Pląsawica – luźne moje myśli ujęte w słowa…

Niejako kończąc rozmyślania, przylegania do podjętego tematu pląsawicy Hungingtona- takie oto słowa mi się ułożyły- więc kończąc prowadzenie tego blogu ( likwidacja platformy) – pozwalam sobie je wrzucić….

a więc najpierw wynik badania genetycznego- wiadomo już od życia płodu- albo później, jeśli ktoś nie zna tej choroby i jej nie rozpozna wcześniej….potem życie z wyrokiem, oczekiwanie na pierwsze objawy- trud towarzyszenia…..

 

 

 

 

 

Otwierasz
Kopertę
Czytasz
I widzę

Tak

Tak

Tak

 

Twoja
Twarz
Jest
Blada
To
Zaszło
Słońce
Miła
Ma

 

Rozmowa
Płaczesz
To
Rzęsa
Wpadła
Mi
Do
Oka
Tylko
Rzęsa

 

Źle
Spałaś
Niespokojnie

Zmęczenie

Zwyczajne
Tyle

Pracy

W pracy

 

Zauważyłem
Drżenie
Może
Za
Mało
Magnezu
Weź
Wapń
I witaminę  D

A

więc
Przyszło

TO
Co miało
Przyjść

 

Obejmiesz
Obejmuję
Przytulisz
Przytulam
Zespolenie
Spazm
Deszcz
Na
Szybach
Tętni

 

Jest
Sama
Pod
Oknem

 

Ciężki
Oddech
Drżenia
Niepokój
Pampers
Za
Drzwiami

Fotografia
W
Jej
Oczach
Uśmiech
Ukochany
Szepcze
Mój
Tylko
Mój

Otwiera
Drzwi

 

Myje
Ubiera
Znosi
Złe
Słowa
Wyciera
Podłogę
Pampersy
Zdobywa
Pieniądze
Potrzebne
Pieniądze
Na
Wszystko

Siedzi
Pod

Tym

Zamkniętym
Oknem

Jego
Oczy
Błękitem
Jarzą
Czuprynę
Głaszcze

Nie
Miał
Innej

Kobiety

Nie
Zdążył
Odejść
Dał
Siebie
Do
Końca
Zabrała
Zamknęła
W
Pudełku
Wspomnień

 

Pląsawica
Jest
Z
Nami
Szczerzy
Zęby
Wytrzeszcza
Oczy
Jadem
Zieje

To tylko
Mgła
Za
Oknem
Pamiętasz
Pamiętam
Tamtą
Łąkę
Zieloną
Zrywałeś
Kwiaty

 

Z
Sercem
Wychodzę
Obraz
Wynoszę
Naszej
Miłości

 

Trzymam
Twoje
Serce
Zobacz

Nie

Poznaje

To
Pampers

Tylko

Pampers

Ktoś mówi

 

To
Ja
Miły
Twoja
Przyjaciółka
Milczenie

 

I
Tylko
Kawa
Rozlana
Pusta
Filiżanka

 

 

 

 

 

Dwa światy

Kochani ! Mam nadzieję, że jeszcze Ktoś zajrzy przed 31 marca tegoż roku, kiedy przestanę istnieć razem z moim blogiem. Mam nadzieję odrodzić się jak Feniks z popiołów- ale na razie moje serce jest tutaj….

Piszę dlatego z nadzieją, że ktoś zajrzy- bo tekst poniższy- opracowany na prośbę Jurka i Jego Ludzi zajmujących się pomocą ludziom dotkniętym tą chorobą genetyczną- o której wspomniałam w poprzednim wpisie – może przedstawią to na corocznej Konferencji – gdzie spotykają się pacjenci, ich rodziny, terapeuci, dietetycy , lekarze- neurolodzy, genetycy. Ale myślę, że to co skopiowałam oraz komentarz może bardziej się przyda światu ludzi nie znających tej choroby….więc wrzucam ten tekst….

 

 

 

DWA ŚWIATY

  1. ŚWIAT LUDZI CHORYCH I ICH RODZIN

Może na początek , dla przypomnienia- skopiowane  ze strony https://pl.hdyo.org/you/articles/58/62wypowiedzi dzieci ludzi z HD – są to przejmujące opisy tych młodych ludzi, którzy dotknęli choroby- są tam  objawy-  problemy domowe- zachowania innych i próby obrony przed złym światem….

Wszystko przedstawione tak wyraziście, że nie potrzeba objaśnień …..

[ na czerwono- niektóre  porady profesjonalistów]

Oddajmy więc im głos: !

„Mój tata zawsze wprowadzał zamęt podczas wyjścia na zakupy. Nie było tygodnia, żeby coś się nie wydarzyło – zazwyczaj przewracał piękną wystawę, której ułożenie zajęło biednemu pracownikowi sklepu dobrych parę godzin.” Katy

 

„Mama straciła mowę – nawet nie pamiętam, kiedy się to stało, ale wiem, że mowa zanikała stopniowo. Najpierw mówiła jakby bełkotliwie, później ograniczyła się do pojedynczych zdań, następnie tylko do słów kluczowych, aż w końcu przestała mówić. Ale wciąż komunikujemy się z nią najlepiej jak potrafimy, np. pokazujemy jej karty ze słówkami, a ona wskazuje, o co jej chodzi.” Anthony

 

„Moja mama nie mogła mówić i komunikacja z nią stała się prawie niemożliwa. Czasem zastanawiałem się nawet, czy jeszcze wie, kim jestem, bo patrzyła na mnie bez żadnych emocji czy wyrazu twarzy; to było takie trudne. Miałem wrażenie, że w ogóle mnie nie pamięta.” Anthony

Opowieść Anthony mogłaby sugerować , że jego mama jest chora na Alzheimera- jednak jest zasadnicza różnica- jego mama doskonale wie-  zawsze wie- do końca- kim on jest !!!

 

„Moja mama zaprzecza, jakoby cierpiała na chorobę Huntingtona, czy jakąkolwiek inną. To mi z kolei tylko utrudnia opiekowanie się nią.” Sophie

 

„Mój tata miał obsesję na punkcie ciągłego mycia rąk. Nam też mówił, żebyśmy myli ręce regularnie! Z czasem sytuacja stała się absurdalna i na szczęście lekarz pomógł mu pozbyć się tej manii – inaczej w dalszym ciągu żadne z nas nie robiłoby nic innego od mycia rąk!” Jason

 

„Gdy byłem nastolatkiem mój tata mógł jeszcze chodzić, ale miał bardzo duże ruchy, które były objawem choroby. To zwykle przyciągało uwagę innych, wszyscy patrzyli się na nas, gdy gdzieś wychodziliśmy – i przez to bardzo się wstydziłem.” Paul

 

„Czasem, gdy wychodziliśmy z Mamą, zdarzało mi się zauważyć, że ktoś się w nas wpatrywał, śmiał albo nas wytykał palcem. Bardzo mnie to złościło i chciałem odegrać się na tych ludziach. Ale brakowało mi odwagi, a może byłem zbyt rozsądny, żeby to zrobić. Więc w końcu wypracowałem coś, co nazwałem „Spojrzeniem Zagłady”. Gdy tylko ktoś zaczynał się na nas gapić, sam wpatrywałem się w niego w tak zajadły sposób, że od razu wiadomo było, że lepiej byłoby, gdyby przestał.” Ben

 

„Pamiętam taki moment, kiedy zabrałam mamę do toalety w restauracji, gdzie moi bracia grali ze swoim zespołem… Podpierałam ją, gdy próbowała przekuśtykać przez tłum ludzi w stronę łazienki. Kiedy już po wszystkim myłam mamie ręce, młoda kobieta powiedziała do mnie >>daj jej wodę do picia, a od razu wytrzeźwieje<< poczułam się strasznie upokorzona, wściekła i… zupełnie niezrozumiana. Pamiętam, że pomyślałam sobie >>gdyby to tylko było takie proste…<<” Susan

 

„Pracowałem na cały etat, a mama zajmowała się tatą, który był w ostatniej fazie choroby Huntingtona. Ale z upływem czasu to stawało się coraz cięższe dla mojej mamy i wiedziałem, że albo przestanę pracować i zacznę zajmować się tatą, albo będziemy zmuszeni umieścić go w domu opieki. Czułem, że muszę dokonać wyboru, a taka decyzja – gdy ma się 18 lat – jest niezwykle ciężka.” Marcus

 

„Moja mama była opiekunem taty, ale pomagałem w domu i gdy mama chciała wyjść, zajmowałem się tatą samodzielnie – miałem wtedy tylko 14 lat. Nie myślałem o tym jak o opiece; to było dla mnie po prostu zostawanie w domu z tatą.” Tony

 

Ważne jest, aby pamiętać, że samo to, że osoba cierpiąca na chorobę Huntingtona nie może mówić, nie oznacza wcale, że nie słyszy tego, co mówisz. Jeśli tylko mówisz do takiej osoby, ona wszystko zrozumie.

Dlatego zawsze rozmawiaj z chorym członkiem rodziny i opowiadaj historie ze swojego życia, aby wiedział, co się u ciebie dzieje.

Rozmowa, w której tylko jedna strona jest aktywna, może wydawać się na początku dziwna, czasem nie wiadomo, co powiedzieć. Staraj się więc rozmawiać o rzeczach, które was oboje interesują, albo o wiadomościach, które twoim zdaniem zainteresowałyby chorego.

 Jest bardzo wiele spraw, które można poruszyć, a czasem pomaga też wcześniejsze zaplanowanie rozmowy – tak, by nie znaleźć się w sytuacji, w której brakuje ci tematów.

„Mój ojciec chorował na chorobę Huntingtona, kiedy byłem małym chłopcem. Niewiele wówczas rozumiałem i bardzo trudno mi teraz (w wieku 20 lat) przypomnieć sobie tatę sprzed choroby. Jest mi bardzo ciężko, gdy o tym myślę.” Joe

Jak zauważa Joe, brak wspomnień z chorym sprzed okresu choroby jest bardzo smutne, ale to nie oznacza, że pięknych chwil w ogóle nie było. Może sam nie dysponujesz zdjęciami ani filmami, ale inni członkowie rodziny z pewnością chętnie podzielą się swoimi, jeśli tylko o to poprosisz.

 

Możesz też nadal gromadzić miłe wspomnienia o bliskich, nawet gdy są już chorzy. Są to np. zabawne sytuacje, których doświadczaliście i z których razem się śmialiście:

Mama ma skłonność do gwałtownego pochylania ciała w przód i w tył i niechcący uderza w głowy stojących blisko niej, oczywiście niespecjalnie. Pewnego wieczoru zostałem właśnie nieoczekiwanie uderzony w głowę. Odruchowo uderzyłem głową w głowę mojego brata, jego głowa odskoczyła i uderzyła we włącznik światła. Światła pogasły. Staliśmy w ciemnościach, zdziwieni tym, co się wydarzyło… Mama jako pierwsza przerwała ciszę: „Dlaczego ktoś zgasił światło, przecież z wami rozmawiam?!” – zapytała, zaskoczona.” Tom

Śmianie się z historii związanych z chorobą Huntingtona podobnych do tej, która została tu przedstawiona, jest bardzo istotne. Śmiech to najlepsze lekarstwo, które pozwala rozładować twój smutek i lęk.

 

Aktywne i pozytywne nastawienie do życia jest z pewnością najlepsze dla młodych ludzi. Organizacja różnych imprez, aby zbierać fundusze oraz szerzenie wiedzy o chorobie Huntingtona to najlepsze sposoby, aby zaangażować do działania twoją rodzinę i znajomych.

To zaskakujące, ile wsparcia i pozytywnego wpływu można doświadczyć w rodzinie, ale też ze strony innych osób….to były słowa młodych ludzi doświadczonych chorobą H. i terapeuty….

  1. Dwa światy

Teraz pora na nas:

Świat ludzi zdrowych i świat ludzi chorych na HD i na inne rzadkie choroby genetyczne  o których tak niewiele wie społeczeństwo – więc nie wiedząc- nie czuje – nie rozumie- i nie umie się zachować –zaakceptować –  a tym bardziej pomóc .

Te dwa Światy- wzajemnie przenikające się ?  czy zamieszkujące osobne galaktyki ?

Czy jest możliwe ich zbliżenie- przywrócenie świata ludzi chorych światu zdrowych   ?

Jeszcze na razie zdrowych- bo kto wie, czy role się nie odwrócą – i ci butni, pewni siebie, buchający tężyzną fizyczną i wieczną młodością w nie za długim czasie będą zmuszeni wkroczyć do świata chorych jako inwalidzi, oszpeceni, dziwnie się zachowujący?

Kto wtedy poda im rękę ?

Jak daleka i jak wyboista jest droga do integracji?

Szczególnie w kraju w którym przyszło nam żyć…

My, Polacy, opóźnieni cywilizacyjnie o ok. 50 lat- byliśmy zamknięci nie tylko za „ żelazną kurtyną” w sensie fizycznym- bez łatwych możliwości wyjazdów za granicę- ale też mentalnie-   tymczasem  dla nas niewidzialny za tą „ żelazną kurtyną „ Zachodni świat się zmieniał- jakże wcześniej widział problemy izolacji niepełnosprawnych – podejmował próby pomocy i pełnej integracji. Ale co najważniejsze miał czas na przebudowanie myślenia swoich obywateli- propagowanie wiedzy na temat chorób, która jest podstawą akceptacji- rozbudzenie uczuć empatii- wychowanie pokoleń inaczej odbierających niepełnosprawność –  choćby poprzez aktywne uczestniczenie w  wolontariacie, który stał się solą tamtejszej społeczności- tak dalece- iż młodzi podejmują go chętnie , choć i umiejętnie motywowani przez władze uczelniane, które w pierwszej kolejności  przyjmują na studia uczniów którzy zdali egzamin mniej doskonale- ale szczycą się dwuletnim wolontariatem- co jest cenionym probierzem dojrzałości społecznej równie, lub bardziej istotnej niż wiedza naukowa….itp.

Daleką drogę musimy przebyć, choć już widać przysłowiowe „ światło w tunelu”- w szkołach, na ulicach, w mediach widać osoby niepełnosprawne- i już to nikogo nie dziwi- choć łatwiejsza jest akceptacja ludzi o niepełnosprawności fizycznej.

Jednak nadal ktoś zachowujący się „ dziwnie” w odczuciu społecznym Polaków omijany jest „ kołem” jeśli nawet nie wyśmiewany (o czym  opowiedział  młody doświadczony człowiek)- jeśli nie traktowany pogardliwie lub wręcz wrogo….

wyznacznikiem stanu społeczeństwa jest zachowanie dzieci w przedszkolu-  wg zasady„ czym skorupka za młodu nasiąknie”- bywa ich rodzice nie są w stanie przekazać „dobrego  genu” akceptacji- bo po prostu go nie mają…

niech stanie się CUD takiej mutacji „ złego genu”-  jego przemiany w „ gen dobry” – by świat stał się lepszy  …

Tak więc droga przed nami- lekarzami, społecznikami 

daleka i wyboista

Ale warto podejmować próbę

 

 

 

Rozmyślania….

Kochani!

Co tu mówić, opadły mi ręce i skrzydła ( jeśli je kiedykolwiek miałam- może tylko mi się zdawało)- blogu nie można przenieść w inne miejsce- bo WP tego nie zapewniła – ponoć nie ma narzędzi- trzeba by kopiować ” ręcznie ” – praca to iście benedyktyńska …tak więc zgodnie z powiedzeniem i wiedzą ogólną- wszystko ma swój początek i swój koniec- 31marca już pozostanie pustka – ani śladu nawet….

Niczego już nie wpisywałam od czasu otrzymania  tej wiadomości- ale dziś- jeszcze dziś to co ostatnio mi się napisało- gdy spotkałam ludzi pracujących wśród chorych i ich rodzin  – straszliwa to genetyczna choroba- najczęściej atakuje ludzi ok 20 – 30 roku życia- czyli w rozkwicie młodości- aktywności – wielu z nich zdąży przedtem założyć rodziny. Połowa potomstwa zachoruje….jeśli ktoś w rodzinie ( a zwykle tak bywa) już choruje- badani są wszyscy. I tu jest przyczynek do tego co napisałam powyżej- jak żyć z tym wyrokiem ? Jak czują się rodzice wychowujący takie dziecko? Niepojęte….jakże wobec takiej sytuacji miałkie są nasze problemy ….

 

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko ….

 

 

 

Nadzieja

Dopóki żyjemy żyje nadzieja

Nadzieja umiera ostatnia

Jak żyć gdy umrze nadzieja

Trwać w chorobie- towarzyszyć

Myśleć że istnieje drugi lepszy świat

Czy to możliwe

 

Gdy genetyka

Bezwzględnie

Mówi

To dziecko

Będzie chore

Nie teraz

Po 20 latach

 

Jak się cieszyć

Z narodzin

Bo śliczne

Ufne

Bezbronne

Promienne

 

Macierzyństwem

Obdarowani

Dźwigają

Tę wiedzę

Przez

Długie

Lata

I żyją

 

Jak

Zrozumieć ?

Ponoć

Zrozumieć

To najpierw

Poznać

Dotknąć

Niemożliwego

 

Tylko wiatr

Wiatr na twarzy

I niebo

Z

Gwiazdami

Słyszą

Cichy

Płacz

Matki

 

I myśl

Nagła

Czas

Darowany

Na

Życie

Skondensowane

Nasycone

Najbardziej

Na świecie

Miłością

Czułością

Dotykaniem

Oglądaniem

Smakowaniem

Czas

Dany

Ofiarowany ….

Krótki

Czas

Wspólny

Dany…..

 

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko ….

 

 

List od nieistniejącego przyjaciela.

 

księżyc w dłoniach.JPG

 

List od nieistniejącego przyjaciela….

 Płacz Zośka, choć dopiero teraz widzę Twoje łzy. Od rana byłaś kamienna, powściągliwa opanowana . Powtarzałaś tylko,  niemożliwe- że już nigdy z gonią nie porozmawiam. Patrzyłem na Ciebie z zadziwieniem, że tak potrafisz ukrywać emocje. I że myślisz tylko o sobie- że straciłaś Przyjaciółkę. Widziałem jak patrzyłaś w niebo szukając Jej wśród chmur….potem przyszło do Ciebie myślenie, „ jak dobrze, że już nadszedł kres cierpień goni”….bo ostatnie miesiące były pasmem udręk- wszystko wiedziałaś i jako lekarz widziałaś, że gonia jest na równi pochyłej. Więc dlaczego wierzyłaś uparcie i na przekór medycznej wiedzy i intuicji, że to wątłe życie będzie trwało. To było myślenie irracjonalne…sama widzisz….Potem opowiedziałaś mi, że gonia jest z tobą, będzie do końca ziemskich dni w drzewkach, które wyhodowała i przywiozła z dalekiego Gorzowa i zamieszkały w twoim  ogródku. Będzie też gonia w „ Gorzowskim Muzeum” w domku michałowickim , które powstało dzięki kamieniom brukowym zebranym z wymienianej nawierzchni ulic gorzowskich, którymi kiedyś chodziłam, a także fragmentami spadłej elewacji domów które zapamiętałam…..wszystkie zbiory , każdy element gonia zbierała do plecaczka , dźwigała do domu- a postury była mikro potem opisała symbolami- a to OL- czyli ulica Orląt Lwowskich, przy której mieszkaliśmy ( wtedy nazywała się Nowotki) , a to M- czyli Matejki opasującej nasze wzgórze działkowe ….i przywiozła do naszej michałowickiej samotni….

Teraz wreszcie płaczesz….

Płacz przyjaciółko moja, płacz ….

Jestem z tobą, towarzyszę w żałobie

Tylko szkoda, że nie istnieję

Twój przyjaciel

Na Nowy Rok będzie ” strzępiasto” :)

 

IMG_20170621_142611.jpg

Nasza droga, ciemny las wokół ale jasne niebo- takie skojarzenie z życiem….

a tak w ogóle to przyroda a szczególnie  las jest lekiem na całe zło tego świata… przynajmniej dla mnie…zapraszam….

 

 

Jeszcze nie „Stukamy w kalendarz” !

Kochani! Jak zwykle będzie „ strzępiasto”- bo tak określam moje pisanie pełne wątków pobocznych- ale na pewno darujecie mi- to nie ja, a moje palce wystukują to wszystko na klawiaturze a impulsy płyną z głowy i serca !!!!

To fajne powiedzenie  zawarte w tytule , pogodne, chyba zapomniane przypomina się dziś, kiedy Stary a jakże niedawno jeszcze Młody Rok odchodzi w siną dal, a bieży kolejny….2018….a my jeszcze odwracamy kartki kalendarza i nie „ stukamy w swój kalendarz”…chciałabym jednak stworzyć parafrazę tego określenia, na bardziej radosne…Kochani dopóki żyjemy siła jest w nas….a potem…., kiedy „ stukniemy w ziemski kalendarz… No cóż potem, zapraszam na Kasjopeję gdzie zamierzam się ulokować i gościć Was tam, moi Mili….piękny to gwiazdozbiór wyraźnie widoczny na niebie- choć gdy powiedziałam o tym Profciowi, który u nas gościł w pierwszy i drugi Dzień Świąt- od razu zareagował- ależ tam jest wielka temperatura!- ot, prawdziwy fizyk i naukowiec!!!- odparłam- w tym stanie ducha nawet wielkie temperatury nam nie zaszkodzą…..

 

I tu miało być o kalendarzu juliańskim, gregoriańskim etc. A nagle wdarł się …Stanisław Lem….bo gdy poszukałam w necie info nt. tego powiedzenie : Stuknąć w kalendarz- w jakimś tam portalu pojawił się Lem, i cytat z jego Cyberiady ( którą właśnie pożyczyłam z biblioteki, ale leży odłogiem, bo zajmuję się czymś innym – też pisaniem ale na tematy jak z odległej galaktyki)…..

Otóż Lem w tejże Cyberiadzie napisał : Stuknęła mi sześćdziesiątka, siódmy krzyżyk się zbliżał i nadzieje sławy doczesnej nikły. S. Lem, Cyberiada.

Od razu „złapałam haczyk „ i postanowiłam pogrzebać w Jego życiorysie i sprawdzić czy faktycznie był to już jego zmierzch życia ( jak mnie znacie, by znaleźć w sobie siłę wiary w „ świetlaną przyszłość” moich lat 80 , które zaczęły się 28 września 2017 roku…..

Stanisław Lem ur.1921 we Lwowie , zm. w 2006 w Krakowie. Żył więc 85 lat !!! Słuszny to wiek, choć mógłby dociągnąć przynajmniej do 100 ! Ale tak się nie stało i dobry Bóg zabrał go do siebie by śledził gwiazdy z odwrotnej strony. Ciekawe o czym tam teraz pisze J

Nie był to człowiek jedynie zapatrzony w kosmos i fantazje, ale też rozważał  jak się mogą porozumiewać istoty inteligentne i próbował określić miejsce człowieka we Wszechświecie. To nie wszystkie Jego zainteresowania,  jakby się zdawało, ale też żywo interesowało  go to co przyziemne- ziemski  człowiek – snuł więc  refleksje naukowo- filozoficzne na temat współczesnego społeczeństwa,  krytykował różne systemy polityczne, na żadnym nie zostawiając przysłowiowej „ suchej nitki”,  filozofował.

Jego książki w dość odległym okresie należały do najczęściej czytywanych w świecie nieanglojęzycznym . Przetłumaczono je na ponad 40 języków , osiągając łączny nakład ponad 30 milionów egzemplarzy co lokuje go na czele wszystkich innych pisarzy polskich.  Krytycy porównują jego wpływ na literaturę światową do wpływu np. Wellsa czy Stapledona.

Jego nazwiskiem nazwano planetoidę oraz pierwszego polskiego satelitę naukowego.

       Faktycznie po ukończeniu owych 60 lat pisał mniej powieści beletrystycznych , ale był stale aktywny, co można prześledzić w jego biografii zawartej w Wikipedii. Ważne jest to, że nie usiadł w fotelu i rozmyślał o przeszłości….dla mnie fajne….każdy wiek ma swoje prawa, zajęcia…

Ale nieco śmieszne jest to, co znalazłam w Wikipedii, że był znawcą i wielbicielem oraz aktywnym degustatorem chałwy i marcepanu. Pomimo stwierdzonej cukrzycy, konsumował te słodycze bez umiaru, ponadto pijał likiery a także gin o którym to trunku wyrażał się z sympatią korespondując z Mrożkiem, palił także papierosy, ale wyłącznie mentolowe.  

Wielbił poezję Leśmiana, fragmenty Trylogii Sienkiewicza, lubił muzykę poważną szczególnie Beethovena oraz jazz ( duety Luisa Armstronga z Ellą Fitzgerald) ale też piosenki z Kabaretu Starszych Panów i niektóre Beatelsów. Lubił filmy rozrywkowe szczególnie King Konga, serie z Jamesem Bondem, Gwiezdne Wojny…filmy Luisa Bunuela….

