Gdzie jesteś Matko Boska z mojego dzieciństwa ?

Ostrobramska Matka Boża Miłosierdzia
Królowa Korony Polskiej – dawna i bliższa, bez przepychu który teraz musi dżwigać

Kochani

Miało być o czymś innym, całkiem odległym.

Ale dziś zajęłam się kopiowaniem tego co napisałam w blogu,  może wreszcie wydrukuję. Bo papier to papier a nie „chmura”

Znalazłam ten wpis i wrócił czas dzieciństwa ale i młodzieńczy, zachwytów wzruszeń miejscami świętymi o wadze historycznej jak Jasna Góra, Kalwaria Zebrzydowska czy Ostra Brama, z obrazami z Sienkiewicza czy z opowieściami  Mamy…..

Nie tak dawno to było , a  teraz stało się tak obce mentalnie. Mój Boże, co nam zrobiono. Odebrano dziecięce marzenia….

Przez zawirowania polityczne i rządy czarne wszystko stało się byle jakie, odległe, nierealne i właściwie nie tylko zapomniane ale i wrogie jakby.

Czy Ktoś w Was też tęskni za tamtymi czasy gdy było jasno, prosto i mieściło się w  sercu ?

A teraz ten wpis blogowy :

Opublikowane w 15 sierpnia 2012 przez Zofia Konopielko

Śladami mojego Taty. Matka Boska Ostrobramska…

 Wizerunek Madonny Miłosierdzia został namalowany na deskach dębowych techniką temperową . Obraz ma wymiary 200×160 cm. Został umieszczony na zewnętrznej ścianie wieleńskiej Ostrej Bramy  i jest oświetlany przez światło padające z położonego naprzeciw dużego okna  ze starówką w tle…..

Autor obrazu jest nieznany. Niektórzy autorstwo przypisują Łukaszowi, artyście krakowskiemu, który namalował podobny obraz w 1624 roku dla Kościoła Bożego Ciała w Krakowie. Wg legendy Matka Boska ma rysy Barbary Radziwiłłówny.

Wg prof. Marii Kałamajskiej- Saeed oba obrazy są wzorowane na innym, autorstwa flamandzkiego malarza Martina de Vosa, namalowanego ok. 1580 roku w dwóch wersjach graficznych, różniących się układem rąk. Pierwsza z wersji, przeniesiona potem do obrazu wileńskiego przedstawia Matkę Boską ze skrzyżowanymi na piersi dłońmi a na drugim-  jej dłonie są złożone w geście modlitewnym. Oba obrazy rytował Hieronim Wierix.

Obecnie postać Maryi zakrywa błyszcząca złotem sukienka. Widoczna jest tylko wyrazista twarz i skrzyżowane na piersiach dłonie.

Pod metalową sukienką Ostrobramska Pani ubrana jest w czerwoną tunikę z podwiniętymi rękawami. Szyja okryta jest szalem, a głowa białą chustą. Całą postać otula zielonkawo-błękitny płaszcz zarzucony na głowę i ramiona. Tło obrazu ma odcień brązu.

Obraz został wystawiony w XVII wieku  na Ostrej Bramie.

Szczególny kult wizerunku rozpoczął się  w 1655 roku, kiedy Moskale dokonali najazdu na Wilno….

W 1671 roku, przy bramie zbudowano drewnianą kapliczkę, która spłonęła w 1711 roku. Ocalał wówczas jedynie ten właśnie cudowny obraz. Podobno w ostatniej chwili wyniósł go młody zakonnik, narażając swoje życie. Ciężko poparzony wyzdrowiał, co wszyscy uznali za cud Matki Boskiej.

 Wówczas też Wizerunek Matki Miłosiernej został  zasłonięty srebrną, złoconą sukienką.

Po roku w tym samym miejscu wybudowano kaplicę murowaną. Umieszczono w niej ten sam obraz Madonny .

W 1794 roku przy Ostrej Bramie miało miejsce starcie oddziału wojsk rosyjskich szturmujących Wilno z obrońcami miasta, powstańcami Jasińskiego. Podczas tych działań, zarówno kaplica i jak i obraz uległy  uszkodzeniom, które naprawiono w tym samym roku.

W okresie zaborów a szczególnie w czasie powstania styczniowego w Ostrej Bramie miały miejsce patriotyczne manifestacje. Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej był elementem całego  ruchu niepodległościowego wymierzonego przeciwko władzom rosyjskim. Gdy doszło do  stłumieniu Powstania Styczniowego, obawiano się, że Rosjanie nie zaakceptują polskiego napisu pod obrazem. Brzmiał on tak  : „Matko Miłosierdzia pod Twoją obronę uciekamy się „  . I wówczas ktoś wpadł na pomysł by zmienić ten polski napis na  łaciński:

” MATER MISERICORDIAE , SUB TUUM PRAESIDIUM CONFUGIMUS”

Kult Maryi Ostrobramskiej został  trwale uwieczniony w literaturze pięknej. Adam Mickiewicz w inwokacji do swojego poematu „ Pan Tadeusz” zwraca się z prośbą do Matki Boskiej Ostrobramskiej o łaskę powrotu emigrantów do Polski.

W roku 1849 obraz otrzymał wotum, które stało się charakterystyczną ozdobą, akcentem zamykającym całość kompozycji. Jest to odwrócony sierp półksiężyca z wygrawerowanym napisem :

„ Dzięki Tobie Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J. 1849 roku.”        

 Ponadto na głowie  Pani Ostrobramskiej założono dwie korony ze złoconego srebra. Jedna została założona w okresie baroku i oznacza koronę Królowej Niebios, a druga rokokowa jest koroną Królowej Polski.

Korony te zamieniono na złote w 1927 roku, kiedy to metropolita warszawski Aleksander Kakowski dokonał koronacji Madonny. W tej uroczystości uczestniczył Józef Piłsudski. Korony zostały ufundowane ze składek społecznych . Niestety oryginalne korony zaginęły w czasie II wojny światowej.

Wokół obrazu znajdują się liczne wota, m.in. tabliczka ofiarowana przez Piłsudskiego z tekstem : ” Dzięki Ci Matko za Wilno”

W 1993 roku odwiedził Wilno i był w Ostrej Bramie Jan Paweł II.

I tyle na temat Ostrej Bramy.

Przed wielu laty byliśmy w  Druskiennikach z zamiarem odwiedzenia Wilna. Odwiedziliśmy Matkę Boską. I tak jak kiedyś moi pradziadowie- Michalina i Bolek Rodziewiczowie , a po latach nasi  Rodzice,  w tłumie pielgrzymów wchodziliśmy po stromych schodach ze stopniami wyżłobionymi stopami wiernych.

Niektórzy wchodzili tam na kolanach.

I jak od wieków wszyscy nieśli  swoje ludzkie prośby.

Matka Boska była piękna, złotem lśniła i słońce igrało w witrażach.

Wpatrywaliśmy się w Jej oczy.

Patrzyła w dal – co widziała i co słyszała- nigdy się nie dowiemy.

Ale przynosiła NADZIEJĘ….


A może by tak po urodę, miłość, dobry seks i walkę z zarazą razem z…niewinnym krokusem :)


By na chwilę odparować od wszechobecnego tematu, którego rozwijać nie będę, nie należy nawet,  pochylam się na krokusikiem, który jeszcze zakwita jakby nigdy nic w moim ogródku. Jego uroda i radość jest ponad wszystkie człowiecze problemy. Nic dziwnego, bo już przeżył wszystko co ziemskie.

Bo jest zaklętym  w krokusa śmiertelnym młodzieńcem  o imieniu- Krokus ( Krokos),  stale zakochanym bez pamięci w nimfie o imieniu Smilaks. Która właśnie  czuwa w moim ogródku,  nieopodal, bo została  przemieniona w cis.  Stało się to kiedyś, dawno  z powodu gniewu bogów, którzy jak widać nie lubili miłości a może, co jest pewne-  zazdrośni o swoje nimfy rzucili klątwę na zakochanych. I na nic ich gniew, bo kochankowie trwają, odradzają się , przywędrowali ze starożytnej Grecji, jak opowiada przytoczony mit,  i pokazują, że Miłość jest nie tylko Ponadczasowo Piękna, ale też Nieśmiertelna!!!

       Zakwita więc w moim ogródku, pojedynczo się wychyla spomiędzy niezagrabionych liści. Liście umarłe już nie pamiętają swojej zielonej młodości a krokus ożywa. Czaruje, patrzy w niebo a może śni swój sen grecki czy perski. Może wpisały się w jego geny tamte odległe czasy ale też teraźniejsze ?

Kiedy uprawia się go nadal, nazywając szafranem, by zbierać  górne części słupka zwane znamieniem w czasie gdy przyjmują padający na nie pyłek, jeszcze przed zapłodnieniem, by robić z nich przyprawy czy barwniki mające wielką moc.

Szafran to najdroższa przyprawa świata !!! .  Potrzeba aż 150 000  kwiatów, by uzyskać 1 kg znamion !!!!

Dowiaduję się dopiero teraz, zainteresowana tematem, że ten niewinny krokusik to nie zwykły kwiatek, ale nie lada „ ziółko”. Sporo narozrabiał na świecie, nie tylko rozsiewał swój czar i urok….

        W XIV wieku Czarna śmierć w Europie gwałtownie podniosła zapotrzebowanie na szafran. Uważano, że jest jedynym lekiem na tę chorobę i epidemię. Ponieważ jednak umarli jego  europejscy plantatorzy , sprowadzano go z wysp Morza Śródziemnego, np. z Rodos,  na weneckich i genueńskich łajbach.  Jak podają historycy był to tak cenny towar, że grupa szlachciców ze swoimi wojami napadła na jeden ze statków, rabując towar  wart  420 tys. obecnych euro. Od tej pory rozpoczęła się walka z piractwem szafranowym, która przybrała charakter regularnej „wojny szafranowej”, trwającej 14 tygodni.  Po jej zakończeniu ustanowiono Bazyleę nowym centrum  europejskim produkcji szafranu, przeniesiono je potem do Norymbergii. Poznanym zjawiskiem było fałszowanie tego bogactwa i wówczas  powstał tzw. kod szafranowy wg którego fałszerze mogli być karani nie tylko grzywną, więzieniem ale też śmiercią.

         Ale cofnijmy się o dalsze setki lat. Otóż ludzie starożytni uważali, że szafran jest symbolem elegancji i bogactwa. Klasy panujące starożytnych imperiów przyprawiały nią potrawy, farbowano nim szaty a nawet perfumowano sale balowe !!!.

      Aromatem szafranu zachwycili się Grecy. Wkrótce odkryli, że barwi ich czarne włosy na jasny kolor, więc stosowali  w tym celu mieszankę kwiatów szafranu i wody potasowej.   Skosztowali też jak smakuje, zachwycili się  i od tej pory doprawiali nim potrawy.

Uwiecznili zbiory szafranu na słynnym fresku w pałacu Knossos a Krecie. Zadziwiające, że fresk przetrwał do dziś od swoich lat urodzenia czyli od roku 1600-1500 przed naszą erą!!!

      Egipcjanie podawali swoim faraonom  szafran uważając, że jest najsilniejszym afrodyzjakiem, ale też używali go  w formie perfum-  do kąpieli, domów, świątyń. Pod koniec hellenistycznego Egiptu kobieta wszechczasów, słynna Kleopatra kąpała się w szafranie stwierdzając że po niej staje się demonem seksu 🙂 .

     W starożytnej Persji, jeszcze w X wieku p.n.e.  uprawiano szafran na dużą skalę, a ich władca Dariusz I Wielki ( 500 r. p.n.e.) wydawał rozkazy swoim satrapom by sprawdzali, czy jest uprawiany w dalekich regionach jego imperium tj. na Kaukazie. Ciekawostką jest to, że po wiekach zaleziono w starożytnych dywanach czy całunach pogrzebowych- wplecione nitki-  szafranu.  Widać miał  znaczenie magiczne i terapeutyczne gdyż wchodził w skład rytualnych ofiar dla bóstw, ale też uważany był jako lek. 

Aleksander Wielki podczas azjatyckich kampanii zawsze zabierał ze sobą szafran , dodawał do ciepłej kąpieli , wierzył bowiem, że wyleczy jego rany.  Używano go też do herbaty, ryżu. W okresie około 500 roku p.n.e. szafran dotarł z Persji na wschód Indii.

Po śmierci Buddy podjęto postanowienie, by szaty kapłanów buddyjskich zawsze były barwione szafranem.

Szafran wędrował po świecie razem z handlarzami,  wszędzie zachwycając  ludzi swoim czarem. Najpierw, do roku 100 p.n.e., był  eksportowany z Persji do Chin, razem- uwaga-  z ogórkami, cebulą, jaśminem i winem. Oczywiście Rzym także importował swój szafran z Persji.
       Podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego, uprawa szafranu została zaprowadzona przez Maurów w Europie – najpierw w Hiszpanii, a później w części Francji i południowych Włoszech.                

Na marginesie zadziwiające jest to,  że do tej pory szafran nie został podany jako panaceum na obecną pandemię 🙂

Może dzięki tej odgrzebanej z archiwum różnych portali, bo przecież nie z mojej głowy, opowieści, zakwitnie nam w głowach krokus, rozda swą moc szafranową, przyniesie nie tylko ucztę dla oczu ale też uspokojenie swoim pięknem i wielką historią.

Przyniesie też Optymizm i Nadzieję- przetrwamy, Kochani ten zły czas i odrodzimy się tak jak ten mały piękny kwiatek każdej wiosny….

Korzystałam z licznych stron internetowych, ale głównie z : https://szafrankrokus.com.pl/historia-szafranu/

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( Mariolki ). ( 26 ). KOPERTA ŻYCIA .

Dawno nie gościłam, Ciebie , Mariolko. Ale tematy spisywane tu na gorąco, przysłoniły Twój ważny tekst, który milcząco czekał.

A temat to poważny, powinien się znaleźć na miejscu czołowym. Bo może  do tej pory  już Ktoś z naszych  Przyjaciół czy choćby przypadkowych Czytelników tego bloga –  by skorzystał   –  oczywiście jeśli jeszcze o tym nie wie.

 Na marginesie tematu, stale powtarzam, że dopóki żyjemy, zawsze czegoś nowego człek się dowie – jednym słowem warto żyć !!!

Gdy na początku 2016 roku pisaliśmy z Jurkiem artykuł, który można otworzyć linkiem :  http://www.standardy.pl/artykuly/profilaktyka/81 –  wplatałam tam swoje obserwacje  z pierwszej pracy – w przychodni rejonowej – internistycznej ( lata 1971- 1975) , a głównie geriatrycznej oraz doświadczenia w opiece nad leciwymi schorowanymi Rodzicami – nie wiedziałam nic o Kopercie Życia.  Biję się w piersi !!! Zresztą  ta idea dotarła  na Mazowsze dopiero po 2015 roku … jak zwykle Wschód daleko w tyle za Zachodnimi terenami Polski, gdzie ta idea pojawiła się wcześniej .

No tak – Poznań inny niż Warszawa ( ale o tym będzie moja późniejsza  opowieść ) …. 

Potem tematem się nie interesowałam i dopiero teraz Mariolka otworzyła mi oczy. Dzięki, Kochana…

A było tak : kiedyś dostałam od Mariolki mail następującej treści :  

Zosiu nie wiem czy pisałam o akcji „koperta życia”

Kopertę życia wymyślił i zastosował Poznań może 10 lat temu może trochę więcej

– na lodówce – magnes z  czerwonym krzyżem jako znak – że w lodówce jest koperta
w kopercie dane : imię , nazwisko, kontakty do bliskich i leki które dana osoba bierze … 
( teraz można ściągnąć z internetu gotowe wzory krótkiej historii chorób albo zamówić gotowe z kopertami i magnesami na lodówkę – przyp. Z. K. )

Gdy ja sama już o wszystkim się dowiedziałam, powieliłam przed 2 laty – sprawę „nadałam ”  w  zarządzie powiatu i zrobili też tak…. na początku tego roku był finał akcji….
….. sprawdziło się to u mamy – złamała nogę i gdy lekarz PR zadzwonił do mnie –  już wszystko wiedział dzięki Kopercie – choć w tym wypadku dobrze, bo mogłam osobiście udzielić mu wyjaśnienia . Ale gdybym nie była dostępna pod telefonem ? ….

– seniorzy – zwłaszcza ci którzy mieszkają sami – chwalą to, wiem że już korzystali z koperty !!!

– a pracownicy Pogotowia Ratunkowego   i Straży podchwycili i zaakceptowali od razu – wiem – że  gdy jadą – sami szukają koperty !

Miałam zajęcie – rozwoziłam koperty i instrukcje po całym powiecie…..

……może to robiłam dla ludzi ( w straży i pogotowiu mówili że w stresowych sytuacjach nie mogą dowiedzieć się najprostszych rzeczy ) …..

