Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola

Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.

Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).

 Stasia i Ola były  niskie i drobne ale kształtne jak ich  matka-  Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .

Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.

Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem  i  wnuczką- Jadzią.

Mam  w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.

Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.

Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne  schody .

Tam rozpościerał się duży hall.  Z niego po stronie lewej wchodziło się  do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów  było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie  wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone  drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.

Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i  surową minę, Trochę  się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego  słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.

Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona  niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami-  na głowie.

Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.

Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek. 

Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej,  Jadzia po mężu Heydowa  nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.

Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w  nich i w ich domu tylko dobrą aurę.

Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.

I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.

Proszono obie panie, by zaśpiewały.

 One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i  zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.

A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..

 

Śladami mojego Taty. Rodzinka Rodziewiczów się powiększa.

O  Staśce, mojej przyszłej Babci ( Mamie Taty) pisałam już wcześniej. Była najstarszą córką Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Urodziła się w 1874 roku.

I wtedy nad domem Rodziewiczów wstało cudne słońce, a po deszczu pojawiła się tęcza. Może tak było, może nie, ale na pewno to wydarzenie dla młodych rodziców i dla nas, teraz żyjących , było niezwykłe i przełomowe.  ;-(

Tak więc, na pewno wtedy wstało  słońce i po deszczu na niebie  pojawiała się tęcza

Staśka niewiele odrosła od ziemi , gdy pojawiły się na świecie kolejne rozwrzeszczane stworzenia.

Były to dziewczynki.  Kochali je jednakowo, mimo, że niektóre z nich  miały naturę wyciszoną i  łagodną a niektóre wojowniczą i rogatą .

Już stało się regułą, że przy każdym porodzie uczestniczył Bolek i z niezmienną troskliwością zajmował się jak umiał, swoją ukochaną Michaliną. Ona po każdym porodzie rozkwitała, przybywało jej tłuszczyku na brzuchu, ale to się bardzo podobało jej mężowi. Była niewielka, miękka i bardzo bardzo ciepła.

Nadal zajmowała się dzieciakami z miasteczka, prowadząc miniprzedszkole oraz zajęcia teatralne dla dzieci starszych.

Umiejętnie dzieliła swój czas pomiędzy cudze i własne dzieci. Zresztą jej własne maluchy bardzo chętnie przebywały na stryszku, niańczone przez starszaki  sąsiadów. Tak więc korzyść była obopólna.

Mijały lata w Rakowie, Bolek i Michalina wiedzieli, że to są piękne lata ich szczęścia. Mimo młodości, doceniali fakt, że stanowią dobrą i wesołą rodzinkę.

Śladami mojego Taty. Rok 1874 i Staśka

 

I tak w roku 1874 przyszła na świat moja Babcia- Stanisława, nazywana przez wszystkich Staśka. Jej rodzice, a moi pradziadkowie musieli być ludźmi wyluzowanymi i bezpretensjonalnymi, gdyż tak można odbierać używany przez nich  skrót imienia córki. Ich wyczekiwana pierworodna  była dla wszystkich po prostu Staśką .

Stanisława była bardzo ruchliwa, ale niska i drobna. Przenikliwe oczy wypatrzyły każdy drobiazg zagubiony w domu. Ojciec często zabierał ją na spacery, ale najchętniej sadzał na swoich kolanach i opowiadał o swoich rodzicach, jej dziadkach,  których nie miała szczęścia poznać, o wielkim  ciekawym świecie.

Gdy była starsza, ojciec opowiadał jej o Polsce. O tym , że może  być dumna, że jest Polką. I że ta Polska nie umarła, a tylko śpi. I niedługo już przyjdzie czarodziej, który ją odczaruje. Ale na razie nie można o tym opowiadać, bo gdy dowiedzą się źli ludzie ( w domyśle ruscy), to nie pozwolą na odczarowanie śpiącej Polski.

Stasia lubiła chodzić z ojcem do kościoła, gdzie  były interesujące organy i tato tak pięknie grał. Ale szybko się nudziła w tym miejscu, wolała biegać z koleżankami po sadzie i bawić się z ukochanymi psami.

 Niebawem jej mama, Michalina poczuła, że jest w kolejnej ciąży. Cieszyli się z Bolkiem, że rodzina się powiększa. I tak było za każdym razem, gdy rodziło się kolejne dziecko, wtedy było wielkie święto w domu.

Śladami mojego Taty. Moja przyszła Babcia.

 

Michalina szybko wróciła do dawnej formy i niebawem krzątała się po pokojach podśpiewując pod nosem. Mała ssała jej pierś łapczywie i zapałem. Rosła jak na drożdżach, czyniąc postępy w rozwoju. A że była drobna i ruchliwa, niebawem rozpoczęła samodzielne zwiedzanie domu, zawzięcie raczkując .

Wiosną w Rakowskim kościele ksiądz Eustachy udzielił małej chrztu świętego i nadał jej imię już wcześniej wybrane przez rodziców. Odtąd nosiła imię Stanisława.

 I wtedy  wcale się nie spodziewała, że w przyszłości zostanie  matką mojego Taty, Wacława.

Bolek był najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, gdy patrzył na swoją piękną żonę i śliczną córeczkę.

Kiedyś , gdy wracali w rozmowach do tematu porodu, Michalina powiedziała, że nigdy za zapomni jak ważna  dla niej była wtedy  obecność męża .

To jeszcze bardziej ich związało ze sobą.

Byli jak jedno ciało i jedna dusza…..

Śladami mojego Taty. Urodziny pierwszej córki- mojej przyszłej Babci.


Gdy nadszedł czas porodu, Bolek postanowił, że musi towarzyszyć  żonie w tak ważnym momencie. Miał wprawdzie wątpliwości, czy zniesie widok rodzącej kobiety, ale uczucie zwyciężyło. Oświadczył , że nie opuści pokoju rodzącej. Miasteczkowa położna popatrzyła na niego ze zdumieniem, ale nie protestowała.

Tak więc przyszły ojciec,  Bolek był przy Michalinie  przez cały czas porodu . A trwało to długo, wszak rodziło się ich pierwsze dziecko.

Troskliwie opiekował się rodzącą, trzymał za rękę, przytulał jej głowę, zwilżał usta, przemawiał łagodnie . Gdy nadchodziła kolejna  fala bólu ściskał jej dłonie, a ona z całej siły przywierała do jego ramienia. Czuła ciepło najbliższej osoby- męża, czerpała od niego energię . W kulminacyjnym momencie porodu starał się nie patrzeć na rozwarte uda żony, bał się omdlenia a może intuicyjnie nie chciał tego widzieć.

Gdy usłyszał krzyk noworodka oniemiał. To był pierwszy krzyk jego  dziecka. Ktoś powiedział- urodziła się śliczna zdrowa dziewczynka.

Wtedy nieomal oszalał z radości, ale gdy zerknął na unurzanego we krwi, pokrytego białą mazią noworodka  entuzjazm nieco opadł. .

Pewnie sobie wyobrażał dziewczynkę z kokardą we włosach a tutaj krzyczał miękki, bezradny  żwawy człowieczek z długą zwisającą pępowiną . Gdy dziecko na chwilę otworzyło wielkie granatowe oczy , wydało mu się, że popatrzyło na Bolka . To była jego córka. . …i wtedy przyszła ojcowska duma.

Śladami mojego Taty. Wspólne życie Michaliny i Bolka Rodziewiczów( moich pradziadków)

 

 

Rozpoczęło się codzienne życie, ich wymarzone wspólne życie.

Dość szybko okazało się, że dziewczyna jest świetną gospodynią, niezwykłą czułą żoną i właściwie ona przejęła stery w rodzinie.

Bolek z radością oddał palmę pierwszeństwa ukochanej żonie. Zarabiał dość dobrze, grając w kościele. Mieli ogród i niewielkie gospodarstwo, gdzie  wkrótce pasła się krowa oraz ulubiony koń, wykorzystywany jedynie do  ulubionych przejażdżek pani domu. Wszystko było tak, jak wymarzył Bolek. Michalina była wspaniałą żoną i czułą idealną kochanką. Pewnie była to duża zasługa księdza, który przedtem pouczył Bolka, jak należy postępować będąc u boku żony.

Bardzo się cieszyli, gdy Michalina poczuła pierwsze ruchy dziecka. Bolek z czułością dotykał jej brzucha, snuli marzenia o przyszłości dziecka. Samotny przez całe życie, tak bardzo pragnął mieć dużą szczęśliwą rodzinę.

Śladami mojego Taty. Historia teatrów lalkowych.

 

Szopka, Służew. Zdjęcie z internetu.

 

Fakty historyczne potwierdzają , że sztuka ta pojawiła się w Indiach w VI wieku p.n.e. Rozwijała się tam w dwóch kierunkach- był to teatr, w którym występowały trójwymiarowe marionetki oraz taki, w którym pokazywano płaskie lalki teatru cieni.

W okresie renesansu i baroku pojawili się lalkarze, którzy tworzyli własnych bohaterów komedii dell arte. Tak powstały typowe postaci tego teatru w swoich krajach.We Włoszech takim bohaterem był Pulcinella, we Francji- Poliszynel, w Anglii- Punch,a w Niemczech- Hanswurst i Kacperek , itp.

Ponieważ zainteresowanie dla tego teatru rosło, wielcy romantycy pisali  na ten temat sztuki i traktaty dydaktyczne, utrwalając i powodując rozwój tej sztuki. Do nich należeli  m.in. H. von Kleist, J.W. Goethe, G. Sand.

W połowie XIX wieku zauważono możliwości dydaktyczne i wychowawcze teatru lalek i rozpoczęto tworzyć repertuar adresowany do dzieci. Tak więc w Monachium w 1858 roku powstał pierwszy stały teatr dla lalek dla dzieci J. Schmida i F. Pocciego.

Początki polskiego teatru lalek sięgają XV wieku i wiążą się z szopką. Pierwszym wymienianym polskim lalkarzem jest Waśko z Wilna. Na ziemiach polskich między XVI a XIX wiekiem działało wiele zespołów lalkarskich, zarówno polskich jak i cudzoziemskich. Np. w XVIII wieku działały stałe teatry lalek na dworach magnackich w Białej Podlaskiej, w Słucku u H. Radziwiłła.

Istniały też teatry uliczne, np. „ chodzenie z szopką”, która czasem spełniała funkcje polityczne, jak np. szopka Baraniego Kożuszka z 1794 roku, ścinająca na gilotynie głowy zdrajców z Konfederacji Targowickiej…..

To tyle informacji, które wyczytali Bolek i Michalina w swojej księdze.

Ponieważ dla mnie,  prawnuczki Michaliny i Bolka temat okazał się  ciekawy, przytaczam jeszcze kilka danych na temat dalszych losów teatrów lalki.

Otóż w Warszawie , w 1900 roku powstał pierwszy Teatr Lalek M. Weryho. 

Swoistą odmianą szopki stały się lalkowe  programy satyryczne , m. in przedstawienia  Zielonego Balonika w Krakowie w latach 1906-1912 oraz  Cyrulika Warszawskiego w Warszawie w latach 1922-1939.

Duże zainteresowanie teatralną lalką wykazywali moderniści, futuryści. Pisali oni dla tego teatru dramaty, szukając w nim idealnego aktora. Do nich należał mi. In  M. Maeterlinck, F. Wedekind, E.G. Craig, W. Briusow , W . Meyerhold.

Na początku XX wieku wykorzystaniem lalki w teatrze zainteresowali się plastycy i architekci. I tak  w 1914 roku E. Mutant wraz z żoną, aktorką L. Larą założyli tetar Art. et Action.

W 1929 na zjeździe w Pradze powstała Międzynarodowa Unia Lalkarska (UNIMA).

Gdyby nie spisywane tutaj wspomnienia o naszej  prababci Michalinie, nigdy bym nie zajrzała do Internetu i  pozostałabym w niewiedzy o tej ciekawej dziedzinie sztuki.

A tu proszę, proszę, nasza prababcia znalazła się w gronie świetnych osób, które odkryły uroki teatru lalkowego, a nawet sama taki stworzyła, przynosząc uciechę sobie, rodzinie i rakowskim dzieciakom . Super, mieć  prababcię z taaaaką wyobraźnią. ;-(

 

Szopka z Hiszpanii. Zdjęcie z internetu.

 

 

Śladami mojego Taty. O teatrach lalkowych.

 

Bolek sobie przypomniał, że ksiądz miał starą książkę, gdzie  były opisane dzieje teatrów kukiełkowych. Nie zapamiętał tytułu, więc któregoś dnia poszli z Michalina do księdza. Oczywiście ten udostępnił im całą swoją bibliotekę. Spędzili tam cały dzień, mało brakowało, że Bolek by się spóźnił do kościoła na wieczorną mszę, gdzie jak wiadomo muzyką napełniał dusze wiernych.

I wreszcie znaleźli tę księgę.

Dowiedzieli się więc, że  w ślady teatru lalek odkryto w dawnych obrzędach kultowych starożytnego Egiptu i w starożytnej Grecji oraz Rzymie. Później znaleziono je w Azji, i innych krajach Europy.

Najpóźniej pojawił się w Ameryce .

Teatr lalek rozwijał się równolegle z teatrem żywego aktora i przechodził te same fazy rozwoju.

W średniowieczu zwykle przedstawiał wydarzenia religijne, np. misteria na Wielkanoc i Boże Narodzenie, ale był także  repertuar świecki.

Jak podają legendy z czasów  starożytnych Indii, pierwszego lalkarza i lalkę stworzył Brahma w swoim niebie jako rozrywkę dla żony- Saraswati.

Gdy okazało się, że ona zaniedbuje swoje obowiązki , bo stale ogląda przedstawienia, urażony Brahma zesłał lalkarza i jego lalkę na ziemię.

Bolkowi bardzo się spodobała ta legenda i po przeczytaniu jej natychmiast powiedział, że jego lalkarka=Michalina, na pewno została mu zesłana na ziemię przez samego Boga.

Uśmiali się serdecznie z tego co powiedział Bolek, nawet ksiądz Eustachy, mimo niedomagania wszedł do biblioteki i chociaż na chwilę  poweselał, zapominając o chorobie.

Śladami mojego Taty. Michalina i obce dzieciaki.

 

Kogucik z Portugalii. Zbiory własne.

 

I gdy Michalina zobaczyła rozpłaszczone noski na szybie, postanowiła zwabić dzieciaki do swojego pokoju. Nie były tutaj w zwyczaju  wchodzenia do cudzych domów, więc użyła podstępu. Postanowiła oswoić dzieciaki,

Długo nie reagowała na to, że zaglądają do pokoiku.

Któregoś dnia podniosła głowę i się do nich uśmiechnęła.

Nie drgnęły, zapatrzone na teatrzyk. 

Najpierw zniknęła pod sceną, ale potem zostawiła lalki i cichcem wyczołgała się z pokoju. Zabrała ze sobą dwie kukiełki , które w międzyczasie uszyła , myśląc o obdarowaniu dzieci. Stały nieruchomo, wpatrzone w jej pokój.

Cichutko zawołała dzieci po imieniu, wcześniej bowiem dowiedziała się, jak się nazywają. Drgnęły, popatrzyły na nią niepewne, czy nie popełniają winy , wtedy wysunęła rękę  i podawała lalkę dziewczynce, a chłopakowi  szmacianego konika.

Niedowierzająco i niepewnie podeszły do Michaliny, ale pokusa była silniejsza niż ich opory. Złapały podarunki i uciekły do swojego domu. Nie była pewna, czy wrócą.

Ale cierpliwie czekała, po dwóch dniach przyszły.

Były za oknem, pokazywały ofiarowane przez nią lalki. Wtedy wyszła przed próg i zaprosiła je do swojego pokoju.

Magia teatru działała, zaraziły się tę magią i czuły przyciąganie silniejsze od lęku i woli.

Wkrótce siedziały przed teatrzykiem, a Michalina spod sceny udawała beczenie kozy, drugą ręką prowadziła babuleńkę i płynęła bajka o kozusze  kłamczusze…

.Od tej pory, przybywało dzieciaków, już bez lęku wchodziły do pokoju Michaliny , ssały cukierki, które ugotowała specjalnie na tę okazję mama Michaliny i godzinami spędzały czas przed teatrzykiem.

Potem brat Michaliny zbił z desek stół i wniósł do pokoju Michaliny.

Przy tym stole dzieciaki zasiadały kręgiem i same rwały się do produkowania lalek. Miały tysiące pomysłów, przynosiły z domu resztki kolorowych gałganków, małe guziczki  jakieś paciorki.

Potem same układały niezdarne wierszyki i śpiewały wymyślone przez siebie piosenki. Bo ten naród był rozśpiewany, miał cudnie skonstruowane krtanie, które umożliwiały wydawanie pięknych dźwięków a ich mowa była zaśpiewna, miękka która sama układała się w pieśń. Najpiękniejsze były wieczory i dni kiedy deszcz śpiewał za oknem a wiatr mu wtórował.

W czasie wakacji, rodzice mogli spokojnie wychodzić do żniw, bo ich dzieciaki były pod dobrą opieką i miały ciekawe zajęcie.

Powoli dorastały kolejne dzieci, czasami już dwulatki przychodziły z rodzeństwem. Pasja Michaliny została przekazana kolejnym pokoleniom. Najstarsze, te pierwsze , które nieśmiało rozpłaszczały nosy na szybie, zaglądając do bajkowego świata, same stworzyły swój teatrzyk. Tak więc gdy opuszczała swoje miasteczko, była spokojna, że duch nie zaniknie w pozostawionych dzieciakach.

Teraz miała zamiar kontynuować swoją pasję, miłość i zarazić tym dzieci Rakowskie.

Bolek słuchał tej opowieści z zapartym tchem, czuł jak rośnie jego serce i podziw dla swojej młodej żony. Był pewien, że wszystko się uda…..

Śladami mojego Taty. Michalina i dzieciaki

 

Lalki przywiezione z Kuby. Zbiory własne.

 

Któregoś dnia, gdy Michalina zajmowała się swoim teatrzykiem kukiełkowym, zobaczyła spłaszczony i bardzo zasmarkany mały nosek przylepiony do szyby okienka w  jej pokoiku. Maluch trwał nieruchomo, ona nie poruszała się, obserwowała go jedynie kątem oka, bojąc się, że się wystraszy i ucieknie. Następnego dnia zobaczyła dwa noski rozpłaszczone na szybie.

Nie reagowała, ale nadal układała swoje lalki, potem wpadła na pewien pomysł, który konsekwentnie realizowała.

Ale tymczasem niektórym lalkom przymocowała patyki i w ten sposób powstały kukiełki. Pozostało jeszcze zbudować maleńką scenę. Starszy brat w tajemnicy przed siostrą, w szopie przygotował dla niej niespodziankę. Przez kolejne dni gromadził nieprzydatne ojcu deski, coś tam poprzycinał, piłował, szlifował, dopasowywał i wkrótce przyniósł do jej pokoju prawdziwy miniteatrzyk. Nie było końca radości.

Brat zaplanował specjalne miejsce za i pod sceną, ukryte przed widzami, gdzie mogła nawet siedzieć i tylko unosząc w dłoniach lalki na patykach, poruszać kukiełkami. Stamtąd też mogła śpiewać, recytować lub udawać różne głosy, pozostając nierozpoznawalna.

Gdy rozpoczęła uruchamianie lalek, zaśmiewali się z bratem tak głośno, że nadbiegła matka odrywając się od lepienia pierogów. Stanęła w drzwiach i wkrótce cała trójka pokładała się ze śmiechu.

Była to w ogóle wesoła rodzinka.

Po paru dniach Michalina po powrocie ze szkoły zobaczyła, że jej teatrzyk jest pokryty ładną zieloną tkaniną a scenę zamyka najprawdziwsza kurtyna. To była niespodzianka od mamy, szczególny prezent na przyszłe imieniny Michaliny.