Cienie dawnych zachwytów…zdj własne sprzed kilku lat..
Siedząc w domu w czasie moich licznych chorób tęskniłam za jedyną ciekawą osobą w moim przedszkolu.
Jedyną bowiem osłodą tego mrocznego miejsca była obecność pana z drewnianą nogą . Tylko ten dobrze starszy wysoki dość otyły pan z drewnianą nogą, który był dozorcą w moim pierwszym przedszkolu, mieszczącym się naprzeciwko tylnego wejścia do gorzowskiej Poczty Głównej był mi bliski , ciepły i budził nieustanny zachwyt.
Kiedy zapominano odbierać mnie z przedszkola o zwykłej porze, bo to albo Mama miała popołudniowe przewlekłe zebrania szkolne , a to Tato bywał w terenie a to Brat- Zenon gdzieś urzędował poza szkołą i domem, wtedy ja miałam niepowtarzalną szansę, by być sam na sam z panem i jego drewnianą nogą.
W całym pustym przedszkolu byliśmy tylko my .
Schodziliśmy na dół do piwnicy, gdzie mieściła się kuchnia i wspólnie obieraliśmy ziemniaki na obiad w dniu następnym, wrzucając je do ogromnego cudnego gara , przy czym zerkałam często z nabożeństwem niejakim na drewnianą instalację zastępczonożną- wielką drewniana pałę zakończoną zgrubieniem, które przypominało kopyto końskie. Pan opowiadał mi jakieś bajki , a ja wpatrywałam się z zachwytem w jego sztuczną nogę.
Bywało, że Mama po powrocie do domu pytała swoich panów- a gdzie Zosieńka. Wówczas obaj odrywali się od swoich zajęć , podnosili nieprzytomny wzrok znad książek- obaj lubili czytać , potem wracali do świadomości, rozglądali się lękliwie i nie widząc swojej małej córeczki ani siostry wpadali w popłoch.
Zapomnieli, po prostu zapomnieli mnie odebrać z przedszkola.
A za oknem już szarzało i mama galopem gnała do przedszkola. Wyobrażam sobie , że jej serce wyskakiwało z piersi i traciła miarowy oddech. Zwłaszcza gdy to zdarzyło się po raz pierwszy.
Gdy sytuacja się czasami powtarzała, już było lepiej.
Bo wiadomo było, że siedzę sobie najspokojniej w świecie z panem dozorcą rozmawiamy i przygotowujemy obiad na następny dzień.
