Chotel Czerwony….

Ten tekst od wczoraj chodzi mi po głowie. Jednak rzeczywistość mnie zmogła. Po wczorajszej podróży powrotnej, spokojnej, skąpanej w słońcu i ozdobionej białymi chmurzastymi wycinankami na błękicie nieba nadeszła nagła potrzeba odwiedzenia Śródborowa. Dzieciaczki naszych dzieciaczków zachorzały a rodzice byli pilnie potrzebni w pracy więc pozostali dziadkowie jako ostatnia decha ratunkowa. Babcia więc, chcę nie chcąc świtem wstała, zamroczona trudnością aklimatyzacji na plaskanym i wilgotnym Mazowszu po fantastycznym klimacie w Busku i podążyła najpierw per pedes potem kolejką WKD i SKM oraz ostatecznie taksówkąw wiadomym celu. Na szczęście dzieciaczki dzieciaków jakby lepiej się poczuły, więc kamień z serca babci spadł z hukiem. Wracała  więc przez 3 godziny bardzo zadowolona tą samą 45 km drogą i oto pomiędzy rozpakowywaniem praniem ciuchów sanatoryjnych oraz próbą sprzątania domu, bo kurze obległy go przez te trzy tygodnie, babcia ta siadła wreszcie by napisać to co ma w sercu. Sprzątanie może poczekać, tym bardziej że i tak jego końca nie widać….

Zanudziłam wszystkich pewnie tym gadaniem, ale przecie czytać tego nie ma przymusu…

     A było tak. W pierwszy dzień świąt Wielkiejnocy odbyliśmy z dziewczynami niedaleką wycieczkę w okolice Buska. Zamierzonym celem była osławiona Wiślica, samo jądro Polski. Ale krótka notka w małym przewodniku o innym miejscu nieomal po drodze zresztą położonym spowodowała, że do dziś mam w oczach właściwie tylko to.

Obejrzeliśmy Wiślicę i wylądowaliśmy w miejscowości o dziwnej tajemniczej nazwie Chotel Czerwony. Wyraźnej miejscowości właściwie nie było a jeno domeczki porozrzucane z rzadka  na rozległym terenie z którego wypiętrzała się górka z kościołkiem na szczycie. Krajobraz to był sielski powolny rzewny nieomal.

Wdrapawszy się na wzgórze, znaleźliśmy się obok kościółka . Ufundował go w 1440 roku Jan Długosz, znany dziejopisarz , nauczyciel synów królewskich oraz kustosz kolegiaty wiślickiej . Kościółek wzniesiono w tym samym  miejscu gdzie przedtem były prastare kolejno chyba trzy drewniane obiekty sakralne….

Dobrze się stało, że dotarliśmy tam  dokładnie w momencie, gdy msza się w nim skończyła i po rozwlekłych i przewlekłych śpiewach miejscowych pań, zresztą dość miłych, ludziska opuścili kościół. Księżulo właśnie zabierał się do zamykania wrót wielkim  kluczem, ale widząc naszą gromadkę uśmiechnął się szeroko i zaprosił do wnętrza. Chętnie opowiadał i pokazywał to co tam najstarsze i najpiękniejsze. A jest tam mnóstwo ciekawych detali, nawet je sfotografowałam, ale muszę doczytać i pewnie będzie to jeszcze materiał na kolejną opowieść. Na razie więc tylko wspomnę o tym co stało się dla mnie najważniejsze.

Dla mnie najpiękniejszy wstrząsający w wyrazie był gotycki krucyfiks znajdujący się na ścianie zachodniej. Jak podają , został wykonany w 1400 roku. Nie muszę zamykać oczu by widzieć twarz Chrystusa ukrzyżowanego. Przejmujący to widok…

Wyszliśmy milcząc z uśmiechniętym rozradowanym księdzem, który jak powiedział spędza w tej parafii ponad 20 lat i wygląda na to, że jest tam sam. Wikarego na pewno nie ma, bo został zapytany przez dociekliwego mojego męża. O ew. gosposię mąż nie spytał, dając dowód delikatności i dyplomacji, za co go nawet podziwiałam….

      Ale jadąc do miejscowości Chotel Czerwony nie tylko kościółkiem się interesowałam. Otóż wzgórze gipsowe, na którym jest położony odsłania swoje tajemnice. Szukaliśmy więc ich na zachodnim zboczu, a ksiądz nam wskazał dokładnie to miejsce, dzięki czemu uniknęliśmy dłuższych poszukiwań. A są to tzw. wychodnie gipsu. Nikt nie odsłonił warstw ziemi przykrywających skały gipsowe, po prostu jak nazwa podaje- same sobie wyszły. Może kusiło je słońce i chciały pokazać w jego promieniach lśniącą pełnię urody a może piękny rysunek kryształów. Nie wiem. Dla nas słoneczko łaskawe nie było, ale pomimo szarawej pogody zrobiły na nas wrażenie wielkie , kilkumetrowej wysokości szczupłe kryształy skał gipsowych , często  połączone bliźniaczo w tzw. jaskółczy ogon. Zachwycaliśmy się hojnością ziemi, która odsłania tu  swoje tajemnice. Pokazuje to, co nam pozostawiły  wysychające słone morza przed milionami lat…właśnie wtedy powstały skały gipsowe, siarczanowe skały osadowe…..

U podnóża góry znaleźliśmy też wejście do tajemniczego ponoć 20 metrowego lochu, zasłonięte teraz kratą. Loch ów zwano kuchnią proboszcza….

Czasu jednak nie stało, by wypytać o wszystko naszego zaprzyjaźnionego proboszcza. Żegnał nas przed swoją plebanią, stojąc samotnie i serdecznie zapraszał by odwiedzić to miejsce jesienią, gdy węgierki sypną owocem. Pokazywał bielą obsypany szmat ziemi spływający ze wzgórza. I mówił, że są to sady należące do plebanii i śliwy rodzą co roku jak oszalałe, tak obficie, że nigdy nie można zebrać całego plonu….

Tak więc już dziś ostrzę sobie zęby na powrót na Ponidzie, do Chotla Czerwonego, do maleńkiego kościółka z wzruszającym kamiennym nadprożem wytartym  stopami wiernych drepczących tu przez prawie 600 lat , do proboszcza złaknionego turystów a może po prosu ludzi do pogadania i wreszcie do węgierek soczystych z kościelnego sadu. Czyż nie jest to najpiękniejsze z możliwych zaproszenie?

 

A na marginesie. Podejrzewam, że mieszkańcy tej miejscowości  mogą mieć problem z poprawnym napisaniem nazwy hotel, bo wszak ich wieś Chotelem jest ….jednak jak podają w przewodniku tym razem ja popełniłam błąd, gdyż należało napisać Chotla a nie Chotela. Istny gąszcz ortograficznego zamętu mam teraz w głowie….

Fajny ortograficznyśliwkowokościółkowygipsowy zamęt……

 

 

ChotelKościół.JPG

 

 

KrucyfiksGotycki1400.JPG

 

 

krucyfiks1.JPG

 

 

krucyfiks2.JPG

 

 

ChotelGips.JPG

 

 

ChotelGips00.JPG

 

 

ChotelGips0.JPG

 

 

ChotelPlebania.JPG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *