Powrót do Japonii. Pora na kapcie.

SAM_9281.JPG

Elitarne osiedle w Nagoi.

 

 

 

I tak mijał nasz krótki pobyt w Japonii. Kongres zakończony , pobieżne zwiedzanie do utraty tchu za nami.

I nadeszła pora na to, co obiecałyśmy poznanemu w samolocie profesorowi Stefanowi. Przypominam, że jest on Polakiem, ożenionym z Japonką i wieloletnim mieszkańcem Nagoi.

     Zapraszał bardzo serdecznie, dał nam wizytówkę z telefonem i adresem. Oczywiście dzwoniłyśmy w trakcie trwania obrad. I wtedy umówiliśmy się na określony dzień. Nie był to dzień zwykły, bo jak też już wspominałam, właśnie się zaczęły Święta Wielkanocne. Nasze rodziny były daleko, a my buszowałyśmy w świecie. Jednak jesteśmy wychowane w tradycji i momentami  było nam przykro, że nie jesteśmy z najbliższymi. Oczywiście to uczucie szybko mijało, bo dookoła tyle było ciekawości.

     I nadeszła Wielka Niedziela. Zmartwychwstanie Pańskie.  Siedziałyśmy jeszcze w  hotelu , gdy nagle zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się Stefan. Ubierzcie się, za chwilę będę. Cóż za niespodzianka. Miła. Pospiesznie się zebrałyśmy i spadamy na dół. Już czekał. Jak zwykle uśmiechał się  swoim trochę smutnawym czułym uśmiechem, który już poznałyśmy, gdy nas żegnał na peronie metra.  Poczułyśmy, że jednak widzi w nas cząstkę ojczyzny swojego dzieciństwa. Może nawet za nią tęskni.

    Po kordialnym przywitaniu,  zaprosił nas do stojącego nieopodal swojego dużego suva. Do zapamiętanej z drogi z lotniska Hondy. Tym razem on był kierowcą. Jego żony, Japonki nie było, ponoć czekała w domu. Wyjaśnił, że właśnie wróciła z synami z basenu, bo codziennie rano tam oddają się pływaniu.

I pojechaliśmy. Ruch lewostronny jakoś już nam nie przeszkadzał, zdążyłyśmy się przyzwyczaić.

Po pewnym czasie wjechaliśmy pomiędzy jednakowe skromne segmenty osiedla w którym mieszkał. Objaśnił, że jest ono elitarne, bo  mieszkają w nim profesorowie uczelni i dyrektorzy zakładów Toyoty i Hondy, które były w tym mieście. Rozejrzałyśmy się. Takie domy a raczej domki w Polsce raczej nie uchodziłyby za dzielnicę elitarną. No cóż, Japończycy są skromni, pomyślałyśmy. Nie to co my…

     W pewnej chwili Stefan nisko pochylił głowę, dotykając czołem do  kierownicy. Trwało to zauważalną chwilę. Po chwili powtórzył ten gest i znowu to samo. Uśmiechnął się widząc nasze zdziwienie i powiedział, że właśnie mijał samochody znajomych.

I po prostu im się kłaniał. Taka zwykła japońska uprzejmość, nam dziwna.

     I po chwili już zatrzymał samochód. Oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Przed segmentem stał duży motocykl nakryty plandeką i jeszcze jedno auto. Powiedział, że to ich pojazdy kołowe i że uwielbia jazdy motocyklem.

Przed domkiem rozciągał  się ogródeczek. Napisałam, że się rozciągał, ale tak naprawdę  był mikro,  pełen roślin, zadbany, z maleńką ławeczką pod kwitnącym krzewem i ganeczkiem w skali mikro.

Gospodarz zaprosił nas do domu, więc nieco onieśmielone weszłyśmy. Wszak nieczęsto zdarzało nam się być w domu mieszkańców kraju do którego przybywałyśmy a tym bardziej egzotycznego domu japońskiego.

Wnętrza były zadziwiająco duże jak na ten niewielki z zewnątrz segment.

     Znalazłyśmy się w obszernym holu, w głębi widać było  duży otwarty na korytarz salon do którego wiodły szerokie schody , niewysokie, ot, kilka zaledwie stopni.

To co od razu zauważyłyśmy to były grzecznie ustawione na pierwszym schodku , jednakowe wsuwane kapcie. Już wiedziałyśmy, że w Japonii należy zdejmować obuwie, więc to specjalnie nie dziwiło.  Miałyśmy zamiar zostać w skarpetkach, bo jednak cudze kapcie nie zawsze bywają miłe. Ale Stefan zadysponował, byśmy założyły. Grzecznie posłuchałyśmy i człapiąc weszłyśmy po schodach…..

Chotel Czerwony….

Ten tekst od wczoraj chodzi mi po głowie. Jednak rzeczywistość mnie zmogła. Po wczorajszej podróży powrotnej, spokojnej, skąpanej w słońcu i ozdobionej białymi chmurzastymi wycinankami na błękicie nieba nadeszła nagła potrzeba odwiedzenia Śródborowa. Dzieciaczki naszych dzieciaczków zachorzały a rodzice byli pilnie potrzebni w pracy więc pozostali dziadkowie jako ostatnia decha ratunkowa. Babcia więc, chcę nie chcąc świtem wstała, zamroczona trudnością aklimatyzacji na plaskanym i wilgotnym Mazowszu po fantastycznym klimacie w Busku i podążyła najpierw per pedes potem kolejką WKD i SKM oraz ostatecznie taksówkąw wiadomym celu. Na szczęście dzieciaczki dzieciaków jakby lepiej się poczuły, więc kamień z serca babci spadł z hukiem. Wracała  więc przez 3 godziny bardzo zadowolona tą samą 45 km drogą i oto pomiędzy rozpakowywaniem praniem ciuchów sanatoryjnych oraz próbą sprzątania domu, bo kurze obległy go przez te trzy tygodnie, babcia ta siadła wreszcie by napisać to co ma w sercu. Sprzątanie może poczekać, tym bardziej że i tak jego końca nie widać….

Zanudziłam wszystkich pewnie tym gadaniem, ale przecie czytać tego nie ma przymusu…

     A było tak. W pierwszy dzień świąt Wielkiejnocy odbyliśmy z dziewczynami niedaleką wycieczkę w okolice Buska. Zamierzonym celem była osławiona Wiślica, samo jądro Polski. Ale krótka notka w małym przewodniku o innym miejscu nieomal po drodze zresztą położonym spowodowała, że do dziś mam w oczach właściwie tylko to.

Obejrzeliśmy Wiślicę i wylądowaliśmy w miejscowości o dziwnej tajemniczej nazwie Chotel Czerwony. Wyraźnej miejscowości właściwie nie było a jeno domeczki porozrzucane z rzadka  na rozległym terenie z którego wypiętrzała się górka z kościołkiem na szczycie. Krajobraz to był sielski powolny rzewny nieomal.

Wdrapawszy się na wzgórze, znaleźliśmy się obok kościółka . Ufundował go w 1440 roku Jan Długosz, znany dziejopisarz , nauczyciel synów królewskich oraz kustosz kolegiaty wiślickiej . Kościółek wzniesiono w tym samym  miejscu gdzie przedtem były prastare kolejno chyba trzy drewniane obiekty sakralne….

Dobrze się stało, że dotarliśmy tam  dokładnie w momencie, gdy msza się w nim skończyła i po rozwlekłych i przewlekłych śpiewach miejscowych pań, zresztą dość miłych, ludziska opuścili kościół. Księżulo właśnie zabierał się do zamykania wrót wielkim  kluczem, ale widząc naszą gromadkę uśmiechnął się szeroko i zaprosił do wnętrza. Chętnie opowiadał i pokazywał to co tam najstarsze i najpiękniejsze. A jest tam mnóstwo ciekawych detali, nawet je sfotografowałam, ale muszę doczytać i pewnie będzie to jeszcze materiał na kolejną opowieść. Na razie więc tylko wspomnę o tym co stało się dla mnie najważniejsze.

Dla mnie najpiękniejszy wstrząsający w wyrazie był gotycki krucyfiks znajdujący się na ścianie zachodniej. Jak podają , został wykonany w 1400 roku. Nie muszę zamykać oczu by widzieć twarz Chrystusa ukrzyżowanego. Przejmujący to widok…

Wyszliśmy milcząc z uśmiechniętym rozradowanym księdzem, który jak powiedział spędza w tej parafii ponad 20 lat i wygląda na to, że jest tam sam. Wikarego na pewno nie ma, bo został zapytany przez dociekliwego mojego męża. O ew. gosposię mąż nie spytał, dając dowód delikatności i dyplomacji, za co go nawet podziwiałam….

      Ale jadąc do miejscowości Chotel Czerwony nie tylko kościółkiem się interesowałam. Otóż wzgórze gipsowe, na którym jest położony odsłania swoje tajemnice. Szukaliśmy więc ich na zachodnim zboczu, a ksiądz nam wskazał dokładnie to miejsce, dzięki czemu uniknęliśmy dłuższych poszukiwań. A są to tzw. wychodnie gipsu. Nikt nie odsłonił warstw ziemi przykrywających skały gipsowe, po prostu jak nazwa podaje- same sobie wyszły. Może kusiło je słońce i chciały pokazać w jego promieniach lśniącą pełnię urody a może piękny rysunek kryształów. Nie wiem. Dla nas słoneczko łaskawe nie było, ale pomimo szarawej pogody zrobiły na nas wrażenie wielkie , kilkumetrowej wysokości szczupłe kryształy skał gipsowych , często  połączone bliźniaczo w tzw. jaskółczy ogon. Zachwycaliśmy się hojnością ziemi, która odsłania tu  swoje tajemnice. Pokazuje to, co nam pozostawiły  wysychające słone morza przed milionami lat…właśnie wtedy powstały skały gipsowe, siarczanowe skały osadowe…..

U podnóża góry znaleźliśmy też wejście do tajemniczego ponoć 20 metrowego lochu, zasłonięte teraz kratą. Loch ów zwano kuchnią proboszcza….

Czasu jednak nie stało, by wypytać o wszystko naszego zaprzyjaźnionego proboszcza. Żegnał nas przed swoją plebanią, stojąc samotnie i serdecznie zapraszał by odwiedzić to miejsce jesienią, gdy węgierki sypną owocem. Pokazywał bielą obsypany szmat ziemi spływający ze wzgórza. I mówił, że są to sady należące do plebanii i śliwy rodzą co roku jak oszalałe, tak obficie, że nigdy nie można zebrać całego plonu….

Tak więc już dziś ostrzę sobie zęby na powrót na Ponidzie, do Chotla Czerwonego, do maleńkiego kościółka z wzruszającym kamiennym nadprożem wytartym  stopami wiernych drepczących tu przez prawie 600 lat , do proboszcza złaknionego turystów a może po prosu ludzi do pogadania i wreszcie do węgierek soczystych z kościelnego sadu. Czyż nie jest to najpiękniejsze z możliwych zaproszenie?

 

A na marginesie. Podejrzewam, że mieszkańcy tej miejscowości  mogą mieć problem z poprawnym napisaniem nazwy hotel, bo wszak ich wieś Chotelem jest ….jednak jak podają w przewodniku tym razem ja popełniłam błąd, gdyż należało napisać Chotla a nie Chotela. Istny gąszcz ortograficznego zamętu mam teraz w głowie….

Fajny ortograficznyśliwkowokościółkowygipsowy zamęt……

 

 

ChotelKościół.JPG

 

 

KrucyfiksGotycki1400.JPG

 

 

krucyfiks1.JPG

 

 

krucyfiks2.JPG

 

 

ChotelGips.JPG

 

 

ChotelGips00.JPG

 

 

ChotelGips0.JPG

 

 

ChotelPlebania.JPG

Zaproszenie na wycieczkę do mojego Gorzowa…

W 2008 roku, po 40 latach nieobecności  zajrzałam do Gorzowa,  miasta w którym przyszłam na świat  i mieszkałam do matury. Właśnie była pełnia lata i Gorzów tonął w zieleni. Były więc zdjęcia i wspomnienia dawnych słodkich czasów młodości. Pomimo upływu lat miasto nadal wydało mi się bardzo piękne i naprawdę warte obejrzenia….zapraszam Wszystkich Bliskich i Dalekich do mojego Gorzowa…a ja będę marzyła….

 

 

 

0.jpg

Trasa do Gorzowa z Warszawy wiedzie wzdłuż doliny Warty….

 

 

1.JPG

 

Tajemnicze jezioro w okolicach Gorzowa….

 

 

2.JPG

 

Widok z zachodniego wzgórza na dawne koszary saperów. Mieszkałam przy obecnej ulicy Orląt Lwowskich u podnóża dużego wzniesienia gdzie usytuowano ten obiekt…Nadal prowadzą tam piękne schody ….och ,te wspomnienia dziecięcych zabaw na zboczach wówczas porośniętych kosodrzewiną…

 

 

2,1.JPG

Wzgórzowy widok przybliżony obiektywem….Kościółek na Zawarciu, nieopodal którego moje liceum….

 

 

3.JPG

 

I widok na sąsiednie wzgórze, XIV wieczną katedrę w której otrzymałam Chrzest, Komunię I i Bierzmowanie….gdy byłam dzieckiem wydawała mi się dziwnym jednookim wojem….

 

3,1.jpg

Gdy wracałam z Bajką, przyjaciółką z młodości z naszego zawarciańskiego Liceum, odsłoniło się centrum miasta, a niebo było łaskawe, bo założyło specjalny makijaż….

 

3,2.jpg

A to widok z mostu drogowego. Ileż razy go przemierzałam idąc do LO( do 1965 roku). Pomimo tego, że był tramwaj, zawsze chodziłam pieszo, bo tak lubiłam. Warta przepastnie cudna a w tle most kolejowy, unikatowy, bo zbudowany na łuku. Pamiętam ten czas, gdy go odbudowywano. Tato był wtedy Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP i odpowiadał za ten  remont. Ileż tam zostało zaklętych emocji lęków i radości…

 

3,3.jpg

 

Tego nie było za moich czasów. Bulwar i pomnik ….

 

 

3,4.JPG

A nad Wartą, na bulwarze, bawili się młodzi. Nawet przybyli górale. Prawda że Warta jest cudna? a w tle stary zabytkowy spichlerz…

 

 

3,5.JPG

 

 

3,6.JPG

 

Wdrapałam się na wieżę Katedry. I te dwa okna należały kiedyś do mieszkania dzwonnika. Ależ on miał widok ….

 

 

3.7.JPG

I spojrzenie w dół z katedralnej wieży . Jaka ładna ulica, okolona falbankami kwietników…

 

3,8.jpg

 

Wzgórza, wzgórza zielone…

 

 

3,91.jpg

 

 

3,9.jpg

I zapada noc nad Gorzowem, a ja samotnie stoję w oknie Hotelu Mieszko i oddycham gorzowskim powietrzem. Niedługo wyjadę, wyprawa była tylko dwudniowa ale zabiorę sobie zdjęcia, wspomnienia zawinę w kłębek i będę marzyła w takie zimowe nieprzyjazne dni. Gorzów to mój azyl, miejsce dzieciństwa i nikt mi tego nie odbierze…..

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Podkowa Leśna.

Wizyta w Podkowie Leśnej.

