Opowieści mojej Mamy. Droga do nowej szkoły.

Droga z domu do szkoły wydaje się długa, mimo, że obiektywnie jest to zaledwie około 20 km. Najpierw musi dotrzeć na dworzec kolejowy w Łodygowicach, dużej wsi na obrzeżach Kotliny Żywieckiej, u podnóża Beskidu Małego, oddalonej od Godziszki o 3 km.  Początkowo ojciec dowozi ją na stację wozem, ale jest to dla niego uciążliwe i wkrótce,  gdy już nastaje wiosna, dziewczynka sama brnie do stacji kolejowej. Zawsze niesie swoje dwie kanki z mlekiem.

Jak to możliwe, że tak mała dziewczynka sobie radzi.

Ale to nie są obecne czasy, gdzie dzieci wychowywane są pod kloszem.

Stefka jest dzielna, przecież całkiem niedawno była ze swoją przyrodnią siostrą Kaśką na pielgrzymce do Kalwarii Zebrzydowskiej….

Opowieści mojej Mamy. Michał znajduje lokum dla córki…

Michał wsparty słowami księdza, że jego córka jest zdolna i warto ją nadal kształcić,  podejmuje ostateczną decyzję . Przecież w tej rodzinie nigdy pęd do wiedzy nie był głównym celem życia. Może był i jaki ksiądz w rodzinie, bo to było najwyższym stopniem kariery dziecka wiejskiego,  ale nic o tym nie wiemy.

Późnym sierpniem a może lipcem o mglistym już poranku ojciec Stefki jedzie do Bielska ze świadectwem córki i  błądząc po ulicach Białej odnajduje szkołę, którą polecił mu miejscowy godziszczański ksiądz. Za pazuchą trzyma list polecający od księdza i świadectwo córki. Co przeżywa, nie wiemy. Może jest nawet dumny i szczęśliwy, gdy uzyskuje od kierownika tej szkoły akceptację. Przecież to krok milowy w jego życiu, w życiu tej wioski. Pierwsze wiejskie dziecko z Godziszki ma się  kształcić. To jednak musiało być niezwykłe przeżycie. 

Potem odszukuje adres  pewnej rodziny niemieckiej, których tutaj wielu mieszka. Może  również ksiądz doradzał, może podano ten adres w szkole. Ludzie godzą się , że za niewielką opłatą udzielą małej kąta w swoim wielkim pokoju, gdzie sami śpią.

Na początku września 1917 roku odbywa jeszcze jedną podróż do Bielska, tym razem już swoim wozem. Przywozi wiązkę siana , którą upycha w zgrzebny worek i we wskazanym przez gospodarzy ciemnym kącie układa go na podłodze. Na chwilę zapachniało wsią , świeżym górskim powietrzem, ale po chwili ten upojny zapach pochłonęła wilgoć izby. I siano stało się zwykłym łożem dla córki , zresztą podobnie było w ich domu.

Potem wnosi worek z ziemniakami, które zgodnie z umową ma gotować gospodyni dla Stefki. To ma być podstawowe jadło dla jego dziecka.

Drugim elementem pożywienia ma być mleko. Co tydzień dziewczynka ma wracać do domu. i stamtąd przywozić dwie kanki mleka. Z jednej wypija mleko świeże, w międzyczasie kwaśnieje mleko w drugiej kance i też jest smakowite. Do tego są albo ziemniaki albo czarny suchy chleb, który również przywozi z domu

Opowieści mojej Mamy. Michał podejmuje decyzję , która wpływa na całe życie Stefki- mojej Mamy.

Gdy wracają do domu, tato milczy. Milczy dalej, gdy zasiada do obiadu, a Marianna pyta o powód wezwania go do szkoły.

Michał umie milczeć, swoje problemy rozwiązuje w milczeniu, zwykle namyślając się długo, czasami nawet kilka dni nad wydaniem decyzji. Ale gdy wreszcie przerywa milczenie, to wiadomo, że z nim dyskutować nie wolno i nie warto.

Tak jest i teraz.

Nazajutrz jest niedziela. W takim dniu nie wolno pracować, jedynie oporządzić trzeba zwierzęta domowe.

Po śniadaniu ojciec obwieszcza uroczystym tonem, że zdecydował, że ksiądz go przekonał i jego córka- Stefka pójdzie do miasta, by dalej się kształcić.

Dziewczynka zaszlochała, bo ogarnął ją lęk przed nieznanym. Przecież była raz w mieście z matką i o mało się nie zgubiła na ogromnych ulicach wśród spieszącego gdzieś stale tłumu. Ale ojciec ją zgromił i kategorycznym tonem oznajmił, że nie ma co płakać, że jest zdolna, bo tak powiedział ksiądz i na pewno da sobie rade.

Mama przygarnęła ją , co było niezwykłe , przytuliła a inne dzieci patrzyły na tę scenę z podziwem.

Te starsze , które już rozumiały, może zazdrościły, może nie ale na pewno inaczej popatrzyły na zahukaną młodszą siostrę.

 

Opowieści mojej Mamy. Marzenia Stefy.

W wieku 6 lat Mama rozpoczyna edukację  w miejscowej czteroklasowej szkole w Godziszce. Nauka jej przychodzi łatwo i jest najmilszym zajęciem pod słońcem. Wychodzi w pole z książką i zaczytana,  czasami  zaniedbuje podstawowe obowiązki i nie zauważa, że krowa wchodzi w szkodę. Oczywiście grozi to laniem, więc spłoszona przepędza krowiny na swoją część łąk, ciągnąc opierające się zwierzęta za wielki łańcuch, za duży i za ciężki dla maleńkich dłoni drobnej dziewczynki. Ale działa siłą woli a lęk przed karą dodaje energii. Wie, że nie lubi zajęć w gospodarstwie. Nie lubi prac na polu i w ciemnej dużej  kuchni, gdzie stale parują sagany z jadłem dla wielkiej rodziny a nieopodal nich gary z ziemniakami   dla prosiąt….marzy o nauce, książkach, wielkim świecie i podróżach. Wie, że jest to mało realne, bo w gospodarstwie przydaje się każda para rąk, a jej mama stale unosi wielki brzuch i wydaje na świat kolejne rozwrzeszczane stworzenie.

Gdy czas edukacji w godziszczańskiej szkole dobiega końca, Mama jest coraz bardziej  zamyślona i ponura. Ma już 10 lat i wielkie nierealne marzenia….

Ale któregoś dnia dzieje się coś, co w umyśle dziecka jawi się jak cud. Oto miejscowy ksiądz , który uczy w szkole religii, wzywa ojca na rozmowę. Ojciec odświętnie ubrany idzie długą żwirową drogą wiodąca przez środek wsi, a ona drepcze obok niego. Nie wie o co chodzi, ale czuje powagę chwili. Tata znika w głębi korytarza, a ona siedzi cichutko na podłodze pod oknem i czeka.

Małe serce bije niespokojnie….

Opowieści mojej Mamy. Odcienie gestów.

Nikomu nie mówi, że słyszała rozmowę ojca z wytworną panią, kiedy to  ojciec na propozycję oddania jej do adopcji zdecydowanie odpowiada- nie.

Mama swoje  odkrycie , że jednak jest kochana, ukrywa  głęboko w sercu, opowiada dopiero o tym pod koniec swojego życia córce, która zasłuchana siedzi na podłodze, obok łóżka matki.

Stefania pozostaje nadal nieufna, surowa, nie okazująca nigdy miłości swojej najmłodszej córce a może wszystkim swoim dzieciom. Dobrze, że córka czuje Jej ciepło i wcale nie tęskni za przytuleniem. Też się tego nie nauczyła. Rozumie, że możliwy jest bliski kontakt z mężczyzną . Ale z kobietą? I gdy przytula ją jej przyszła teściowa, dziewczyna odsuwa się zniesmaczona.

Jak długo trwało, zanim zrozumiałam, że przytulenie ma wiele  znaczeń i barw…

Opowieści mojej Mamy. Wątpliwości Stefy czy jest kochana przez rodziców.

 

Stefa po lewej.

 

 

14 kwietnia 1907 roku w Godziszce, dużej Beskidzkiej wsi , przychodzi na świat pierwsze dziecko Marianny i Michała Jakubców.

Niestety jest to kolejna dziewczynka. Nadają Jej imię Stefania, Stefa.

 Ma duże  intensywnie błękitne  oczy , w których, do Jej ostatniego dnia  życia , niespodziewanie rozjarza się  radość i  ciekawość wszystkiego co dookoła .

Gdy zaczyna dorastać , myśli, że jest niekochana. Wychowywana bez czułości . Bo tak było w tym domu , bo dzieci w domu dużo i rodzice zapracowani.

Lubi przesiadywać  na wysokim progu   przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat .

Czasami pylistą drogą  przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim  wytwornie ubrana  kobieta.

Pewnego dnia powóz zatrzymuje się  przed domem, kobieta wysiada i pyta dziewczynkę o jej ojca. Wchodzi do izby . Rozmawiają  . Kobieta mówi że jest bezdzietna  , że od dawna obserwuje to dziecko. Dziewczynka jej się   podoba się   i chce ją adoptować a wychowa tak jak zechce ojciec.

I dziewczynka słyszy słowa ojca- ja nie mam dzieci na rozdawanie.

Od tej pory już  wie , że jest kochana.

 

Opowieści mojej Mamy. Siostry mojej Mamy.

Spośród licznych moich górskich ciotek , córek Babci Marianny najbardziej lubiłam ciemnooką i ciemnowłosą Hanię i jaśniejszą Elę. Obie były bardzo podobne wewnętrznie , z wyraźnym podobieństwem do opisanego wujka Michała. Ciche, o skoncentrowanym nieśmiałym spojrzeniu, ale z widocznym obrazem silnej osobowości w oczach.

Gdy cała rodzina gadała, one milczały uśmiechając się tajemniczo.

Życie ich nie oszczędzało, ale dzielnie sobie radziły i stanowiły wielką podporę dla bliskich.

 

Opowieści mojej Mamy. Wujkowie z gór.

 

Godziszka widoki na Beskid Żywiecki( Pilsko, Romanka)

 

 

 Marianna, moja przyszła Babcia  nieustannie jest w kolejnych ciążach i rodzi z wielkim trudem  9 dzieci.

Dzieci są duże, mają szerokie ramiona , podobnie jak ich ojciec. Matka jest drobna, ma wąskie biodra co nie ułatwia dźwigania dużego dziecka w łonie i porodu. Wiem, że najmłodsza jej córka – ciocia Ela urodziła się przy użyciu kleszczy. Chyba były źle założone, bo pozostawiły na jej policzku długą bliznę, którą nosi do tej pory . Jednak na szczęście wszystkie pozostałe dzieci były zdrowe , bez śladów uszkodzeń okołoporodowych.

Radość pojawiania się na świecie kolejnych potomków burzy fakt, że niestety rodzą się głównie dziewczyny. Pierwsza jest moja Mama. Nadają Jej imię Stefania, potem kolejne- Bronisława, Maria, Hanka.

Jest tylko 4 chłopców, z których dwóch umiera we wczesnym dzieciństwie. Ci, którzy przeżyli do późnej starości i dobrze ich zapamiętałam to  Szczepan i Michał. Byli zupełnie różni. Szczepan masywny ciemnooki, despotyczny, dużo i mądrze opowiadał ,  czytał  podręczniki hodowli zwierząt i magazyny rolnicze. W czasach , gdy poznałam rodzinę mojej Mamy, jej rodzice , czyli moi dziadkowie już nie żyli, a całym majątkiem ojcowskim zarządzał wujek Szczepan.

Drugi żyjący do starości brat mojej Michał był szczupły, delikatny .Miał wielkie błękitne oczy, w których odbijał się stan jego duszy. Można było tam odczytać radość smutek ale także niestety zamglenie alkoholowe, co mu się czasami zdarzało . Wodzem w Jego rodzinie była żona, ciocia Antosia. Była dużą, energiczną , pogodną i rezolutną kobietą. Nie wiem czy byli szczęśliwi. Z mojego punktu widzenia, tj dzieciaka kilkuletniego, w tym domu czuło się ciepło rodzinne, więc może się kochali.? Jednak moja Mama opowiadała, że w czasie II wojny światowej ojciec cioci Antosi podpisał volkslistę. Oznaczało to, że czuł się Niemcem, albo węszył jakieś korzyści z tego wynikające. Tego się nie dowiemy. Ale  ten człowiek bardzo pomagał naszej rodzinie, szczególnie w trudnych czasach wojny. On pierwszy dowiedział się swoimi kanałami, gdzie się podział mój Tata, gdy zniknął 30 sierpnia 1939 roku, przymusowo jadąc do pracy w Poznańskie. O tym, że Tato wylądował w obozie koncentracyjnym, wiadomość  uzyskaną od ojca Antosi, rodzina przekazała Mamie na Wileńszczyznę. Po namierzeniu adresu Ojca, wysłano do niego list, na który odpowiedział a potem tą samą drogą- tj przez wieś beskidzką Rodzice wymieniali pomiędzy sobą korespondencję. Zachowały się dwa obozowe listy Taty

 

Opowieści mojej Mamy. Niesamowite małżeństwo mojej cioci Kasi….

Z dziecka urodzonego ze zmarłej matki wyrosła moja ukochana ciocia Kasia. Wyszła za mąż za spokojnego dużego Pawła, który pozwalał jej wychodzić na wiejskie zabawy. Bardzo ją kochał, wierzył w jej wierność i zawsze czekał, kiedy wróci.

Zawsze wracała.

Paweł tymczasem  hodował kanarki i papużki. Klatki z ptaszkami były w całym domu, a gdy tam mieszkaliśmy w czasie wakacji, budził nas niezwykły śpiew ptaków .

Ich gościnny dom , w Łodygowicach, nad szeroką rzeką Żylicą , był dla mnie miejscem cudnym , bajkowym , niepowtarzalnym.

Nie mieli dzieci. Ciocia Kasia kilkakrotnie była w ciąży, ale  gdy mijał termin porodu, dziecko nie chciało się  rodzić. A potem umierało w jej łonie.

Gdy o tym  teraz myślę , wydaje się nieprawdopodobne,  że tak mogło być.

A działo się to całkiem niedawno,  w latach 40 czy 50 ubiegłego wieku. 

Potem już nie przyjeżdżaliśmy do Ciotki, bo adoptowali dziewczynę , która szybko założyła rodzinę. I Ciotka z wielkim zapałem hodowała troje dzieci wychowanicy.

 

Opowieści mojej Mamy. Stefka z Kaśką wybierają się pieszo do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Pewnego razu dziesięcioletnie wtedy dziewczyny wybrały się na wymarzoną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Gdy niedawno tam byłam, odległość od Godziszki wydawała się nie do przebycia pieszo. Moja Babcia Marianna, matka Stefy a macocha Kaśki  początkowo nie chciała się zgodzić, ale Kaśka przekonała, bo miała niewyobrażalny dar przekonywania. Czyniła to z wielkim wdziękiem, podlizując się przy okazji swojej przybranej matce- a może naprawdę ją lubiła. Przecież jej rodzona matka zmarła przy porodzie, a potem była jeszcze taka maleńka, gdy w domu pojawiła się nowa gospodyni .

Gdy więc decyzja została podjęta i wszystko załatwione z matką, otrzymały na drogę  postne placki z mąki i wody, zawinęły w szmatki i wyruszyły przed siebie, na wschód.  Poszły, drogą na skróty, przez strumyki . Podczas pokonywania strumyka, moja Mama spadła z kładki- chwiejącej się wąskiej deski zawieszonej wysoko  nad jarem , w którym płynęła niewielka o tej porze roku strużka . Dobrze, że nie było wtedy ulewnych opadów i strumyk miał niewiele wody.

Ale najgorsze było to ,że razem z Mamą do tego strumyczka wpadł tłumoczek a w nim drogocenne placki.

Jednak udało się je uratować, potem się żywiły mokrymi , wyciskając z nich wodę, ale do Kalwarii dotarły, odbyły Drogę Krzyżową i w dodatku wróciły!!!