 …. nic wielkiego nie zrobiłam – spapugowałam tylko mądrych poznaniaków 🙂

Ale też ja miałam z tego dużo radości…..
odwiedziłam  kolegów ze wszystkich  ośrodków – zawsze kawa, pogaduchy, wspomnienia
🙂
……czas minął szybciej …

…teraz mam pisanie za które dziękuję
no i tak czas emerytki lepiej minie
🙂

( no tak,  Mariolka pisała ten list przed urodzeniem się  Jej Drugiego Wnuka – Błażeja – teraz już chyba długo nie będzie szukała nowego zajęcia – choć i tego nie jestem pewna , bo już trochę poznałam Jej Aktywność i Niespokojną Naturę … 🙂  )
kochana – to co piszę jest Twoje i możesz robić co tylko chcesz z tym

a jeżeli dzielisz się tym z PANEM  PROFESOREM  ( czyli naszym Kolegą Jerzym T. Marcinkowskim – przyp. Z. K. ) – to czuję się zaszczycona! 🙂

Mam nadzieję że i on mnie za surowo nie oceni 🙂

widzisz jaki ja mam respekt przed  mądrymi ludźmi?! 🙂

 Ostatni fragment listu początkowo zamierzałam wyciąć – ale doszłam do wniosku , że jest niezbędny, by pokazać Duszę Mariolki. Ona – jak zresztą  zwykle – nieco żartobliwie , z dystansem  (  podkreśliłam  uśmiechniętymi ” buźkami : ) – wyraża swoje ciepłe myśli i Pięknie Integruje Ludzi ( co też wynika z Jej opowieści  o spotkaniach z kolegami w terenie, niejako przy okazji … ) .

I wszyscy są radzi – radzi to za małe słowo – wszyscy są Szczęśliwi z Tobą, Mariolko  🙂

Usiłowałam ( bezskutecznie zresztą ), odnaleźć  informacje w necie na temat historii KOPERTY ŻYCIA . Wszyscy uznają, że nie wiadomo kto i kiedy był pomysłodawcą. Jak mniemam, samo życie ją wymyśliło – a dokładnie jakiś anonimowy pracownik Pogotowia Ratunkowego – może zdeterminowany nieskutecznym działaniem wobec niewiedzy o ratowanym człowieku. Zrozpaczony nieskuteczną reanimacją – popatrzył na lodówkę i powiedział – mam to miejsce  – ogólnie dostępne, zwykle jedyne w mieszkaniu i bezpieczne – bo wszak żarłoki się nie pożywią plastykową kopertą !!!.

Ale hamuj Klarka, na poważnie podaj jedynie znany fakt – otóż  jednoznacznie wiadomo, że w 1981 r. oddział Czerwonego Krzyża w Sacramento zaczął propagować  w Kalifornii  pomysł  KOPERTY ŻYCIA ……

Pod podanymi linkami można znaleźć  garść informacji a także wzory do skopiowania

https://kopertazycia.com.pl/wzor-koperty-zycia/

https://www.kopertazycia.pl/

wyborcza.pl/…wyborczej-kopertazycia-powie-za-ciebie-gdy-ty-nie.html

zdjęcia Mariolki – już tu zamieszczane, ale moje bardzo ulubione – pierwsze z netu – z Posiedzenia Rady Gminnej, lata 90 ubiegłego wieku i młodziutkiej – filuternej – z lat 60 XX wieku….

zdjęcia Kopert Życia z tekstów  ww linków

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 9 ). Gnieźnieńska krótka historyczna opowieść o fotografie , Mamie i albumie …

 

Zawadiacka i czupurna byłaś ,  mała Mariolko,  super wyglądasz, gdy  się wychylasz zza drzwi kościoła  :).

Na drugim zdjęciu – wspaniały dokument naszych lat dziecięcych… pewnie ok. 1954 roku? – stroje – też miałam krakowski – Mama wyszywała na aksamicie, cekinami zdobiła wg rysunku Taty, do tego ze szkła tak cienkiego prawie jak bombki na choinkę – korale, które po pewnym czasie były w opłakanym stanie – gdyż jakoś bardzo łatwo się tłukły 🙂 No i zakręcony i spięty lok na czubku głowy. A w oddali dziewczynka w butach jakie nosiłyśmy i na pewno w opadających (czego nie widać, ale wiem z doświadczenia) prążkowanych pończochach. Wspaniałe są Wasze śpiewające miny – z Braciszkiem – chyba z trudem utrzymuje berecik na głowie, ale pięknie się uśmiecha do aparatu fotograficznego 🙂

Mariola „rozkręcona” we wspominkach, razem z powyższymi zdjęciami z rodzinnego albumu gnieźnieńskiego z wczesnego dzieciństwa, przysyła kolejny mail… w którym dla mnie niezmiernie ciekawy jest fragment historii…

 

Ty chodzisz wcześniej spać a ja szukając zdjęć  przypomniałam sobie zdjęcia, sprzed lat
Ludzie są różni niezależnie od narodowości
na początku wojny polska młodzież była wywożona na roboty do Niemiec
w Gnieźnie był 1 Niemiec prowadzący zakład fotograficzny i by uchronić kilku Polaków, wziął ich do zakładu choć nie mieli pojęcia o tej pracy – dostała się tam moja mama i jej brat
Początki mieli trudne – psuli materiału co nie miara ale z czasem nauczyli się
z kolei Niemcy mieli manię dokumentowania wszystkich swoich działań jak : burzenie pomnika  Chrobrego przed katedrą, demolowanie wewnątrz, zabawy w kościele itp.
mama miała przyznaną ilość  papieru ale zawsze udało im się zrobić dodatkowe odbitki i ukryć je
pamiętam te zdjęcia bo przez wiele lat były w domu aż potem rodzice zrobili album i zanieśli do Katedry jako dowód tego co się działo …
to o wojnie

a potem gdy chodziłam do szkoły to sama wiesz -nie było pomocy naukowych i wówczas rodzice zrobili ilustracje każdej nowej literki na dużych arkuszach bristolu i były wieszane na ścianie gdy zaczynaliśmy się danej literki uczyć
mama malowała obrazki a tato pisał literki
za  moje pismo dostawałam nie raz po uszach – pamiętam stal nade mną i mówił:  w dół dociskaj -jak w górę swobodnie, lekko
w szufladzie biurka miał zrobiona przez siebie długa rynienkę  podzieloną na małe przegródki a w każdej z nich inny nr redisów,  że jak pisał to nie musiał długo szukać a nawet nam mówił gdzie która wielkość jest
a zeszyt do przyrody w 3 klasie musiałam dwa razy przepisywać bo…mamie nie podobał  się  mój rysunek tulipana na pierwszej stronie !!!!!!!

 

na zdjęciach , które wysyłam , widzisz też przebrane za Chinki  ( tu nie zamieściłam, muszę poszukać  wśród licznych zdjęć z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej  i uzupełnić ) , były też  lale , itp.
robiła nam to  mama z  prześcieradeł, z bibuły i czego się dało…

 

Odpisałam, że Twoja Mama miała wielkie zdolności plastyczne, gdyż jak już pisałaś  wystawiała swoje lalki  nawet na Targach Poznańskich. Ciekawe po kim i czy Wy, Jej dzieci odziedziczyłyście talent ?

Mariola  nie udzieliła mi odpowiedzi, czy w rodzinie był jakiś człowiek o takich zdolnościach – malarz , rzeźbiarz czy kostiumolog. Ale oznajmiła , że talent po Mamie odziedziczyła  tylko jedna, wspominana już w poprzednich wpisach –  Córka , która jest wicedyrektorem Liceum im. Kenara w Zakopanem…

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 6 ). Dziadek, dramat Wielkopolan i lekcje historii.

Maria J. Nowakowska. Koniec lat 60 ubiegłego wieku.   Mój ulubiony , własnoręcznie sporządzony kadr  ze zdjęcia w Jej Rodzinnym albumie.  Cała Mariolka, Marialente jak ponoć nazywa Ją Jurek – choć na tym zdjęciu nie ” lente”    🙂

List od Marioli – wspomnienia , które się odsłoniły po ” powrocie ” do Gniezna w poprzednim rozdziale Pamiętnika : 

 I jeszcze  wiadomości z naszych okolic: słucham radia Poznań a w nim zawsze o północy grają Rotę – to wynik starych i stałych  poznańskich priorytetów – DZIECI WRZESIŃSKIE , ROTA , itp.

Dla nas zawsze w opowieściach dziadków i rodziców Niemiec był WRÓG – dużo pracy nad sobą wymagała zmiana u mnie tego myślenia ….

Kolejny mail :

jak wiadomo po 1 wojnie światowej  poznańskie nie zostało włączone do Polski za sprawą negocjacji Piłsudskiego
dlatego wybuchło Powstanie Wielkopolskie w którym duża część mojej rodziny m.in dziadek Jan brali udział a wielu w nim poległo …
Nic więc dziwnego że Piłsudzki w Wielkopolsce nie miał dobrych notowań ( ja też nic dobrego o nim od dziadków nie słyszałam). Nie zapomnieli tego Naczelnikowi  nigdy …


Potęgował to fakt, że po jego śmierci, w Buku rodzeństwo dziadka wyszło na ulice ( była to wielka demonstracja) nieśli trumnę i wołali : …  he he he … kurwiarz zdechł

( nawiązanie do jego znanych licznych romansów – podobno zmarł na kiłę)


za to skończyli w więzieniu …

Rodzice Mamy Mariolki – Jan  Szajek i Wiktoria Szajek de domo Karpińska. Zdjęcie z albumu Marii J. Nowakowskiej

dziadek, Ojciec Mamy – Jan Szajek z Buku był wielkim patriotą
miał 2 tomy Historii Polski – oprawione w czerwoną skórę z dużym białym orłem  i w wolnych chwilach czytał nam …
nie wiem czy to odniosło oczekiwany przez niego skutek czy była to wina nauczyciela ( zabierał nas na wykopki na swoje pole  i dawał ocenę w zależności od tego kto ile zebrał ) – ale historia była najmniej lubianym przedmiotem w szkole ….

teraz przypomniał mi się ten pan od historii – chyba były pracownik UB
znęcał się nad uczniami np. ostro zakończonym ołówkiem dźgał pod paznokcie, stawiał ucznia przed pierwszą ławką przykładał kij pod brodę i odginał dziecko w tył …

tato, który był przewodniczącym komitetu rodzicielskiego interweniował wielokrotnie a na te wykopki nie pozwolił mi jechać – powiedział : masz mieć ocenę za wiedzę a nie za roboty
gdy pan Bomba ( o dziwo pamiętam jego nazwisko ! ) zapytał mnie, dlaczego nie byłam – to mu powiedziałam …
byłam tak gnębiona że groziła mi 2 na koniec roku
tato zażądał egzaminu komisyjnego  i przed komisją zdałam na 5
potem sprawa nabrała tempa i pan został zwolniony ze szkoły  ( podobno ze szkolnictwa wyleciał)
ale historii nie polubiłam co dziadek miał mi za złe 
🙂

 

Obraz dworku w którym urodziła się Babcia Mariolki – Mamy jej Mamy – Wiktorii Szajek z d. Karpińskiej , żony wspomnianego Jana, namalowany przez Męża Marioli.

                           Jakże przejmująca jest ta krótko opowiedziana  przez Mariolę historia tak bardzo patriotycznej Wielkopolski w aspekcie decyzji Piłsudzkiego, by nie było tu Polski ….  Te  spisane dramatyczne dzieje Jej Rodziny ,  które usłyszała bezpośrednio z ust  uczestników wydarzeń tamtych czasów mają wartość bezcenną …

Dziękuję Ci,  Mariolu za tę relację.  Dzięki Tobie, ta część historii stała się dla mnie żywa ….

Poczytałam też to, co pod linkami. Trochę wiedziałam na temat, ale dopiero  Mariola spowodowała, że wszystko jest dla mnie jakby osobiste…

 http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/727655,jozef-pilsudski-w-wielkopolsce-bohater-czy-zlo-konieczne,id,t.html

http://wyborcza.pl/alehistoria/51,121681,18604408.html?i=0

 

 

Józef Piłsudzki w Poznaniu, 1919 rok. Zdjęcie ze strony https://regionwielkopolska.pl/dzieje-wielkopolski/wazniejsze-wydarzenia/jozef-pilsudski-a-wielkopolska.html

 

Idziemy dalej, proszę wycieczki….

bieczii.png

Mapa Polski z Bieczem db. zaznaczonym już była, więc tym razem ten czerwony punkcik, to właśnie miasteczko ze snów, gdzie mówią wieki…

 

BieczStary.jpg

Biecz na XVII wiecznej rycinie…

 

KościółKlasztorFranciszkanówBiecz.jpg

Biecz. Klasztor oo. Franciszkanów Prowincji Matki Bożej Anielskiej , zbudowany w latach 1645- 1663 z przytulonym do niego kościołem św. Anny. ( z lat 1641-1650).  Obiekty te oznaczono na schemacie zabytków Biecza nr 10.

 

ZabytkiBiecza.png

 

 

 

Idziemy dalej , proszę wycieczki…..

Tak dużo minęło czasu od ostatniego wpisu z wycieczki do Biecza. Stale wkradały się inne tematy. Ale Biecz czekał, odwieczny, przyzwyczajony do tego, że ludzie z niego wyjeżdżają, wracają, pokolenia przemijają, a on jest i zaprasza.

Takoż i my dzisiaj wrócimy do ciebie, piękny, stary królewski Bieczu.