Był poliglotą- znał łacinę, niemiecki, francuski, angielski, ukraiński i rosyjski.

Kochał narty i Zakopane. W tym mieście zatrzymywał się w Astorii, gdzie powstało jego wiele książek. Był też pasjonatem motoryzacji- lubił ostrą jazdę, wyprzedzanie i ściganie się spod świateł, a do garażu wjeżdżał z impetem . Sam naprawiał swoje samochody.

Był człowiekiem pogodnym, dowcipnym i czarującym – co zaskakiwało wielu, którzy do tej pory, zanim spotkali się z nim osobiście, a znali tylko jego twórczość- zaskakiwało.  Często żartował z otaczającej rzeczywistości , był szalenie gościnny i zabawiał rozmową a czasem nawet szaloną dyskusją. Bywało, że wpadał w irytację, szczególnie w sytuacjach z urzędnikami….

Dlaczego piszę o Lemie ? ot, tak sobie…po prostu fajnie jest poznawać nie tylko pisarza, ale człowieka….optymistyczne dla mnie….radość życia !!!

I tego Wam, Kochani życzę !!!

Nie tylko na Nowy Rok- nie tylko Zdrowia, Szczęścia , Pieniędzy może, ale Radości Życia, z tego, że żyjemy i jest to piękne….bo Życie jest Piękne, prawda?

 

 

IMG_20170623_173932.jpg

 Nawet gdy jest bardzo ponuro- zawsze gdzieś światełko, jasność przynajmniej…..

 

Przerywnik świąteczny…

 

botticelli-mistyczne-boze-narodzenie-święta-rodzina.jpg

 

Dla mnie piękny jest ten obraz Boticelliego….pozycja św. Józefa chyba nie spotykana na innych obrazach. Jakże jest ludzki…

 

 

 

I odbyło się tak, jak opowiedziałam w poprzednim wpisie. Dodatkowo Mirek wygrzebał ze swoich archiwów karteczkę z tekstem, który wygłosił przed 3 laty. Wspaniały To Kronikarz Rodu! Zaskoczył wszystkich, także mnie tym co odczytał. Było tam o każdym z wnucząt- na jakim etapie edukacji i jacy są. Wszyscy zasłuchani mogli porównać siebie z tamtych lat z czasem obecnym. Mirka mowa wzbudziła powszechny podziw i zachwyt…..

 

A teraz słów parę o tradycji Świąt Bożego Narodzenia. Z przyjemnością poczytałam i z Wami, Kochani się dzielę tą informacją. Otóż zadziwiające jest, że już w II tysiącleciu przed nową erą w mitologii indoirańskiej pojawiło się święto Mitry. Było to  bóstwa solarne otaczane wielkim kultem. Jego zalety i atrybuty zostały opisane w Aweście czyli świętej księdze zawierającej teksty religijne – fragmenty starych irańskich przekazów datowanych na VII wiek p.n.e. lub okres jeszcze wcześniejszy tj. z II tysiąclecia p.n.e. Bóstwo to określane jako Pan Zobowiązań –  uosabia Lojalność.  Jest Władcą Ładu  który panuje nad Kosmosem, strzeże porządku społecznego , chroni majestat króla i występuje w zaświatach jako sędzia. Miesiącem poświęconym Mitrze był październik, czyli okres równonocy jesiennej. Mitrę przedstawiano jako wojownika w pełnym uzbrojeniu na zaprzęgniętym w białe konie rydwanie. Śpiewają o nim hymny Rygwedy czyli najstarszych zabytków literackich tego regionu .

Od początku naszej ery kult Mitry rozpowszechnił się także w cesarstwie rzymskim, gdzie przedstawiano go jako zabójcę byka. Kult Mitry był  więc bardzo popularny już nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale też, jak wspomniałam, w Rzymie.

Gdy nadeszło chrześcijaństwo i stało się  w Rzymie religią państwową, by osłabić kult Mitry , przyjęto iż 25 grudnia- dzień jego narodzin będzie dniem narodzin Jezusa. Święto Bożego Narodzenia ludność chętnie zaakceptowała, gdyż jednocześnie było wariantem pogańskiego święta Ajona- czyli święta przesunięcia Słońca. Ten pogański obrządek odprawiano w podziemnym adytonie w nocy z 24 / 25 grudnia . O północy ruszała procesja z miejsca kultu a dziewica zwana Dea Caelestis ( Tanit)  niosła statuetkę dziecka jako symbol urodzonego Boga- Słońca.

Uczeni nadal dyskutują nad dniem narodzin Chrystusa oraz powodem umieszczenia tej daty w kalendarzu liturgicznym w dniu 25 grudnia, Wg. dostępnych źródeł święto to wprowadzono w najpierw w Rzymie  pod koniec III wieku n.e . ….

Nie będę rozwijała dalej tego tematu, gdyż chcemy wierzyć, że jest tak jak nas nauczono w czasie lekcji religii….jednak bardzo ciekawe jest wpisywanie naszego kościoła w pradawne  tradycje….

Pozostając z tymi myślami, cieszę się, pewnie jako i Wy, że już po Wigilii i jest Pierwszy Dzień Bożego Narodzenia….a gdzieś tam już  bieży do nas Nowy Roczek….i będzie kolejna Sylwestrowa radość…..

I tak sobie żyjemy od Świąt do Świąt, rok podzielony takimi datami i fajnie, że nie zauważamy jak mija nasze życie…..

A jeśli kto pamięta, niech choć na chwilę zapomni, bo jest z nami Wiara, Nadzieja i Miłość- córki św. Zofii  🙂

 

 

 

Przerywnik świąteczny…

Przerywnik świąteczny

Dziś nadeszła pora, od nas niezależna,  na zajęcie się tematem Bożego Narodzenia.

Już jutro Wigilia…..u nas przetrwała piękna tradycja, którą przenieśli  ze swoich rodzin moi Rodzice. Otóż  przed indywidualnym dzieleniem się opłatkiem i zasiadaniem do stołu trzeba zebrać się w kręgu. Już nawet nasze Wnuki wiedzą jaki jest scenariusz i grzecznie się ustawiają , choć dość nerwowo zerkają na stertę prezentów pod choinką. Ale cóż, jest rytuał , porządek i trzeba się dostosować. Gdy tak stoimy w RODZINNYM KRĘGU  Najstarszy Rodu zabiera głos. Prosi o ciche wspomnienie NASZYCH ZMARŁYCH – każdy sam z NIMI rozmawia w duchu- z kim chce i jak chce. Po  tej chwili milczenia odmawiamy Ojcze Nasz- a potem jest krótki przekaz myśli. Przedtem przemawiał mój Tato, a teraz Mirek. Gdy przybywa nowy Członek Rodziny po raz pierwszy obecny na Wigilii, jest witany specjalnie . Potem Mirek składa życzenia by wszyscy- cała RODZINA- by WSZYSCY ,  się kochali, pomagali wzajemnie i byli w stałym kontakcie. Na koniec jest  słowo o pokoju na świecie i o  wszystkich którzy cierpią ….

I Wam Kochani , którzy tu zajrzycie i tym którzy tu nie zajrzycie 

składam

ŻYCZENIA SPOKOJU, RADOŚCI DUCHA A PRZEDE WSZYSTKIM ZDROWIA!!!

Na grzbiecie konia- krótkie rozważania.

 

GrubasNaKOniu.jpg

 Zdj z netu

 

Na grzbiecie konia- krótkie rozważania

 Od kilku dni nie mogę się pozbyć natrętnej myśli która do mnie przyszła gdy zobaczyłam  pewne zdjęcie. Ktoś mi pokazał  swoją znajomą czy przyjaciółkę, tego nie wiem i dochodzić nie mam zamiaru. Bo nie o to chodzi. Na tej fotografii , pewnie rozsyłanej wielu znajomym widać wielką bardzo masywną kobietę , oczywiście w kasku na głowie, która siedzi dumnie wyprostowana na grzbiecie konia.

Może wcale bym się nie zastanowiła, gdyby nie usłyszane kiedyś słowa kolegi z ławy szkolnej licealnej, który w rozmowie o zwierzętach nagle rzekł- jak można dosiadać konia. Jak może człowiek tak zniewalać i wykorzystywać dla swojej rozrywki konia. Jeszcze rozumiem gdy jest wielka potrzeba by ciągnął wóz czy pług , czy nawet służył jako środek transportu gdy ktoś w głuszy musi dotrzeć gdzieś tam, a nie ma żadnego pojazdu. Chociaż to było dawno, ale dzisiaj ? kiedy zalewają nasz kraj stare czterokółkowe  gruchoty i dwukółkowe coraz bardziej modne wcale nie gruchoty. Ale dosiadać dla swojej przyjemności to piękne zwierzę , nie rozumiem i jestem tym oburzony. Jest mi smutno, gdy widzę człowieka na koniu.

Ten kolega, romantyczna, wrażliwa dusza, ba, nawet nadwrażliwa stale mnie zachwyca swoim myśleniem. A mówi to co myśli, nawet trudno strawną prawdę. Popełnił jedno „dzieło” literackie, krótkie choć znamienne, które sprawiło mi nie dumę, ale niejaką przykrość, bo było o nas.Nie byliśmy parą, jeno kolegami którzy się bardzo lubili, i mieli niezwykłe porozumienie dusz- tak to postrzegałam. Ale jak się okazało, Jemu  roiło mu się w głowie coś, co zakończyło się zamieszczonym tu kiedyś Tryptykiem

http://zofiakonopielko.bloog.pl/id,359479281,title,-Letni-tryptyk-czyli-wspomnienie-z-Letniej,index.html….

Gdy opowiedziałam mu o tym zdjęciu ogromniastej kobiety siedzącej na koniu, powtórzył to samo co przed wielu laty, z wielką pewnością i żalem – widziałem kiedyś dzikie konie. Pewnie w swojej wielkiej wyobraźni, albo na filmach i uznał że widział  w realu, pomyślałam w duchu. Jestem pod wrażeniem tych słów.

Pomna wizyty na służewieckim torze wyścigowym, a było to przed pół wiekiem i wtedy nic takiego nie przychodziło mi do głowy, zapytałam go –  a  taka zwykła bieganina po trasie ? , może nawet konie to lubią ?. On na to, być może, tego się nie dowiemy, ale dżokeje przynajmniej są drobni, niscy, nie obciążają tak bardzo konia. Ale nie mogę patrzeć jak smagają go pejczami po kłębach. Przecież to boli konia  i mnie boli. I kontynuował, bo się już „rozpędził „ w tym temacie, jak w wielu innych, co uwielbiam i może nie zawsze się zgadzam, ale podziwiam, że myśli i tak myśli. Mówił więc dalej, wiadomo jest, że po kilku latach dźwigania wielkich facetów i bab, którzy uważają że kochają konie, szczycą się jazdą na ich grzbietach tylko dla pozy, dumy , własnego zadowolenia, i rozsyłania zdjęć znajomym , po kilku latach takie konie z przetrąconym kręgosłupem i pokrzywionymi nogami trafiają…gdzie…no gdzie….

I to by było na tyle. A ja zostaję z tym obrazkiem i myśleniem….

 

DzikieKonieNet.jpg

 

DzikieKonieBelaiza.jpg

Wszystkie zdjęcia z netu.

Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty

Od A. do Z. Pierwsze spotkanie.

Przysiadłam na brzegu kanapy. Coś skrzypnęło.

Popatrzyła na mnie  okrągłymi oczami . Takimi jak kiedyś. Zachowała te oczy jakby wiecznie zdziwione, pytające, nieśmiałe. Miała proste i zadziwiająco długie jak na nasz wiek  rzęsy. Rzęsy firanki. Dawna fryzura na  pazia. Tylko dziwnie posiwiała. Szczupła szarawa  buzia. Dłonie sękate z tkliwością dotykające kota. Kot na kolanach. Też stary.

A więc to jest ta moja Anna. Dawna Anna z wczesnych lat 70 ubiegłego wieku. Młodziutka wtedy jak ja, nieco ponad dwudziestoletnia, zawsze zdecydowana, energetyczna, z pomysłem na życie, karierę zawodową, uwielbiana przez pacjentów.

Skąd wiedziała o czym myślę?

No cóż, trochę się postarzałyśmy, ale w środku stale jesteśmy takie same. Prawda? rzekła. Potwierdziłam może zbyt mało entuzjastycznie.

Ty masz dużą rodzinę, jakąś karierę za sobą.

Nie przesadzaj. Było jak było, została rodzina, fakt.

A ja jestem sama, zawsze byłam sama. No niezupełnie sama , poprawiła się, bo z Miłym, moim kotem.

Jak fajnie go nazwałaś. To jeszcze moja mama tak go nazwała. Zamyśliła się.

Poruszyłam się na kanapie. Ponownie coś zgrzytnęło.

Usłyszała, bo nie dało się nie usłyszeć.

Uśmiechnęła się z przepraszającym uśmiechem.

Nędzna szpitalna emerytura, bo dyżurów nawet nie miałam, ani dodatkowych prac nie mówiąc o kilku etatach. Zdrowie nie bardzo mnie lubiło.

Wiem, ale pacjenci cię kochali.

Może i kochali, ale tego się nie pamięta. Gorzej gdy jakiś błąd czy nieudane działanie.

O,  to się pamięta, przez całe życie, przychodzi nocą – dodałam.

Skinęła głową.

Mieszkam w tej kawalerce prawie od urodzenia.

Pamiętam, kiedyś Ciebie odwiedziłam, pożyczyłaś mi „Wirówkę Nonsensu” Głowackiego.

Uśmiechnęła się szeroko. Nawet zęby miała niezłe, a może już sztuczne. O, książki, to moja jedyna miłość której nie zniszczył czas.

Już od wejścia zauważyłam regały ciężkie od książek i od razu miałam ochotę podejść , jak w mojej ukochanej michałowickiej bibliotece i wyjmować tomy, stare, może zakurzone i dotykać, dotykać, dotykać…Piękny masz księgozbiór Anno . Uwielbiam.

Ucieszyła się jak dziecko. Wiesz, to mi wystarczy za męża, dzieci, willę pod miastem, no może Miłego nie zastąpi…

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, oznajmiłam, bo czułam przyciąganie do tego miejsca, do Saskiej Kępy , kiedyś tu mieszkała szczęśliwa wtedy Grania z Rodziną i dwie Ireny i w dodatku Miron Białoszewski niedaleko był w swoim „Chamowie”. Czułam przyciąganie do tej maleńkiej kawalerki , podobnej do naszej, żoliborskiej, gdzie przyszła na świat nasza pierwsza córka. Do kawalerki już tęskniłam, do maleńkiej zawieszonej pod warszawskim niebem wysoko nad ziemią i do Anny.

Mojej dawnej Anny ze snu o młodości…

Zaczęłam się zbierać, by dotrzeć przed zmrokiem do domu, bo tam kotwica.

Nie protestowała.

Anna wszystko rozumiała, zawsze, bez słów.

Podała mi płaszcz.

Przytuliłam, pachniała kotem….