Na medycznej ścieżce. Studium wojskowe. Dziurawe wojsko.

 

Od pierwszego roku studiów obowiązywało nas uczestniczenie w zajęciach wojskowych. Odbywały się w każdą sobotę od rana do 15.

Studium Wojskowe mieściło się na poddaszu budynku zwanego Anatomicum. Zanim docierałyśmy do tych pomieszczeń, roznosił się zapach przepoconych skarpet i wilgotnego sukna, który skutecznie zabijał fetor formaliny panujący na pierwszym piętrze. Dodatkową atrakcję  stanowili oficerowie- wykładowcy, którzy chyba jeszcze pamiętali szlaki spod Lenino, i zaciągali wschodnim akcentem.

Najpierw zabrano nas do magazynu z odzieżą. Każda z nas otrzymywała piękne spodnie, które teraz można by nazwać cygaretki,  krótką marszczoną w pasie bluzę z kieszeniami na piersiach i brązowe sznurowane skórzane półbuty. Do tego momentu byłyśmy skłonne ten ubiór zaakceptować. Całość wyglądała nieźle. Ale o zgrozo , za chwilę wyniesiono naręcza ogromniastych , ciężkich szyneli z wcięciem w pasie i wielkim rozkloszowaniem dołu . Z wielkim trudem dobrałyśmy sobie odpowiedni rozmiar, a mimo tego wyglądałyśmy groteskowo . Wdzięczne wcięcie w pasie maskował szeroki, gruby sztywny skórzany pas. Ale głównym punktem programu były maleńkie naleśnikopodobne zielone sztywne berety z antenką. Patrzyłyśmy na siebie pękając ze śmiechu. Bo trudno było płakać, chociaż niechęć i furia nami ciskała.

Po pokwitowaniu odbioru ekwipunku odesłano nas do domu. Wyszłyśmy z trudem dźwigając nasz mundur.

Na kolejne zajęcia należało przybyć w pełnym rynsztunku. Szłyśmy przez miasto , uginając się pod ciężarem szynela i ze wstydem łypałyśmy na przechodniów. Niestety budziłyśmy ogólne zainteresowanie. Ludziska  się uśmiechali, niektórzy trochę złośliwie i zawsze kilku młodych chłopaków wołało za nami, o idzie dziurawe wojsko….wmawiałyśmy sobie, że powinnyśmy być dumne, bo na żadnej uczelni dziewczyny nie nosiły mundurów, tylko my, medyczki dostąpiłyśmy szczególnego wyróżnienia. Ale to nie było szczególne pocieszenie…

Przez wiele godzin raczono nas wykładami z taktyki oraz szeregiem innych , których na szczęście nie zapamiętałam.

Jedynie praktyczne zajęcia z bronią były dość ciekawe. Każda z nas w czasie ćwiczeń otrzymywała  KBKS  a potem  KBK (bo chyba tak nazywały się karabiny i pistolety). Należało dokładnie poznać ich budowę,  a następnie uczyłyśmy się samodzielnie  rozbierać, składać i ładować tę broń.  Jedynie  czyszczenia jej było zajęciem obrzydliwym , gdyż używałyśmy jakiegoś paskudnego , tłustego i bardzo lepkiego smaru.  I po takich zajęciach z trudem udawało się doczyścić nasze bardzo delikatne dłonie.

Poza tym zdobywałyśmy wiedzę o granatach i takich innych wybuchających urządzeniach. No i oczywiście była musztra. Te zajęcia odbywały się na dziedzińcu Anatomicum i tutaj nas też nie oszczędzano . Z uporem ćwiczyłyśmy marsze i jakieś układy w szeregu. Potem dodatkowo różne   figury z bronią : Na ramię broń, prezentuj broń etc.

Kilkakrotnie wywożono nas na poligon w Ławicy a chyba raz do Biedruska. Tam ćwiczyłyśmy czołganie , nieraz w błocie , z bronią i bez broni.

    Ale najprzyjemniej  było pewnego dnia na poligonie w Biedrusku. Właśnie wstawał bardzo piękny i ciepły majowy, czy czerwcowy dzień. Poligon był ogromny, wielka pusta przestrzeń wydawała się nieskończona, bo znikała na horyzoncie .

I nagle  pełna fantazji  Monika „urodziła” przedni  pomysł,  ja zrozumiałam ją bez słów i  radośnie zaakceptowałam . Otóż wypatrzyła ona jedyną kępę dość gęstych drzew. I gdy zbliżałyśmy  się w szyku do tego zagajnika, dała sygnał i zgodnie zboczyłyśmy z trasy, nurkując pomiędzy drzewami. A tam był istny raj, zieleń, ptaki specjalnie cudnie śpiewały, słońce wyłaziło na niewielką polankę. Nie ociągając się, zdjęłyśmy bluzy zostając jedynie w stanikach i rozłożyłyśmy się wygodnie na trawie. Obudził nas ogromny uogólniony rechot. Gdy się ocknęłyśmy, ujrzałyśmy chłopaków w mundurach, którzy nas wypatrzyli i mieli radochę. Oj, mieli….Z wielkim wstydem ubrałyśmy się pospiesznie i wyskoczyłyśmy z drugiej strony lasku pędząc prosto w ramiona naszego oficera. Jednak nasze niewinne miny , tłumaczenia niedyspozycją i zawadiackie ale i kokieteryjne uśmiechy spod naleśnikowych beretów skutecznie zadziałały .  Zmiękło serce nieustraszonego oficera na widok takich dwóch kupek nieszczęścia w ogromnych szynelach i berecikach z antenką . Udało się, darowano nam te wagary. Jednak już nie powtarzałyśmy takich numerów…ale za to było co wspominać….

 :-)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *