katyniu. W tamtych czasach o tej zbrodni sowieckiej w ogóle mówić nie było wolno. Ponoć czasami milicja urządzała naloty na Powązki i organizowała spektakle aresztowania kogoś z zebranego potajemnie tłumu. Nie byłam świadkiem takiego wydarzenia, ale wiedziałam, że tak może być. Wieczorem oglądałam z ósmego piętra naszego żoliborskiego bloku, gdzie mieszkaliśmy, jaśniejące niebo od światełek na  Powązkach. 

Zaglądaliśmy też na żoliborską ulicę Suzina, gdzie przy istniejącym wtedy kinie Tęcza była tablica upamiętniająca wybuch Powstania Warszawskiego. Właśnie w tym miejscu wszystko się zaczęło.

 Idąc ulicą Krasińskiego, prawie na rogu ze Stołeczną- obecną Popiełuszki wdychałam fetor unoszący się nad studzienką kanalizacyjną. Nad nią też była tablica informująca, że tędy wchodzili powstańcy kierując się siecią podziemnych kanałów na Starówkę. Nie jestem pewna, ale sądzę, że te tablice powstawały tuż po wojnie, kiedy się wydawało, że Polska jest wolnym krajem. W późniejszych latach zaczął się prawdziwy stalinowski terror …

 

 

Dr Madejczyk, zdjecie nr 2 -002.jpg

 

Dr Zofia Madejczyk ( z mężem) z wizytą u dzieci. Wyprawa nad wodospad Niagara w przydzielonym płaszczu p/deszczowym. Wczesne lata 80 XX wieku. Dziękuję córce Pani doktor – Zosi- za udostępnienie rodzinnego zdjęcia.

 

 

Na medycznej ścieżce. Kawowe spotkania w dyżurce.

W moim szpitalu, zgodnie z wieloletnim zwyczajem, przerwa w pracy była zasadniczo jedna . Wówczas można było na krótko opuścić swój oddział, oczywiście, jeśli nie było innych pilnych zajęć.

Było to około godziny 11, kiedy zbieraliśmy się  we  wspólnej dyżurce lekarskiej, zlokalizowanej na parterze, na wprost wejścia . Dopiero tam można było wypić herbatę czy kawę.

Staraliśmy się tam wpadać o tej samej godzinie, by spotkać się z kolegami z innych oddziałów.

Czuliśmy się tam jak wielka zaprzyjaźniona rodzina.

Nie było zwyczaju obgadywania koleżanek czy kolegów, z czym się spotkałam w następnej pracy. Nikt się uskarżał na to co go strzyka boli etc.

Spotkania w dyżurce były z reguły burzliwe. Uwielbiałam te klimaty. Siedziałam grzecznie w drugim rzędzie za stołem- ławą. Bezpośrednio przy tej ławie siadywali starsi. Słuchałam, bo mówili starsi. Obowiązywała hierarchia  i to mi odpowiadało.

W krótkim czasie omawiano sytuację polityczną kraju, rozprawiano  otwarcie o tym, co oficjalnie podlegało cenzurze i nie wszyscy się odważali  mówić głośno. Przecież były wtedy  Polsce czasy panowania władzy komunistycznej.

Właściwie nic już nie groziło za przekazywanie takich wiadomości, jak to było w latach 50 ubiegłego wieku, czasach terroru stalinowskiego, ale ludzie byli ostrożni.

Komentowano aktualne wydarzenia polityczne, nie szczędząc słów krytyki, ale przede wszystkim mówiono o książkach tzw. drugiego obiegu, wspominano wojnę, powstanie Warszawskie , które wówczas uważano za  hańbę narodową a także opowiadano o pobycie w obozach  koncentracyjnych.

W naszym szpitalu pracowały lekarki, które walczyły w Powstaniu a potem znalazły się Ravensbruck. Była to urocza pulchna duża blondyna dr Bielecka a także chudziutka i niebywale żwawa Zosia Madejczyk.

Inna lekarka, Krystyna  Derecka wspominała , jak przemycała do getta żywność. Mur getta był tuż za naszym szpitalem, przy ulicy Złotej, równoległej do Siennej. Pod tym wielkim murem wykonano niewielkie podkopy.  Przez te dziury przedostawały się na teren getta małe dzieci i one właśnie dostarczały zamkniętym tam Żydom jakieś jedzenie. Doktor Krysia była jedną z tych małych dziewczynek. Nie wiem, czy ich rodzice wiedzieli, czy się na to godzili. Może tylko jacyś sąsiedzi dawali im zlecenia, rodzice byli zajęci pracą, więc nie wiedzieli co robią ich dzieci.

 

Na medycznej ścieżce. To co było pomiędzy Sienną i Śliską.

 

 

Artykuł z wczorajszej Gazety Wyborczej

 

 

 

 

 

 

 

Od kilku dni  przebywam duchem w niepowtarzalnej atmosferze mojego dawnego , nieistniejącego już Szpitala Zakaźnego im. Dzieci Warszawy, dawniej nazywanego od nazwisk fundatorów Szpitalem Bersonów i Baumanów.

I wczoraj, dziwnym zbiegiem okoliczności,  znajduję w Wyborczej wiersz o ostatnim dramacie dzieci żydowskich i ich opiekuna- Janusza Korczaka.

Poeta wymienia dwie bardzo mi bliskie i znajome ulice: Sienną i Śliską.

Gdy czytam, serce bije żywiej i fala wzruszenia ściska za  gardło.

Idę śladami , które zaznacza poeta.

Szukam w  necie.

Potwierdza się to, co opowiadano w moim  szpitalu, że w latach 1903- 1912 pracował tutaj Janusz Korczak. Bezpośrednio po ukończeniu studiów stawiał na Siennej swoje  pierwsze kroki w pediatrii . To niesamowite, że chodziłam tymi samymi przepięknymi szpitalnymi schodami, uczyłam się tutaj pediatrii i nieomal kontaktowałam się z  wyraźnie nadal żyjącymi  duchami…

Ale w swoim wierszu poeta wspomina o innym miejscu, także zamkniętym tymi magicznymi ulicami – Sienną i Śliską. Tam w ostatnim czasie przed ostateczną zagładą, mieścił się sierociniec  prowadzony  przez Janusza Korczaka. Stąd  wyruszył ze swoimi dziećmi w ostatnią podróż .

Obecnie  jest tam Pałac Kultury i Nauki i jedynie tablica przy mieszczącym się w nim Teatrze Lalka przypomina o dawnych czasach …

Oba odcinki tych ulic – mój, wolski i tamten- śródmiejski przedziela utworzona po wojnie oś ulicy Jana Pawła.

To zupełnie niesamowite ile stron historii, uczuć, dramatów ludzkich zamykają te dwie jakże mi bliskie  ulice Warszawy- Sienna i Śliska.

Pewnie niedługo mój stary szpital zniknie z horyzontu Warszawy.

Ocalić od zapomnienia mogę tylko tym wpisem.

Zostaną tylko słowa….nie zwyczajne i nieomal puste, ale nabrzmiałe od wspomnień i wzruszeń

Na medycznej ścieżce. To co jeszcze zostało po moim szpitalu, ale na jak długo?

Szpital im. Dzieci Warszawy, widok od Śliskiej. Teraz opuszczony, jeszcze tam jest, ale na jak długo? Miejsce to w samym sercu Warszawy jest bardzo ponętne dla jakiś bezwzględnych inwestorów.  Dworzec Centralny o krok nieomal.

 

 

Mój dawny magiczny szpital, widok od Śliskiej.

 

 

Po prawej stronie mój dawnym Szpital. Widok od ul . Siennej

 

 

Tablica na murze budynku, od strony Śliskiej.

 

 

 

Tablica na ścianie budynku, widok od strony Śliskiej.

 

 

Po prawej teren szpitala i fragment gmachu głównego . A tam pewnie nadal śpiewa cudnie,  jedyny teraz mieszkaniec tego miejsca, kos. Mój kos słuchany o świcie, gdy jeszcze śpi miasto a my działamy- reanimujemy, zakładamy kroplówki i czekamy na powrót do zdrowia naszych pacjentów. Kos nam pomaga, jest jak optymistyczny radosny zwiastun dobrego. Ach, gdzie te czasy…..

 

 

 

Cmentarz żydowski, Warszawa. Nagrobki rodziny fundatorów szpitala.