Losy moich Rodziców. Milczenie Godziszki.

Moja Mama, Stefa  do końca miała nadzieję, że w tak ważnym momencie życia rodzina jej nie opuści.

W dniu ślubu od świtu wypatrywała w oknie czy nie przybywają bliscy jej ludzie.

Ale czekała nadaremnie.

Okrutna Godziszka milczała, a jej serce krwawiło.

Nie czuła żadnej radości ze ślubu, nawet żadnych emocji, zamknęła się w sobie, jak zresztą już potem nieraz bywało.

 

Losy moich Rodziców. Okrutny list.

 I wracam teraz do swojej opowieści znanej z relacji Mamy.

 

 

Mimo tego, że nie było pozytywnych wieści z Godziszki, nie przekładano  terminu ślubu.

Do tego przekonywali rodzice Wacka, którzy bardzo lubili i cenili Stefę.

 

Któregoś dnia, wreszcie nadszedł  długo oczekiwany list z rodzinnej wsi Mamy.

Otwierała drżącymi palcami, niecierpliwie z nadzieją na zgodę.

Ale myliła się.

List był bezwzględny.

Został napisany ręką brata, któremu Ojciec dyktował .

Zawarte tam słowa spadały na nią jak ciosy.

Oznajmiał, że na zamążpójście córki nie wyraża zgody.

Że ona musi  nadal wspomagać rodzinę finansowo , bo jest to jej święty obowiązek.

I że wybrała człowieka z obcych stron, innego, którego nigdy nie zaakceptuje cała rodzina.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 15 )

Wracaliśmy w  milczeniu.

Stefa siedziała obok mnie w przedziale zapatrzona w swoje góry, które wkrótce zniknęły za linią horyzontu.

Wydawało się, że jest obcą smutną kobietą.

Byłem może nadwrażliwy, ale już taka była moja natura.

Odbierałem emocje ludzi otaczających mnie całym ciałem , byłem jak membrana.

Tak kiedyś o mnie powiedziała moja mama.

Uczucia innych przyjmowałem na siebie, długo je przechowywałem w sobie, wracając do nich myślami.

Nie była to łatwa natura i wcale nie było mi z tym dobrze.

Ale cóż.

Musiałem dźwigać ciężar nieudanego pobytu we wsi mojej ukochanej, czułem, że nie spełniłem oczekiwań Stefy.

Jednym słowem nie byłem z siebie zadowolony i teraz wszystko było możliwe.

Nawet rozłąka z moją wybraną.

Takie czarne myśli tłukły się w mojej głowie w czasie tej nieszczęsnej podróży do Rakowa.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 10)

Gdy dotarliśmy do rodzinnego domu Jakubców w Godziszce ujrzałem duże zabudowania gospodarcze i rozłożystą ciemną chałupę posadowioną przy drodze. Wybiegło sporo dzieciaków, potem pojawili się rodzice Stefy. Patrzyli na mnie spod marsowych brwi, nieprzyjaźnie i badawczo.

Wyskoczyłem z bryczki, podałem rękę Stefie.

Wysiadła , czułem jak drży jej  dłoń . Pewnie i jej serce biło jak szalone z wielkiego lęku .

Podeszliśmy do jej rodziców, przedstawiłem się.

W końcu miałem jakąś kindersztubę i naturę łagodną przyjazną.

    Po pewnym czasie poczułem, że pękają pierwsze lody, bo ujrzałem na twarzach rodziców  mojej dziewczyny coś co mogło wyglądać jak uśmiech.

Jakże byłem naiwny, tak oceniając  to powitanie.

    Odetchnąłem z ulgą. Stefa też się rozluźniła.

Gdy weszliśmy do mrocznej izby, pochylały się nad nami obrazy rozwieszone skosem pod samym sufitem. Takie rzędy świętych obrazów widziałem po raz pierwszy.

W mojej stronie nie było takiego zwyczaju ozdabiania mieszkania.

Usiedliśmy przy stole. Najstarsza siostra Stefy podała jakąś strawę.  Już nawet  nie wiem, co jadłem, cały czas myślałem nad tym, co będzie dalej.

Miałem przygotowany scenariusz.

     I teraz nadeszła właściwa pora.

Po skończonym posiłku, wstałem i oficjalnie podziękowałem .

Potem podszedłem do rodziców Stefy i przyklękając na jedno kolano poprosiłem ich o rękę córki z trudem hamując wielką tremę.

    Przecież wszystko było logicznie uzasadnione. Dziewczyna miała już 25 lat, była wykształcona i samodzielna. Ja też już miałem zawód i dobrą pracę. Moja rodzina była przyzwoita, akceptowała wybrankę , ba, nawet bardzo ją lubiła.

     Więc  o naiwny, uważałem, że rodzice Stefy powinni się zgodzić na nasze małżeństwo.

 

 

Stefa, moja narzeczona,  rok 1932