
Elitarne osiedle w Nagoi.
I tak mijał nasz krótki pobyt w Japonii. Kongres zakończony , pobieżne zwiedzanie do utraty tchu za nami.
I nadeszła pora na to, co obiecałyśmy poznanemu w samolocie profesorowi Stefanowi. Przypominam, że jest on Polakiem, ożenionym z Japonką i wieloletnim mieszkańcem Nagoi.
Zapraszał bardzo serdecznie, dał nam wizytówkę z telefonem i adresem. Oczywiście dzwoniłyśmy w trakcie trwania obrad. I wtedy umówiliśmy się na określony dzień. Nie był to dzień zwykły, bo jak też już wspominałam, właśnie się zaczęły Święta Wielkanocne. Nasze rodziny były daleko, a my buszowałyśmy w świecie. Jednak jesteśmy wychowane w tradycji i momentami było nam przykro, że nie jesteśmy z najbliższymi. Oczywiście to uczucie szybko mijało, bo dookoła tyle było ciekawości.
I nadeszła Wielka Niedziela. Zmartwychwstanie Pańskie. Siedziałyśmy jeszcze w hotelu , gdy nagle zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się Stefan. Ubierzcie się, za chwilę będę. Cóż za niespodzianka. Miła. Pospiesznie się zebrałyśmy i spadamy na dół. Już czekał. Jak zwykle uśmiechał się swoim trochę smutnawym czułym uśmiechem, który już poznałyśmy, gdy nas żegnał na peronie metra. Poczułyśmy, że jednak widzi w nas cząstkę ojczyzny swojego dzieciństwa. Może nawet za nią tęskni.
Po kordialnym przywitaniu, zaprosił nas do stojącego nieopodal swojego dużego suva. Do zapamiętanej z drogi z lotniska Hondy. Tym razem on był kierowcą. Jego żony, Japonki nie było, ponoć czekała w domu. Wyjaśnił, że właśnie wróciła z synami z basenu, bo codziennie rano tam oddają się pływaniu.
I pojechaliśmy. Ruch lewostronny jakoś już nam nie przeszkadzał, zdążyłyśmy się przyzwyczaić.
Po pewnym czasie wjechaliśmy pomiędzy jednakowe skromne segmenty osiedla w którym mieszkał. Objaśnił, że jest ono elitarne, bo mieszkają w nim profesorowie uczelni i dyrektorzy zakładów Toyoty i Hondy, które były w tym mieście. Rozejrzałyśmy się. Takie domy a raczej domki w Polsce raczej nie uchodziłyby za dzielnicę elitarną. No cóż, Japończycy są skromni, pomyślałyśmy. Nie to co my…
W pewnej chwili Stefan nisko pochylił głowę, dotykając czołem do kierownicy. Trwało to zauważalną chwilę. Po chwili powtórzył ten gest i znowu to samo. Uśmiechnął się widząc nasze zdziwienie i powiedział, że właśnie mijał samochody znajomych.
I po prostu im się kłaniał. Taka zwykła japońska uprzejmość, nam dziwna.
I po chwili już zatrzymał samochód. Oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Przed segmentem stał duży motocykl nakryty plandeką i jeszcze jedno auto. Powiedział, że to ich pojazdy kołowe i że uwielbia jazdy motocyklem.
Przed domkiem rozciągał się ogródeczek. Napisałam, że się rozciągał, ale tak naprawdę był mikro, pełen roślin, zadbany, z maleńką ławeczką pod kwitnącym krzewem i ganeczkiem w skali mikro.
Gospodarz zaprosił nas do domu, więc nieco onieśmielone weszłyśmy. Wszak nieczęsto zdarzało nam się być w domu mieszkańców kraju do którego przybywałyśmy a tym bardziej egzotycznego domu japońskiego.
Wnętrza były zadziwiająco duże jak na ten niewielki z zewnątrz segment.
Znalazłyśmy się w obszernym holu, w głębi widać było duży otwarty na korytarz salon do którego wiodły szerokie schody , niewysokie, ot, kilka zaledwie stopni.
To co od razu zauważyłyśmy to były grzecznie ustawione na pierwszym schodku , jednakowe wsuwane kapcie. Już wiedziałyśmy, że w Japonii należy zdejmować obuwie, więc to specjalnie nie dziwiło. Miałyśmy zamiar zostać w skarpetkach, bo jednak cudze kapcie nie zawsze bywają miłe. Ale Stefan zadysponował, byśmy założyły. Grzecznie posłuchałyśmy i człapiąc weszłyśmy po schodach…..























