Powrót do Japonii. Pora na kapcie.

SAM_9281.JPG

Elitarne osiedle w Nagoi.

 

 

 

I tak mijał nasz krótki pobyt w Japonii. Kongres zakończony , pobieżne zwiedzanie do utraty tchu za nami.

I nadeszła pora na to, co obiecałyśmy poznanemu w samolocie profesorowi Stefanowi. Przypominam, że jest on Polakiem, ożenionym z Japonką i wieloletnim mieszkańcem Nagoi.

     Zapraszał bardzo serdecznie, dał nam wizytówkę z telefonem i adresem. Oczywiście dzwoniłyśmy w trakcie trwania obrad. I wtedy umówiliśmy się na określony dzień. Nie był to dzień zwykły, bo jak też już wspominałam, właśnie się zaczęły Święta Wielkanocne. Nasze rodziny były daleko, a my buszowałyśmy w świecie. Jednak jesteśmy wychowane w tradycji i momentami  było nam przykro, że nie jesteśmy z najbliższymi. Oczywiście to uczucie szybko mijało, bo dookoła tyle było ciekawości.

     I nadeszła Wielka Niedziela. Zmartwychwstanie Pańskie.  Siedziałyśmy jeszcze w  hotelu , gdy nagle zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się Stefan. Ubierzcie się, za chwilę będę. Cóż za niespodzianka. Miła. Pospiesznie się zebrałyśmy i spadamy na dół. Już czekał. Jak zwykle uśmiechał się  swoim trochę smutnawym czułym uśmiechem, który już poznałyśmy, gdy nas żegnał na peronie metra.  Poczułyśmy, że jednak widzi w nas cząstkę ojczyzny swojego dzieciństwa. Może nawet za nią tęskni.

    Po kordialnym przywitaniu,  zaprosił nas do stojącego nieopodal swojego dużego suva. Do zapamiętanej z drogi z lotniska Hondy. Tym razem on był kierowcą. Jego żony, Japonki nie było, ponoć czekała w domu. Wyjaśnił, że właśnie wróciła z synami z basenu, bo codziennie rano tam oddają się pływaniu.

I pojechaliśmy. Ruch lewostronny jakoś już nam nie przeszkadzał, zdążyłyśmy się przyzwyczaić.

Po pewnym czasie wjechaliśmy pomiędzy jednakowe skromne segmenty osiedla w którym mieszkał. Objaśnił, że jest ono elitarne, bo  mieszkają w nim profesorowie uczelni i dyrektorzy zakładów Toyoty i Hondy, które były w tym mieście. Rozejrzałyśmy się. Takie domy a raczej domki w Polsce raczej nie uchodziłyby za dzielnicę elitarną. No cóż, Japończycy są skromni, pomyślałyśmy. Nie to co my…

     W pewnej chwili Stefan nisko pochylił głowę, dotykając czołem do  kierownicy. Trwało to zauważalną chwilę. Po chwili powtórzył ten gest i znowu to samo. Uśmiechnął się widząc nasze zdziwienie i powiedział, że właśnie mijał samochody znajomych.

I po prostu im się kłaniał. Taka zwykła japońska uprzejmość, nam dziwna.

     I po chwili już zatrzymał samochód. Oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Przed segmentem stał duży motocykl nakryty plandeką i jeszcze jedno auto. Powiedział, że to ich pojazdy kołowe i że uwielbia jazdy motocyklem.

Przed domkiem rozciągał  się ogródeczek. Napisałam, że się rozciągał, ale tak naprawdę  był mikro,  pełen roślin, zadbany, z maleńką ławeczką pod kwitnącym krzewem i ganeczkiem w skali mikro.

Gospodarz zaprosił nas do domu, więc nieco onieśmielone weszłyśmy. Wszak nieczęsto zdarzało nam się być w domu mieszkańców kraju do którego przybywałyśmy a tym bardziej egzotycznego domu japońskiego.

Wnętrza były zadziwiająco duże jak na ten niewielki z zewnątrz segment.

     Znalazłyśmy się w obszernym holu, w głębi widać było  duży otwarty na korytarz salon do którego wiodły szerokie schody , niewysokie, ot, kilka zaledwie stopni.

To co od razu zauważyłyśmy to były grzecznie ustawione na pierwszym schodku , jednakowe wsuwane kapcie. Już wiedziałyśmy, że w Japonii należy zdejmować obuwie, więc to specjalnie nie dziwiło.  Miałyśmy zamiar zostać w skarpetkach, bo jednak cudze kapcie nie zawsze bywają miłe. Ale Stefan zadysponował, byśmy założyły. Grzecznie posłuchałyśmy i człapiąc weszłyśmy po schodach…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *