Jesienny monolog zamiast rozmowy z polską mimozą.

 

Łany mimozy polskiej za okienkiem na stryszku. Michałowice

SAM_5177.JPG

Już jest coraz bardziej  senna .

Nawłoć pospolita .

Mniej złotem nasycona, przygaszona, uspokojona i pogodzona z losem.

Bo nieuchronnie nadszedł  październik, kolejny w naszym i jej życiu.

Szalała od lipca, ale teraz pora iść spać.

Niechętnie rozmawia, więc nie zmuszam, jeno monologi wygłaszam szeptem i mówię, że chciałabym coś o niej napisać no i wrzucić zdjęcia.

Mimoza przeciągając się, jakby mimochodem  się zgadza . Jestem zmęczona, mówi. Uwielbiam cię…ja na to.

Więc teraz pogadam, a Ty  odpoczywaj sobie.

     Wiem, że  wolałabyś swoje popularne nazwy jak :

polska mimoza, złota dziewica, złotnik, urasz albo  złota rózga. Jednak nie jestem pewna,  czy lubiłaś gdy kiedyś nazywano cię prosiana. Chociaż inne nazwanie takie jak  głowienki czerwone jest nawet fajne.

Ale na chrzcie  dano ci imię Nawłoć a w dodatku pospolita. No cóż, trudno, musiałaś się pogodzić.

Ale dobrze wiesz, że  wcale pospolita nie jesteś, przynajmniej z urody.

Jedynie fakt, że często u nas , na naszym Mazowszu, mieszkasz,  może sugerować ową pospolitość w nazwie.  

Ale tak naprawdę jesteś cudnej powierzchności, o delikatnym smukłym ciałku  wysokim i bardzo długonogim   i  w dodatku cichutkoszumnym .  

Matka Natura zaplata ci  malownicze  złote dredy , które podziwiam i którymi  tak bardzo lubi się bawić zachodni wiatr.

Uwielbiam ciebie , nie pozwalam skosić, gdy jesteś niemowlęciem w powijakach zaledwie i wypatruję końca lipca . Wtedy wybiegasz z koleżankami czy siostrzycami na brunatno zielonkawe płaskie połacie naszej niziny i nagle  nieużytki michałowickie pokrywają się złotem.

Wtedy sycę  oczy, oglądam pojedyncze nawłociowe dziewczyny a także ich gromady .

I tak jest do września, kiedy to powoli gaśnie ich złoto, przekwitają jak my wszyscy a wreszcie usypiają badylasto….

To tak jak my chyląc się ku zimie życia marniejemy, drobimy kroczkami i „nie dla nas sznur samochodów” jeno izdebka i ogródek. I tak już jest. Bilet w jedną stronę i niebawem koniec „ jazdy”. I już prawie widać jasność u kresu.

Ale  ty, polska mimozo, powrócisz do nas wiosną i złotem obsypiesz lato i będzie radość z narodzin. Taka jak w tym roku, a może Bóg da, że będzie nam dana ta radość  i w następnym. Kto wie…

Pięknie Matka Natura zaplanowała twój długi letni żywot….

    Ale wcale nie jesteś panienką tak słodką i bezbronną. Posiadasz ukryte „pazurki”, bo Natura podrzuciła ci trochę trucizny  byś miała siły w młodości swej bronić się przed zgłodniałym zwierzęciem.  Biedne bydełko, całkowicie nieświadome zagrożenia, po zjedzeniu twojej zieleniny wysoko gorączkuje i puchnie oraz wydala ogromne ilości moczu, co powoduje ekstremalne odwodnienie organizmu i odejście w niebyt…

   Ale gdy dorastasz jesteś łaskawa dla nas a przede wszystkim dla pszczółek. Lubisz ich odwiedziny , cieszysz się, gdy usłyszysz dalekie jeszcze brzęczenie. Widzę jak wtedy przeciągasz się  rozkosznie oczekując pszczelich  pieszczot. Uwielbiasz to łaskotanie i iskanie po złotych dredach szorstkich łapek owadzich i chętnie służysz swoim pyłkiem, byśmy mieli miodzik przepyszny.

       Jednak dawni ludzie , jak to ludzie, wiecznie eksperymentujący, niezrażeni chorobą bydła, musieli spróbować czy im nie zaszkodzisz .

Już Indianie używali twojej  kanadyjskiej odmiany  jako odtrutki p/ jadowi żmij

Plemiona germańskie traktowały cię  jako herbatę, a my dowiedzieliśmy się o twoich  właściwościach od wziętych do niewoli Turków i Tatarów.

I warto było, gdyż okazało się, że zebrane w czasie kwitnienia twoje 25 centymetrowe wierzchołki , ususzone w cieniu zawierają  duże dawki rutyny i kwercetyny.

     Możemy pić herbatkę z twojego suszu gdy  boli pęcherz albo nery ( określenie moich pacjentów) co oznaczać może że wprowadziły się tam bakterie a nawet kamień.

      Herbatka ta może pomóc, gdy boli paluch a badania potwierdzają, że to dna moczanowa czyli słynna z literatury choroba królów czyli podagra.

Mimozo polska jakże jesteś mocarna, pomimo swej pozornej wiotkości, bo  potrafisz zwalczać trucizny które opanowały człowieczy organizm w różnych chorobach, np. reumatycznych, a potem je wydalasz w ekspresowym czasie  zwiększając objętość wydalanego moczu nawet o kilkaset procent!  

       A  przy okazji obniżasz zbyt wysokie ciśnienie  tętnicze choreńkiego człeka.

      Dzięki zawartości garbników i rutyny, która uszczelnia drobne naczyńka krwionośne ,  potrafisz zatrzymać biegunkę a także wyleczyć wrzody żołądka.

      Można herbatką twoją płukać jamę ustną i gardło w przypadku stanów zapalnych , a także przemywać skórę gdy pojawią się na niej trudno gojące się rany czy owrzodzenia.

