Dziecięce nadmorskie zachwyty

SAM_0634.JPG

 

SAM_0572.JPG

 

SAM_0546.JPG

 

 

Idę nadbałtycką plażą, piasek poskrzypuje piszcząc pod stopami, śnieżny jak prawie nigdzie na świecie, muszelki bieleją i jestem znowu małą dziewczynką, która przeżywa swoje pierwsze zachwyty. Wczasy wagonowe w Jastarni, rozpuszczone przez letników mewy stukające o świcie w dach by chlebek dostać , las komarzasty i wreszcie wydma przecudna z narastającym szumem. Szumem, który odnajduję teraz w wiatrem kołysanych koronach wielkich sosen mojej nadbużańskiej Puszczy Białej, niezapomnianym, zapachowym jedynym takim. I przyspieszony wydmowy bieg by zobaczyć to, co wiecznie żywe, dyszące jak wielkie leżące zwierzę, z falującym ciałem zamykającym horyzont. Dookolny horyzont zapierający dech i smak soli na wargach. I po wydmowym biegu długie stanie w wielkim zachwycie. Takie dzieciństwo to skarb przechowywany w pamięci i sercu długo, mieszkający we mnie na stałe.

I potem tuptanie brzegiem morza, stopy podmywane przez fale, zabierające piasek spod stóp. Cudne zjawisko ….

Potem oglądanie tego, co morze wyrzuciło. W tamtych przaśnych latach 50-60 ubiegłego wieku zachwycało wszystko- oglądane po raz pierwszy w życiu plastikowe butelki z rysunkami pomarańczy leżące na plaży czy kartony z dziwnymi zagranicznymi napisami i malunkiem krowy, jakieś deski skrzynkowe na których też wypatrywało się egzotycznych dla nas wtedy napisów z krajów, które były dla nas za żelazną kurtyną, a to my raczej byliśmy nią zamknięci….Tak, morze było dla nas oknem na świat, inny, niedostępny , fascynujący a wymienione śmieci jawiły się jak listy z tych dalekich krajów.

Gdy już naoglądaliśmy się tych zamorskich dziwów, przychodziła pora na  drobiażdżki plażowe- śnieżne , delikatnie rzeźbione muszelki;  maleńkie bezbarwne galaretki z centrycznym nikłym rysunkiem malowanym na błękitno lub różowo to były ciała  meduz, a wreszcie wyrzucone na brzeg krzaczaste, dziwne rośliny. O nich to rodzice mówili, że jod dostarczają, a nawet magazynują go w pięknych kształtnych pęcherzykach, które też zadziwiały. Takich roślinek nigdy przedtem ani potem nie widywałam….

I teraz gdy idę plażą wypatruję podobnie jak kiedyś. Plastikowe butelki czy puszki z zagranicznymi napisami już się nie walają na plaży, zresztą nie byłyby już taką atrakcją jak kiedyś, bo pełno ich na półkach naszych sklepów. A dzisiejsze pokolenie często nawet nie wie, że mleko daje krowa. Myślą, że od razu jest w kartonie.

Zostały tu  tylko piękne  muszelki i maleńkie otoczaki. Ożywiam się gdy nagle widzę maleńką wysuszoną krzewinkę  ze znajomymi bursztynowymi pęcherzykami. A już myślałam, że nigdzie jej nie ma, bo czytałam, że zanieczyszczony Bałtyk ją uśmiercił. Ale jednak jest….

I wszystko jest jak kiedyś i tylko dziwne, że  podbiec jakoś trudno i nogi szurają z większym trudem po piasku . Ale co tam…było pięknie i jest pięknie…

 

 

” Niczego nie żałuję”

 

C:fakepathpiaf-1.jpg

Zdj z Wikipedii

 

Jakże pięknie, inaczej niż po polsku brzmi to zdanie w języku francuskim. 

To drapieżne  „r „ brzmiące wieloznacznie toczące się jak echo z pięknym zwinięciem końcowym„ ę” . Cudna jest francuska wymowa ” rien” tego co po polsku miękkim ” nic” wyrażamy , w ogóle ten język ….ale koniec zachwytów nad językiem i jednym wyrazem …

    Każde słowo, każda piosenka Edith Piaf to niezwykłe zderzenie kruchej maleńkiej ( 147 cm wzrostu miała) delikatnej nieporadnej wielookiej istotki z potęgą jej drapieżnego głosu i ekspresją dramatu który nam przekazuje….

