Sen ulicy Parkowej.

Zdjęcie0214.jpg

 

 

Jest w Michałowicach ulica Parkowa….

Kiedy się rodziła, jeszcze nieświadoma  była co ją czeka, ale czuła, że będzie jej dobrze w tym miejscu.

Osiedle było nieduże właśnie powstawały urocze uliczki z przylepionymi do nich domkami przy których właśnie wyrastały drzewa i krzewy.

Na chrzcie nadano jej piękne imię- Parkowa.

Gdy dorastała była dumna z tego, że nie nazywa się Raszyńska, Wesoła, Szara czy nawet Spacerowa. Parkowa brzmiało elegancko, melodyjnie ale i dostojnie .

I wówczas zaczęły się jej sny.

Śniła nocą i dniem na jawie, że towarzyszką jej będzie park.

Wielki park jak michałowickie zielone oko postrzegane z okien samolotów, które nawiedzają to miejsce często z racji pobliskiego Lotniska na Okęciu. To zielone oko powinno mieć źrenicę – czarną przepastną jeziorną toń z łabędziami albo ostatecznie kolorowymi kaczkami. A może to tylko byłaby błękitna wodna tęczówka z wyspą czarniawą i wierzbami płaczącymi na niej…

Ależ się rozpędziłam. To przecież mój sen na jawie, park z mojego dzieciństwa- gorzowski Park Wiosny Ludów ….

Jednak jestem  pewna, że to jest także sen ulicy Parkowej w Michałowicach .

Ale na razie ten park jest tylko wyobraźnią malowany, a w realu dookoła  pola i nieużytki.

Przytula się więc do nich taka kostropata, żwirowodziurowa ulica o dumnej nazwie. I tylko czasem słońce przejrzy się  w lustrze  jej  kałuż , kolory wrzuci, ogrzeje i przemknie dalej. A czasem zatrzyma się jakiś człowiek, bo ma czas, bo refleksje, bo aparat fotograficzny i piękne ma wspomnienia z młodości…

 

 

SAM_5852.JPG

 

 

P3.JPG

 

 

P.JPG

 

 

P2.JPG

 

Moje odwieczne zauroczenie biblioteką trwa…

BibliotekaStara.JPG

Dawna gorzowska biblioteka…

 

 

Gorzowska, jeszcze z dziecięcych lat. Pomimo upływu przeszło półwiecza, zapamiętana. Ukochana. Jedyna taka. Biblioteka.

Nadal mieszka przy ul. Łokietka ta sama piękna poniemiecka willa biblioteczna . Jest już nieczynna, ale pełna uroku  i cicha. Taka jak kiedyś.  Cieszę się, że jest. Mam szczęście.

Bo tam odnajduję moje dziecięce marzenia zaklęte w pamięć. Regały pełne książek, zapachy kurzu , starego druku. Skupiona cisza pełna książkowych bohaterów, ich dziejów i słów zapadających prosto w serce …

I  tam jeszcze przesiaduję, skupiona nad okładaniem dzieł w zgrzebny pakowy szary papier z wyczuwalnymi drobinami drewna, z którego powstał.

     Długo się starałam, by panie bibliotekarki wyraziły zgodę na pomoc. Codziennie tam zaglądałam, wymieniałam książki przeczytane na kolejne. Potem zostałam dopuszczona do zajrzenia w głąb sali z książkami, pomiędzy regały i wreszcie  stało się to, na co czekałam.    Widocznie panie dostrzegły w moich zielonych tę fascynację połączoną z niemą prośbą i kiedyś posadziły mnie przy dużym stole, dały nożyczki i wreszcie dostąpiłam zaszczytu.  Starannie więc przycinałam i dopasowywałam  papier, by rogi nie były zagięte a książka ukryta w całości w szarym opakowaniu….

    Teraz nieodmiennie szukam tych klimatów w miejscowej michałowickiej bibliotece i znajduję echa tamtych dni.

Bo jest tam mój czas zatrzymany, zaklęty w papier i umieszczony w regałach.

Myszkuję pomiędzy półkami  i z zachwytem wyciągam jakieś tomy.

To nic, że ich okładki są śliskie, nowocześnie zafoliowane , bo kartki też pachną  kurzem, chociaż już śladu farby drukarskiej nie noszą a ja mam  okulary na nosie.

