Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 8 ) .

Wspominam i rozmyślam nad przemijaniem, urodą życia i  dookolnego świata- a Bug płynie, tak jak od wieków ….ukochana nasza i Pana Profesora rzeka…..

Moi Mili. Minęło sporo czasu od kiedy rozpoczęłam opowieść o Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim, nestorze ortopedii polskiej i  naszym sąsiedzie znad Bugu ,  Przyjacielu. Po dłuższej więc przerwie z powodu wakacyjnych wyjazdów i wtrętów innych tematów zapraszam do nas, na działkę która wychowała czwórkę nasze dzieci- bo gdyby nie ona, być może pozabijalibyśmy się w małym mieszkaniu w bloku na Żoliborzu. Tu wypuszczane na wolność, wybiegały jak zerwane z miejskiej smyczy do lasu, nad Bug, by pływać w spokojnej wodzie tzw. cofki, czyli fragmencie starorzecza. Na samym jej krańcu niby w zatoce było wejście do wody, ostre muszle na dnie i po metrze  może dwóch przepastna głębia. Jak mawiali miejscowi, którzy pamiętali czasy wojny- Niemcy próbowali  wydobywać z jej dna czarne dęby… Dzieciak, by nie kaleczyć stóp o ostre muszlowe brzegi , wchodziły do wody w starych tenisówkach- bo któż w tamtych latach 80 ubiegłego wieku myślał o specjalnych eleganckich butach do pływania- może już były- ale my mieliśmy uniwersalne tenisówki. Potem w dziwny sposób same się nauczyły tam pływać. Oj, dawne to czasy, które wspominam. Jakoś teraz nikt z nas nie ma ochoty na kąpiel w rzecznych odmętach- ale tedy? Wtedy to był nasz raj w upalne dni. Może pamiętacie to uczucie z młodości, rozkosz zanurzenia w chłodnej wodzie jeziora czy rzeki? Oj, powiało mi młodością , zapachniało szuwarami, liliami wodnymi i wiatrem gdy nieopodal mruczał wielki las sosnowy….Fajne czasy, i dobrze że były- to szczęście- myślę sobie- dobrze że były takie czasy, że dane było je przeżyć i teraz wracać…uśmiecham się więc do wspomnień, choć teraźniejszość też raduje, pomimo chmurnych i deszczowych jesiennych krótkich dni…..Wracam więc do podstawowego tematu, bo czeka a ja krążę- wracam….Już dawno nie ma takiego domku Pana Profesora, jaki opisuję, bo w życiu wszystko się zmienia- ale są wspomnienia i to jest sedno. Dopóki żyjemy, opowiadamy…..łapiemy tamte chwile w sieci sieci 🙂 .

 Było więc tak : Idziemy sobie otuleni miękkością  modrzewi zamykających się nad głowami, okalających drogę nad Bug. Posadzone przed 39 laty, były patyczakami, w teraz – jak bujnie nam wyrosły- ale nie myślimy o upływie czasu, bo czeka na nas Pan Profesor  i  Jego muzyka.  Wchodzimy do domku Pana Profesora jak zwykle co wieczór, na wspólne chwile przed zmrokiem, przed uśpieniem świata, przed ukołysaniem do snu.

Właśnie jest wieczór muzyczny, jakich wiele, bo muzyka często towarzyszyła naszym spotkaniom. Wieczór po upalnym dniu przynosi chłodek a właściwie to dar Bugu, który meandruje niedaleko domku. Oddala się co roku od swojego brzegu, co sprawdzamy mierząc odległość od lustra wody metalowego palika, zainstalowanego tam przed laty przez Profcia.  Służył do przywiązywania Trepa, czyli jachtu który Pan profesor samodzielnie zbudował w garażu swojego domu w Warszawie ( kiedy miał na to czas- nie wiem) i nim odbywał długie samotne wakacyjne wyprawy po Mazurach, potem Nidą, Narwią i w górę Bugu. O nich pisze w swoim pamiętniku, i mam zamiar kiedyś zacytować słowa Tego Niezwykłego człowieka. Ale na razie jesteśmy w Jego domku, oglądamy regalik z taśmami magnetofonowymi. Sam go w tym celu skonstruował, umieścił specjalną listwę na górze , wywiercił ciupkie w niej okienka, a za nimi świeciły kolorowe chyba cztery światełka.  Regalik, jak inne sprzęty samodzielnie wykonane lubił nam pokazywać z dumą i czułością a my podziwialiśmy szczerze- bo nikt z nas nie miał ani krzty talentów w tym kierunku. Piękną muzykę nagrywał z radia przed wielu wielu laty – mówi, często nagrywał jadąc  samochodem . Opakowania taśm, starannie ponumerowane, skatalogowane wg rodzaju muzyki stały sobie równiutko , grzbietami do widza , zawsze równiutko i należało wykorzystaną taśmę włożyć w to samo miejsce. Pan Profesor czuwał też i nad tym, dobrotliwie zwracając uwagę, gdy ktoś nie spełniał zaleceń. . No cóż staranność i precyzja. Precyzja i staranność chirurga, przekładała się  na życie codzienne. Lubiliśmy sobie wyobrażać jak stoi pod wielką reflektorową lampą Sali operacyjnej, w tych ołowianym fartuchu- gdyż zawsze była kontrola radiologiczna w czasie skomplikowanych operacji – lampa nieomal parzy- bo nikt w tamtych czasach   nie słyszał o tzw. klimie- więc wyobrażamy sobie wszystkich chirurgów świata jak skupieni operują w tak trudnych warunkach – bo Profesor jest dla nas przedstawicielem tego zawodu – najbliższym, którego dłonie dotykamy i który dotyka nasze dłonie w domku nad Bugiem, gdy słuchamy muzyki. Jak dalece owa moja  romantyczność doznań się przeniosła na naszego syna nie zdawałam sobie sprawy, dopóki. Dopóty syn nie powiedział- gdy chodzę  nocami po korytarzach swojego szpitala, czuję tam obecność Profesora Ramotowskiego-  chodzę Jego śladami- ……

Muzyka koi nasze często rozedrgane serca, przynosi swoją ulotność , podrywa nogi do tańca. Tańczymy. Profesor mówi, lubię patrzeć jak tańczycie z Mirkiem. Czasami tańczę z Profesorem. Pysznie prowadzi, ma wyczucie rytmu bo i Jego słuch muzycznie absolutny.

A za oknem  meandruje Bug, w ciszy , od wieków. Ptaki układają się do snu, w maju słowiki szaleją, chętnie wijąc gniazda w wielkim dereniu, który przytula się do balkoniku domku Pana Profesora. Więc burza zieleni zagląda w szerokie okna balkonowe, ptaki kwilą i trwa ta chwila piękna i ulotna…..

I cóż z tego, że teraz mamy jesień- słotę za oknem- wczesny popołudniowy mrok, który sprzyja refleksjom, wspomnieniom, przynosi skupienie przed kolejną wiosną…

Regaliku nie sfotografowałam- ale Dłonie Pana Profesora tak…ileż istnień ludzkich uratowały….wszystko w życiu pewnie poznały…..Piękne Dłonie Cudotwórcy….

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *