Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”.( 44 )

To już przedostatni odcinek długiej  historii  już nieistniejącego Szpitala Bergshonów i Baumanów zwanego potem im. Dzieci Warszawy a w skrócie Sienna zebrana przez dr Baśkę i opublikowana  w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, za zgodą autorki zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. 

        Całość można przeczytać w rozdziale  „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

siennaSliska.JPG

 

Główny budynek szpitala fotografowany przeze mnie od ulicy Śliskiej . Jeszcze działają tam dziecięce przychodnie specjalistyczne i ponoć  wg właściciela, którym jest  Gmina Żydowska nic mu nie zagraża dopóki służy chorym dzieciom. Ale jak długo uda się utrzymać ten stan – nie wiadomo. Bo miejsce w centrum Warszawy pewnie kusi …

 

 

<<… Przed ponad 10 laty ( art. opublikowany w 1998 r.-przyp. red.) rozpoczęto gruntowny remont budynku głównego, a więc przede wszystkim wymianę stropów między piętrami, dobudowano od strony wschodniej dodatkową klatkę schodową przeciwpożarową ( awaryjną) , a także unowocześniono pomieszczenia oddziałów szpitalnych. W czasie tego remontu część oddziałów musiała być wyłączona z pracy. Pozostałe oddziały nie przerwały przyjmowania pacjentów, pracowano w warunkach znacznie utrudnionych, podczas prac murarskich, malarskich, stolarskich. Przeprowadzono także generalny remont baraku drewnianego, w którym znajdują się pomieszczenia przychodni przyszpitalnej, administracyjne, bhp, kasa i inne. W przychodni zmodernizowano urządzenia gabinetów do kontrolnych badań dzieci. Zainstalowano nowe oświetlenie, umywalnie, wymieniono wykładziny, umeblowanie. Urządzenia  USG – po kilkuletniej pracy w bardzo małych pomieszczeniach- przeniesiono z baraku na parter, do budynku głównego, gdzie obecnie znajdują się pracownia USG, kierowana przez dr Małgorzatę Wieczorek, oraz punkt szczepień z odpowiedzialną pielęgniarką Krystyną Kopeć .

     Na parterze znajdują się jak poprzednio : izba przyjęć, pracownia RTG, EEG, EKG oraz oddział żółtaczkowy, którego ordynatorem jest dyrektor dr med. Ryszard Dębski.( ( art. opublikowany w 1998 r.- przyp. red.).

     Na pierwszym piętrze mieści się oddział neuroinfekcji z ordynatorem dr med. Romualdą Szlachetką; konsultantem jest dr med. Monika Czachorowska. Tu także jest gabinet dyrektora szpitala i sekretariat. Na drugim piętrze są dwa oddziały: oddział obserwacyjny- ordynator dr Maria Gajda, i oddział zakażeń jelitowych- ordynator dr Andrzej Pelc. Na trzecim piętrze w części środkowej nadal znajduje się bibliotek szpitalna oraz po obu stronach oddział żółtaczkowy z ordynatorem dr Teresą Motyką i konsultantem dr med. Haliną Oziemską..

   Szpitalem kieruje dyrektor dr med. Ryszard Dębski przy współpracy swego zastępcy dr Andrzeja Pelca, przełożonej pielęgniarek siostry Zofii Wielbut oraz kierownika administracyjnego Andrzeja Rogójskiego.

    Kosztem ogromnych nakładów finansowych i pracy, mimo niewygód, dzieci przyjmowani i leczono nadal,  aczkolwiek przy zmniejszonym stanie chorych. Po zakończeniu remontu zmniejszono stan szpitala.

     W 1990 r. zwolniono kilka osób z personelu lekarskiego, starszych lekarzy skierowano na emeryturę, a zatrudniono młodych. Obecnie ( art. opublikowano w 1998 roku- przyp. red.) pracuje w szpitalu 26 lekarzy, część na pół etatu, część odbywa szkolenia specjalizacyjne w innych szpitalach…>>

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 43 )

      A oto cd . artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki.

 

 

 

<<….  W różnych wydarzeniach na terenie miasta szpital uczestniczył jako pierwszy.

     Po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu szpital  już pierwszego dnia ( po wydaniu zarządzenia)  wydawał ustalone dawki jodu pracownikom, ich rodzinom, dzieciom i dorosłym, zgłaszającym się sąsiadom, mieszkańcom okolicznych domów. Przed szpitalem ustawiały się kolejki oczekujących na dawki jodu. Otrzymali je wszyscy…..>>

    

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 42 )

Niebawem zakończy się artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz , wieloletniej pracownicy Szpitala im. Dzieci Warszawy z którą spędziłam lata 1975-1981. Była niezwykła, zaangażowana w ratowanie dzieci, koleżeńska i miała pasję poznawania języka esperanto, którą podziwiałam. Ten zapomniany język otwierał Jej liczne kontakty z ludźmi na całym świecie. Niedawno z Nią rozmawiałam, w pełni zaakceptowała mój pomysł, by tekst artykułu wrzucać w tym blogu. Szkoda, że nie może tego przeczytać, bo ma problemy ze wzrokiem. Życzę Jej by nadal była z nami , by towarzyszył jej spokój i akceptacja tego, że życie się kończy. 

Oto cd. historii naszego szpitala dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów potem nazwanego Szpitalem im. Dzieci Warszawy w skrócie  Sienna( przy tej ulicy się mieści).

Niestety od ponad 10 lat szpital jest nieczynny, działają w jego obrębie przychodnie specjalistyczne dla dzieci i ponoć dopóki tam są, Gmina Żydowska nie przeznaczy obiektu na całkowitą zagładę, bo miejsce w samym sercu Warszawy jest bardzo atrakcyjne.

Mam nadzieję, że nadal w okolicznych wielkich drzewach mieszka nasz kos , którego śpiew dodawał nam otuchy w ciężkich chwilach zawodowych.

Jak dobrze pamiętam tamte czasy, stale są świeże bo tam raczkowałam w pediatrii i wszystko było dla mnie pierwsze…. wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

 

 

 

 <<… W czasie stanu wojennego dyżury w szpitalu stały się znacznie spokojniejsze, a liczba chorych wyraźnie się zmniejszyła. Po pierwsze rodzice zgłaszali się z prośbą i żądaniem, by wypisywać dzieci do domów. W takiej sytuacji każdy wolał mieć dziecko , chore czy zdrowe, przy sobie w domu. Po drugie rodzice, mając nawet skierowanie  dla chorego dziecka do szpitala, nie chcieli go hospitalizować.

Ponadto w nocy- przy obowiązującej godzinie milicyjnej- ludzie nie mogli bez przepustki przebywać na ulicach.

Gdy zdarzało się, że karetka przywiozła nocą chorego i został przyjęty do szpitala, rodzice musieli w izbie przyjęć czekać, aż skończy się godzina milicyjna. W nocy, na mrozie, nie mogli przebywać na zewnątrz, trzeba było podawać im herbatę, uspokajać i „ przechowywać” do rana.

    W okresach manifestacji ulicznych w czasie stanu wojennego( 31.VIII. 1982 r. ) załoga szpitala była przygotowana na ewentualność pojawienia się rannych w centrum miasta. Wzmocniono obsadę personalną: dyrektor, jego zastępca, inspektor bhp, pracownicy apteki i pracownicy terenowi nie opuszczali szpitala.

Podczas gazowania ulic trzeba było zamykać wszystkie okna w oddziałach.

Dzieciom na szczęście nic się nie stało. Rannych też nie było.

Ale zagazowane były ulice Sienna, Śliska i sąsiednie jeszcze następnego dnia rano.

    Aktywna „ Solidarność” szpitala ( zapisali się do niej spontanicznie prawie wszyscy pracownicy) wyznaczyła do wyjścia  w tym dniu na miasto trzyosobowe patrole, zaopatrzone w środki opatrunkowe oraz krople do oczu. Nowy Świat został zagazowany błyskawicznie i intensywnie. Trzy osoby zakraplały krople do oczu bardzo szybko i sprawnie, lecz niestety krople wyczerpały się , ponieważ zagazowanych było wielu. Środki opatrunkowe nie były potrzebne….>>

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 41 ).

Z autorką artykułu spędziłam lata 1975-1981. Poznałam Jej temperament, zaangażowanie w pomoc chorym dzieciom a także zainteresowania, które mnie fascynowały, bo była esperantystką, miała kontakty z ludźmi nieomal całego świata. Szkoda, że ten język zamiera a  jego idea upadła.

Nieistniejący już Szpital im. Dzieci Warszawy, przy ul Siennej pozostał w mojej pamięci jako placówka niezwykła , gdzie czuło się duchy historii, gdzie stale krążyły  opowieści o  uratowanych dzieci i o tych, których życie zakończyło się tragicznie. Tutaj pracowali ludzie wierni swojemu szpitalowi i prawdziwie służący innym.

To tutaj raczkowałam w pediatrii i wszystko było dla mnie pierwsze.

Stale  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

A tak było  we wczesnych latach 80 XX wieku.

 

 

 

<<….  Wśród codziennych trosk kolejnych dyrektorów ( reżim sanitarny, dyscyplina pracy, nieustanne  podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników, finanse itp.) były nowe inwestycje, które by usprawniły funkcjonowanie szpitala jako całości. Najpilniejszą było wybudowanie osadnika, gdyż dotychczasowa dezynfekcja wydalin chorych w węzłach sanitarnych była na co dzień bardzo uciążliwa.

      Wybudowanie centralki tlenowej stało się kolejnym krokiem ułatwiającym pracę. Dotychczas dwóch mężczyzn, pracowników fizycznych, nosiło na ramionach ciężkie butle tlenowe na trzecie piętro, po półokrągłych schodach szpitalnych, co było pracą niezmiernie ciężką i niebezpieczną; na szczęście nie doszło do wypadku. Uruchomienie centralnej tlenowni graniczyło niemal z cudem: odkręcało się zawór w ścianie salki i tlen przez zbiornik z wodą dochodził do chorego.

    W tym samym czasie  uruchomienie windy- nieczynnej przez szereg lat po wojnie, a także doprowadzenie wody bieżącej do każdej salki, w miejsce umywalek pedałowych- dawało uczucie prawie komfortu. Zainstalowanie centralnego ogrzewania we wszystkich pomieszczeniach szpitalnych zwalniało wreszcie salowe w miesiącach zimowych do palenia w piecach w baraku i budynku izby przyjęć. Uruchomiono także pracownie EKG, EEG, centralę telefoniczną, zwiększono liczbę telefonów miejskich. Każde nowe urządzenie, każdy nowy aparat witali pracownicy z radością, oznaczały bowiem ułatwienie i poprawę warunków pracy.

     Kolejnym osiągnięciem było bezpośrednie połączenie telefonu ze strażą ogniową. Telefon „ ogniowy” funkcjonował w ten sposób, że po podniesieniu słuchawki w dyżurce lekarskiej od razu zgłaszał się dyżurny straży pożarnej i już  wiadomo było, że dzwoni „ Sienna 60”. Dyżurni szpitala mieli obowiązek każdego dnia kontrolnie telefonować o godz. 20.00. Na szczęście nie było pożaru w szpitalu , ale cały personel wielokrotnie był instruowany i kontrolowany na ewentualność i konieczność ewakuowania dzieci. Tylko raz wzywano straż pożarną, kiedy winda z pracownikiem stanęła między piętrami. Strażacy uruchomili dźwig i uwolnili trochę nie dotlenionego mężczyznę.

     Telefon „ ogniowy: spełnił kolosalną rolę w pierwszych dniach stanu wojennego , bo był uniezależniony od sieci miejskiej, kiedy wyłączono wszystkie telefony. Służył on jako jedyny łącznik do porozumiewania się między Pogotowiem a innymi szpitalami ( co chętnie i sprawnie ułatwiali pracownicy straży). Do czasu zainstalowania radiotelefonów była do jedyna możliwość kontaktów między placówkami służy zdrowia, czego poprzednio nikt nie przewidywał….>>

 

 

5.JPG

 

Zdjęcie wnętrza Szpitala im. Dzieci Warszawy wykonałam niedawno. Takie schody należało pokonać z chorym dzieckiem na rękach lub noszach, gdy nie było jeszcze windy. O tym pisze autorka w zamieszczonym odcinku artykułu. Gdy potem już była winda, poruszała się jak żółw, więc my zwykle ganialiśmy per pedes. Ileż to razy w ciągu doby dyżurowej przemierzyłam te piękne schody i w jakim napięciu, gdy trzeba było zdążyć z pomocą. A lekarz tzw. wewnętrzny miał pod opieką wszystkie dzieci hospitalizowane na oddziałach położonych na czterech poziomach tego gmachu….Pomimo tych emocji, zawsze te schody zachwycały…no cóż, młoda byłam…

 ( ZK)   

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 40 )

Oto ciąg dalszy historii Szpitala im. Dzieci Warszawy, którą spisała i opublikowała wieloletnia pracownica dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz . Miałam zaszczyt Ją poznać, bo tam w latach 1975-1981 raczkowałam w pediatrii. 

Wtedy wszystko było dla mnie pierwsze.

Stale świeże  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w  rozdziale  „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

 

 <<…. Jak każda instytucja i nasz szpital ma w swojej historii ważne daty i święta. Pierwszą jest położenie kamienia węgielnego na placu między ulicami Sienną i Śliską w r. 1875, potem uroczyste otwarcie szpitala w r. 1878, następnie otwarcie nowoczesnego 3- piętrowego szpitala, po sześciu latach zabiegów i zmagań, w 1930 roku. Kolejny etap to otwarcie Szpitala Zakaźnego nr 3 w marcu 1953 r., Szpitala im. Dzieci Warszawy od 1962 r., a ostatnio ( art. opublikowano w 1998 roku- przyp. red.) działającego pod nazwą Wojewódzki Zakaźny Szpital Dziecięcy im. Dzieci Warszawy.

      Wielką radością dla całej załogi naszego szpitala było zdobycie w r. 1976 w Montrealu złotego medalu olimpijskiego w pięcioboju nowoczesnym przez Gerarda Peciaka, syna naszej kochanej pielęgniarki, Janeczki Peciakowej.

       Rok 1978 był rokiem stulecia szpitala i 25- lecia jego pracy powojennej. Ówczesny dyrektor, dr Barbara Artman- Przetakiewicz, postanowiła urządzić „ podwójny jubileusz jednego szpitala”. Miejsca na tę uroczystość użyczyła nam Stacja Sanitarno- Epidemiologiczna przy ul. Żelaznej, oddając salę wykładową i inne pomieszczenia. Dyrektor szpitala wraz z gronem współorganizatorów na dzień 28 września zaprosili dosłownie „ całą Warszawę”- władze miasta i województwa, profesorów, dyrektorów klinik, instytutów, zaprzyjaźnionych szpitali, PZH, Towarzystwa Społeczno- Kulturalnego Żydów w Polsce, dawnych pracowników i emerytów szpitala oraz delegatów partii i związków zawodowych.

       Po powitaniu gości i pracowników przez dyrektora szpitala referat nt. historii szpitala wygłosiła lek. Maria Barbara Chmielewska – Jakubowicz ( autorka tego art.- przyp. red). Zebrani wysłuchali z dużym zainteresowaniem części historycznej, a zwłaszcza wiadomości dotyczących oblężenia Warszawy w 1939 r., getta warszawskiego i Powstania . Dyrektor szpitala przedstawiła pokrótce osiągnięcia minionego 25- lecia.

      Następnie zabrał głos wiceprezydent m. st. Warszawy, mgr Michał Szymborski, który podkreślił bohaterstwo pracujących tu ludzi w okresie II wojny światowej.

      „ Chciałbym wyrazić słowa szczególnego uznania i głębokiej wdzięczności dla tych kolejnych waszych poprzedników, którzy pracowali w tym szpitalu w ciągu tego stulecia. Szczególnie zaś gorące słowa pod adresem tych, którym przyszło pracować w szpitalu w okresie najtragiczniejszym w naszej historii, w okresie znaczonym oblężeniem Warszawy w 1939r., powstaniem w getcie, czy wreszcie Powstaniem Warszawskim. Ci ludzie, którzy pracowali w tym szpitalu, to wspaniałe kadry, które musiały być wówczas nie tylko wybitnymi lekarzami społecznikami i ludźmi wielkiego ducha, ale także żołnierzami ogólnonarodowego frontu, który jednoczył w tym czasie wszystkich Polaków. Myślę, że dzięki takiej właśnie postawie, jaką prezentowali ludzie pracujący w tym szpitalu, mogliśmy wyjść zwycięsko z najtrudniejszej próby w naszych dziejach. I dlatego należą im się słowa najwyższego uznania. Myślę, że przy okazji tego jubileuszu powinniśmy wrócić na chwilę pamięcią do nich i skłonić głowy przed ich ogromnym poświęceniem, przed hartem, przed tym, co po prostu zrobili”.

        Przemawiający profesorowie: Kassur, Bożkowa, Blajmowa, podkreślali stały udział i współuczestnictwo lekarzy z „ Siennej” w zebraniach Towarzystwa Lekarzy Epidemiologów i Chorób Zakaźnych, udział w zjazdach krajowych i zagranicznych, a także zgodną koleżeńską współpracę z innymi szpitalami miasta w codziennych dyżurach.

         Przedstawicielka Towarzystwa Kulturalno- Społecznego Żydów w Polsce p. Ruta Sakowska, omówiła ciężkie warunki życiowe dzieci w latach przedwojennych, a o hospitalizowanych powiedziała: „ leczyło się tu wiele żydowskiej biedoty z Warszawy i okolic podmiejskich”.

         Na zakończenie uroczystości wiceprezydent stolicy przekazał dyrektorowi odznakę Złotej Syrenki dla szpitala, a dziesięciu pracowników udekorował indywidualnie Złotymi Syrenkami za zasługi dla Warszawy.

       Uroczystości jubileuszowe kontynuowano w bibliotece szpitala przy lampce wina z doskonałymi wypiekami naszej kuchni. Goście długo wspominali, rozmawiali, podziwiali kronikę szpitala i nic dziwnego- związani byli z tym miejscem przez wiele lat swego życia. Z dużym zainteresowaniem przyjęto fakt przekazania szpitalowi , po 36 latach, części uratowanego w 1943 r. księgozbioru. Stare księgi pediatryczne sprzed 150 i 100 lat powróciły na swe dawne miejsce. Zapewne wiele z nich było gromadzonych rękoma dr. Janusza Korczaka….>>

     

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 39 )

Po prawie miesięcznej przerwie przedstawiam kolejny odcinek artykułu mojej starszej koleżanki zwanej przez nas Baśka. Ona związała z nieistniejącym już  Szpitalem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej całe swoje życie zawodowe, a ja miałam przyjemność z Nią pracować w latach 1975-1981. To było Miejsce Niezwykłe, położone w samym sercu Warszawy , z wielką historią, wspaniałymi Pracownikami sukcesami zawodowymi i łzami porażek . Praca tam była dla mnie zaszczytem . Stale świeże  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków, które można znaleźć w tym blogu w rozdziale„ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 dr Baśka pisze:

 

 

    <<….  Po kilkuletniej pracy w oddziałach szpitalnych i po uzyskaniu pierwszego lub drugiego stopnia specjalizacji pediatrycznej część lekarzy starała się o wyjazd przez „ Polservice” do krajów Afryki. Powodem była możliwość wyższych zarobków, nadzieja na późniejsze zakupienie mieszkania, samochodu lub działki rekreacyjnej, a także chęć przeżycia afrykańskiej przygody i poznania pracy w innych warunkach. Dla tych, którzy wyjeżdżali do pracy w krajach Trzeciego Świata, szpital latami utrzymywał etaty. Niektórzy powracali, niektórzy zmieniali miejsce zatrudnienia, zachowując ciągłość pracy. Tylko dwie lekarki, po kilkuletniej pracy w Algierii, nie wróciły do zawodu, chorowały i wkrótce zmarły.

     Z personelu pielęgniarskiego do innych krajów wyjeżdżały pojedyncze osoby. Na ogół gdy odchodziły ze szpitala, zmieniały zawód na inny, pracując w różnych gałęziach gospodarki, np. w handlu, gdzie znacznie lepiej zarabiały i nie miały dyżurów nocnych.

      Część pracowników z grona lekarzy, pracowników z wyższym wykształceniem czy pielęgniarek odchodziła na emeryturę z własnej woli, a część dyrekcja zwalniała, angażując na ich miejsce młode kadry.

       Niektórzy odchodzili przedwcześnie na zawsze.

       Wielkim wstrząsem dla nas wszystkich był nagły zgon młodziutkiej pielęgniarki Barbary Sobolewskiej, w czasie pełnienia nocnego dyżuru latem 1954r. przyszły obie z siostrą Alą wieczorem na dyżur nocny. Nad ranem Basia zmarła. Jej siostra była w szoku. Doktor Gecow tuliła ją, nie mogąc uspokoić. Staliśmy wszyscy bezradni w obliczu śmierci młodej dziewczyny. Miała wtedy 22 lata.

    Pielęgniarka Ela Marszałek ( 42 lata) latem 1981r. w drodze do pracy upadła nagle na przystanku autobusowym na  Bielanach i zmarła po kilku miesiącach w szpitalu w Otwocku ( z rozpoznaniem przerzutów do kręgosłupa). Aby pojechać na pogrzeb do Otwocka w pierwszych dniach stanu wojennego , trzeba było mieć specjalne pozwolenie.

     Pożegnanie pielęgniarki Wiesławy Komsty- Lipki było zupełnie niezwykłe. Ponieważ pogrzeb miał się odbyć poza Warszawą, pracownicy zgromadzili się w kostnicy szpitala przy ul. Banacha. Siostra Lipka była bardzo operatywna, inteligentna, przez wszystkich lubiana. I tam, w kostnicy, wśród otwartych trumien, ostatnie słowa pożegnania mówiła Jej ordynator dr Czachorowska, potem odmawiano wspólnie znane modlitwy i śpiewano pieśni religijne.

      Kolejno odchodzili pracownicy administracji: p. Burgmajster, p. Bendlewicz, mjr Domanaki i bibliotekarka p. Orłowska. Odchodziły także wieloletnie pracownice laboratorium szpitala : mgr Barbara Lachowicz, mgr Janina Bilińska, mgr Jadwiga Tyrman, dr Barbara Rau i wieloletnia kierowniczka apteki szpitalnej , mgr Helena Hoffmanowa. Żegnaliśmy wieloletnich konsultantów specjalistów, którzy służyli nam swoją wiedzą i pomocą: dr med. Tadeusza Farynę- chirurga, doc. Dr med. Marię Góralówną- laryngologa, dr med. Teresę Iwanowską- dermatologa, a także piętnastu naszych lekarzy, koleżanki, z którymi przez wiele lat toczyliśmy wspólną walkę o życie chorych dzieci. Na cmentarzach warszawskich żegnaliśmy bliskie nam osoby, w trumnach lub urnach, w obrządkach różnych wyznań lub bezwyznaniowo. Głęboko przeżywaliśmy te rozstania. Tylko w ostatniej drodze dr Anki Gecow we Francji nikogo z nas nie było.

      Mówiąc o odchodzeniu ludzi zasłużonych, należy poświęcić słów kilka Edwardowi Borowskiemu, który wiele sił i zdrowia oddał pracy w szpitalu przez trzydzieści kilka lat. Przeszedł na wcześniejszą emeryturę ( rentę) , a był w szpitalu „ od zawsze”. Dźwigał ciężary, był wszędzie, gdzie go potrzebowano, i reperował wszystko. Pan Edzio oficjalnie był na etacie stolarza, ale znał tu każdy zawór i każdą śrubkę. Człowiek „ złota rączka”- przychodził natychmiast, popatrzył i naprawiał. Jego odejście z pracy długo odczuwaliśmy we wszystkich miejscach w szpitalu. Cichy, spokojny, zawsze służący pomocą- pozostał w dobrej pamięci wielu pracowników….>>

    

 

Krótka historia Cyganów…

Pozwólcie, że będę Ich nazywała Cyganami a nie Romami. Tak jest dla mnie piękniej. Bo dlaczego nazwa Cyganie ma być pejoratywna, a Romowie , nie ?.  Zresztą Papusza zawsze podkreślała, że jest Cyganką a nie Romką.