Tu wciąż jestem tą  samą małą dziewczynką z moich gorzowskich pradawnych czasów….

 

 

BibliotekaStara.JPG

 

A dzisiaj od wczesnego świtu śpiewa mi w głowie Połomski : ” Moja miła, moja cicha, moja śliczna”….to o niej…

 

Gorzowskie czasy. Zachwycający pan z drewnianą nogą.

noga.JPG 

Cienie dawnych zachwytów…zdj własne sprzed kilku lat..

 

 

Siedząc w domu w czasie moich licznych chorób  tęskniłam za jedyną ciekawą osobą w moim przedszkolu.

Jedyną bowiem osłodą tego mrocznego miejsca była obecność pana z drewnianą nogą .  Tylko  ten dobrze starszy  wysoki dość otyły pan z drewnianą nogą, który był dozorcą w moim pierwszym przedszkolu, mieszczącym się naprzeciwko tylnego wejścia do gorzowskiej Poczty Głównej był mi bliski , ciepły i budził nieustanny zachwyt.

    Kiedy zapominano odbierać mnie z przedszkola o zwykłej porze, bo to albo Mama miała popołudniowe przewlekłe zebrania szkolne , a to Tato  bywał w terenie a to Brat- Zenon gdzieś urzędował poza szkołą i domem,  wtedy ja miałam niepowtarzalną szansę, by być sam na sam z panem i jego drewnianą nogą.

W całym pustym przedszkolu byliśmy tylko my .

Schodziliśmy na dół do piwnicy, gdzie mieściła się kuchnia i wspólnie obieraliśmy ziemniaki na obiad w dniu następnym, wrzucając je do ogromnego cudnego gara , przy czym zerkałam często z nabożeństwem niejakim na drewnianą instalację zastępczonożną- wielką drewniana pałę zakończoną  zgrubieniem, które przypominało kopyto końskie. Pan opowiadał mi jakieś bajki , a ja wpatrywałam się z zachwytem w jego sztuczną nogę.

     Bywało, że Mama po powrocie do domu pytała swoich panów- a gdzie Zosieńka. Wówczas obaj odrywali się od swoich zajęć , podnosili nieprzytomny wzrok znad książek- obaj lubili czytać , potem wracali do świadomości, rozglądali się lękliwie i nie widząc swojej małej córeczki ani siostry wpadali w popłoch.

Zapomnieli, po prostu zapomnieli mnie odebrać z przedszkola.

A za oknem już szarzało i mama galopem gnała do przedszkola. Wyobrażam sobie , że jej serce  wyskakiwało z piersi i traciła miarowy oddech. Zwłaszcza gdy to zdarzyło się po raz pierwszy.

Gdy sytuacja się czasami powtarzała, już było lepiej.

Bo wiadomo było, że siedzę sobie najspokojniej w świecie z panem dozorcą rozmawiamy i przygotowujemy  obiad na następny dzień.

 

Gorzowskie czasy. Moja droga przez mękę czyli idę do przedszkola.

Kiedyś już pisałam w rozdziale losy moich Rodziców o tym,  że po II wojnie światowej nasza rodzina osiadła w Gorzowie. Mama przyjechała z Wileńszczyzny, gdzie już nie było Polski a  Tato po 6 latach obozu koncentracyjnego pod Berlinem zdecydował wrócić do kraju i rodziny. Był to swoisty akt odwagi, bo po wyzwoleniu straszono widmem komunizmu który  się zagnieździł  w Polsce i proponowano wyjazd na Zachód.

Rodzice zranieni wojennymi przeżyciami jeszcze raz próbowali ułożyć sobie wspólne życie. Stanęli przed decyzją gdzie zamieszkać i znaleźć pracę. Była propozycja Warszawy i Wrocławia, ale gdy Mama zobaczyła jedną wielką ruinę, którą była stolica i bardzo zniszczony Wrocław z ulgą wybrała miasto które zniszczone wprawdzie w 25% ( spalone po dwóch tygodniach po wyzwoleniu przez Armię Radziecką) zachowało kamienice w których dało się mieszkać. Tato dostał pracę w Oddziale Drogowym PKP a Mama w szkole, która znajdowała się nieopodal Teatru ( dokładnie nie pomnę numeru, ale ta szkoła jest tam nadal). Brat Zenon uczęszczał do gimnazjum a młodszy wojenny braciszek- Wacuś został sam na cmentarzu w Smorgoniach pod Wilnem.

