Kolejna siostra mojej Babci- Staśki to potężna Walerka. Wyszła za mąż za Dzierżyńskiego, kuzyna Feliksa- nazywanego krwawym katem. Mieli dwóch synów.
Gdy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, zalegała co najmniej przez dwa tygodnie. Wspominam ją dobrze, bo właściwie w naszym dużym mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106, w Gorzowie, ludzie się gdzieś gubili i nie było problemów z zakwaterowaniem dodatkowej osoby.
Pamiętam tylko jak dostojnie kroczyła z dworca przez parczek leżący obok naszej kamienicy. Jej tekturową walizkę dźwigał mój Tato.
Potem przesiadywała na naszym tapczanie przywiezionym przez Mamę z Wileńszczyzny, zajmując jego dużą powierzchnię, i pogadywała z moimi Rodzicami. Oni pracowali, więc nie mieli czasu na dłuższe rozmowy. Więc ciocio- babcia sobie po prostu spokojnie siedziała.
Po wielu dniach podejmowała decyzję wyjazdu. W tym terminie prosiła Tatę o odprowadzenie na dworzec, co było naturalne bez przypominania. Tato się dziwował, bo wyprawa na dworzec rozpoczynała się od świtu, wiele godzin wcześniej od planowanego odjazdu pociągu. Ale ciocio-babcia nalegała, więc niebawem sunęli dostojnie przez niewielki parczek prowadzący od naszego domu na dworzec. Tam spędzali kilka godzin i ciocio-babci zadowolona wielce odjeżdżała w siną dal. Tzn do swojego Wrocławia.
W tym czasie była już wdową, nie znam okoliczności śmierci jej męża.
Mieszkała we Wrocławiu z najstarszym synem i jego żoną. Nie mieli dzieci. Ten syn ciocio- babci Walerki, Staszek był wspaniałym studentem. Do historii rodzinnej przeszła opowieść o jego niezwykłym zapale pochłaniania wiedzy. To właśnie było przyczyną, że studiował prawo aż 7 lat. Aż któregoś dnia zupełnie niespodziewanie, oświadczył swojej matce, która już zrezygnowała z myśli o wykształconym synu, że właśnie został prawnikiem . Odnoszę wrażenie, że poznał wszystkie kluby studenckie , knajpy oraz podziemne lokale cieszące się jak najgorszą opinią. Pewnie było to przydatne w praktyce sędziowskiej J.
Może przydatne nie było w jego zawodzie , ale sądząc z zaangażowania we wprowadzanie w życie mojego brata- Zenona, wiedza ta do czegoś się jednak przydała. W efekcie mój brat kontynuując poznańskie studia polonistyczne we Wrocławiu, miał wielką ochotę zakończyć już edukację. Zresztą te studia nie spełniały jego marzeń, gdyż wówczas w ogóle nie było wymogów pisania własnych tekstów. A przecież mój Brat uwielbiał tylko paranie się piórem, zresztą w tym czasie z dość dobrym efektem- pojawiły się jego pierwsze publikacje prasowe. I właśnie głównie z powodu brata bywaliśmy we Wrocławiu, bo Mama spłacała jego liczne długi . Ale cóż, wiedza kosztujeJ
Może miałam wtedy 5- 7 lat, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy takie wielkie miasto. Budziło mój lęk, bo było ogromne, czarne, wyglądało jak umierający olbrzym z wytrzeszczonymi oczodołami pustych wybitych okien.
Dzierżyńscy mieli mieszkanie mieli przepastne i mroczne. Można się było w nim zgubić. Spałam na dwóch zestawionych skórzanych fotelach i przez całą noc pilnowałam, by te fotele się nie rozjechały. Jednak na ranem traciłam kontrolę nad siłą ciężkości mojej pupy, która wklinowała się pomiędzy oba siedzenia i skutecznie rozpierała oba fotele. Wpadałam więc przez utworzoną szparę , z całą pościelą na podłogę, czując przez sen drewniane nogi fotelowe obok siebie oraz śliski chłodek podłogi . I byłam zdumiona, gdy rano słyszałam głos moich Rodziców, którzy mnie poszukiwali i wreszcie wydobywali z otchłani. Na moje szczęście wizyty nasze we Wrocławiu były krótkie i wracaliśmy do naszego ukochanego Gorzowa.
Drugi syn ciocio- babci, Walerki , Kazik, po wojnie mieszkał w Warszawie, gdzie dostał pracę w Najwyższej Izbie Kontroli. Podobno był wiernym odbiciem urody Feliksa, i wysocy urzędnicy w Warszawie radzili mu, by wykorzystał swoje nazwisko i podobieństwo, bo wtedy będzie miał szanse by zajść daleko w karierze zawodowej. Ale chyba tego nie zrobił, bo był zwykłym urzędnikiem, chociaż w dość renomowanej placówce. Tak więc do końca nie wiem, czy jednak w czasach stalinowskich bliskie pokrewieństwo z Feliksem nie zadziałało. Miał uroczą żonę, ale zmarł bezpotomnie.
Z tymi krewniakami nie rozmawiałam nigdy, bo byłam dzieckiem. A dzieci i ryby przecież nie mają głosu….