 

Po jakimś czasie Anula zaprosiła mnie , Mirka i naszą ( jeszcze wtedy) trójkę naszych dzieciaków do swojego domu. Skorzystaliśmy z zaproszenia, bo bardzo Ją lubiliśmy a także kusił  klimat Podkowy Leśnej.

To tutaj czasami przyjeżdżaliśmy kolejką WKD  do miejscowego kościółka.

Działy się tam rzeczy niezwykłe w owych latach 70 XX wieku, bo miejscowy ksiądz organizował msze bitowe. W tamtych czasach była to zupełna nowość. Nikt sobie nie wyobrażał takiej muzyki w polskim kościele. Właśnie tam  po raz pierwszy wykonywano Mszę Beatową Katarzyny Gaertner.

Było to wydarzenie znane w stolicy i nieomal obowiązkiem było odwiedzenie Podkowy.

Anula powitała nas serdecznie a Jej urocza szczupła Mama  oczarowała.  Anula ponoć była podobna do swojego ojca, który był wysokim blondynem o wielkich niebieskich oczach . W czasie II wojny światowej przyleciał do Polski z Anglii jako  Cichociemny i zginął w pierwszych dniach po desancie. Niestety Anglikom nie stało wyobraźni dobierając ludzi o tak charakterystycznym wyglądzie. Przecież w założeniu mieli się wtopić w miejscowych i dotrzeć do Warszawy. Natychmiast został zidentyfikowany przez Niemców i zgładzony. Dzielna Mama Anuli została sama z maleńkim dzieckiem, nie tylko dawała sobie radę, ale też wybudowała dom w Podkowie Leśnej.

Obie Panie oprowadziły nas po swoim domu i ogrodzie., odwiedziliśmy oczywiście Pajaca w jego nowym odbudowanym lokum. Psy już się do nas łasiły i nie budziły lęku. Spokojnie się snuły po domu, pomiędzy starymi stylowymi meblami , wylegiwały na dywanie pod stołem….

Wkrótce podano obiad. Dania były delikatne, smakowite,  podane na pięknej porcelanie. Zwróciłam uwagę na wielkiego rozmiaru srebrne sztućce…

Wyjechaliśmy stamtąd unosząc wrażenie, że odwiedziliśmy prawdziwy dworek polski, gościnny, otwarty dla wszystkich….

 

Na medycznej ścieżce. Wiadomość z Siennej.

Kierownik  przychodni, w której pracowałam,  wiedział o moich planach, gdyż wcześniej prosiłam go o napisanie opinii , niezbędnej jako załącznik do złożonego podania w Szpitalu im. Dzieci Warszawy.

Wiadomość, że nie zostałam przyjęta przywitał z ulgą, gdyż miał i tak trudności kadrowe.

Jak wielkie było moje zdumienie, gdy po kilku miesiącach otrzymałam telefon, by się zgłosić do dyrektora tego szpitala.

Pognałam tam jak na skrzydłach.

Ożyły nadzieje , wizja nowej oczekiwanej pracy uskrzydlała.

Tym razem przyjęła mnie sama pani dyrektor dr Halina Oziemska- Łozińska.

Była to wysoka , szczupła , piękna kobieta , ciemnooka , śniada ale o surowym spojrzeniu. Uśmiech rzadko gościł na jej twarzy. Przypominała mi przeoryszę zakonną .

Mimo, że nigdy żadnych przeorysz nie znałam, ale wyobraźnia mi podsuwała takie porównanie.

Rozmawiałyśmy dość długo, wypytywała o moje pochodzenie, losy rodziców, zawód męża , oceny uzyskiwane na studiach i mnóstwo innych spraw.

 Potem oznajmiła, że bardzo spodobałam się jej zastępczyni i ona też nie widzi przeszkód, bym została młodszym asystentem w tym szpitalu.

Miałam wrażenie, że złapałam Pana Boga za nogi.

Uszczęśliwiona, podziękowałam , ustaliłam termin podjęcia pracy i pognałam do domu.

Nie pomnę, czy ktoś w moim domu się ucieszył z tej wieści. Dzieciaki dostarczały tylu emocji, że na spokojne rozmowy czasu nie stawało.

Mirek zaakceptował, Rodzice pewnie w duchu też się radowali, bo popierali moje zawodowe aspiracje.

Jedynie perspektywa wielu dyżurów trwających od  zakończenia dnia pracy, tj. od 15 do 8 rano następnego dnia i odbycia kolejnego dnia pracy  mogło budzić wątpliwości.

Ale cóż znaczy młodość. Nie bałam się niczego. I miałam wrażenie, że wszystkiemu podołam. Gdy na to patrzę z perspektywy czasu, mojego wieku i doświadczeń, odnoszę wrażenie, że to nie byłam ja. Była to młoda, pełna pary i nadziei i wiary w swoje siły kobieta. Właściwie dziewczyna. Miałam wtedy 28 lat.

Następnego dnia oznajmiłam kierownikowi swojej przychodni, że zmieniam pracę. Zaakceptował, wszak widział, że w tym miejscu nie mam szans na podjęcie specjalizacji .

Złożyłam podanie w Dyrekcji ZOZ-u z prośbą o rozwiązanie umowy na zasadzie porozumienia stron.

O dziwo uzyskałam akceptację na moim podaniu i poczułam się wolna.

Miałam odejść po upływie trzech miesięcy, tj w grudniu 1975 roku.

 

Losy moich Rodziców. Zaproszenie do rodzinnego domu.

Biegła do furtki , za którą stał listonosz, z biciem serca, złapała szarą kopertę i natychmiast otworzyła.

Czytała z wypiekami na policzkach i wkrótce obraz był zamazany przez łzy, które nieproszone spływały spod opuszczonych powiek. Łzy szczęścia.

Był to  upragniony list z Godziszki.

Na wstępie oczywiście ojciec nie omieszkał wypomnieć, że  nie spełniła ich oczekiwań, bo wyszła za mąż za wcześnie  i w dodatku za obcego, człowieka z innych stron.

Ale w następnych linijkach dość koślawo stawianych liter donosił, że wspaniałomyślnie jej wybaczają .

 A w końcowym fragmencie listu, piszą, że  zapraszają ją i dziecko do siebie, w góry.

To był niezwykły przełomowy moment w Jej życiu.

Do końca swojego życia  nie znalazła odpowiedzi na pytanie, dlaczego nagle jej ojciec złagodniał? 

Podejrzewam, że może brał w tym udział jakiś litościwy , bystry i dobry miejscowy ksiądz. Chyba tylko jemu ojciec mógłby się podporządkować. Ten ojciec Stefki – Michał, znany despota, który   nad całą rodziną jednoznacznie sprawował nieograniczoną władzę . Pewnie  nikt inny poza księdzem nawet by nie śmiał zapytać o jego córkę, przecież stale ich  córkę- Stefkę

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na rozmowę.

Załamany Wacław wrócił do domu i o wszystkim opowiedział Rodzicom.

 Było im bardzo żal syna, smutno i przykro…. Wacław wyjechał do pracy.

Jednak zaplanowanego ślubu nikt nie odwołał i jego termin zbliżał się coraz bardziej.

Wyznaczono go na 14.czerwca 1932 roku.

Może przypadkowo, a może celowo ta data sąsiadowała z urodzinami Taty. Urodził się bowiem w Rakowie 15 czerwca 1908 roku.

W domu Łukaszewiczów wrzało, dyskutowano nad tym, co należy zrobić, by pomóc młodym.

To, że się kochali, było widoczne na odległość.

Wreszcie po rodzinnej naradzie Tomasz , mój dziadek, zaprosił Mamę na podwieczorek.

W tym czasie Stanisława musiała nagle wyjść z domu. Jak mniemam wyszła celowo, by ułatwić rozmowę.

 W domu poza Tomaszem nikogo nie było.

Ojciec Wacława zaprosił Stefę do stołu, przyniósł samowar, podał herbatę.

Byli sami w atmosferze sprzyjającej szczerej serdecznej rozmowie.  

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 20 )

Potem wyszliśmy przed domek, gdzie mieszkała moja Stefa.

Ująłem Ją pod rękę i podążyliśmy  do moich rodziców.

Nasz dom tonął w kolorach ogródka i zapachach kwitnącego sadu.

Wiosenne drzewa wyglądały jak panny młode.

Zatrzymaliśmy się na progu domu , wdychając oszałamiający zapach kwitnących śliw.

Ale już ktoś nas zobaczył i po chwili wołano do nas , że obiad na stole.

Tam już  wszyscy  czekali . Rodzinka była liczna i kołem zasiadała wokół ogromnego stołu.

Weszliśmy w te gościnne progi.

Smakowite zapachy obiadowe aż kręciły w nosach.

Powitano nas serdecznie.

Mama przytuliła Stefę ciepło, a Ojciec objął ją szerokim ramieniem i widziałem że ma łzy w oczach.

Widać było, że bardzo lubi tę zagubioną w dalekim świecie dziewczynę, chce ją chronić i pokazać, że już należy do jego rodziny.

W czasie obiadu atmosfera była miła, rozmowy o wszystkim i o niczym.

Wieczorem poszliśmy do kościoła a potem na długi spacer brzegiem lasu sąsiadującego z granicą.

Na medycznej ścieżce. Wracam do pracy.

List ten przeczytałyśmy razem z Mamą.

Kierownik mojej poradni zwracał się z bardzo uprzejmą prośbą, bym wróciła do pracy, bo on ma trudności personalne.

Nie zdążyłam zareagować, gdy Mama obwieściła, że takie spokojne dziecko jak Marcin może pozostawać pod ich opieką .

Ich, czyli moich Rodziców, a ja powinnam wrócić do pracy.

Miałam wątpliwości, czy mogę Rodziców obciążać obowiązkiem opiekowania się dziećmi. Ale dziewczynki już chodziły do przedszkola, więc w domu pozostawał jedynie Marcinek. Faktycznie był dzieckiem bardzo spokojnym, chętnie i wielkim apetytem  zjadał wszystkie posiłki i w ogóle nie sprawiał żadnych kłopotów.

Tak więc po przedyskutowaniu z Rodzicami i Mirkiem, zdecydowałam się na powrót do pracy.

Losy moich Rodziców. Zaproszenie…

Po pewnym czasie, może po roku znajomości, może później,  Wacław przyszedł z zaproszeniem od swoich rodziców . Proponowali oni, by spędziła  z nimi święta.  

Stefa była zaskoczona, a może i trochę dumna, że znajomość z Wacławem nabiera innych wymiarów.

Jeśli już jego rodzice wiedzieli o zakochaniu syna, akceptowali tę obcą w tutejszych stronach dziewczynę i chcieli ja poznać, ba nawet z nią spędzić świąteczny wieczór, to mogła się poczuć szczęśliwa.

Początkowo nie chciała się zgodzić, przecież najnormalniej w świecie była zawstydzona i zalękniona, jak takie spotkanie może wyglądać. Przekonywał tak gorąco, że w końcu uległa . I drżeniem serca oczekiwała na ten może najważniejszy wieczór w jej życiu….

Wacław był spokojny, bo już zdążył ją trochę poznać. A może niepokoił się tak samo jak ona. Przecież taka sytuacja w jego życiu zdarzała się po raz pierwszy. Jego ukochana musiała zdać najprawdziwszy egzamin z dojrzałości, czekała ją  konfrontacja z rodziną . Wiedział jak zachowuje się w towarzystwie równolatków, czuł jej lęki, zażenowanie, mimo, że tego nigdy nie okazywała.

Była osobą zamkniętą, od dzieciństwa opanowywała uczucia, a może miała takie geny odziedziczone po swoich surowych przodkach ….