W ramach powojennej odbudowy życia Rodzice zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko. Tym dzieckiem byłam ja. Nie było łatwo mnie wychowywać, Rodzice mieli po 40 lat i wielką wojenną traumę za sobą.. A ja się domagałam swoich praw, bezwzględnie jak każde dziecko….

 

JaWĂłzek.jpg

 

 

 

I gdy osiągnęłam trzy lata, wysłano mnie do przedszkola. A oto opowieść jak to wyglądało:

 

 

Piszę , że mnie wysłano do przedszkola – przecież w rzeczywistości po prostu tam mnie wleczono. Mieściło się w niewielkim budyneczku, z którego nie został nawet ślad, zlokalizowanym w pobliżu Kłodawki, naprzeciwko tylnego wejścia do nadal funkcjonującej gorzowskiej Poczty . Przemierzając drogę z Kos Gdyńskich jedyną moją osłodą było wymuszana za każdym razem perspektywa posiedzenia na dziwnym metalowym obramowaniu, które było przytwierdzone do murku niskich domów a właściwie pawilonów handlowych zlokalizowanych po lewej stronie ul. Sikorskiego, a wtedy W. Wasilewskiej , idąc od parku.

Pewnie była to pozostała konstrukcja po przypuszczalnie mieszczącej się niegdyś na niej skrzynce na listy.

Tak więc trasa od domu do owej konstrukcji była jasną stroną mojej drogi do przedszkola. Do tego miejsca maszerowałam  dość żwawo.

Jednak na wysokości mojego zaczarowanego siedziska zapierałam się jak osioł. I wówczas bezradny odprowadzający mnie- a to mama, a to starszy brat nie widząc wyjścia, unosili mnie pod pachy , sadzali na brzegu metalowego płaskownika i podtrzymywali, bym nie wpadła w wielgachną dziurę.  Każda próba ściągnięcia mnie na chodnik kończyła się wielkim rykiem. Jednak w którymś momencie musiałam się poddać i taką wierzgającą ciągnięto mnie do przedszkola.

Te wydarzenia mam w pamięci, jakby to było zaledwie wczoraj.

I zachowuję wspomnienie tych wszelakich moich trzylatkowych emocji- wielka przyjemność przesiadywania w tym niezwykłym miejscu i ogromną nieprzyjemność chodzenia do przedszkola…..

 

 

3lataJaMoszczyńskaMamMoszczTataKolanaJa.jpg

 

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Są opisane ręką mojego Taty….a ta najmniejsze na nich,  naburmuszona- to ja

 

Może to bajka tylko o Gorzowie i Cyganach a może prorocza wizja. Kto wie?

 

Romane Dyvesa 2009.JPG

 

Zdjęcie własne z Festiwalu Kultury Cygańskiej Romane Dyvesa z 2009 roku. Właśnie Święcicki z Piwnicy pod Baranami zaprasza wszystkich na ucztę…

 

Poprzednie wpisy o filmie Papusza, o Cyganach z mojego dzieciństwa, Gorzowie i wszystkich wątpliwościach ale też i zachwytach wydawały się zamknięte. Ale dzisiaj przypadkowo znalazłam w swoim komputerze wybrane kiedyś przeze mnie z różnych miejsc w necie informacje o historii Cyganów i temat wrócił… chcę opowiedzieć swój niedawny sen.

Pozwólcie, bym pisała o tych Ludziach nie Romowie, lecz Cyganie. Ten wymysł, by ich przemianować na Romów nie odpowiada mi, zresztą tak, jak i Papuszy, która protestowała przed tą zmianą . Mówiła, że jest Cyganką. Nie rozumiem dlaczego Cyganka ma być nazwą pejoratywną a Romka, nie. Dla mnie Cyganka to nazwa  piękna , tradycyjna,  niesie melodię z mojego dzieciństwa….

