Opowieść Sylwestrowa ( 8 )

 

W gęstwinie informacji płynących z tzw. publikatorów powodujących tylko lęk, na które w dodatku nie mam wpływu, uciekam w mój świat. Do krainy dawnych czasów, kluczyk noszę przy sobie, zawsze i kiedy tylko zapragnę, otwieram drzwi do przeszłości. To fajny świat, bezpieczny, mój świat do którego zapraszam. Jeśli Ktoś ma ochotę powitam na progu chlebem i solą. …

Dzisiaj spotkałam w swojej przeszłości Kontynuację „ Opowieści Sylwestrowej”. Czekała tam sobie cierpliwie, widać zrezygnowała z walki o pierwszeństwo,  uładzona, wyciszona, pewna  że i tak do niej wrócę. Bo jak nie wracać do tamtych moich niespełna 18 lat i Wielkiego Pierwszego Zauroczenia….

 

parowĂłz Pm26-2 w PoznaniuWikipedia.jpg

To parowóz z naszych czasów, ukochany….zdjęcie z Wikipedii

 

 

   Kiedyś, a było to wiosną, pewnie  późnokwietniową,  tegoż samego 1965 roku, jeszcze przed maturą,  zwyczajowo pojechaliśmy, Rodzice i ja, do Poznania odwiedzić naszych ukochanych Lisiaków. Piszę, że kwietniową, bo  imieniny Józia bywały okazją do naszych spotkań. Już kiedyś tu pisałam  o tej przemiłej, nietuzinkowej i wesołej rodzince kuzynki Jadzi , Jej męża Józia ( oboje już się przenieśli do lepszej rzeczywistości, ich Synów pozdrawiam).

    Jak zwykle listownie ( tylko listownie, pocztowo, bo jak zawsze przypominam, telefony zwykłe, przewodowe były rzadkością , o komórkowych i Internecie nikt w ogóle nie słyszał ) , umówiliśmy się z T. na spotkanie w tym nadal magicznym dla mnie mieście..

Być może, że  czułam się jakoś inaczej jadąc tym dobrze znanym mi pociągiem.  Nie pomnę, co czułam. Ale w tym pociągu było ze mną moje młodziutkie nastoletnie serce , które całkiem niedawno dopiero, pod Bierutowickim rozświetlonym gwiazdami niebem poznało dotyk ust Chłopaka i myślało, że to pocałunki. 

Może miałam w sobie niepokój  oczekiwania, może nie . Może tylko beztroskę którą już dobrze zapamiętałam , kiedy to  trzy lata później znalazłam się  w tym samym pociągu ale podążającym na wschód. Było to 27 maja, w dniu kiedy zrzuciłam z ramion kobylastą farmakologię, wcale się nie przejmowałam, że wiozłam ze sobą  jedyny nie zdany na całych studiach egzamin. To była o zgrozo  filozofia. Gdy po wielu latach patrzyłam jak syn i dwie córki sobie z nią świetnie radzą  byłam i jestem pełna podziwu , że tacy są. Inni, w tym temacie lepsi.

Tak więc  beztrosko sobie jechałam do Warszawy  nota bene z Jasiem prawnikiem , który widząc mnie na dworcu w Poznaniu, wsiadł do tego samego przedziału i spokojnie nawijał  o swoim mieszkaniu dwupokojowym w Poznaniu , porozumiewawczo zawieszając głos. Pewnie coś tam sobie wyobrażał po naszych zupełnie niewinnych spotkaniach i balowaniu w knajpie przy Grochowskiej ( nazwy nie pomnę) . I tak sobie jechaliśmy na mój ślub,  który ( i tu uwaga) miał się odbyć 1 czerwca !.  

Nasz z M. pierwszy ślub był wprawdzie tylko cywilny, co mnie trochę usprawiedliwia, ale jednak. Nie dbałam o ciuchy i w ciągu tych 3 dni tylko dzięki wysiłkom bratowej M.( szacun, Grażyna),  która ganiała ze mną po sklepach kilku dzielnic Warszawy, zostałam odziana od stóp do głów a nawet wyczesana u znanego fryzjera chyba ze Szpitalnej.   

Ale wracajmy do głównego wątku. Był  kwiecień 1965 roku. Pół wieku temu, o Boże mój, a tak niedawno. Wszystko, no prawie wszystko mam zapisane w oczach i pamięci.

Tak więc,  cała nastroszona, przejęta, ustawiona na baczność , albo niezupełnie taka, tylko zwyczajowo wyluzowana, bo tak zwykle miałam gdy stres mnie pożerał w środku albo  tak naprawdę wtedy w ogóle się niczym zbytnio nie przejmowałam, pojechałam z Rodzicami  do  Poznania. Dotarliśmy na ul. Ułańską , lubiłam kamienicę, w której mieszkały nasze Lisiaki. W szeregu innych, niewysoka, przestronna, z balkonem zabudowanym w werandę, by Lisiaki już nie wyrzucały przechodniom na głowę różnych przedmiotów.

Lisiaki nas powitały cieplutko, przygotowały spanie  w dużym pokoju . To był wspaniała rodzina .Taka do zapamiętania na całe życie …

    Chciałam być piękna by się podobać Tomaszowi, ale wyszło jak wyszło. Przecież  mieliśmy się spotkać po raz pierwszy od naszych bierutowickich czasów , tych kilku bajecznych dni. Jeszcze wtedy nie dotarło do mnie, o czym teraz wiem, że Tamto zostało w Bierutowicach. I było tylko Tam możliwe, w tamtej zachwycającej bardzo zimowej bajkowej scenerii . Tak, to co nas tam spotkało to była bajka, tylko piękna bajka.

   Nie wiedząc wtedy o tym, co wiem teraz,  chciałam być jak wspomniałam najpiękniejsza. Wieczorem starannie umyłam włosy i jeszcze mokre nakręciłam na jakieś papiloty . Gdy rozwinęłam toto o poranku i wparowałam do łazienki z wrażenia aż przysiadłam.. Bo lustro pokazało rozczochrańca, strach na wróble byłby przy mnie wyczesanym elegancikiem. Uciekłam od lustra, wróciłam ale lustrzana zjawa nie znikała .

A tak bardzo  pragnęłam być piękna. Jednak jak widać same pragnienia nie wystarczają. Moje włosięta miały naturalną tendencję do falowania a teraz chętnie skorzystały z okazji i wyszło to co wyszło. Miałam na głowinie kłębowisko sterczących na  wszystkie strony pseudoloków. Usiłowałam wyprostować, jakoś przyklepać ale się nie dało. Po wielokrotnych próbach z użyciem grzebienia a nawet wody, do akcji włączyła się w końcu Jadzia, bo mi współczuła a po pierwsze zablokowałam łazienkę , więc kolejka Lisiaków przestępowała z nogi na nogę. Jadzia wtargnęła do środka z zabrała mnie do swojego pokoju ku uciesze podłazienkowej kolejki. Tutaj też  wysiłki ufryzowania  mojej głowy okazały się nieskuteczne i wreszcie się poddałam. Przypomniałam sobie o przepięknej jak nowe czasy, ale tak naprawdę zgrzebnej przepasce na włosy. Sama ją sobie uszyłam z paska Mamy, nadal ją widzę ,była brązowa aksamitnamizerna.  Ostatecznie jednak ściągnęłam w tyle głowy moje nieszczęsne loki jakąś zapinką i pomaszerowałam na randkę .  Ta” fryzura” została uwieczniona na załączonym zdjęciu, które potem zrobił mój Tato. Stoimy sobie z kuzynem, Cześkiem pod poznańską palmiarnię .  Jakże odważnie odsłoniłam swoją dość szeroką krągłą, choć niezbyt dużą twarzyczkę. Dostałam ją w prezencie nie od Taty, który miał szczupłą, powiedziałabym nawet arystokratyczną twarz, ale ja noszę na zawsze  prezent od  górali beskidzkich, od Mamy, 100%  krwi góralki. Takie twarze szerokie widuję na wszystkich nieomal  chrystusikach od Białego Krzyża po naszą Godziszkę. Zawsze na to zwracam uwagę, wpatruję się i z pewną lubością konstatuję, że jestem trochę stamtąd. Z tych Beskidzkich gór, gdzie prapradziadowie i kolejne pokolenia  na cmentarzach pod górami  i Mama tam się urodziła.

    Tak więc kontynuując myślenie, że niedługo wymarzone chyba (?) spotkanie z T. i należy jakoś wyglądać,  ubrałam się w spódniczkę typu koperta, przerobioną spódnicę Mamy z tzw. dobrego wełnianego materiału,  bluzkę mięciutką delikatną , welurową bladożółtawą, jedyną jaką miałam, zakupioną przez Rodziców w poznańskim pewexie ( db pamiętam to miejsce, przy Targach)  i krótką, bezkołnierzową,  chyba brązową ale jak teraz oglądam tamto swoje zdjęcie, chyba popstrzoną jakimś wzorem , marynareczkę  z której ( jak też widać na tym samym zdjęciu) wystawała moja długa szyja z makóweczką na szczycie.

    Tak oto wystrojona z torebką kopertową pod pachą wyszłam na ulicę Ułańską, przechodząc na jej drugą stronę, gdzie był mur chyba już dawno nie istniejących koszar. Ponieważ było jeszcze dużo czasu do umówionego spotkania z Tomaszem towarzyszył mi kuzyn. 

Potem  Czesiek dyskretnie odszedł, i jak znam życie pewnie podpatrywał zza węgła , bo był ciekaw Tomasza. Bo moja tajemnica stała się publiczna. A może nie podpatrywał, kiedyś go o to zapytam, albo nie zapytam J Czekałam. Chyba stałam, a może spacerowałam wzdłuż muru Ułańskiej, nie pomnę.

 I wreszcie zobaczyłam jak nadchodzi. Spokojnymi dużymi krokami, chyba nigdy się nie spieszył. Dystyngowany urodziwy przystojniak z pięknymi mądrymi oczami. Takim Go pamiętam i taki został we wspomnieniach.

 Wtedy mi się po prostu podobał , imponował i onieśmielał. Był wzorcem ideału Chłopaka jak Go określiły kiedyś koleżanki…może inne by chciałyby ,  umiały czarować, oczarowywać, przyciągać, zniewalać, żeby otworzył się i cierpiał i one by cierpiały z lubością. Ale to nie byłam ja. Ciekawe, czy są teraz takie dziewczyny nieśmiałe, zamykające się   

    Nasze spotkanie wtedy  dla mnie Wielkim Wydarzeniem. Ale przywitaliśmy się   oficjalnie.

On nie był wylewny ani gadatliwy, może nieśmiały po prostu, tak dzisiaj myślę.

Muszę Wam, Kochane Wnuki żyjące już w innym świecie, opowiedzieć jeszcze,  że te pół wieku temu, my, młodzi,  nie mieliśmy zwyczaju wylewnego witania się. Żadnych objęć „ na misia” czy czułych cmokań w policzki. Teraz młodzi,  nawet gdy spotyka się grupa, to wszyscy ze  wszystkimi witają się tak samo.

 I mimo, że to już codzienność uliczna, parkowa, monitorowa,  zawsze trochę się zadziwiam, nie gorszę, broń boże, po prostu porównuję nas i Was. Z ciekawością . Bo w naszych czasach podobne czułości byłyby wyrazem jakiś uczuć wyższych niż zwykła koleżeńskość. My po prostu mówiliśmy sobie cześć i tyle. Dobrze, że sobie to analizuję, bo dopiero teraz rozumiem, że nasze powitanie z Tomaszem mieściło się w ówczesnych konwenansach . Takie były zwyczaje. Kiedyś wprawdzie mnie obejmował, ale w zupełnie innych okolicznościach. A właściwie bez okoliczności. Obejmował gdy wracaliśmy nad ranem po nocy sylwestrowej, potem może też. Nie pomnę.

Czytaliśmy dużo, ale był jeden wiersz, który mówił o nas. I był nasz. W tych moich licealnych czasach z wypiekami na twarzy czytywaliśmy, znaliśmy na pamięć, może nie wszyscy ale ja miałam go w pamięci, do tej pory  mam, i   był ze mną, we mnie był stale, powtarzany szeptem w samotności i ciemnościach nocy z zachwytem i ekstazą.

 

Jest to  wiersz Małgorzaty Hillar:

” My z drugiej połowy XX wieku

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości”

 

 

 Ten wiersz o nas, był nam wzorcem. Podsumowaniem, określeniem, definicją .  Byliśmy dumni z takiego naszego wizerunku. Jeśli nawet tego nie mieliśmy w sobie, to ulegaliśmy magii ekstatycznej wiersza i byliśmy tacy, by się spełniło to z wiersza….

 

SAM_3041.JPG

Już po „randce” z Tomaszem. Jestem w pełnej „krasie „,obok  kuzyn, Czesiek  Majewski. W tle  poznańska Palmiarnia, którą uwielbiałam na studiach. Tam się często uczyłyśmy z Moniką. Ale to potem. Teraz jestem przed maturą…..kwiecień 1965

 

Zdjęcie-0796.jpg

maj 1965. Zdjęcie przedmaturalne. Ustawiał i fotografowała  pan Łącki, który miał zakład przy ul. Wandy Wasilewskiej wtedy, teraz Sikorskiego. Fryzjer przedtem. 🙂 oj, jak nie lubiłam….

 

     W tym miejscu  muszę zakończyć, bo za dużo kochani czytania. Cd nastąpi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *