W 1968 roku „ jakbym nagle utracił najbliższą Rodzinę „ – powiedział dr Jerzy Fischbach. .

Gdy otrzymałam od Leszka tekst zamieszczony w poprzednim wpisie, miałam niejakie wątpliwości czy Pan dr Jerzy Fischbach zgodzi się na publiczne  ujawnianie  niektórych faktów z Jego życia. Wysłałam więc opowieść Leszka z właśnie takim pytaniem. Wkrótce  otrzymałam  odpowiedź , przy okazji stale zachwycając się  wielką formą dość wiekowego już Pana Doktora – ogromną aktywnością , zaangażowaniem  w prowadzeniu Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł , ale też sprawnością  w posługiwaniu się słowem no i komputerem . A to w całości tekst tego maila   :

Droga koleżanko Zofio !
Każdy list od Pani sprawia mi olbrzymią przyjemność.

Po pierwsze używa Pani pięknej formy języka polskiego.

Po drugie jednak z pobudek egoistycznych ( niestety ) bo lubię być chwalony. Na usprawiedliwienie tego drugiego uczucia podam, że od pierwszych lat studiów,  jak i przez wiele, wiele lat życia zawodowego spotykałem się z innymi, przeciwnymi reakcjami otoczenia.

 Żyłem przecież w bardzo trudnych czasach, często byłem śledzony, a często pewnie wydawało mi się, że jestem śledzony. Z tych powodów unikałem osobistych kontaktów z otoczeniem. Teraz tego bardzo żałuję,  bo byłem – jak wiem dziś – otoczony wielu wartościowymi ludźmi. Szkoda. Brak mi z Nimi kontaktów.

Były też skierowane przeciw mnie działania, które ugruntowały we mnie autentyczne przekonanie , że to co robię jest mało warte ! !

Była praca zawodowa, naukowo – dydaktyczna,  aż przyszli po mnie TRZEJ PANOWIE ” personalni ” Akademii Medycznej ( którym podlegał nawet Rektor !!! ) i powiedzieli : ” my sobie nie życzymy,  aby Pan pracował dalej na tej uczelni „.

Wcześniejsze” wywalenie mnie ” z kierownictwa chóru było tylko przygrywką mająca pozbawić mnie atutów pracy społecznej  dla Akademii Medycznej. Byłem bezpartyjny.


Założenie i prowadzenie chóru AM
W tych czasach , to była nie tylko chęć umuzykalnienia medyków, ale też przede wszystkim chęć kształtowania cech osobowości i kultury. Przyszłych lekarzy. { było to działanie również z nakazu ustnego danego mi przez Kardynała Wyszyńskiego- Ale to nie w tym miejscu }.

W momencie usuwania mnie z kierownictwa chóru atmosfera była bardzo gorąca.  Uważałem wtenczas,  że nawiązywanie czy  utrzymywanie kontaktów z moimi byłymi chórzystami było niewskazane dla dobra ukończenia przez nich studiów. Były takie groźby wypowiadane przez ówczesnego prorektora.

To było dla mnie smutne rozstanie, bardzo to przeżyłem.  Nikt z obecnie jeszcze żyjących i zmarłych chórzystów nie wyobrażał sobie jak ja to przeżyłem.
Można to porównać do nagłej utraty najbliższej Rodziny !!! A moje uczucia smutku pogarszał fakt , że nie miałem jeszcze swojej rodziny. ………………

Mogłem tylko liczyć na to  że członkowie dawnej rodziny śpiewaczej po uzyskaniu dyplomu odszukają mnie i nawiążą kontakty   tak bardzo mi potrzebne.

Były takie 3 osoby. Dwie z nich do dziś śpiewają u mnie w prowadzonych przez mnie poznańskich Madrygalistach im. Wacława z Szamotuł.

 W latach 80 – tych , kiedy rektorem został prof. Wójtowicz,  to prof. Krzysztof Linke , piastujący funkcje prorektora Uczelni znalazł mnie i zaproponował w Imieniu Władz Uczelni , abym wrócił na stanowisko kierownika chóru. Niestety   musiałem odmówić z kilku względów: osobistych , nie byłem już pracownikiem AM, no i wiedziałem,  że w gronie kierownictwa uczelni są 4 osoby bardzo mi nieżyczliwe. Była to smutna, ale przemyślana decyzja.