 W komentarzu do któregoś z moich wpisów, koleżanka opisuje ich dzisiejsze zachowania. Obrazek to niestety częsty  w wielu polskich miastach. Czytając historię Cyganów żal wielki przychodzi, że  teraz ci, którzy nie zdołali się wpisać w miejscową kulturę, przebić a nawet uzyskać sławę , jakich przecież niemało wśród nas, zostali wyrzuceni na brzeg rzeczywistości. Są jak szlam, szumowiny których się lęka i brzydzi i nie może zrozumieć miejscowa społeczność.

A może przy wysiłku władz , obywateli tych miast mogliby jeszcze rozkwitnąć i stać się miejscową atrakcją. Nie zapomnę widoku Cyganek na Rynku magicznego miasteczka Kazimierzem Dolnym nad Wisłą zwanym. Dość liczna ich grupa, odziana w czyste barwne spódnice buszuje wśród turystów , oczywiście proponuje wróżenie. Nie wiem gdzie i w jakich warunkach mieszkają , ale ponoć władze miasta uznały ich koloryt i nie tylko akceptują, ale popierają  ich  obecność.

I jeszcze niedawny obrazek z Ciechocinka, w którym byłam niedawno. Otóż łażąc o poranku po jednym z parków, wśród bardzo starych drzew usłyszałam jakiś zbliżające się w moim kierunku gromadne radosne szczebiotanie  . Rozejrzałam się. I zobaczyłam, jak jedną z alej wiodącą znad Wisły gna gromada Cyganek z mnogością dzieci. Wszyscy byli dobrze ubrani i  daleka wyglądali barwnie  czysto i świeżo.  Gromada ta była wysoce rozbawiona i przemknęła nieopodal mnie,  nawet na mnie nie zwracając  uwagi. Kilka dni później, gdy wyjeżdżaliśmy, zobaczyłam tę samą  grupę zmierzającą na przystanek autobusowy. Zapytałam taksówkarza, który nas właśnie podwoził dokąd oni się wybierają. Odpowiedział z uśmiechem, że do Torunia, do pracy. Wsiedli grzecznie do autobusu i pojechali w siną dal. Jak widać w tym mieście, gdzie zwykle pełno turystów znaleźli sobie zajęcie. A jaka to była praca, tylko można sobie wyobrazić. Ale była to praca, którą sobie sami wymyślili  i ochoczo do niej dążyli. No cóż, podobno żadna praca nie hańbi. Nigdy nikogo nie widziałam, by tak ochoczo biegł o poranku do swoich zajęć…tak więc, jeśli kto powie, że Romowie to leniuchy, stanowczo zaprotestuję…

Jednak mój Gorzów , jak na razie nie jest jeszcze miejscowością chętnie odwiedzaną przez turystów, ale może niebawem tak się stanie.

Przecież , mimo, że na uboczu kraju, to miasto  jest przepięknie położone nad wielką tu Wartą, malowniczo rozrzucone na siedmiu zielonych wzgórzach z XIV wieczną katedrą w samym sercu, fragmentem starych murów miejskich i zachowanymi uroczymi nadal  kamienicami oraz licznymi parkami ożywiającymi miejski pejzaż ma warunki, by przyciągać ludzi. Nieopodal można podziwiać piękne jeziora które pozostawił lodowiec, oczka zanurzone w przepastnych lasach, ciekawie rozrzucone dawne dworki i pałace, nie wszystkie w ruinie  i jeszcze zachowane linie kolejowe.

To wielkie atuty , by organizować pociągowe wycieczki z przystankami i oczywiście zwiedzaniem Gorzowa.

Taki pociąg turystyczny to nie mój wymysł. Gdy miałam ok. 14 lat, tj. ponad 50 lat temu! Pojechałam na taką wycieczkę . Byliśmy m. in. w Kołobrzegu. Spanie było w pociągu, wygodne i romantyczne. Pociąg gnał sobie bezdrożami, nie zatrzymywał się na stacjach a gdy byliśmy u celu, stawał na jakiejś bocznicy kolejowej , wysypywaliśmy się gromadnie , odbywaliśmy zwiedzanie, z którego poza Kołobrzegiem niewiele zapamiętałam. Ale powrót do własnego domku na torach śni mi się po nocach. Jakie ładne to sny, nie chce się z nich budzić. Oj, dzieciństwo moje kolejarskie się stale odzywa. Wystarczy jedno słowo pociąg a już całe fury skojarzeń, zapachów obrazów i wrażeń wolnością zwanych….

Tak więc już widzę grupy turystów ze świata, jak wysiadają na lotnisku w Goleniowie albo Babimoście a potem zmierzają  do pociągu, który już nieco zasapany czeka nieopodal. I w drogę w drogę miły bracie śpiewać się chce….Tradycyjny parowóz ciągnąłby te ładne wycieczkowe wagony. Może miałby i nawet napęd elektryczny, ale co pewien czas, ku uciesze turystów wypuszczałby kłęby parnego dymu z komina i snopem iskier iskrzył niebo. Już widzę te głowy przybyszów tłoczące się przy oknach, by zobaczyć to widowisko a za oknem witałyby  zielone podgorzowskie wzgórza morenowe przytulone do szerokiej doliny Noteci i Wisły a potem  gdy ukaże im się Gorzów, miasto ze snów, moich dziecięcych snów,  zauroczy wszystkich swoją urodą . I łazęga się zacznie po miejscach z mojego dzieciństwa zapamiętanych , pięknych we wspomnieniach. Wdrapywanie się na każde z siedmiu wzgórz, widoki zapierające dech w piersiach , uliczki kręte moje działkowe a przy nich cudne domki otulone pnączami i wreszcie kręte schody na wieżę katedry, i stamtąd, z okien pomieszczeń które niegdyś dzwonnik zamieszkiwał jeszcze jeden ogląd miasta. W tej projekcji jest ono jeszcze inne, zawsze ciekawe…. Nie wątpię, że wszyscy ulegną magii mojego Gorzowa…

Może potem wszyscy zawitają na jedną z ciekawych wystaw fotografii albo malarstwa  , bo miejscowa kultura rozwija się pięknie, mimo odpływu i braku przypływu młodych sił. Oczywiście gdy dotykam tego tematu, od razu wciska się na moją klawiaturę dygresja. Dlaczego stąd uciekają? Czy tylko za pracą, czy nie przed skostniałymi władzami czy zamkniętymi nie tylko na kłódkę ale mocne zawiasy i zapory środowiskami. Znam z opowieści historię pewnej młodej , pełnej zapału i chęci pozostania plastyczki, której podcięto skrzydła i zmuszona sytuacją wyfrunęła w końcu do Szczecina, gdzie cieszy się wolnością.

Tak więc chcę pozostać przy może nierealnej ale kolorowej wizji miasta. Gdzie ludzie chętnie przybędą, spędzą tu czas a miejscowi popatrzą na to co dookoła  ich oczami i sami potwierdzą, że jest pięknie…Zresztą tak będzie, wróci miasto takie jak za Niemca, a może nawet ładniejsze. Czyste, zadbane i kolorowe.            

 Oczywiście w tej wizji są i Cyganie. Mieszkaliby w  malowniczych osiedlach na obrzeżu miasta z widokiem na pobliski las i zamgloną rzekę, w domach jak niegdyś woziastych, szerokookiennych malowanych w kolorowe kwiaty. I mieliby swoje ogniska i  śpiewy i muzykę i dzieci zadbane z tornistrami i skrzypcami pod pachą.

Moja grupa turystów wylądowałaby ostatecznie gdy już będzie się ściemniało w cygańskim taborze. A oglądania by wtedy było i ich domków i zaglądanie sobie w oczy, by odczytać co jest w tych cygańskich i wzajemne poznawanie . Atmosfera początkowo sztywna i na dystans pękałaby wolno stopniowo  ale nieodwracalnie.

A może jeszcze przed nadejściem zmroku, kto młodszy czy jakiś rześki staruszek z tej grupy turystów skorzystałby z oferty jazdy konnej. Bo przecież kiedyś Cyganie słynęli z hodowli i handlu końmi. Tak, jestem pewna, że obok swoich taborów mieliby padok i  piękne, jakże teraz popularne stadniny

I tak wieczorową porą, gdy wszyscy przybysze skonsumowaliby swoje kanapki albo jakieś cygańskie kociołkowe danie ( jeszcze nie wiem jakie, bo nie doczytałam) wśród przyrody, dymów ognisk wszyscy siedzieliby zauroczeni i zjednoczeni, siedzieliby kołem na trawie pachnącej zmrokiem, pod gwiezdnym migotliwym i tak szerokim jak nigdzie  niebem i  słuchaliby jak skrzypce cygańskie rzewnie grają, jak łka wielka harfa, którą widziałam na filmie Papusza- bo wszak Cyganie znanymi harfiarzami byli!

I niebawem tańce przy ognisku cygańskie porwałyby przybyłych. Opadłyby więzy konwenansów, zasad że czegoś nie wolno albo nie wypada i nawet staruszki w perukach ruszyłyby w tany za Cygankami ognistym. A może przedtem turystki założyłyby a może nawet kupiły szerokie kolorowe spódnice uszyte przez Cyganki, wielowarstwowe, by ukryć liczne kieszenie pod tą, która na wierzchu. I w tych spódnicach ociężałe przekarmione turystki odzyskałyby zwiewną młodość a na późniejszych zagranicznych wycieczkach miałby gdzie ukryć przed ewentualnymi złodziejaszkami swoje paszporty , pieniądze oraz zakupione szmirowate suweniry…

Nie piszę już w poprzedzającej ten wieczór wizycie na Gorzowskim Rynku. Nie, jednak ta specjalna wizyta na Rynku musiałaby być zaplanowana na następny dzień, po tych tańcach i szaleństwach.  Na Rynek przybyli by wszyscy by ostatecznie  pożegnać katedrę i dziewczynę fontannową ,   dopiero przed wyjazdem. Bo po tym wspólnym integracyjnym wieczorze, inaczej postrzegali by Cyganów , przyjaźniej i chętniej zgadzaliby się na ofertę- powróżyć, panie, powróżyć…. I znowu kolejne odbicie mojego myślenia. Od dawna mnie zastanawia ,  skąd Cyganki wiedzą  kto i  czego od ich wróżb oczekuje. Bo bardzo często przecież się zdarza, że wróżby , zresztą nie tylko Cyganek się spełniają . A może ludzie, którzy w nie wierzą wg tych wróżb  układają swoje życie…Wróżenie, dziwny to zawód. Ile w nim umiejętności i znajomości psychologii , wyczucia drugiego człowieka albo po prostu zwykłej zręczności w mamieniu. Swoją drogą nie wiem, może ktoś wie, jak do tego są przyuczane pannice cygańskiego rodu? A może tylko wystarczą silne geny …ciekawe…

Z tego wszystkiego zapomniałabym  o cygańskich suwenirach. Przecież Cyganie  byli wspaniałymi kotlarzami, sama pamiętam śliczne słonecznie lśniące miedziane  patelnie, które sprzedawali na wsi beskidzkiej.

I zapanowałaby wkrótce moda na ręcznie produkowane garnki i patelnie.

I każdy gorzowski i nie tylko gorzowski ale polski, europejski snob musiałby mieć w swoim domu zestaw takich malowniczych garnków. Bo te stalowe współczesne, jakieś niezdrowe teflony i takie inne są smutne, z niczym miłym się nie kojarzą. Kuchnia z miedzianymi ręcznej roboty garnkami byłaby marzeniem także mieszkańców Gorzowa. Przecież na część  cygańskich zarobków na pewno władze położyłyby łapę i  dziwnie przeobrażone tym sielankowym życiem obdarowywałoby i mieszkańców. Tak więc zarówno miasto jak i gorzowianie żyliby jak przysłowiowe pączki w maśle….

Tak więc snując te przyszłościowe plany jestem coraz bardziej pewna, że może nasze młodsze pokolenia odkupią zbrodnię, którą popełnili kiedyś ich dziadowie, zmuszając Cyganów do zamieszkania w miastach, zamknięcia w okropnych kamienicach i  powolnej degeneracji przy biernej akceptacji współmieszkańców….ale czy kiedyś pięknie wolne zwierzę   , zamknięte w brudzie nędzy i odgrodzone  murem obojętności, niechęci, wrogości może jeszcze odżyć jak przysłowiowy feniks z popiołów i powstać z kolan. Nie wiem….ale pomarzyć można….

To wszystko utopią jest, oczywiście to wiem, w sąsiednich krajach mury budują, by się odciąć od tej społeczności. Zniewolonej kiedyś, opuszczonej, niechętnej i wrogiej obcym. Jak zwierzęta, które dziczeją w niewoli…..

Ale może jednak kiedyś stanie się przysłowiowy cud i cały ten mój sen okaże się nie bajką a proroczą wizją. Kto wie?

 

 

Stare pamiętniki.

Stary pamiętnik

 

Przyjaciółka zachowała swój stary, ponad 50 – letni pamiętnik. Zrobiłam zdjęcia niektórych wpisów. Teraz, kiedy chcę, wracam do moich dziewczyńskich gorzowskich czasów.

Na zdjęciu  pierwszym  wpis Mamy Przyjaciółki.

 

PamiętnikBajkaMama.JPG

 

 

 

Czytam i natychmiast  wędruję w przeszłość.

Jest późny zimowy wieczór. Mam 5 czy 7 lat, jasne włosy i czyste oczy. Przychodzę do Przyjaciółki. I jak zwykle  obie siadamy  na podłodze. Obok nas  Jej Mama coś szyje i opowiada przepiękne, wymyślone przez siebie bajki, mówi swoje wiersze.. Długo siedzimy nieruchome i zasłuchane. Jesteśmy w zaczarowanym świecie….To Ona, podobnie jak moja Mama, obdarowuje nas ogromną  wyobraźnią. I ta wyobraźnia stale w nas żyje mimo upływu tylu lat…

 

PamiętnikBajkiWpisProńko.JPG

 

 

 

Potem parę słów od Krysi Prońko, która zostawiła swój ślad w tym pamiętniku.

I właśnie przenoszę się do sali gimnastycznej. Gramy jak zwykle w „kosza”. Kryśka jest  niewysoka jak na koszykarkę. Ale  wiadomo, że gdy zdobędzie piłkę, gna jak wicher przez boisko i zwycięża. Nawet nie wiedziałam , że lubi śpiewać .

Teraz często słucham Jej najpiękniejszych na świecie” małych smuteczków” …

 Na kolejnej stronie wpis  Jurka  Szalbierza.

Tak dawno odszedł. Nie zdążyłam się z Nim spotkać w dorosłym życiu. Myślałam o Nim często. I wreszcie kiedyś wyobraziłam sobie to spotkanie. Był późny letni wieczór i  gorzowska Aleja Gwiazd. I wtedy nadszedł. Jak zwykle obwieszony aparatami fotograficznymi. W myślach nazywałam Go Jasny. Jasny Chłopiec. Widziałam Jego twarz. Zachował swój  dziecięcy, nieśmiały i ciepły uśmiech . ..Teraz czasami otrzymuję  od Niego nowe, przedziwne zdjęcia. Zdjęcia  innego , nieznanego mi jeszcze świata ….najpiękniejsze z nich , to „ uśmiechnięte oko Pana Boga”

 

 

PamiętnikBajkiWpisZosia.JPG

 

 

 I jeszcze  pismo jakiejś dziewczynki . Jak przystało na najbliższą przyjaciółkę wpisała się aż dwa razy:)

Ta dziewczynka jest mi prawie nieznajoma. Ale powoli wygrzebuję z pamięci jej obraz. Widzę jej drobne i nieporadne dłonie. Dłonie jeszcze  ufne, niewinne, niedoświadczone i nieświadome życia. Dłonie bez wspomnień.  Czasem spierzchnięte od mrozu… Biorą  drewnianą obsadkę z metalową stalówką. Otwierają kałamarz z atramentem. I ze skrzypieniem stalówki na papierze z trudem przepisują cudze, niezrozumiałe wtedy myśli do pamiętnika koleżanki….i składają ten podpis jakby znajomy – Zosia Łukaszewicz. To  przecież byłam ja….…

 

PamiętnikBajkaJaSzersze.JPG

 

 

Może gdzieś w innych szufladach leżą podobne  dziewczyńskie stare pamiętniki . Kiedyś wydawały się dość prymitywne, zwykle były tam powielane cudze słowa . Ale zapamiętały czyjś  ślad dłoni,  ich treści teraz czytamy inaczej i  możemy wracać w te dni , które dawno minęły.

W te dni, które po prostu „przeminęły z wiatrem”

 

 

 

Tekst własny zamieszczony w Portalu MM Gorzów, w styczniu  2010 r. pod nickiem Łuka