Taki pejzaż beskidzki. Może te góry, może chmury, może dmuchawce uczyły moją Mamę jak snuć piękne opowieści.
Moje ciotki, góralki- Kaśka.
Aż dziw, że tak wcześnie straciły matkę a nigdy nie odnalazłam w nich smutku.
Moja mama była pierwszym dzieckiem Marianny i Michała. Była niewiele młodsza od Kaśki dziewczynki urodzonej ze zmarłej poprzedniej żony ojca.
Tak dalece się różniły, że na podstawie ich wyglądu, budowy i temperamentów można było już na pierwszy rzut oka wnioskować, że ta różnica wynika z podobieństwa do swoich matek, pewnie też całkowicie różnych .
Moja Mama wielokrotnie opowiadała o swojej rodzinie i młodości. Lubiła opowiadać. Zwykle siadywałam na podłodze obok jej łóżka w naszym gorzowskim domu, bo często chorowała na zapalenie stawów i zalecano unieruchamianie.
Siadywałam więc na podłodze, oparta o brzeg łóżka a Mama rozpoczynała różne opowieści. Opowiadała pięknie. Każda historia przez Nią opowiadana była zamkniętą całością – z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem . W dodatku opowieści były tak barwne, że gdy zamykałam oczy wędrowałam razem z Nią w Jej góry albo w inne miejsca , gdzie przebywała.
I znowuż na klawisze mojego komputera wcisnęła się dygresja . Ale wypłynęła z mojego serca. Proszę o wybaczenie.
Więc teraz siedzę na podłodze obok łóżka mojej mamy, mam kilka lat i długie bardzo jasne warkocze i słucham i widzę . Ocknęłam się. O nie, jestem starszą panią, jeszcze dość sprawną, babcią i piszę te słowa zasłyszane od Mamy i zapamiętane jak piękne obrazy a właściwie krótkie filmiki.
Właśnie to opowiadała mi wielokrotnie Mama.
Kaśka roztrzepany radosny człowiek, z kipiącą aktywnością, wyciągała Stefę ( moją Mamę ) na wyprawy na Skrzyczne. Bo właśnie tam dojrzewały czarne jagody. Prowadziła młodszą siostrę pionowo w górę ale któregoś dni moja mała wtedy mama się potknęła i zaczęła spadać. I gdyby nie litościwe drzewo, które ją przygarnęło, nie byłoby co zbierać. Wracały do domu , ukrywając posiniaczoną twarz małej Stefki- mojej Mamy rodzicami.