Po czasie prof. Linke pofatygował się  do mnie jeszcze raz prosząc  w imieniu Rektora o wskazanie osoby , która by mogła w dalszym ciągu prowadzić chór studencki AM. Wskazałem prof. Przemysława Pałkę. Wybór mój był jak widać trafny – bo prowadzi mój chór już tyle lat.

Ja bardzo żałuję, że nie powtarzałem się sam nawiązać osobistego kontaktu z prof. Krzysztofem Linke. Człowiekiem dużej kultury osobistej oraz znawcy chóralistyki . Szkoda  że teraz odszedł tak przedwcześnie.
Ja nie lubię się narzucać. Pozdrawiam wszystkich, którzy pozytywnie oceniają współpracę że mną. A jeżeli chcą nawiązać choć bierny, lub czynny w mojej pracy chóralnej,  to proszę Szanowną Koleżankę o ułatwienie kontaktu że mną. To wielka sprawa. Śpiewać można bez względu na wiek. Muzyka odmładza.

Ten list wysłałam Leszkowi, podając adres mailowy Pana Doktora i chyba jeszcze tego samego dnia dostałam do wiadomości mail Leszka adresowany do Dr Fischbacha  :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

Jestem wdzięczny losowi a zwłaszcza Jurkowi i Zosi, że pozwolili mi z Panem się skontaktować.

Myśmy zawsze z rozrzewnieniem i żalem wspominali czasy, gdy Pan był Dyrygentem, Opiekunem, dobrym duchem Chóru. Nie śpiewałem pod Pana batuta, ale znam z opowieści zwłaszcza
śp. Ani Górecznej.
Chór pod Pana batutą był grupą RADOSNYCH .

Chór AM w Poznaniu był radosną grupą życzliwych entuzjastycznych przyjaciół którą namiastkę
próbowałem kontynuować. Wówczas wszyscy wspominali Pana okres jako
najlepszy dla Chóru. Może fajnie było z Jurkiem na obozie w Łagowie,
ale brakowało Pana entuzjazmu.
Cieszę się tylko, że chyba trochę dzięki mnie Chór  przeżył po 1968 roku ale już nigdy nie był taki.

Wiedzieliśmy co zostało stracone, bo następny dyrygent, nie będę wymieniał  nazwiska. człowiek na pewno porządny i fachowiec, nie umiał stworzyć atmosfery gdzie chciałoby się tam spotykać, co było za Pana czasów. Przetrwaliśmy dzięki studentom wydziału czwartego WSM w Poznaniu im. Wieniawskiego. Nie zapomnę zwłaszcza Marka Bykowskiego, z którym straciłem kontakt.

Nie wiem, dlaczego po okresie szaleństwa nie zwróciliśmy się do Pana o powrót. Może miałem za mało czasu. Zresztą  samemu, gdy Uczelnia nie chciała mnie przyjąć na staże poczułem się z niej wyrzucony i z Chórem zerwałem.

Nawet nie wiem, co się dalej działo.

Raz tylko wlazłem z Córką przez okno w Aspirynce jakieś 20 lat  temu  i miałem okazję bawić się w tym towarzystwie na zamkniętej imprezie.  Już wówczas Krzysiu był opiekunem Chóru.

Brakuje mi Jego relacji.  Inni ludzie, nieznani, nawet nie wiedzieli kto był Twórcą Chóru .

Żywe wspomnienia i relacje o   działalności Chóru dostałem od śp. Krzysia Linke na rok przed Jego tragicznym odejściem. On wiedział, że byłem kiedyś prezesem i czułem się, jakby zdawał mi sprawozdanie z tego co się działo z Chórem za Jego kadencji. Duma i mnie rozpierała.
Jego zabiła ambicja i poniżenie, jakie Go spotkało.

Jurek zajmuje się czasem przejścia na emeryturę, co i mnie powinno dotyczyć.
Niestety, boję się tego i dlatego ciągle pracuję. Chyba jestem ostatnim czynnym chirurgiem z naszego roku 1971, ale to ze strachu.
Potrzebuję  jakiegoś zajęcia równie pasjonującego. Zosia i Jurek wspaniale wspierają.

Szanowny Panie Doktorze, Nie wiem kto teraz jest opiekunem Chóru po Krzysiu. Niniejszym zlecam Jemu służbowe polecenie odnalezienia człowieka.

Jurka zapładniam następnym zadaniem. Co stoi na przeszkodzie zorganizowania spotkania obecnych członków oraz  weteranów Chóru i Jego założyciela tj. Pana Doktora.  Łączą nas wspólne przeżywanie czegoś co Piękne – a nazywa się Muzyką.

 Proponuję każdemu napisanie kilku wierszy wspomnień, Jurek mógłby to zebrać i na takim spotkaniu dostalibyśmy garść prawdy o sobie.

Mój stosunek do Pana Doktora Pan zna . Osobiście bardzo Pana proszę, by Pan napisał kilka słów o swoich z Chórem przeżyciach, o jego początkach, wyjazdach, może pamięta Pan nazwiska?.

Ja z bezsilnej złości , jeszcze a latach 70 ubiegłego wieku zniszczyłem swoje prywatne archiwum Chóru . Szkoda. Chyba po latach Pana świadectwo traktowania Polaków jakie Pana spotkało byłoby również cennym świadectwem traktowania innych jak „gorszego sortu”. Oby te czasy nigdy nie wróciły.

Przecież na pewno obserwował Pan z daleka moje skromne wysiłki, które nie umywały się do Pana charyzmy. Nie mam tego co Pan geniuszu.
Łączę najlepsze życzenia Świąteczne. Tego maila wysyłam również do Zosi i Jurka.

Z wyrazami głębokiego szacunku,

Leszek Milanowski

Równocześnie Leszek  napisał do mnie :

Kochana Zosiu,

Dzięki za ten list.

Widać, że zadra lat komuny ciągle w nas tkwi.

Dziś wszyscy możemy sobie wyrzucać, że myśmy nie skontaktowali się z Dr Fiszbachem, a Jemu też zabrakło wyobraźni, że system  może kiedyś upaść.

Mnie zresztą i tak spotkały małe szykany, gdy nie zgodziłem się na podpisanie jedynie słusznej rezolucji przywiezionej z komitetu wojewódzkiego pzpr  (celowo małe litery).

Wyrzucony z ZMS-u, o mało nie pojechałem na praktykę do Glasgow, ale co to za
szykany!.

Zabrakło kręgosłupa, zresztą pewnie byłoby tak, jak Pan doktor pisze.

Kamasze i wyrzucenie ze studiów.

Tak działa strach przed każdym reżimem, że podporządkowujemy się nawet myślom dyktatora.

Ania mi mówiła, że mamy zakaz kontaktowania się.

Posłusznie wykonywałem zalecenia. Czuję się jak kolaborant tamtej władzy.

Ale kto przewidywał, że przyjdzie Wałęsa ?

Zosiu, Dziękuję za kontakt.

 Ten temat wraca do nas jak bumerang. Leszek nie może się uporać z poczuciem winy – zupełnie niezawinionej , bo wtedy  nikt nic nie mógł zrobić. Po prostu nie mógł. Czas to był okrutny , bezwzględny, „łamano ludziom kręgosłupy” lub „ wyrzucano za burtę „ ….

 

 Jeśli Ktoś będzie zainteresowany i otworzy poniższy link – znajdzie  tam garść informacji o dr Jerzym Fischbachu, o Jego Chórze, o Wielkich  Emocjach i Przeżyciach Duchowych…. Wspólnie z Jurkiem Marcinkowskim napisaliśmy ten tekst – który potem  został zamieszczony na stronie PTH . Ale dla mnie najbardziej wzruszające i najpiękniejsze są słowa doktora Jerzego  Fischbacha – Człowieka  Potężnej  Siły, Kultury, Duchowości , chyba czerpanej od samego Stwórcy . Spotkanie Takiego CZŁOWIEKA jest Darem ……   

https://www.pth.pl/konferencje_opis.php?id_menu_left=118&id_info=36&str_glowna=2&id_typ_obslugi=7&sub_id_info_d=&id_info_o=0&id_oddz=23&id_konf=81

Pan Doktor Jerzy Fischbach, twórca i dyrygent Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł w czasie Koncertu w Kościele p.w. św. Wojciecha w Poznaniu. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

 

2 Replies to “W 1968 roku „ jakbym nagle utracił najbliższą Rodzinę „ – powiedział dr Jerzy Fischbach. .”

  1. Pomnę ten straszny czas, kiedy na fali wyrzucania z naszego kraju intelektualistów uzasadniając iż są Żydami , na banicje skazano ludzi niewygodnych. Nie poddajacych się rygorom tzw komunizmu bliskich w swojej działalności religii i kościołowi. Do takich Ludzi należał dr Fischbach. Pochodził z pieknej polskiej od pokolen , głęboko patriotycznej , religijnej rodziny , pomimo obco brzmiacego nazwiska nikt z jej członków nie podpisał volkslisty, choć byli namawiani.
    Zemsta komunistów była straszliwa wyrzucenie z pracy odebranie Chóru. Cieszę się że mogę o tym napisać i bardzo gorąco ” kibicuje ” Panu Doktorowi w czynieniu Dobra i łączeniu ludzi ze Stwórca.