     Stale jesteś dostępna w necie czy aptekach zielarskich jako Solidaginis herba czyli  ziele nawłoci …

Można cię też  znaleźć na ulotce w mieszankach polecanych w chorobach nerek i dróg moczowych które pewnie dobrze znamy a nazywają się Urogran i Fitolizyna.

     Ponoć  kąpiel w naparze z twojego ziela,  wzmacnia zwiotczałe mięśnie i skórę . Gdy stosuje się takie kąpiele co 3 dzień przez miesiąc, możemy któregoś dnia nie poznać się w lustrze bo nasza skóra stanie się  jędrna i zaróżowiona. Fajne, prawda?

      Pani Anna Mazerant- Leszkowska w „ Małej księdze ziół”  opisuje te wszystkie wymienione twoje zalety, moja ty złota,  zaznaczając, że uwielbiasz towarzystwo liści brzozy, brusznicy, bratka czy owoców jałowca i wtedy dopiero pokazujesz co potrafisz w temacie przepędzania chorób z ludzkiego życia

          Ależ się rozpisałam na tematy leczniczo kosmetyczne, ale emocje musiały znaleźć tu ujście, bowiem dopiero teraz to wszystko odkryłam czytając różne mądre księgi.

Najbardziej mi wstyd, że jakem nefrolog nie wiedziałam o cudownych twoich własnościach . Biję się w piersi i jednocześnie cieszę, że jeszcze żyję  i mogę się uczyć!

Stale się uczyć, doświadczać, to jest super !

        Odrywam wreszcie  wzrok od komputera i od tej pisaniny i zapraszam na ostatnie tegoroczne jesienne spotkanie z cudną złotowłosodredową długonogą dziewczyną

– ulotną jak pełnia lata

– mimozą polską

        Dobranoc piękna i

        do zobaczenia

        do miłego…..

SAM_5181.JPG

SAM_5205.JPG

SAM_5187.JPG

 

 

Korespondencja w jedną stronę.

SAM_5579.JPG

 

 

 

Pajączki- moje  niezwykłe.

Podziękujcie Matce Naturze jako i ja dziękuję w waszym imieniu za ten szczególny dar.

Wasze ciałka obdarowała gruczołami na końcu odwłoku, które produkują mokrą nić twardniejącą w zetknięciu z powietrzem. Jest ona kilkadziesiąt razy cieńsza niż ludzki włos a jej  wytrzymałość przekracza dwukrotnie wytrzymałość tak samo cienkiej linki stalowej. Równocześnie potrafi się ona rozciągnąć tak , że nie pękając, przekracza o 40 % pierwotną długość.

I nie tylko nić wam Matka Natura pozwala tworzyć, ale też macie zdolności artystyczno- inżynierskie.

Odmierzając odległości długością swojego ciała tak cudną dziergacie pajęczynę, że właśnie dziś rano doznałam kolejnego olśnienia. Wprawdzie góry ktoś ukradł , bo mgły schodziły z nich gęste, ale za to wy,  moi sąsiedzi  przez noc zdziałaliście cuda.

Pobiegłam po aparat fotograficzny by zatrzymać w czasie poranną urodę pajęczyn. Jeśli macie ochotę, zajrzyjcie do tego blogu i na pewno  wpadniecie w zachwyt nad swoim dziełem.

I na razie nie stosujecie swojego zwyczajowego recyklingu, by zjadając już zużyte nici uzupełnić białko w swoim ciałku. Zachowajcie swoją tkaninę , może jutro też zachwyci.

Może tego wam nikt nie opowiedział, bo wszystkie wasze pokolenia zapracowane wielce, ale posłuchajcie tego, co znalazłam w piśmidłach  na wasz temat.

Nic dziwnego , miłe pajączki, że ludziska od wieków otaczali was szczególną  estymą.

Jak mawia legenda, przed 3500 lat król Dawid ukrył się w jaskini przed wrogami. I wówczas  przyjazny mu pająk udziergał  nocą ogromną  pajęczynę, która zasłoniła wejście do jaskini. Nikt tam nie zajrzał myśląc, że dawno tu nikt nie wchodził, bo pajęczyna nie była rozdarta. W ten sposób pająk uratował króla Dawida , który potem został królem Izraela.

Ponoć i Matka Boska z Dzieciątkiem ścigana przez pachołków Heroda ukryła się w grocie . I tu pospieszył przyjazny pajączek ze swoją pajęczyną. Utkał taką, że prześladowcy pomknęli dalej nie podejrzewając, że ktoś tam wchodził. 

Podobnie  było z naszym Królem Władysławem  Łokietkiem. Gdy uciekał przed Wacławem Czeskim, schronił się w grotach w Ojcowie. I któż mu przyszedł z pomocą? Oczywiście pająk i jego pajęczyna.

Podobnych legend świat zna wiele.

Nic dziwnego, że na Ukrainie nie wymiata się pajęczyn, a im jest większa, tym lepiej. Stanowi ona nawet ozdobę choinkową na pamiątkę pewnej biednej wdowy, która nie miała pieniędzy na udekorowanie choinki. Biedne dzieciska poszły spać z nagą choinką w izbie. Rano obudziły matkę radosnym wołaniem- drzewko jest ozdobione. Okazało się, że mieszkaniec domu, oczywiście pająk , w nocy spowił choinkę migoczącą w świetle pajęczyną, która w dodatku z czasem przemieniła się w srebro i złoto. Dzięki temu ta bardzo biedna rodzina przestała już być najbardziej ubogą we wsi. Dlatego teraz w tej krainie obowiązuje obecność na choince przynajmniej plastikowego pająka. Fajne, prawda?

I jak was nie kochać pajączki.

Niektórzy wierzą, ze pojawienie się pająka  w domu wieszczy jakieś niezwykłe wydarzenie w życiu.

A gdy znajdzie się on na ubraniu, może oznaczać niespodziewany  a miły przypływ gotówki.

Gdy ujrzymy ciebie pajączku, jak tkasz pajęczynę o świcie, możemy spodziewać się prezentu.

Gdy pajączku biegniesz po ścianie, nadchodzi do naszego domu dobro wszelakie…

Trudno się dziwić, że obdarowywani przez ciebie, niby zwykły  pająku, ludziska przez wieki myśleli, że i zdrowie możesz przywrócić. Wierząc święcie w skuteczność twoich „wyrobów”, astmatykom podawali do połknięcia mały kłębek pajęczyny. Nakładali ją też na świeże krwawiące mocno rany. A na ropiejące pajęczynę z przeżutym chlebem- skąd my to znamy, oczywiście  „ Trylogii” za sprawą imć pana Sienkiewicza. W przypadku żółtaczki, dawni medycy podawali chorym do spożycia żywe pająki natłuszczone olejem.

Gdy przychodziła choroba do domu, zawsze umieszczano pająka  w zamkniętym pudełku i obserwowano kiedy umrze. Wierzyli, że umierając zabiera ze sobą chorobą a pacjent zdrowieje.

W ludziskach skołowanych trudami życia panował pogląd, że wy pajączki posiadacie magiczną moc. Więc tym chętniej opiekowano się wami, wierząc, że jesteście talizmanem. Dodajecie siły, jesteście symbolem słońca i nowego dobrego życia. 

I tak widząc ciebie, maluchu który sobie najspokojniej dziergasz swoją misterną tkaninę należy wyrazić życzenie „ Jeśli pająk zejdzie, to moje życzenie się spełni”. Jeśli po tych słowach faktycznie zdecydujesz się zejść, to będzie ok. Ale jeśli nie? No cóż, nie wszystkie życzenia się spełniają….można próbować dalej….

Wiele osób dobrze się czuje w waszym towarzystwie, bywacie nawet jak członkowie rodziny a samotnym dajecie poczucie bezpieczeństwa….

Dziękujemy wam pajączki za autorstwo tych pięknych   opowieści  i zwiewną urodę pajęczyny….

Jesteście nadzwyczajne

Bardzo was lubię i nigdy nie niszczę waszych dzieł. Niektórzy poczytują to jako zwykłe moje lenistwo…

Pewnie jest w tym ziarno prawdy, a być może nie….

Jak to zwykle z prawdą bywa.

Dobranoc mileńkie, ciekawe co przyniesie jutro?

 

SAM_5574.JPG

 

SAM_5577.JPG

 

SAM_5586.JPG

 

SAM_5583.JPG

 

SAM_5589.JPG

 

SAM_5561.JPG

 

 

 

O czym mi opowiesz budlejo

 

O czym mi opowiesz budlejo

SAM_4685.JPG

 

budleja.JPG

 

 

 

Nadal kwitnie  w michałowickim ogródku. Budleja Dawida. Pogadajmy więc o poranku…

Nie widziałaś, że kiedy wykopywałaś maleńkie pędy bzu w Gulczewie przy drodze obok domku sąsiada zaczaiłam się , przytuliłam do bzu i oto jestem

I przybyłaś do Michałowic, niespodzianie z bzem

Zakradłaś się

Ale teraz cieszysz oko

Miękkim czułym dotykiem pieścisz dłoń

Lubię Ciebie

Dobrze mi tu, miejsca dużo, wygrzewam się w słońcu

Żyć nie umierać

Zaskoczona jesteś moją obecnością, prawda?

Ale figlik spłatałam

Mam zamiar stale cieszyć Twoje oko

I pieścić dłoń, gdy obejmujesz

Kwiaty wydam najpiękniejsze

Już wydałaś w zeszłym roku, pewnie zapomniałaś

O niczym nie zapominam

Cieszę się, że dawno dawno temu przywiózł ciebie z Chin pewien Francuz

I dobrze zrobił. Bo nie przepadam za Chińczykami

Za mało rozmowni

Tu mi dobrze

Miło, że tak mówisz

Mogę Ci opowiedzieć o poprzednim człowieku, który mnie posadził w Gulczewie

Opowiedz

Też go dobrze pamiętam

Przysiadał pod krzewami, na obrzeżu działki z papierosem w zębach i oglądał swoje włości

Pracowity był bardzo

Rekompensował swoją wieloletnią nieobecność

Bo budował elektrownię atomową w Smoleńsku

Nazywał się Józef Chołody

Tak

Polubiłam jego chudą żylastą postać

Pamiętasz, jak w pierwsze Twoje imieniny przyniósł naręcze łubinów?

Kiedyś chciał ci pomóc piłować cherlawe drzewka, odmówiłaś i sobie poszłaś

Honorowa byłaś, czy co?

Nie wiem dlaczego tak się zachowałam

Trochę żałuję

Gdy pojawił się na stałe w Gulczewie zaprosił Granię i Ciebie by pokazać domek

Poszłyście

Podglądałam zza okna

Ciekawska jestem

Wiem

Pokazał domek , posadził przy stole postawił szklanki i nalał wódę czy coś innego

równie wieloprocentowego

Pełna szklanka tego była

Tak  w Rosji się pije

Nabrał nawyków stamtąd

Umoczyłyście usta ledwie

Serdeczny szczery

Kiedyś pod Twój domek, tam z tyłu, gdzie jego działka dochodziła zaczął wyrzucać zaschłe pędy roślin

Gniewałaś się  o to, że kompost sobie zrobił obok ciebie

Chociaż nic nie powiedziałaś

Byłaś oburzona

Słyszałam jak gderałaś

Ale następnego roku,

Gdy już umarł, prawda?

Tak

Wtedy do mnie przyszedł

Bo zobaczyłam zieloność na tej kupie kompostowej

Świeżą

Kwietną

Ofiarował Ci zza grobu kwiaty

Prawda?

Tak

 

Wszystko widziałam

I pamiętam

I mamy o czym rozmawiać

Wspominać

Tamte czasy

I tamtych ludzi których już nie ma

To ważne …

 

P7150173.JPG

Odwiedziny…

Odwiedziny

 

Michałowice. Ogródek. Magnoliowe drzewko. Soczysta zieleń późnej wiosny. Coś zatańczyło na rudo. Wylądowało i uspokojone przygasło.