I nadal będąc pod wrażeniem obejrzanego niedawno filmu „ Papusza”, który uruchomił moje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to widywałam szczęśliwych Cyganów, zagłębiłam się w ich historię podawaną w necie. Wybrałam to, co moim zdaniem najważniejsze i najciekawsze. I stało się to  przyczyną moich dalszych rozważań, wizji  i marzeń chyba nierealnych , które w następnym wpisie się znajdą…

Warto sobie przypomnieć o tym, co się działo z Cyganami na przestrzeni wieków skąd przybyli czym się zajmowali i jakie były ich relacje z władzami i mieszkańcami miejscowości, gdzie przybywali. A o oto opowieść:

W 1989 roku tak pisał Ficowski  o Cyganach :

” Osobliwy to lud, kontynuujący odwieczne koczownictwo w środku cywilizowanej Europy, w dobie rewolucji przemysłowej. Nie tylko on zapomniał o swej przeszłości. Również historia jak gdyby przeoczyła go i nie udzieliła nawet odpowiedzi na takie zasadnicze pytanie, jak ,  skąd i kiedy Cyganie przybyli, gdzie była ich praojczyzna”

Ale dalej tak pisze- Dopiero w XVIII wieku na podstawie badań językoznawczych odkryto, że ojczyzną Romów są Indie. I stamtąd 3 tysiące lat temu rozpoczęła się ich wędrówka do Europy ( Ficowski, 1989)

Romowie znaleźli się w  Europie nagle, niespodziewanie . Początkowo tłumaczono, że zostali wygnani z Egiptu. Oni  mówili o sobie, że są uciekinierami lub pokutującymi pielgrzymami. Jednak wkrótce okazało się, że przybyli  z „Małego Egiptu”, jak wtedy nazywano  Azję Mniejszą i stamtąd  podążali na zachód.

Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z IX wieku i mówią o ich obecności w Konstantynopolu.

W XIV wieku, mnich franciszkański opisał Romów spotkanych na Krecie. Rozprzestrzeniali się kolejno w Grecji, na wyspie Korfu, opanowali Peloponez. Stamtąd kierowali się ku Karpatom.

Na początku XV wieku  dotarli do Czech i Niemiec. Mieszkańcy wierzyli, że są oni pielgrzymami i darzyli ich szacunkiem , gościli i pomagali.

Jednak w czasie pięcioletniego ich wędrowania po Europie, po raz pierwszy,  w Bolonii uznano ich za plagę.  

Kiedy dotarli do Polski i jakimi drogami szli , dokładnie nie wiadomo. Niestety nie znaleziono odpowiednich zapisków kronikarskich . Badacze ustalają te fakty pośrednio,   na podstawie analizy znajdowanych w zapiskach nazwisk Romów, notowanych już w XV wieku.   Tak więc, pierwsi Cyganie przybyli do Polski z Węgier i pierwotnie znaleźli się w okolicach Sanoka.  Ponoć przybywali nie jako uzbrojeni najeźdźcy lecz jako pokutnicy z pokojowymi zamiarami. Zajmowali się wróżbiarstwem i kowalstwem. Pomimo tego, że cieszyli się przychylnością władz, wśród ludności budzili lęk związany z tajemniczością i zabobonami. Romowie włóczyli się od miasta do miasta , rozbijali swoje tabory w lasach i powoli porzucali kowalstwo na rzecz kradzieży.  Tak więc szybko wiara mieszkańców w to, że są pokutnikami zamieniła się w obawę przed kradzieżami oraz czarami.

W efekcie, w XVI wieku polski król Zygmunt August  wydał ustawę zalecającą wygnanie ich z kraju.

Jednak nie udało się jej zrealizować , zresztą tak jak i innych późniejszych.  

Cyganie wrośli w krajobraz Polski.

Wkrótce potem kancelaria królewska nadała naczelnikowi Romów władzę na wszystkimi taborami w Polsce i na Litwie. I jak pisze Ficowski , zapoczątkowało to trwające 150 lat „ królestwo cygańskie „ w Polsce.

W czasach Królestwa Polskiego wydano szereg korzystnych dla nich uchwał, które m.in. zapewniały im opiekę rządu. Już wówczas pojawiały się przepisy zakazujące im wędrówek, ale pomimo groźby aresztu, nie były respektowane . Ponieważ wędrując , już przekraczali prawo, więc tym łatwiej poświęcali się rozbojom i kradzieżom. Początkowo ukrywali się w lasach, ale potem wędrowali dalej szukając miejsc, gdzie mieli pełną swobodę.

Ta sytuacja nie trwała długo, bo w końcu XIX wieku napłynęły nowe tabory  z Rumunii i Węgier . Byli oni zamożniejsi od tych, którzy zamieszkiwali już Polskę. Zajmowali się rzemiosłem, kotlarstwem i hodowlą koni. Włóczęgi , żebractwo i kradzieże były im obce.

Wprowadziło to niesłychane nasilenie wędrówek różnych grup Cyganów.

Po pierwszej wojnie światowej nawet już nie próbowano oficjalnie  rozwiązywać ich problemów, gdyż efekty poprzednich działań w tym kierunku były znikome.

Gdy nadchodziła II wojna światowa, Cyganie, podobnie jak Żydzi znaleźli się na hitlerowskiej liście narodów zagrażających utrzymaniu czystości rasy. Zaplanowano ich całkowitą zagładę.

Od 1940 roku  umieszczano ich w gettach i obozach koncentracyjnych oraz wykonywano na nich masowe egzekucje. W Polsce utworzono centralny obóz zagłady dla całej Europy i tu przywożono wszystkich Romów. Takim wielkim centrum było getto warszawskie czy łódzkie. Skąd byli wywożeni do Treblinki czy Oświęcimia.

Po II Wojnie Światowej przetrwało ok. 30  tys Romów. Jednoczyli się w grupy rodzinne i rodowe i razem wędrowali. Tak więc tabor stanowiła grupa krewnych, którą zarządzał przedstawiciel rodu, jego głowa. To on był oficjalnym pośrednikiem pomiędzy społecznością romską a władzą państwową. Życie społeczne regulowały niepisane normy, zasady i tajemny kodeks Mageripen. Nazwa ta w języku romskim oznacza skalanie. Jest to jedno z najważniejszych pojęć w tradycji romskiej  , i dotyczy idei rytualnej „ czystości- nieczystości”. Ciekawe jest, że taka sama idea rytualnej czystości istnieje w tradycyjnej kulturze indyjskiej, skąd ten lud się wywodzi.  Osoba uznana za skalaną, czyli nieczystą jest karana w społeczności  nawet z wykluczeniem jej z życia społeczności. Wg cyganologów istnieją dwa rodzaje „skalań”- wielkie ( rom. bare mageripena  i małe. ( rom. tiknie mageripema ).  Najważniejsze sfery życia, które mogą powodować status skalania dotyczą: -relacji między kobietą a mężczyzną, – relacji z członkami własnej społeczności, -relacji z gadziami ( tak nazwano ludzi nie będących Cyganami ,- kontakt z przedmiotami uznawanymi za nieczyste ( np. wydzielinami ciała, dolnymi częściami ciała danej osoby), – kontakt ze zmarłymi bądź chorymi ludźmi i zwierzętami.

Wśród rozmaitych grup romskich istnieją różne instytucje orzekające o statusie skalania, jednak w wielu, w tym jak grupa Bergitka w Polsce, czy Romów węgierskich i słowackich nie ma takiej instytucji a jedynie status skalania reguluje umowa tej społeczności.

W powojennej Polsce , a konkretnie od 1952 roku wprowadzono surową politykę wobec Romów, która obowiązywała do połowy lat 80 ubiegłego wieku. Przeprowadzano wówczas akcje osiedleńcze i podjęto próby zmuszenia ich do pracy takiej, jaką wykonywali pozostali obywatele kraju.

Romowie zmuszeni do prowadzenia osiadłego trybu życia, zamknięci w   domach , długo nie potrafili się z tym pogodzić i właściwie nigdy tam nie czuli się dobrze. Wielu z nich także nie chciało podjąć stałej pracy.

I właściwie nie dziwne, że od 1980 roku nasiliły się agresywne zachowania antyromskie. Władze zaprzestały wówczas kontroli i stosowania przymusu.

W efekcie obserwowano powrót do tradycji i ożywienie tendencji do wędrowania.

Wówczas też nasilało się rozwarstwienie tej społeczności. Bogaciła się ich wprawdzie nieliczna elita  a biedni , zwykle bezrobotni, coraz bardziej tonęli w biedzie.

Oto historia tego tajemniczego ludu, który pogrążył się w zniewoleniu nędzy i beznadziei  zapominając o swoich tradycjach , zajęciach, marzeniach o wolności lesie i wietrze we włosach ….

Jeszcze o tym pięknie mówiła i pisała, chyba jedyna taka przedstawicielka tego narodu, Bronisława Wajs zwana Papuszą. Zmarła , zapomniana i  wyklęta przez pobratymców przed prawie trzydziestu laty. Ale żyje o niej pamięć, śpiewane są jej wiersze, powstała piękna książka i film .

I chcę wierzyć, że ten naród o tak długiej historii jeszcze się odrodzi i nadejdzie jasny dzień dla Romów….

Trzej Królowie do Betlejem idą….

 

 

TrzechKrĂłli.JPG

Stara pocztówka z mojego pudełka.

 

 

Dzisiaj Święto Trzech Króli. 

Poranek. Za oknem słońce w pełnym nieomal blasku. A gdzieś tam , daleko na Wschodzie wędrują do Betlejem za gwiazdą, która im wskazuje kierunek, Trzej Mędrcy by oddać hołd Nowonarodzonemu.

W radio nieustanne audycje o tym dniu.  Jest to ponoć najważniejsze po Wielkiejnocy święto kościelne nazywane też Objawieniem Pańskim , nawet ważniejsze od Bożego Narodzenia?

Wychowałam się w tradycji wigilijnej, która tak budowała i nasycała emocjami, że Święto Trzech Króli pozostawało jakby w cieniu wydarzeń Bożego Narodzenia. Ale pora  się przystosować i uznać wyższość Święta Trzech Króli. Ale czy trzeba?

Jak na razie pozostaję przy ubieraniu choinki wypatrywaniu pierwszej gwiazdki na niebie i stole wigilijnym…

    Politycy wywalczyli dzień wolny od pracy, kolejny na bogatej liście takich dni. Ale może nikomu nie jest potrzebna praca , lepiej sobie posłuchać, pogrzebać w necie by dowiedzieć się o historii tego święta, potem pewnie obejrzeć w TV Orszak w Warszawie. Ten ogromny ruchomy żłobek ma cieszyć ludzi a zwłaszcza dzieci, ale nam już się nie chce tam wędrować, a co najwyżej pilotem złożyć zamówienie na obraz….

I tak oczekując na transmisję telewizyjną czytam, to co rozrzucone w necie i zapisuję swoimi słowami najbardziej interesujące mnie informacje. A oto one: kto chce, niech czyta….

     Otóż pierwszy opis  tego chrześcijańskiego święta znajdujemy w Ewangelii wg Świętego Mateusza. Dyskusje biblistów na temat faktycznego autorstwa  tego dzieła są stale otwarte.  Większość badaczy uważa,  że powstało w 70 roku po narodzeniu Chrystusa, chociaż niektórzy sugerują lata wcześniejsze. Z tego powodu wydaje się, że zawiera ono najbardziej wiarygodne informacje, bo powstało w czasach, kiedy jeszcze pamiętano dzień narodzin Mesjasza.

     Święto Trzech Króli, nazywane Epifanią co w języku greckim oznacza objawienie, ukazanie się,  jest związane z faktem przybycia do Betlejem Mędrców ze Wschodu.

Objawienie Pańskie należy do pierwszych świąt, które uznał Kościół .

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznaczało początek roku liturgicznego.

Wcześni chrześcijanie na Wschodzie obchodzili ten dzień jako święto Bożego Narodzenia . Do dziś w Apostolskim Kościele Ormiańskim obowiązuje ta tradycja.

W Kościele łacińskim od IV wieku rozpoczęto uważać, że jest do święto niezależne od Bożego Narodzenia.

Według chrześcijan Objawienie Pańskie symbolizuje pokłon świata pogan jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych, niedawno urodzonemu Zbawicielowi Świata.

Stąd późniejsze , bo datowane na XIV wiek , wyobrażenie Mędrców ( Magów)  – jeden jest przedstawicielem rasy czarnej,  a dwaj  prezentują młodość i starość. Podkreśla to uniwersalną rolę zbawienia  , ponad wszelkimi podziałami co jednocześnie nadaje wysoką rangę w Kościele powszechnym. Są też głosy, że użyto symbolicznej trójki, bo w tamtych czasach poznano jedynie trzy kontynenty-  Azję, Europę i Afrykę. I stamtąd mieli przybyć do Betlejem mędrcy czy królowie.

   Pod koniec XV wieku, wprowadzono zwyczaj święcenia w tym dniu złota i kadzidła . Kadzidłem była żywica z jałowca , którym okadzano domy i zagrody. Miało to zabezpieczać przed chorobami i nieszczęściami. W tym celu także  dotykano szyi złotem. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z ukrytym migdałem. Osoba, która go znalazła, nazywana była „ królem migdałowym”. Wtedy też pojawił się zwyczaj wędrowania dzieci po okolicznych  domach . Dzieci nosiły ze sobą gwiazdę , śpiewały kolędy  o Trzech Królach i obowiązkowo musiały w zamian otrzymać rogale, które nazywano„ szczodrakami”. Przy kościołach ustawiano stragany, gdzie sprzedawano kadzidło i kredę

    Dopiero w  XVIII wieku upowszechnił się zwyczaj święcenia kredy, którą następnie znaczono wejścia do domów, pisząc K+M+B  oraz datę aktualnego roku. Ta inskrypcja nie pochodzi o pierwszych liter imion przybyłych królów, ale należy ja czytać jako  Christus Mansjonem Benedicat ( niech Chrystus błogosławi temu domowi).

Święto Trzech Króli wyznaczało koniec okresu Godów (który rozpoczyna się w pierwszym dniu Święta Bożego Narodzenia) i rozpoczyna  karnawał.

Jest też prawdopodobne, że to święto wprowadzono w celu wyparcia popularnego wśród pogan święta narodzin boga Aiona  a także czerpano  ten zwyczaj z judaizmu.

     Wielu poważnych badaczy zajmuje się też opisywanym zjawiskiem na niebie, które w postaci Gwiazdy Betlejemskiej prowadziło Mędrców do Betlejem. Uznano, że właśnie w tym czasie, w VI wieku n.e.( bo ponoć tak naprawdę wtedy urodził się Syn Boski, a nie w roku 0)  wielokrotnie wystąpiło zbliżenie a nawet pozorne optycznie widoczne połączenie  trzech planet- Saturna, Jowisza i Marsa. To zjawisko bywa  obserwowane co 800 lat.

Jednak w Ewangelii św.  Mateusza możemy znaleźć opis gwiazdy, która pojawiła się na Wschodzie  a następnie szła razem z Mędrcami, aż zatrzymała się na miejscem, gdzie było Dziecię.

Według tego opisu mógł być to Merkury, który co trzy miesiące przez dwa dni staje się bardzo jasny po czym zmniejsza swój blask częściowo też z powodu zanikania w promieniach Słońca. Planeta ta mogła być dostrzeżona przez kogoś w Betlejem . W tamtych czasach ludzie nie mieli żadnych przyrządów optycznych, ale chętnie zajmowali się śledzeniem nieba, które było zawsze tajemnicze i frapujące, jak zresztą i dziś , rozwijała się astrologia.

Są też teorie , że wtedy  na niebie pojawił się meteor lub jasny bolid, tym bardziej, że tradycyjnie opisywano Gwiazdę Betlejemską ją jako kometę .

Ciekawe jest to, że w już w  świecie starożytnym bardzo często opisywano  motyw  gwiazdy, która zwiastuje zbliżanie się bardzo ważnych wydarzeń. Na przykład wg Wergiliusza  który żył w latach 70-19 przed narodzeniem Chrystusa, Eneasz wędrując z Troi do Lacjum jest też prowadzony przez gwiazdę.

     I tak to przewędrowałam po stronach Internetu, a teraz ponownie będę się zastanawiała nad wielkością tego święta. Muszę oczywiście przyjąć do wiadomości to wszystko co podają na ten temat. Ale tak naprawdę gdzieś głęboko zakorzeniony w moim bardzo dojrzałym i doświadczonym przez życie sercu jest dzień wigilijny i jeszcze gra mi w duszy kolęda Przybieżeli do Betlejem pasterze….

    Na takich właśnie smętnawych rozważaniach spędzam przedpołudnie.

     I nagle na zegarze wybija godzina 12 ……

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 36 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

Cz.36

 

 

<<….Kolejną ważną sprawą jest konieczność umożliwienia dzieciom chorym nauki szkolnej. Szkoła przyszpitalna zorganizowana została w roku 1963 pod kierownictwem mgr Ewy Suffczyńskiej wraz z zespołem nauczycielek i przedszkolanek. Prowadzona była praca dydaktyczna dla chorych zakaźnych w zakresie szkoły podstawowej ( przy Szkole Podstawowej nr 239, ul. Złota 72) oraz codzienna opieka dla dzieci w wieku przedszkolnym. Ta praca personelu nauczającego ułatwiła dzieciom pobyt w warunkach szpitalnych. W latach późniejszych uczniów było mniej w związku z okresowymi remontami i zmniejszeniem liczby łóżek szpitalnych. Niekiedy nauczycielki uczyły dwoje, troje dzieci indywidualni z jednej klasy. Dzieci nie miały zaległości w opanowaniu programu szkolnego. Jeżeli hospitalizacja musiała trwać dłużej, np. tygodniami, pacjenci otrzymywali zaświadczenie ze stopniami z poszczególnych przedmiotów w celu okazania w szkole macierzystej ( wraz z kartą informacyjną przy wypisie ze szpitala). Rodzice wiedząc o tym, że dzieci w toku leczenia również się uczą, odnosili się do szkoły z uznaniem , z serdecznością: przynosili zeszyty, bloki do rysunków, kredki i inne pomoce, a nawet proponowali dostarczenie książek, ale szkoła miała podręczniki, całe komplety dla poszczególnych oddziałów zakaźnych.

   Dzieci przedszkolne, a zwłaszcza te, które uprzednio do przedszkola nie uczęszczały, po raz pierwszy w szpitalu zetknęły się z zajęciami i były nimi bardzo zainteresowane, wręcz zafascynowane. Z niecierpliwością oczekiwały na wejście przedszkolanki do salki. Rysowały, robiły wycinani, malowanki, naklejanki, plecionki, kolorowe robótki ręczne . Przedszkolanki miały mnóstwo pomysłów, lubiły swoją pracę, kochały dzieci i umiały je zachęcić, nauczyć, pochwalić, a same dzieciaki chciały „ działać artystycznie”, bo im się ta zabawa i efekty podobały.

     Szkoła i przedszkole kilkakrotnie organizowały w szpitalnym holu wystawę prac dzieci chorych. Podziwiali te wystawy również lekarze z innych szpitali i zaproszeni goście. Dzieciom ta zabawa skracała pobyt w szpitalu, uczyła nowych umiejętności, dawała nie znane dotąd przeżycia artystyczne. Ładne i pomysłowe były serwetki, laurki, albumy i zabawki przygotowywane na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

Nie ma sposobu ustalenia kolejności i ważności dla chorego dziecka spraw- w sytuacji izolowania go w łóżku szpitalnym.

Czy ważniejsze jest podawanie leków, czy dobre jedzenie, czyste łóżko i czysta bielizna, czy nauka, czy kontakty z rodzicami? Oczywiście wszystko to jest ważne, by stworzyć warunki szybkiego zdrowienia….>>

 

 

 

 

 

 

 

       

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 34 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz.34

 

<<…..   W początkowych latach pracy szpitala, gdy odsetek zgonów wynosił od 0,4 do 3,5% , sekcje dzieci zmarłych w szpitalu wykonywała na miejscu dr  Kazimiera Gajl- Pęczalska w salce prosektoryjnej, znajdującej się obok portierni. Po kilku latach, w miarę zmniejszania się liczby zgonów dzieci, zaprzestano wykonywania sekcji na miejscu. Po uzgodnieniu  między szpitalami kierowano zwłoki do prosektorium innego szpitala dziecięcego ( przy ul. Litewskiej lub Działdowskiej), skąd otrzymywano gotowe wyniki badań sekcyjnych. Ostatnio zgony w szpitalu należą do rzadkości ( artykuł został opublikowany w 1998 roku- przyp. red.)….>>

 

Dobrze pamiętam ten niewielki mroczny baraczek obok portierni. W czasach gdy pracowałam w tym szpitalu ( 1975- 1981) była to kostnica i sala sekcyjna. Zgonów wtedy było kilka, bo dobrze działające oddziały intensywnej opieki- m. in w Klinice przy ul. Marszałkowskiej z reguły nie odmawiały nam, gdy prosiliśmy o przyjęcie dziecka z zaburzeniami oddychania i/lub krążenia. Ale zanim przyjechała karetka reanimacyjna, sami prowadziliśmy akcję reanimacyjną przy pomocy prymitywnego aparatu Ambu. Czasami trwało to wiele godzin. W tym czasie należało przygotować dokumentację chorego dziecka, oczywiście wcześniej się dodzwonić do lekarza tamtego oddziału i uzyskać zgodę, potem do pogotowia ratunkowego i równocześnie zajmować się tym pacjentem i pozostałymi hospitalizowanymi dziećmi oraz tymi, które się zgłaszały do Izby Przyjęć. Wprawdzie dyżurowało dwóch lekarzy, ale pogodzenie tych zajęć nie było łatwe. Nie zapomnę , gdy przypadkowo popatrzyło się w okno, można było zauważyć, że wstaje świt…Tak więc udało się uratować większość bardzo ciężko chorych dzieci, o czym się dowiadywaliśmy , dzwoniąc po kilku godzinach do oddziału reanimacyjnego, by zapytać o naszego pacjenta. Z tym oddziałem mieliśmy dobry kontakt. Lekarze wiedzieli, że kwalifikujemy tam tylko dzieci naprawdę tego wymagające. Nie zapomnę pewnego straszliwego dyżuru, gdy wstępnie mi odmówiono, tłumacząc że nie ma miejsc, a po pewnym czasie otrzymałam telefon, że udało się zorganizować jeszcze jedno stanowisko z odpowiednią aparaturą – bo to dla Siennej …w całej tej rozpaczliwej sytuacji nagle zrobiło się nam ciepło, że nie jesteśmy  sami. Dziecko przeżyło…..ale wracając do sekcji. Nie zapomnę pięknej kilkunastoletniej dziewczynki z długimi warkoczami, która dotarła do naszego szpitala z bardzo gwałtownie przebiegającą sepsą oczywiście z ropnym zapaleniem opon mózgowo- rdzeniowych. Jak zwykle bardzo się staraliśmy uratować to dziecko. Jednak wylewy krwi na skórze narastały w oczach i niestety szybko  doszło do zatrzymania krążenia i oddechu . Podjęta akcja reanimacyjna nie przywróciła akcji serca…Następnego dnia zmarłe dziecko leżało nagie na zimnym kamiennym stole…w czasie sekcji uwidoczniono w miejscu gdzie są nadnercza, były dwa wypełnione krwią woreczki, bez śladu tkanki gruczołowej.

I musieliśmy się pogodzić z tym, że nie mieliśmy szans, by wygrać  z drapieżnym  złym Losem czy Stwórcą, który zesłał te straszliwe bakterie. Taka przegrana to traymatyczne doznanie dla całego personelu tego szpitala, które kładło się cieniem  na naszej pracy i życiu, także rodzinnym. Wracałam do domu do swoich dzieci, do codziennych problemów życiowych a przed oczami miałam stale  obraz tego dziecka…i pomimo upływu prawie 40 lat tak jest nadal….