  2. Ten rozdział poświęcony Panu dr Jerzemu Fischbachowi , jak zauważyłam, cieszy się dużą poczytnością – zresztą link do tego właśnie wpisu pojawia się w wyszukiwarce Google …
    Powinnam już dawno zamieścić fragmenty listu Pani Katarzyny Jeziółkowskiej – poetki i literatki. Otrzymujemy piękną relację o korzeniach wspaniałej patriotycznej polskiej rodziny z której się wywodzi Pan dr Fischbach. A to, że komunistyczne władze wykorzystały rok 1968 nie tylko do usuwania z kraju Polaków żydowskiego pochodzenia ale też inne osoby publiczne – wysoce religijne, nie ukrywające tego i działające zgodnie ze swoimi przekonaniami. Pan dr Fischbach był przykładem i ofiarą tamtego czasu. Oto fragmenty wspomnianego listu Pani Katarzyny :
    Dr Jerzy Fischbach jest moim najbliższym kuzynem. Jego ojciec i moja mama byli rodzeństwem. Nasz prapradziadek, po którym nazwisko nosi Jurek – Stanisław August Fischbach przyjechał do Poznania z majątku Fischbach pod Jelenią Górą. Nazwisko od wykutych w skalistym podłożu, prostokątnych stawów, w których hodowano karpie. Obecnie ta miejscowość nosi nazwę Karpniki. I stawy, i zabudowania w których mieszkali, są tam do dziś. Obecnie mieszkają tam przesiedleńcy z okolic Katowic. Grób Stanisława Augusta znajduje się na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan. Dawniej był to Cmentarz Staro-farny. Mam zdjęcie jego nagrobnej tablicy i je Pani prześlę. Zrobię też skan przedwojennej mapy, na której jest miejscowość Fischbach i owe stawy.
    Zupełnie nie pojmuję skąd te insynuacje, co do pochodzenia dr Jerzego Fischbacha? Nawet doskonale poinformowani hitlerowcy, nie mieli wątpliwości co do Fischbachów i wysiedlili ich, jak innych Polaków, poprzez Lager Glowna do Generalnej Guberni. Wcześniej próbowali namówić na podpisanie Volkslisty. Natomiast rodzice paroletniego wówczas Jurka wraz ze swymi dziećmi, uciekli przed hitlerowską nawałnicą z Bydgoszczy do Warszawy. Tam przetrwali też Powstanie, w którym jego ojciec – dr Bolesław Fischbach ratował rannych.
    Kuzyn naszej prababci – Wiktorii Fischbachowej z domu Celichowska – Zygmunt (sekretarz hr. Jana Działyńskiego) był ojcem adwokata Witolda Celichowskiego (1874 -1944), który w 1919 r. został pierwszym, po odzyskaniu niepodległości, wojewodą wielkopolskim i którego głównym zadaniem było spolszczenie wszystkich wielkopolskich urzędów. Jego brat -Stanisław Celichowski (1885-1947) w roku 1938 został wybrany prezydentem miasta Poznania, ale jego nominacji nie zdążyły zatwierdzić władze państwowe.
    Nasz wspólny dziadek- mój i dr Jerzego Fischbacha- (syn wspomnianej wyżej Wiktorii) Stefan (1880-1940) był wielokrotnie radnym M. Poznania, był też zasłużonym działaczem Związku Kół Śpiewackich Polskich w byłym zaborze pruskim. Był też wicedyrektorem polskiego Banku M. Poznania.
    Wydaje się, że źródła patriotyzmu i zainteresowań dr Jerzego Fischbacha kryją się w dużej mierze właśnie w tej rodzinnej historii. Na pewno na jego ostateczne ukształtowanie miała też wpływ matka – Janina. Była to osoba bardzo bogobojna, oddana Kościołowi Katolickiemu, która wyjednała u kardynała Stefana Wyszyńskiego osobiste błogosławieństwo dla, wtedy młodego jeszcze, Jurka.

Pozostaw odpowiedź Zofia Konopielko Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *