Gdy pracowałam w Oddziale Neuroinfekcji, od razu pokazano mi żelazne płuco. Było chlubą oddziału, mimo, że teraz już służyło jako eksponat. To ponure metalowe urządzenie stało w tzw . kocowalni. To pomieszczenie napawało lękiem i szacunkiem.
W tym szpitalu leczono większość dzieci chorujących na polio. Szpital był jedynym w Warszawie, w którym były hospitalizowane. Opowiadano o straszliwej epidemii lz lat pięćdziesiątych i mniejszej ale równie dramtycznej liczbie zachorowań w latach sześćdziesiątych ubiegłego teraz wieku.
I właśnie wówczas, wobec częstych porażeń mięśni oddechowych jedynym ratunkiem było wspomaganie ich funkcji tzw. żelaznym płucem. Po usilnych staraniach udało się zdobyć ten sprzęt , który oddychał za dziecko , pozwalał przetrwać ten najbardziej niebezpieczny okres choroby . Uratował setki dzieci. Część z nich jednak wyszła z porażeniami mięśni kończyn, co możemy jeszcze widywać wśród poruszających się obok nas dorosłych.
Po wprowadzeniu szczepień choroba zaczęła zanikać.
Jednak widziałam i to nierzadko, chorujące na polio dzieci. Wówczas jeszcze szczepiono dzieci, dość późno, bo wówczas, gdy ukończyły ósmy miesiąc życia.
W ramach powikłań poszczepiennych czasem zdarzały się zachorowania ale zwykle łagodne, a porażenia były przemijające . Większość tych dzieci cierpiało na pierwotny niedobór odporności, zwłaszcza w zakresie immunoglobuliny A. To ona, jako jedyna, działała obronnie na powierzchni jelit. A właśnie w tym miescu dochodziło do wnikania wirusa. Wtedy już o tym wiedziano i wszystkie chorujące dzieci miały wykonywane badania w tym kierunku i dalej były objęte opieką immunologów.
Ale zdarzały się wypadki, że od dziecka szczepionego zarażało się inne, młodsze, jeszcze nie szczepione. Wirus, który był wydalany z kałem dziecka po szczepieniu, ulegał zezłośliwieniu i miał silne działanie chorobowe.
Nie zapomnę Marty P. ( też pamiętam db nazwisko). Była silnym pięknym trzymiesięcznym niemowlęciem. Jej mama , chcąc zarobić, opiekowała się także ośmiomiesięcznym chłopcem sąsiadów. Ten chłopiec właśnie otrzymał wg planu szczepionkę i wkrótce potem zachorowała jej córeczka- Marta. Niestety pomimo bardzo intensywnych naszych działań, całkowite porażenie obu nóżek, sięgające od bioder do najmniejszego paluszka nie cofało się. I chyba nie było już szans na wyzdrowienie. Nie wiem jakie były dalsze losy tej dziewczynki, ale można sobie wyobrazić.
Po kilkunastu takich przypadkach dr Czachorowska podjęła walkę o zmianę kalendarza szczepień. I wreszcie został on zmodyfikowany, tak, że aktualnie szczepionkę otrzymują maleńkie niemowlęta. W tym okresie życia jeszcze nie zdążą się skontaktować z innymi, świeżo zaszczepionymi i zrazić wydalanym przez nie przepasażowanym, dzikim, bardzo złośliwym wirusem….
