Gdy rozpoczęłam studia w Poznaniu, często wpadałam do domu Lisiaków. Pragnęłam rodzinnego ciepła, rodzice byli w Gorzowie, a wszystkie Lisiaki były serdeczne i bardzo bardzo ich lubiłam. Wprawdzie widziałam zafrasowaną choć radosną minę Jadzi, gdy stawałam w drzwiach ich mieszkania. Następnie biegła do kuchni i tam kończyła przygotowywanie obiadu, uwzględniając moją obecność. W efekcie po pewnym czasie wszyscy zasiadaliśmy wokół stołu kuchennego, Jadzia nie jadła zupy- pewnie mnie oddawała swoją porcję, dziobała coś na talerzu- udając , że konsumuje drugie danie. Jednym słowem- dopiero po latach oceniałam tę sytuację prawidłowo. Jadzia przy mnie nie dojadała. A cóż dopiero, gdy zjawialiśmy się w porze obiadowej w jej domu razem z jej bratem Czesiem, który studiował na wydziale melioracji .
Śladami mojego Taty. Ganek cioci Broni w Trzciance.
Gdy pogadaliśmy z wujem Bolesławem, krawcem nad krawcami, Ciocia Bronia zapraszała nas do dalszych części domu, których nie zapamiętałam. Ale tylko czekałam na zgodę rodziców, by pójść dalej i dotrzeć do zaczarowanego zakątka. A był to ganek. Posadowiony od strony ogrodu, pięknie kończył długi bieg ceglanego korytarza. Ganek był okazały. Zanurzony w winnych gronach i wielkiej zieleni. Był ograniczony białym szerokim murkiem przeciętym w części centralnej szerokimi schodami prowadzącymi do rajskiego ogrodu. Ale najbardziej niezwykłe i czarowne były dwie drewniane ławki, a właściwie tylko szerokie deski mieszczące się w bocznych zachyłkach murku. Uwielbiałam tam siedzieć. Zatapiałam się w takiej ławce, moja głowa ledwie wystawała nad brzegiem murku. Było przytulnie, miło i bezpiecznie. Taka cudna wymarzona kryjówka. Nad głową szumiały winne liście, a przede mną korony starych drzew skrzypiały tajemniczo. Mogłam tam przesiadywać tak długo, jak tylko można było, tzn. do momentu, gdy nadchodziła pora powrotu do domu.
Gdy projektowałam nasz dom w Michałowicach, wiedziałam , że musi być, podobnie jak w domu cioci Broni- ganek a w jego wnętrzu po bokach ławeczki. Tylko na murek Mirek się nie zgodził się , bo uznał, że będzie trudny w pielęgnacji. Jest więc poręcz metalowa, ale miejsce nie zostało pozbawione uroku. Stąd mamy rozległy widok na mazowiecką nostalgiczną równinę.
Gdy powstał nasz dom, kilkuletni wówczas Michał, mój wnuczek , powiedział, że dziadkowie są szczęśliwi, bo mają lotnisko. Faktycznie stąd widać kulistą wieżę unoszącą się nad Okęciem.
I oczywiście często na niebie pokazują się lądujące wielkie cielska samolotów….dokąd ci ludzie się spieszą….
Śladami mojego Taty. Zaczarowany dom cioci Broni.
Moją ulubioną ciocią, siostrą Taty była Bronia.
Ta duża łagodna kobieta mieszkała ze swoją rodziną w Trzciance Lubuskiej. Po II wojnie światowej, gdy opuścili swoje rodzinne strony, gdyż tam były już tereny Związku Radzieckiego, przybyli do tego poniemieckiego miasteczka. W tej grupie znalazła się moja Babcia- Staśka, wtedy już wdowa, jej najstarsza córka- Antonina z synem i właśnie ciocia Bronia.
Ciocia Bronia z mężem i dziećmi zamieszkała w dużym rozłożystym domu, który znajdował się przy głównej ulicy Trzcianki. Idąc do Babci z dworca kolejowego , mijaliśmy ten dom i zawsze go oglądałam.
Podobno był zabytkowy i po wielu latach mieściło się tam muzeum.
Ten dom bardzo mi się podobał. Oglądając go od strony ulicy nie można się było spodziewać, że kryje przepiękne miejsce. Tak piękne, że potem starałam się odtworzyć je w swoim michałowickim domu. Ale zanim docieraliśmy do tego miejsce, było inne, pewnie jeszcze bardziej ciekawe i tajemne, chociaż nie takie urocze.
Otóż z głównego wejścia otwierał się widok bardzo długiego bardzo zimnego korytarza, chyba wyłożonego surową cegłą.
Na początku tego korytarza , po lewej stronie mieścił się duży pokój. Zwykle tutaj się zatrzymywaliśmy i wchodziliśmy do środka, rozsiadając się na wolnych krzesłach i rodzice rozpoczynali rozmowy, a ja się bacznie rozglądałam .
I to właśnie było bardzo ciekawe miejsce, jakiego nigdy nie widziałam. To było królestwo męża cioci Broni, Bolesława. Tutaj miał swój warsztat krawiecki. Był uznanym krawcem, szył piękne garnitury a nawet okoliczni księża zamawiali u niego sutanny.
Widywałam go, gdy z wielkimi nożycami w dłoni pochylał się nad wielkim stołem, na którym rozkładały się różne piękne tkaniny. Energicznie wycinał różne kształty i byłam tym oczarowana. Czasami „tańczył „ się przy manekinie i ze szpileczkami w ustach upinał na nim jakieś suknie . Bywało, że siedział nieruchomo i pracowicie zszywał wycięte uprzednio części tkaniny albo dziergał wokół maleńkich dziureczek dla tysiąca guziczków sutanny. Czasami zaś, zawzięcie prasował wycięte części garderoby , wielkim żelazkiem z duszą powodując unoszące się zaczarowane kłęby pary. Miał bardzo ciekawy zawód i zawsze go podziwiałam. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale dość masywny i miał wielkie siwe wąsy, bystre ciemne oczy i tubalny głos. Podziwiałam go, że potrafi wyczarowywać ubrania . Chyba się go nie bałam, mimo, że czasami był zapalczywy i mówiono, że lubi napoje procentowe. Nigdy nie widziałam go w stanie upojenia, w każdym razie tego nie zapamiętałam.
Czasami w tych krawieckich pracach pomagała mu cicha i łagodna z dobrocią wypisaną na twarzy, moja ulubiona Ciocia Bronia.
Śladami mojego Taty . Wspomnienia z domu rodzinnego mojej Babci….
Bywało, że wieczorami, w rodzinnym domu Rodziewiczów zbierało się wielu sąsiadów. Działo się to przy okazji jakiś polskich świąt narodowych, które władze carskie tępiły. Jednak zaborcy nie mieli tyle siły, by wyplenić polskość z serc mieszkańców Rakowa.
Pod pozorem spotkań imieninowych czy urodzinowych odbywały się prawdziwe spotkania patriotyczne.
Na wstępie zwykle Bolek czytał aktualne czasopisma przywożone z Wilna a w nich najbardziej interesowały powieści w odcinkach i wieści ze świata . Wszyscy wyczekiwali, skąd powieje duch wolności i obudzi się nadzieja wyzwolenia spod władzy zaborcy.
Dla pokrzepienia serc czytano ukazujące się właśnie dzieła Sienkiewicza a także śpiewano pieśni ze Śpiewnika Domowego Moniuszki.
Bolek bardzo lubił opowiadać, objaśniać. Zwykle przy okazji takich spotkań pan domu przytaczał jakieś skrótowe życiorysy autorów, albo co ciekawsze fragmenty z ich życia .
Na temat Stanisława Moniuszki wiedział dużo. Teraz możemy poczytać w Internecie, ale wtedy trzeba było grzebać w książkach, zdobywać i czytać prasę .
I my teraz cofnijmy się w dawne czasy- jest koniec XIX wieku, maleńkie , przygraniczne miasteczko Raków, miły, ukwiecony domek organisty , ludziska skupieni nad niewielkim stolikiem, pochylone głowy w kręgu nikłego światła lampy naftowej. Właśnie Bolek opowiada, a więc posłuchajmy .
– Stanisław Moniuszko herbu Krzywda urodził się 5 maja 1819 roku w Ubielu w rodzinie umuzykalnionej. Pierwsze kroki w jego kształceniu muzycznym stawiał pod kierunkiem matki.
W roku 1827 rodzina przeniosła się do Warszawy i wtedy ośmioletni Moniuszko uczęszczał na lekcje muzyki u Augusta Freyera, który był organistą w warszawskim kościele Świętej Trójcy.
Gdy Stanisław miał 11 lat, cała rodzina przeprowadziła się do Mińska i tam Moniuszko kontynuował muzyczną edukację u Dominika Stefanowicza.
W 1837 roku Moniuszko wyjechał do Berlina, aby kształcić się u Carla Friedricha Rungenhagena.
W 1840 roku zakończył studia i zamieszkał w Wilnie. Został organistą, kompozytorem, pedagogiem i organizatorem życia muzycznego w mieście
W 1858 przeniósł się wraz z rodziną do Warszawy, gdzie objął stanowisko dyrygenta opery. Jednocześnie był wykładowcą w Instytucie Muzycznym w Warszawie.
W 1872 roku zmarł na atak serca .
Pogrzeb artysty stał się manifestacją narodową.
Poza operami pozostawił cykl dwunastu Śpiewników domowych zawierających 268 pieśni do słów różnych poetów polskich i obcych ( w polskim tłumaczeniu) oraz do słów ludowych .
Bolek zakończył swoją opowieść, wszyscy jeszcze chwilę siedzieli w milczeniu, przypominali ten dzień , kiedy był pogrzeb Moniuszki. Przecież działo się to tak niedawno – wówczas nawet w Rakowie ludzie ubrali się odświętnie i tłumnie zjawili się na wieczornej mszy.
Teraz, po wypiciu kilku kieliszków nalewki, duch bojowy wstąpił w serca rakowian i w czasie spotkania u Rodziewiczów, ktoś zaintonował pieśń „Do Niemna”….a potem już poleciało… odśpiewano prawie połowę pieśni Moniuszki dając szansę pięknym miejscowym głosom, które prezentowały popisy solowe.
Dzieciaki Rodziewiczów wylazły spod pierzyn i przybiegły w swoich długich koszulinach nocnych do rodziców, wdrapywały się na ich kolana i drzemały przytulone. To były najpiękniejsze czasy całej rodziny, czasy, które już nigdy nie mogły wrócić……
Śladami mojego Taty . Staśka, moja przyszła babcia i dzieciaki rakowskie
Właśnie taka była. Niewysoka, energiczna, bardzo ruchliwa zdominowała swoje rodzeństwo i oczywiście rodziców.
Wstawała bardzo wcześnie, lubiła oglądać niebo przybierające różowe barwy a potem rozświetlone refleksami słońca walczącego z chmurami. Wybiegała przed dom i wpatrywała się w ten teatr na niebie.
Nie przepadała za teatrzykiem lalkowym swojej mamy. Uważała, że wymyślanie bajek nie jest zajęciem dla niej. …Ale gdy dzieciaki przybywały na ich stryszek, a działo się to codziennie, bo Michalina- matka Staśki systematycznie prowadziła zajęcia z dziećmi Rakowskimi, Staśka stawała w sieni u podnóża schodków i z marsową miną sprawdzała stan czystości dzieciarni.
Walczyła z ich brudnymi głowami, koszulkami oraz butami. Jeśli miały buty, musiały je zdejmować i codziennie sprawdzała stan higieniczny ich nóg. Stopy dzieci były zwykle były czarne, gdyż rzadko je myły i właściwie nie korzystały z butów. Zresztą większość butów w ogóle nie miała. Może była w każdym domu jakaś jedna para, którą zakładały kolejno, gdy wybierały się do kościoła.
Ponieważ Stanisława, czyli Staśka, nigdy nie przepuściła brudasa na stryszek, dzieciaki same zaczęły się myć. Ich rodzice byli zdziwieni, że przed studnią ustawiała się kolejka ich pociech. Potem się zorientowali, że odbywało się to przed planowanym wyjściem do domu Michaliny i Bolka. Powoli poprawiał się stan higieniczny całej wsi. Ludziska zaczęli dostrzegać , że właściwie jest przyjemnie, gdy nogi pachną szarym mydłem a spod pach nie wydziela się przykra woń.
Tak więc Staśka odniosła sukces.
Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola
Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.
Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).
Stasia i Ola były niskie i drobne ale kształtne jak ich matka- Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .
Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.
Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem i wnuczką- Jadzią.
Mam w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.
Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.
Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne schody .
Tam rozpościerał się duży hall. Z niego po stronie lewej wchodziło się do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.
Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i surową minę, Trochę się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.
Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami- na głowie.
Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.
Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek.
Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej, Jadzia po mężu Heydowa nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.
Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w nich i w ich domu tylko dobrą aurę.
Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.
I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.
Proszono obie panie, by zaśpiewały.
One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.
A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..
Śladami mojego Taty. Wspólny dom w Rakowie.
Zamieszkali w swoim domu, który Michalina ozdobiła kwiatami. Było kilka mebli z dawnego domu Bolka i stary fortepian .Na ścianie powieszono obraz Grottgera, który przypominał nieżyjących rodziców Bolka.
Wkrótce nadjechały dwa wozy przykryte brezentem. To rodzice Michaliny przysłali jej wyprawę. W wielkim ozdobnym kufrze była pościel, odzież, kilka par pantofli oraz zastawa stołowa.
W innym piękne patery na ciasta i owoce, cukiernica, solniczka oraz zestawy kieliszków i karafka. Poza kieliszkami do wina, wszystko było wykonane ze szkła w jednej tonacji .
Przyjechał też ulubiony okrągły stoliczek Michaliny , gdzie zwykle rozkładała swoje robótki ręczne, kolejny do gry w szachy i ostatni z tej serii- na którym ustawiano samowar .
Ponadto rozpakowano kilka obrazów o tematyce świeckiej i jeden przedstawiający Matkę Boską Ostrobramską. Ten obraz był najpiękniejszy, częściowo powlekany emalią i grubym złotem, jedynie księżyc, na którym opierała się sylwetka błyszczał srebrem. Bolek oglądał w zachwycie- to była ich Matka Boska, kresowa, wileńska i Jej obecność zapewni rodzinie spokój i szczęście, myślał…..