    O życiu tej Śpiewaczki i Pieśniarki, wszyscy już chyba wszystko wiedzą. Że była dzieckiem ulicy , porzucona przez matkę (która chciała być  artystką a w efekcie została upodloną narkomanką ) , wychowywana przez czułe prostytutki w domu publicznym ( tam  jej babka była szefową) , wędrująca z ojcem cyrkowcem ( który ją wydarł z tego burdelu) a potem z przyjaciółką z ulicznymi występami, gdzie zarabiała śpiewając.

I wreszcie zauważona na tej ulicy wydobyta  na salony , nauczona poprawnej wymowy i gry ciałem a szczególnie tym co miała piękne- dłońmi. I nazwana Wróbelkiem . Bo Piaf to nie jej prawdziwe nazwisko a Piaf w jej języku to właśnie wróbelek.  

Potem sławą owiana, uciekająca w to co było jej najbliższe- do przygodnych knajp i szemranego towarzystwa, zapadająca się i podnosząca. Z wielką swoją miłością, z tragicznym jej końcem…

    Tak wiele o niej wiemy, wszak żyła w dwudziestym wieku…

    I oto w 2007 roku Olivier Dahan napisał scenariusz filmu o Niej i go wyreżyserował. Wybrał do kreowania tej Wielkiej Postaci aktorkę Marion Cotillard, która wspaniale udźwignęła tę trudną rolę. Obejrzałam ten film wczoraj po raz kolejny. Zawsze z jednakowym wzruszeniem i zachwytem. Nie dziwię się, że aktorka otrzymała za tę rolę Oskara. Dla mnie powinna dostać Oskarów co najmniej – naście.

Nie wszyscy krytycy w pełni zachwycali się tym filmem. Ale nie chcę tego czytać, bo mam swoje odczucia…

    Piaf to też moje wspomnienie z wczesnej młodości, gdy siedziałam zasłuchana w czarny winylowy krążek po którym skrzypiąco wirowała igła. Głos i piosenki wciskały mnie w fotel. Młoda byłam, wrażliwa i chłonna wszystkiego a szczególnie emocji.

 I dzisiaj, pomimo, że jak to ładnie nazwał Wiesław Myśliwski „ dotkliwość wieku” znalazła się na mojej twarzy, burzę uczuć hoduję w sobie.

Młodzieńczą , a może mi się wydaje, że jest taka.

Może to tylko starcza skłonność do wzruszeń. Nie wiem.

       Ale jedno wiem, że kocham Piaf i pokochałam ten film o niej….

Gorzowskie czasy. Zachwycający pan z drewnianą nogą.

noga.JPG 

Cienie dawnych zachwytów…zdj własne sprzed kilku lat..

 

 

Siedząc w domu w czasie moich licznych chorób  tęskniłam za jedyną ciekawą osobą w moim przedszkolu.

Jedyną bowiem osłodą tego mrocznego miejsca była obecność pana z drewnianą nogą .  Tylko  ten dobrze starszy  wysoki dość otyły pan z drewnianą nogą, który był dozorcą w moim pierwszym przedszkolu, mieszczącym się naprzeciwko tylnego wejścia do gorzowskiej Poczty Głównej był mi bliski , ciepły i budził nieustanny zachwyt.

    Kiedy zapominano odbierać mnie z przedszkola o zwykłej porze, bo to albo Mama miała popołudniowe przewlekłe zebrania szkolne , a to Tato  bywał w terenie a to Brat- Zenon gdzieś urzędował poza szkołą i domem,  wtedy ja miałam niepowtarzalną szansę, by być sam na sam z panem i jego drewnianą nogą.

W całym pustym przedszkolu byliśmy tylko my .

Schodziliśmy na dół do piwnicy, gdzie mieściła się kuchnia i wspólnie obieraliśmy ziemniaki na obiad w dniu następnym, wrzucając je do ogromnego cudnego gara , przy czym zerkałam często z nabożeństwem niejakim na drewnianą instalację zastępczonożną- wielką drewniana pałę zakończoną  zgrubieniem, które przypominało kopyto końskie. Pan opowiadał mi jakieś bajki , a ja wpatrywałam się z zachwytem w jego sztuczną nogę.

     Bywało, że Mama po powrocie do domu pytała swoich panów- a gdzie Zosieńka. Wówczas obaj odrywali się od swoich zajęć , podnosili nieprzytomny wzrok znad książek- obaj lubili czytać , potem wracali do świadomości, rozglądali się lękliwie i nie widząc swojej małej córeczki ani siostry wpadali w popłoch.

Zapomnieli, po prostu zapomnieli mnie odebrać z przedszkola.

A za oknem już szarzało i mama galopem gnała do przedszkola. Wyobrażam sobie , że jej serce  wyskakiwało z piersi i traciła miarowy oddech. Zwłaszcza gdy to zdarzyło się po raz pierwszy.

Gdy sytuacja się czasami powtarzała, już było lepiej.

Bo wiadomo było, że siedzę sobie najspokojniej w świecie z panem dozorcą rozmawiamy i przygotowujemy  obiad na następny dzień.

 

Na medycznej ścieżce. Niezwykła kobieta , lekarz i szef – Dr Czachorowska

Po niewielkiej przerwie spowodowanej wycieczką do Uniejowa wracam do opowieści o mojej medycznej ścieżce .

Od 1975 roku  pracuję w nieistniejącym już Szpitalu im. Dzieci Warszawy, przy ul. Siennej / Śliskiej. Tutaj uczę się pediatrii, zachwycam wiedzą i wielką klasą pracujących tu od dawna lekarzy….

 

 

Raz jeszcze o doktor Czachorowskiej.

 

Dr Czachorowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji,  była dla mnie idolem , wzorem lekarza, nieograniczonej wiedzy, mądrości i doświadczenia. Budziła respekt i  szacunek . A równocześnie była ciepłą emanującą czarem i radością kobietą .

Poznałam Ją jako przystojną  zadbaną blondynkę o ślicznych ciemnych , czasami bardzo poważnych oczach . Ale bywało, że zapalały się w nich żartobliwe ogniki  albo zwykłe matczyne ciepło.

Opowiadano mi, że po jakiś problemach życiowych bardzo szybko się pozbierała, diametralnie zmieniła swój, jak to się teraz mówi, image , rozkwitała w ramionach swojego wybrańca,  który ją często odwiedzał , czekał pod szpitalem by odwieźć do domu. Miała dwoje dzieci, które pędziły ciekawe, mądre i zaangażowane zawodowo życie.

Bez Niej Sienna nie miałaby takiego kolorytu, Ona była ozdobą tego szpitala, dumą i nadawała mu niepowtarzalny klimat.

Nie miała zwyczaju zwracania uwagi lekarzom w obecności innych, gdy zauważyła jakiś błąd. Robiła to dyskretnie, zapraszała do swojego gabinetu i pouczała. Doświadczyłam tego kilka razy i byłam wdzięczna, że tak to się odbywa. Nigdy nie obmawiała nikogo kto właśnie   wyszedł z gabinetu, jak to widziałam później . Potrafiła wywalić prawdę prosto w cztery oczy . Marzyłam by pracować w Jej oddziale, ale były to marzenia nierealne. …

 

Losy moich Rodziców. Pierwszy zachwyt.

I muzyka bucha przez uchylone okna i porywa do tańca.

Kasyno żyje młodością i bujną radosną wrzawą.

 I w ten  wieczór roztańczony gwiaździsty i mroźny spotykają się ich spojrzenia.

Pełne zaskoczenie, widzą się po raz pierwszy.

Stefa i Wacław , młodzi, śliczni, czarujący nieznajomi.

Ona o niespotykanej tutaj surowej urodzie rzeźbionej przez górskie wiatry , on delikatny kresowy chłopak.

I uśmiechy wysyłają niepewne i ich serca niespodziewanie przyspieszają bicie.

I już płyną do siebie przez salę, a może tylko on płynie do niej, siedzącej skromnie pod ścianą.

I zaproszenie do tańca.

I dotyk ramion, może przytulenie.

Może jakieś piękne słowa.

I rumieniec na smagłej góralskiej twarzy Stefki.

Piękny rumieniec  i płonące błękitem oczy i jego szarawe .

I zatopienie w sobie i zachwyt.

I potem sny a raczej noce bezsenne.

I westchnienia….

 

Na medycznej ścieżce. Balet…

Do Teatru- Opery z reguły chodziłam sama. To właśnie w tych czasach poznańskich, od 1965 roku pokochałam balet.

Właściwie chyba u podstawy tego zachwytu było to, to od wczesnego dzieciństwa sama byłam ruchliwa. Dzięki dużej powierzchni naszego mieszkania, mogłam wykonywać mostki, świece, fikołki i stanie na rękach. A także tańczyć, a raczej pląsać. Dopiero w okolicy klasy maturalnej, rodzice zorientowali się, że nie umiem naprawdę tańczyć. I wtedy mój Tato, który był znakomitym tancerzem prosił mnie do tańca i uczył tanecznych kroków.

Może więc moje umiłowanie baletu wzięło się stamtąd, z tych dziecięcych czasów. Uszanowanie dla ciała, podziw dla jego piękna, zachwyt nad panowaniem nad nim- te elementy do tej pory powodują, że ze wszystkich przedstawień operowych najchętniej wybieram balet i smakuję, rozkoszując się nieustannie….

W okresie  poznańskim na deskach opery rodził się Polski Teatr Tańca. Tworzył go Conrad Drzewiecki. Był on wspaniałym , pełnym ekspresji tancerzem znakomitym pedagogiem i organizatorem. Wśród zespołu wyróżniała się jego asystentka, dość masywnie zbudowana dziewczyna- Teresa Kujawa. Gdy przeczytałam niedawno, że poznański Teatr Tańca umiera, zrobiło mi się smutno. Żal, gdy odchodzą wielcy ludzie, idee i nasze piękne czasy…..po prostu żal….

Śladami mojego Taty. „Domek” na Kazachstanie

Ziemianka, w której zamieszkała ciocia już miała  dach z wysuszonych badyli , a ściany wylepione nawozem .

Jednak ciocia wymarzyła sobie jeszcze jeden szczegół. Brakowało okienka w ścianie. Znalazła kolorowe szkiełko, może fragment rozbitej butelki i wydrapała dziurkę w cuchnącej jeszcze świeżym nawozie ścianie i włożyła tam szkiełko. Podobno zbiegła się cała wieś, by oglądać i podziwiać niezwykłą urodę tej ziemianki.

 

List do goni

 

Zdjęcie plakatu do spektaklu

 

 

MM w filmie „Książę i aktoreczka”,1957 rok

 

 

Jest już nowy dzień, godzina 1. Właśnie wróciliśmy kolejką WKD z teatru. Spektakl był niezwykły.

Krystian Lupa napisał scenariusz i reżyserował sztukę pt. „Persona. Marilyn.” Od 3 lat, cieszy się ona powodzeniem takim, że do tej pory nie udało mi się zdobyć biletów. Moje wnuczki, Wera i Dora cieszyły się tak jak i my z tego, że wreszcie dopięłam celu. Wprawdzie nie było już biletów na miejsca w pierwszych rzędach, a szkoda bo dla lepszej słyszalności i pełnego odbioru niezbędne jest przebywanie blisko sceny. Z naszego 10 rzędu musiałam wyciągać uszy, a i tak pojedyncze słowa aktorów uciekły bezpowrotnie.

I teraz, na gorąco piszę do Ciebie o świecie, w którym zatonęłam i z którego wracam z trudem do rzeczywistości.

Otóż Lupa jest czarownikiem. Dla widzów warszawskiego Teatru Dramatycznego przygotował prawdziwą ucztę.

Na podstawie autentycznych wydarzeń z życia Marilyn Monroe ( MM-prawdziwe nazwisko Norma Jeane Mortenson) zbudował treść spektaklu.

Akcja toczy się tuż przed śmiercią aktorki, która żyła w latach 1926- 1962.

Właśnie rozstała się z kolejnym, ostatnim mężem Arturem Millerem. Miał on zaadaptować specjalnie dla niej sztukę Dostojewskiego „ Bracia Karamazow”, ale nie zrealizował planu z powodu rozstania z aktorką.

Ona jest w fazie rozbicia psychicznego, przygotowuje się do planowanej roli   Gruszeńki, której już nigdy nie miała zagrać.

Zadaje pytania, czego oczekują od niej widzowie, jaka ma być, by sprostać  wyobrażeniom. Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Przecież każdy człowiek ma inne potrzeby i oczekiwania. Ona jest tego w pełni świadoma i czuje nieustanny lęk przed niespełnieniem.

Rozmawia ze sobą, zachwyca się dźwiękiem kropli deszczu  spadającej  na blaszany dach, czaruje urodą i pięknym słowem. Czasami pojawiają się ważne postaci z jej życia.

Jest to :

-Paula Strasburg, aktorka, żona Lee Strasburga , założyciela nowojorskiej Actors Studio, znienawidzona przez reżyserów i ekipy filmowe nauczycielka Marilyn Monroe, wraz z mężem jedyna wyrocznia Marylin w sprawach aktorskich, odgrywająca rolę jej opiekunki i  przyjaciółki, w czasach pracy na planie ostatniego filmu z udziałem Marylin „ Skłóceni z życiem”, chora na raka. W tej roli widzimy bardzo dojrzałą i znakomitą  Katarzynę Figurę.

– Andree de Dienes  fotografik amerykański pochodzenia węgierskiego, długoletni przyjaciel i portrecista Marilyn Monroe, autor wczesnych zdjęć Marilyn w naturalnych amerykańskich pejzażach, wykonywanych podczas wielu wypraw samochodowych oraz zdjęć z prywatnych momentów jej życia. Wykonane przez niego portfolio MM przyczyniło się w dużym stopniu do rozwoju jej kariery modelki a następnie aktorki. W tej ciepłej, lirycznej roli  jest  świetny Piotr Skiba.

– Francesko, właściwie przypadkowy kochanek. Nie zachwycił w tej roli Marcin Bosak, który wg mnie nie uwolnił się z serialowej sztampy.

– dr Ralph Greenson , znany amerykański psychiatra i psychoanalityk. To w realu postać dwuznaczna. Wg niektórych krytyków był  oceniany jako lekarz chorobliwie walczący o utrzymanie relacji z MM. Ona próbowała się uwolnić spod jego wpływu, zerwać z psychoanalizą. Prawdopodobnie przyczynił się do psychicznego załamania aktorki a podając jej mnóstwo leków uspokajających mógł, może nieświadomie, doprowadzić ją do  śmierci. Po tej tragedii przedstawiał swoją wersję, dowodząc, że było to  samobójstwo.

W tej roli Władysław  Kowalski był  niezbyt przekonywujący, grał niedbale, miałam trudności z odbiorem wygłaszanych przez niego tekstów, robił wrażenie człowieka zmęczonego, a może przytłoczonego fenomenalna grą Sandry Korzeniak.

Bo tak naprawdę w tej sztuce, jest tylko ona, Marilyn Monroe a tak naprawdę Sandra Korzeniak. To prawdziwa gwiazda, świecącą  blaskiem zaciemniającym inne postaci. Sandra Korzeniak jest aktorką nadzwyczajną. Cudnie operuje ładnym, często nagim ciałem i niezwykłym głosem, który trafia prosto do serca. Zachwyca prawie niezauważalnym przechodzeniem od zachowań miękkiej kocicy do małej dziewczynki albo rozbuchanej seksualnie pięknej dojrzałej kobiety.

 

Jak jedna chwila mijają 3 godziny spektaklu i już koniec wędrówki po świecie duchowych zmagań Marilyn. Dziewczyny, która dawno przestała być sobą. W nieomal schizofrenicznym rozdarciu już nie jest osobą, została przekształcana w personę. Modelowana przez różnych ludzi, czasy, wymogi sceny teraz zdejmuje kolejne maski, spod których pojawiają się następne, jednak ostatecznie odkrywa przed widzem swoje  prawdziwe pierwotne rozterki, wątpliwości i lęki.

 

I jak zwykle na koniec były brawa. Dość miałkie, gdy wszyscy aktorzy byli na scenie i gromka feeria, brawa na stojąco, gdy weszła tylko ona, Sandra Korzeniak, odtwórczyni głównej roli, samotna na wielkiej scenie, bardzo zmęczona aktorka, zupełnie wyżęta, zda się z trudem utrzymująca się na nogach, o udręczonej, poszarzałej twarzy.

Zdawało się, że owacjom widowni nie będzie końca.

Wyszliśmy oszołomieni tym spektaklem – ciekawym, napełnionym emocjami. W naszych głowach kłębiły się myśli, które do tej pory jest mi trudno okiełznąć.

Nie mogę się uwolnić od dręczącego mnie pytania, jak dalece aktor może ofiarowywać siebie, oddając się  bez reszty swojej roli, jak może żyć normalnie po wyjściu z teatru po takim spektaklu. To wielka tajemnica, której dotykają jedynie nieliczni, wybrani….

 

Muszę Ci jeszcze napisać o nagości. Pani w kasie, która sprzedawała mi bilety pytała, czy moje wnuczki są dorosłe, bo jest tam  dużo scen które mogą gorszyć. Były takie sceny, ale przypominały piękne obrazy dobrych artystów, były kosmicznie odległe od przyziemnej brutalności. Tak więc spokojnie mogę polecić tę sztukę osobom, które jeszcze nie są pełnoletnie.

Jedynym ograniczeniem może być jedynie niedojrzałość emocjonalna dla zrozumienia treści.

Mam nadzieję, że poczułaś się chociaż na chwilę tak, jakbyś była z nami w teatrze. Wiem, że interesują Cię wędrówki w głąb zakamarków duszy. Szkoda, że daleko mieszkasz i spotkania są właściwie niemożliwe.

Pozdrawiam Ciebie serdecznie, Twoja Z.

 

W tekście wykorzystałam informacje zawarte w Wikipedii i programie teatralnym

Przyszedł mi do głowy tytuł tego co napisałam „Marionetka pełna lęku i miłości”.

 

 

Sandra Korzeniak- zdjęcie z internetu