Black_Redstart_I2_IMG_0862.jpg

 

 

Cześć, prawda, że jestem piękny?

Też tak uważam

Wyprężył dumnie pierś, choć tego wyraźnie nie było widać i rozłożył dość długi ogonek

Był cudny, jak iskierka, błysnął rdzą brzuszka i wachlarzykoogonka

Jestem nieco  mniejszy od wróbla, ale gdzie wróbelkowi do mnie

Ja pochodzę ze szlacheckiego rodu

Pokazał swoją piękną wytwornie smukłą linię ciałka

Szarawo czarniawa główka i grzbiecik  wspaniale kontrastował z rudą barwą brzuszka i ogonka

Jak się nazywasz młodzieńcze?

Zaśpiewał cichutko „ cip cip” a potem „ tek tek”

Noszę śliczne imię -Kopciuszek

Kopciuszek?

Bajka mi się przewinęła popularna wczesnodziecięca

Co się dziwisz

Przecież mówię, że jestem najpiękniejszy

Właśnie z szarego malca wyrastam i urody nabieram

Wprawdzie to inna bajka

Brzydkie kaczątko

Tak, tak znam

Wolę moje prawdziwe imię  Phoenicurus ochruros

Ale w tym kraju nikt tego nie potrafi wymówić

Mówią, że mogą połamać język

Cóż to za kraj

Chcą tylko po polsku

Chcą tylko po swojemu

Zaścianek

Nie krytykuj Mały

To zamknijmy temat

ok

Pochodzę z rodziny muchołówkowatych

Polska nazwa mojej rodziny jest byle jaka

Więc przedstawiam się jako potomek rodu Muscicapidae

Tak brzmi dumnie

Potwierdziłam

Bardziej tajemniczo

Przefrunął na inną gałązkę

Lubię sobie tak podfruwać na krótkie odległości

Skrzydełka mi zdrętwiały

To tak jak ja, też nie lubię siedzieć w miejscu

Ale ty nie jesteś Kopciuszkiem

No nie jestem

Dzieciątkiem byłam nie najbrzydszym

Teraz co najwyżej Kopciuchem można by mnie nazwać

Właśnie zauważyłem

Nieładnie się tak starzeć

Ja nigdy bym do tego nie dopuścił

Muszę stale być śliczny, a właściwie najśliczniejszy

Ogonek w wachlarz i rdza

Pojaśniało i rudością błysnęło

Zaśpiewał „ di di krrrrsz”

Widzę, że gniazdko masz w pobliżu

Skąd wiesz

Przeczytałam w Internecie że wtedy tak śpiewasz

Nie lubię Internetu

Po co oczęta męczyć

Ekran mdły bezsłoneczny

 

Lepiej patrz na mnie….

 

MłodyKopciuszek.jpg

Niemowlę Kopciuszka

 

PhoenicurusOchrurosGuntherHasler01.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z netu…zajęta rozmową, nie zdążyłam wyjąć aparatu fotograficznego…

 

Grudzień czyli grudnik zwiastuje bliskie Boże Narodzenie….

Zdjęcie-0240.jpg

Teraz….

 

Wśród straszliwych wydarzeń w świecie jak gdyby nic właśnie zakwita.

Na szczycie zielonych łodyg przypominających szeregowo ułożone rozwichrzone liście najspokojniej w świecie pojawiają się krwiste  kuleczki. Za kilka dni pękną bujną purpurą.

To znak , że niedługo Boże Narodzenie.

 Jak ten czas leci. Święta za świętami, grudzień kwitnie jak zwykle , lat nam przybywa, dobrze, że wnuki rosną, więc ciąg w przyrodzie zachowany. I nic to, że niedługo oglądać będziemy naszą znękaną ziemię z drugiego świata. Taka kolej, miejsce potrzebne dla potomków….ale dopóki tak się stanie sycimy oczy kwieciem czerwonym a w innej odmianie różowym , białym czy łososiowym niespodziewanie wykluwającym się z małych pączków…..

 Nazywamy ten kwiatek grudniem, ale to  właściwie grudnik lub  szlumbergera . Ostatnia , obco brzmiąca nazwa pochodzi od  F. Schlumbergera, wielkiego francuskiego pasjonata i zbieracza wszelakich kaktusów.  Do lat 90 ubiegłego wieku  grudnik bywał figlarnie zwany  Zygokaktusem. Należy do rodziny kaktusowatych ( Cactacea) i niektórzy wołają na niego kaktus Bożego Narodzenia.

Przybył do nas z tropikalnych lasów Brazylii gdzie żyje sobie na wolności porastając drzewa i skały. Nie widziałam, ale musi być piękny, dopiero tam, gdy zwiesza się nad głowami przechodzących i wabi urokiem kwiatów.  

      Gdy zakwita u nas w domu , oznacza, że już koniec listopada i choinka tuż tuż….

Grudnik lubi mieszkać u nas w domu, wybiera miejsca jasne, ale bardziej gustuje w rejonach półcienistych. Nie chce ostrego słońca, widocznie razi ono jego oczęta. Gdy się skupia nad kwitnieniem nie możemy go przenosić, dotykać ani w ogóle ruszać. Chce spokoju, jak kobieta przed porodem lub osoba przenosząca się do innego świata. Widziałam, uczestniczyłam w takim skupieniu bliskich-Teściowej i Rodziców, którzy odchodzili w swoich mieszkaniach , tak jak chcieli i byliśmy obok. Prosili o ciszę, nasłuchiwali a może już spotykali się ze swoimi, zawsze kochanymi pomimo wiecznej odległości. Wybaczcie, kochani tę dygresję, ale sama przyszła, więc i tu się pojawiła.

Wracamy więc do naszego miłego kwiatka który w ogóle nie posiada liści, a ma łodygę złożoną z szerokich zielonych elementów łatwo odrastających w nowej doniczce.

Zapewniamy mu spokój, półcień i niewysoką temperaturę otoczenia ( najlepiej do 20 stopni C) . Gdy po przekwitnieniu jego łodyga matowieje, to znak, że chce odpocząć. Następuje to od sierpnia do października i od lutego do marca. Wtedy rzadziej go podlewamy , tylko wtedy, gdy pojawi się niewielkie więdnięcie , kurczenie łodyg co jest oznaką pragnienia  i do chwili gdy wyrazi ochotę na kwitnienie, codziennie zraszamy liście. I tak jest co roku. Najstarszy kwiat w moim domu przywędrował od Rodziców i ma ponad 20 lat. Doczekał się już potomstwa, które zachowuje się jak rodzic. Ale zdarza się im niespodziewanie wyłamać z żelaznej zasady, jak to z młodymi bywa i  zakwitnąć poza swoją grudniową porą . Myślimy wtedy, że chce nam przypomnieć  dawne dobre czasy, gdy wszyscy byliśmy blisko. Jest dla nas  wysłannikiem z dalekiej niebiańskiej planety….upragnionym i zawsze wyczekiwanym.

Więc radujmy się, bo grudzień chce zakwitnąć….

 

4.JPGZdjęcie z zeszłego roku. Taki będzie….

Nowi mieszkańcy naszego lasu.

SAM_1833.JPG

Strzyżak na młodym maślaczku

 

SAM_1865.JPG

 Ten sam na stole. Słabo widać, że jest spłaszczony

 

Jak zwykle miało być o czymś innym, ale temat sam się tu wcisnął. A tak naprawdę tu się znalazł wtórnie, bo najpierw drapiąco łaził pod bluzką, kiełbasił się we włosach. Odpędzałam , iskałam się, ale bez efektu, bo zaraz pojawiał się następny i następny. Obejrzałam go detalicznie . Przybysz przypomina latającą przydepniętą mrówkę, spłaszczonego pająka ale najbardziej dużego kleszcza i w dodatku ma skrzydełka. Zdjęcia zrobiłam głównie  dzięki temu, że najpierw łaził po maślaczku i widocznie śluz tego grzybka spowolnił mu ruchy.

 Długo ci ja żyję, za 10 dni 68 lat minie, a takiego stwora do tej pory nie widziałam.

    Aż pogrzebać musiałam w necie, by go zidentyfikować . Okazało się, że jest to strzyżak o romantycznej śpiewnej łacińskiej nazwie  Lipoptena.  Występuje w krajach o klimacie umiarkowanym jak Europa, północne Chiny ale też nie lęka się syberyjskich mrozów. Od lat w atlasach owadów opisywany jest strzyżak sarni lub jelenicy, o długości ciała sięgającej 5 mm,  ale od 1989 roku zaobserwowano  pojawianie się w Polsce jego znacznie mniejszego ( dług ciała 2,9-3,6 mm) kuzyna. Przedstawia się z łacińska-  Lipoptena fortisetosa , ale jeszcze nie posiada polskiej nazwy.  Po raz pierwszy zaobserwowano go w woj. Dolnośląskim  i coraz częściej jest spotykany w różnych częściach Polski. Upodobał sobie Mazury i Warmię, ale jak widać już zawitał do nadbużańskiej Puszczy Białej, w której odsznurowanej części właśnie przesiadujemy.

Stworzonko to ponoć latać sprawnie nie umie, ale siedząc gdzieś na drzewie wyczuwa przesuwające się pod nim ciepło albo wydzielany z oddechem dwutlenek węgla i atakuje. Podobno też widzi i wybiera ciemne kolory przypominające sierść .  Liczy na smakowitą krew jelenia łosia czy sarny, ale ląduje we włosach i na plecach pomimo mojej jasnej bluzki, polecanej w sytuacjach, gdy we wrześniu strzyżaki szaleją.  Brr…

Ponoć u tych zwierząt lokuje się w sierści, zatapia swój aparat gębowy kłująco ssący w skórze , wypija krew i rodzi tam larwę. Jak na razie nie lubi krwi ludzkiej, ale podobno kogoś tam ugryzł ….. Od niedawna łosi tu więcej, więc chyba i dlatego pewnie pojawiły się  niespotykane przedtem tutaj strzyżaki. Biedne łosie, sarny jelenie. W ogóle nie mogą się bronić.  Strzyżak posiada twardy chitynowy pancerzyk , więc jest odporny na zgniatanie i przyczepiony do sierści stópkami zakończonymi pazurkami nie daje się zdrapać z ciała nawet gdy zwierzę  intensywnie pociera grzbietem o pień drzewa. Współczuję tym sympatycznym mieszkańcom naszego lasu. Nowy przybysz widać, że dobrze się tu czuje, rozmnaża na potęgę i gotów obrzydzić życie wszystkim…

Oooo właśnie muszę przerwać pisanie, bo coś łazi mi we włosach. Rozpoczynam polowanie. Jest strzyżak, jeden ,  drugi i trzeci.  . Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała ufarbować włosy na blond  albo wrócić do siwych ( co łatwiejsze) z nadzieją, raczej płonną, że strzyżaki przestaną  mnie zauważać ….

 

 

SAM_1857.JPG

 

SAM_1859.JPG

.

Moja ty miechunko rozdęta

SAM_1618.JPG

 

SAM_1615.JPG

 

 

 

Moja ty miechunko rozdęta. Prześliczna jesteś, lampioniasta. Nazwano ciebie  niezbyt ładnie, chociaż powoli się przyzwyczajam do twego imienia. Wystarczy przeczytać pieszczotliwie i już …i nie przyjmuję do wiadomości, że pochodzisz z rodziny psiankowatych, co brzmi zbyt banalnie. Jeśli nawet tak jest, wyrosłaś ponad swoją rodzinę urodą i zwiewnością

Właśnie zapłonęły twoje latarenki wśród bałaganu ogródkowego. Z gąszczu nieładnych łodyg i liści wyłaniasz się jak najbardziej czarowne zjawisko. Uwielbiam ciebie.

 Ponoć przybyłaś do nas dawno dawno temu z Azji . Wyobrażam sobie ciebie tylko w Indiach, wśród tancerek bollywood wśród ich barw i ozdób.  

I któż by śmiał rozdzierać delikatne czerwone osłonki twojego nasionka, by je po prostu spożyć. Zawierają ponoć bardzo dużo soli mineralnych, głównie potasu leczącego serce, ale w nadmiarze powodującego jego zatrzymanie w rozkurczu, witaminę C , glukozę i beta karoten. Kiedyś ludziom się kojarzyła budowa osłonki nasiona przypominająca lampiony z pęcherzem moczowym i stąd pogląd, że potrafi leczyć jego schorzenia. Ale w dobie furaginu i przy renesansie żurawiny chyba już nikt nie pamięta o twoim owocku gdy dopadnie go częstomocz i ból w podbrzuszu. . I dobrze.

Już łatwiej się zgodzę, gdy twój surowy owoc znajdzie się na jakiejś potrawie w charakterze ozdoby a nawet w cieście.

I dotykam teraz ciebie, nie wiem czy czujesz, najdelikatniej jak potrafią. Mam w dłoniach twój jesienny lampionik, który suchy nieco pergaminowy wiotki i dziecięco milusi płonie swoją niepowtarzalną czerwienią i szepce, że już idzie jesień…

 

SAM_1616.JPG

 

 

” Ptasia telenowela na Bielanach”

Zupełnie inny temat zamieszkał w mojej głowie i długo się mościł. Już prawie było gotów do urodzenia, gdy nagle dzisiaj:

 

SAM_1260.JPG

 

W dzisiejszej ( 31.lipca.2015)Wyborczej znalazłam ciekawą historyjkę. Być może znaną już wszystkim, ale może nie. Zapisuję sobie, cytuję, streszczam pewnie poczytam wnukom, zajrzę pewnie nieraz, bo nie jest to zwykła opowieść.

Otóż Jakub Chełmiński w dodatku Magazyn Stołeczny zamieścił artykuł pt.

 „Ptasia telenowela na Bielanach”.

 

„ On, to typowy warszawiak: mieszka w bloku z wielkiej płytą , ale lubi czasem skoczyć do centrum pokręcić się nad placem Defilad. „

To piękna zajmująca historia o pewnym mieszkańcu Warszawy, sokole.

„ Franek to sokół wędrowny, choć ze stolicy się nie rusza. Wykluł się w 2008 roku u Grzegorza Dzika, sokolnika pracującego na  lotnisku na Okęciu. Wypuszczony na wolność, obrał kurs na Żerań, ale po drodze spodobały mu się Bielany, a konkretnie jeden balkon na osiedlu Ruda.”

    Gdzieś poznał narzeczoną, która urodzona na prowincji wybrała się do stolicy pewnie na podryw. Razem więc z nią, Jolą postanowili uwić sobie gniazdo na owym balkonie. Ludzdzy mieszkańcy mieszkania z tymże balkonem , położonego na ostatnim piętrze bloku pozwolili tam zamieszkać ptakom. To rzadkość, bo z reguły większość przepędza natrętne gołębie, które również gustują w zakładaniu gniazd na balkonach. Pan Franciszek i pani Jolanda właściciele mieszkania, którzy nazywają siebie falkofanami,  nie tylko udomowili sokoła, ale też zgodzili się na zamontowanie tam kamery. I dzięki temu internauci mogą od kilku już lat śledzić telenowelę o bielańskich sokołach.

Tak więc wszyscy mogli oglądać, że niestety Franek czasami bywał smutny, bo jego partnerka, Jola często gdzieś wyfruwała. Na pewno podejrzewał jakieś jej pozamałżeńskie związki, był zazdrosny, ale niezmiennie radosny, gdy wreszcie wracała. Ich życie seksualne też nie było różowe. Przez kilka lat nie doczekali się potomstwa.

W końcu ornitolodzy, opiekujący się tym gniazdem zdecydowali się na eksperyment. Podrzucili do gniazda 25 dniowe pisklę sokoła urodzone w hodowli. Jednak wyrodna partnerka, Jola nie zainteresowała się dzieckiem i uciekła w siną dal.

I o dziwo Franek podjął się samotnego tacierzyństwa i okazał się super tatą . Sumiennie karmił malucha, obserwował jak dorasta i potem wyprawił młodego w świat.

Troskliwego samotnego tatę obserwowała inna sokola pani, nosząca szumne imię Leśna. Urodziła się w czeskiej niewoli, wypuszczono ją potem w małej wiosce pod Olsztynem . Ornitolodzy „sugerowali” jej, by  zasiliła leśną populację sokołów na Warmii. I dlatego nadano jej imię- Leśna. Jednak Leśna była ciekawa wielkiego świata i nie zainteresowana Warmią pofrunęła do Warszawy.

Na Bielanach wypatrzyła Franka i wkrótce z nim zamieszkała.

25 marca tegoż roku o godzinie 2.43 i 35 sek  z dumą „pokazała” fanom śledzącym przez 24 godziny w Internecie to gniazdo, „pokazała „ swoje pierwsze jajo. Jakaś internautka  natychmiast zakomunikowała o tym na forum, inna zrobiła zdjęcia, które pomknęły w świat. „Był to pierwszy w historii udokumentowany przypadek , żeby sokoły wędrowne doczekały się potomstwa, żyjąc blisko ludzi”.

Wkrótce  pojawiły się kolejne jaja. I oto od tej pory trójka młodych- Bielan, Argo i Ada stała się  bohaterami kolejnych odcinków telenoweli. Internauci oglądali z zapartym tchem jak porastały w piórka, uczyły się latać. Wszyscy przeżywali, gdy Argo został przez kogoś zraniony ale na szczęście trafił do szpitala w ZOO. I jakaż była radość, gdy wyleczony wrócił do gniazda . Pierwsza opuściła gniazdo Ada, pewnie poleciała szukać sobie nowego balkonu. Mieszkańcy Bielan jeszcze widzą przelatujące pomiędzy blokami młode sokoły. To Bielan i Argi, bracia Ady.

Tatuś Franek już ma dużo wolnego czasu, może odpocząć. Ale stale kuszą go samotne wyprawy do Śródmieścia. Przylatuje do centrum i zwyczajowo siada  na Pałacu Kultury. Ogląda swoje miasto , pewnie sprawdza, czy wszystko w porządku, jak ludzi się zachowują, czy może już się polubili? …..niektórzy uważają, że dyskretnie obserwuje też swoją pojawiającą się tu partnerkę. Widać, że jest wierny i zakochany. Ciekawe jak będzie wiosną. Byle do marca…..

 

Sokoły na żywo można śledzić na http://webcam.peregrinus.pl/pl/warszawa-bielany-podgląd i dyskutować na forum peregrinus.pl

 

Trucizna, lek i wielka uroda w jednym.

SAM_0900.JPG

 

 

W nadmorskim ogródku  córki jasnozielone drzewko o trójlistkowych, koniczynopodobnych liściach najpierw wypuściło długie nitki. Wiatr od zatoki pieścił je a one się poddawały uległe, niestrudzone . A ja patrzyłam, codziennie odwiedzałam. Aż któregoś majowego  dnia zauważyłam niewielkie fasolki ułożone grzecznie wzdłuż żyjącego sznureczka. I teraz już tylko było czekanie. Opłaciło się czekanie. Bo z fasolek wylęgły się kwiatuszki żółte jak złoto. Najpierw nieśmiało, potem już odważnie patrzyły na świat. A ja stałam w zachwycie. Tak, złotokap, zwany też złotodeszczem,  to istne cudo przyrody. Czaruje wtedy, gdy już dawno krokusy, tulipany przekwitły , może tylko jeszcze bzy kokietowały, ale już opatrzone bo wcześniejsze. Zresztą nawet z bzami nie konkuruje, bo drzewko to całkiem inne, tak jak piękne kobiety zwykle są do siebie niepodobne, ale każda płonie urodą. Widok kwitnącego złotokapu to uczta dla oczu, balsam dla serca i miły zamęt dla głowy…

Jak piszą w necie, złotokap należy do najbardziej efektownych roślin ozdobnych w Europie. „Długie zwisające gęste grona złocistożółtych kwiatów pojawiające się wiosną ( kwiecień- czerwiec) nadają roślinie wygląd jak gdyby kapała złotem”. W odróżnieniu od romantycznej nazwy tego krzewu lub drzewka jego czarne owoce ułożone w długich, sięgających 5-6 cm strąkach powodują, że zaliczana jest do rodziny bobowatych. Cóż za pospolita i wręcz wulgarna nazwa, zwłaszcza w zestawieniu ze złotym deszczem. Ale cóż, należy się z tym pogodzić, bo wszak „po owocach można poznać.” I jak u ludzi, nie zawsze z cudnego dziecka wyrasta równie cudny dorosły. Tak więc siebie przekonałam i brnę dalej w to, co czytam w necie nt. złotokapu.

Otóż okazuje się, że jest to najbardziej trująca roślina uprawiana w Polsce. Wszystkie jej części zawierają trujące alkaloidy. Jeden z nich, cytyzyna zawarty jest w kwiatach, liściach , korzeniach nawet, ale  najwięcej jest go w strąkach . Cytozyna paraliżuje nerwy! Tak więc wszelkie eksperymenty z ich spożywaniem są surowo zabronione! Szczególnie należy pilnować dzieci, które jak wiadomo chcą poznawać świat na swój sposób. Spożycie przez nie 2-10 nasion złotokapu powoduje śmierć dziecka. Podobnie jak ludzie, zagrożone są konie. Gdy biedaczysko spożyje przypadkowo tylko 0,5 g na 1 kg swojego ciała , umiera w mękach. Ciekawostką jest to, że owce, kozy i zające są całkowicie odporne na tę truciznę. Ponoć można się zatruć miodem zbieranym przez pszczoły z kwiatów złotokapu.

Objawami zatrucia jest wzrost ciśnienia tętniczego krwi, ślinotok, drgawki, zaburzenia oddychania, ale także ślinotok, pieczenia w jamie ustnej. Zwykle występują wymioty, które często ratują życie zatrutych.

Ale jak to w przyrodzie bywa, to co jest trucizną, spożywane w mikro ilościach może być też lekiem. Tak więc z nasion złotokapu przygotowywano kiedyś leki wymiotne i przeczyszczające oraz stosowano zewnętrznie by uśmierzać cierpienia w nerwobólach. Obecnie jeden z alkaloidów złotokapu zawarty w nasionach i zielu używany jest do oznaczania grup krwi. Wymieniona już cytozyna jest składnikiem leków o nazwie Tabex lub Desmoxan,  które jeśli wierzyć reklamom telewizyjnym,  cudownie leczą nikotynizm. Wykorzystuje się działanie  cytozyny podobne do nikotyny co pomaga łagodzić objawy głodu do papierosów.

Poczytałam, nawet z ciekawością ale i niejakim lękiem. Bo konia wprawdzie nie mam ale dzieciaki wokół są .

Ale na razie zapomnijmy o horrorach, pójdźmy do ogródka, gdzie powita nas najpiękniej jak potrafi jasnozielone drzewko świeżo pokropione  złotym deszczem….

 

SAM_0896.JPG

 

SAM_0898.JPG

 

.

Barwinkowe spotkanie z farmakologią

SAM_0095.JPG

 

 

SAM_0098.JPG

 

 

 

Barwinek  czyli Vinca  od dawna moją ulubioną rośliną. Czasem spotykam ją w lesie, ale chyba została tam przeniesiona przez ludzi, nie wiem. Jednak pamiętam, że tak jak konwalie jest pod ochroną.

Co innego mój ogródek. Właściwie też jest pod ochroną, bo niewiele w nim zmieniam. Wszystko sobie rośnie tak jak chce. Istna Natura 2000…

    Od dwóch tygodni w czasie tradycyjnych obchodów ogródka oko się samo zawiesza na uroczym błękicie ładnych kwiatków, prawie przytulonych do ziemi . Uwielbiam tę roślinę. Wdzięczną zimą, gdyż nie traci swoich nieco mięsistych liści, rosnącą na nawet najsłabszej glebie i w cieniu. Okrywa wyschłą bezbarwną ziemię swoją bujną zielenią a wiosną ozdabia kwiatkami. Jest wdzięczna, miła dla oka i budzi ciepłe uczucia.

Poza jego niewątpliwą urodą i wiecznie zieloną skromnością okazuje się być też lekiem. To niesamowite jak kiedyś ludziska potrafili wykorzystać towarzyszące im rośliny. Pewnie wiedza przekazywana była przez pokolenia jedni drugim ale też należało mieć pasję poznawania świata i dodatkową by nieść pomoc bliźnim. Zachwycające być taką babką co także czyni czary, które też pomagają. Mieć dodatkowy zmysł.  Oczywiście nawiązuję do wspaniałej roli zielarki i szamanki p. Grażyny Zielińskiej w serialu Ranczo. Nie ma jak seriale! Niech żyją z nami i czasem ciekawe problemy poruszają….

 

     O barwinku ciekawie pisze dr Henryk Różański. Pewnie w medycynie ludowej roślinka ta była stosowana od wieków, ale wzmianka o tym została znaleziona w literaturze niemieckojęzycznej z XIX wieku.  Ludziska zbierali kwitnące ziele lub same liście i suszyli je w normalnej temperaturze. Potem przyrządzali napary ( Infusum Vincae ) , nalewki( Tinctura Vincae) lub odwary ( Decoctum Vincae). Fajne nazwy tych „przetworów „ zielarsko-farmaceutycznych- Infusum, Tinctura, Decoctum. Dla mnie fajne, bo cofam się o 48 lat, kiedy to w Poznańskiej Akademii Medycznej zakuwam farmakologię. Jestem młodziutka, przejęta, bo niebawem za mąż wychodzę. A tu głowa puchnie od  wzorów chemicznych, nazw chemicznych i farmakologicznych, receptariuszy i bulgocze w niej od owych Tinctur…

 

   Ale wracam do mojego  barwinka. Preparatami z niego sporządzanymi płukano gardła i jamę ustną gdy dopadło człeka zapalenie, podawano przy biegunkach, nieżytach przewodu pokarmowego i układu oddechowego, krwotokach z nosa a także stosowano zewnętrznie w leczeniu wyprysków u dzieci. Ponoć barwinek obniża też ciśnienie tętnicze krwi, czyści krewa i działa rozkurczowo, leczy hemoroidy, zmniejsza nadmierne krwawienia miesięczne i skraca ich wydłużony okres.

Oczywiście należy podkreślić że jest to roślina  trująca, gdy zastosuje się większe dawki. I jest zabroniona kobietom w ciąży !

     We współczesnej medycynie oficjalnej nie są używane preparaty z ziela barwinka, ale nowoczesne leki zawierające alkaloidy obecne w tej roślinie. Zidentyfikowano ich 50.

Najbardziej popularne z nich to :

Winkrystyna ( vincristin) i winblastyna ( vinblastin). Jakoś do tej pory nie kojarzyłam nazwy tych leków z moim barwinkiem. Vinca. Nadal odgrywają one dużą rolę w terapii onkologicznej. Łączą  się  z białkiem zakłócając podział komórki, niszczą komórki w fazie M cyklu komórkowego i ostatecznie hamują nadmierny  rozrost tkanki nowotworowej.

Winblastyna stosowana jest w leczeniu  raka piersi, chłoniaków, raka jądra i mięsaka Kaposiego.

Winkrystyna używana jest w leczeniu ostrej białaczki limfoblastycznej , chłoniaków ziarniczych i nieziarniczych, zwojaka nerwowego współczulnego( neuroblastoma), mięśniko- mięsaka prążkowanokomórkowego ( rhabdomyosarcoma) i guza Wilmsa ( nephroblastoma).

Obecnie te alkaloidy  są syntetyzowane, gdyż należałoby do produkcji użyć pół tony liści barwinka by uzyskać np. 1 g winkrystyny.

Inny barwinkowy alkalotid to vincamine . Została wyizolowana z tej roślinki w 1953 r.i  ponoć znakomicie  obniża poziom glukozy we krwi,  podnosi też odporność na infekcje poprzez aktywację układu immunologicznego a także rozszerza naczynia krwionośne w mózgu, poprawiając jego ukrwienie. Podawany jest osobom w podeszłym wieku, w zaburzeniach krążenia mózgowego i ocznego, przy zawrotach głowy, osłabieniu pamięci, przy szumach usznych. Preparaty vincaminowe produkowane są w Szwajcarii, Francji i Niemczech w postaci kapsułek i tabletek powlekanych.

    Jak pisze dr Henryk Różański, oficjalnych dawek sproszkowanego ziela barwnika nie ma. Stosował on 1,5 g surowca dziennie, w kuracjach 2-3 tygodniowych z przerwą co najmniej 2 tygodniową. Tę dawkę rozdrabniał, zaparzał w 150 ml wody i zalecał wypijanie w trzech porcjach w ciągu dnia. W necie można też znaleźć różne domowe przepisy na preparaty z tej rośliny, ale należy pamiętać, że spożyta w większych dawkach jest trująca. Nie podano jakie są te” większe” dawki.

Tak więc nie warto eksperymentować.

A na razie trzeba się cieszyć właśnie kwitnącym najczystszym błękitem ciemno soczyście zielonym dywanom rozłożonym w cieniu drzew i cieszyć jeśli zdrowie dopisuje a myśl o leczeniu gdzieś daleko buja….

 

SAM_0097.JPG