O podróży pociągiem, klimatycznej  i romantycznej , szczególnie dla mnie, córki kolejarza,  już pisałam. O starej Kapliczce opowiadającej piękną legendę,  i o najstarszym zachowanym polskim szpitalu też możecie znaleźć w tym blogu, bo już było.

A teraz pora na dalszą wędrówkę.

Gdy oderwiemy się od myśli krążących nad najstarszym polskim szpitalem św. Ducha zobaczymy bielejące pobliskie zabudowania.  To klasztor oo. Franciszkanów Prowincji Matki Bożej Anielskiej , zbudowany w latach 1645- 1663 z przytulonym do niego kościołem św. Anny. ( z lat 1641-1650).  Obiekty te oznaczono na schemacie zabytków Biecza nr 10.

Miejsce nie jest zwykłym terenem gdzie te sacralia postawiono.

Gdy przyłożymy ucho do ziemi, usłyszymy jak opowiada o dziejach zamku, który tu kiedyś zbudowano.  Zamku Królów Polskich. Wiatr historii zmiótł go z powierzchni, ale ziemia zachowała pamięć. Dzisiaj można podziwiać tylko jeden zamkowy ślad, ale za to jaki ! Są to wielkie drzwi zamkowe , ozdobione orłami jagiellońskimi z XVI wieku, które wiodą  do kościoła.

Ale po kolei było tak.  Upomnieli się o lepsze, niepodmokłe miejsce reformaci. Dotychczas mieszkali blisko Ropy, która corocznie brutalnie wpływała za ich progi. Zamek jeszcze dogorywał, gdy starosta biecki Jan Wielopolski przeniósł do grodu, na grzbiet wzgórza starostwo a braciszkom ofiarował to miejsce magiczne, dawno już opuszczone. Braciszkowie,  bardzo pracowici, od razu wzięli się do dzieła , odbudowali zamek , przeznaczając go na swój klasztor.

Tak więc od dnia , gdy w XVII wieku zostali mieszkańcami dawnego zamku, są tu nadal. Ile już pokoleń franciszkanów , ojczulków w czarnych habitach przepasanych białym sznurem przeniosło się w zaświaty, a nieśmiertelny zamek- klasztor stoi jak stał.

Raz się zdarzyło, a było to  w 1770 roku, gdy konfederaci barscy stoczyli w pobliżu bitwę pod Siepietnicą,  widząc , że Rosjanie mają znaczną liczebną przewagę , uciekli  do Biecza. Ścigający ich Rosjanie złupili miasteczko a szczególnie kościół i klasztor franciszkański, mordując kilku zakonników.

Gdy będziemy stali nieruchomo, nikt z nas nie puści nawet pary z ust, może usłyszymy odgłosy tamtej bitwy, rozpaczliwy krzyk mieszkańców, potem już tylko ciszę nabrzmiewającą bólem  i pogrzeb braciszków w milczeniu złowrogim, bo nie modlili się za wrogów, jeno za swoich. A pan Jezus przecież nauczał : „ Miłujcie nieprzyjacioły swoje”. Ale oni nie słuchali, bo jak świat światem nikt nie słucha słów pana Jezusa, tylko udaje, że jest pobożny, a tak naprawdę diabła ma za skórą, jak dobitnie pokazuje nasz czas. Czas który przyszedł z dobrą zmianą. Mój Boże, widzisz to i nie grzmisz? A może Ciebie w ogóle nie ma?

Remont kościoła i klasztoru wykonano dopiero w 2003 roku ustawiając na pamiątkę figurę Matki Boskiej Niepokalanej. No cóż, niech ludkowie pamiętają , że pan Bóg czuwa a Królową mamy jedną  …

No już, Mili moi, dość tych rozmyślań, pora wejść do środka, zarządzam, albo ktoś z Was znużony moim gadaniem tam się już znalazł.

Więc  pokornie wchodzimy do kościoła św. Anny. A tam czeka barokowe jednonawowe skromne wnętrze. Zachwycamy się, że tak skromnie, tak jak przystało na franciszkanów. Jest ok. Z głównego ołtarza patrzy na nas św. Anna. O czym myśli, nie wiemy, a może nie myśli już w ogóle, bo się zmęczyła tym nieustannym myśleniem. OOO db jest patrzeć na niemyślącą o niczym św. Annę bo potrzebny jest nam jej spokój, spokój w naszym rozedrganym świecie ma wagę złota.

Ale po chwili medytacji powoli czujemy jak powraca nasz  wewnętrzny niepokój,  bo jednak niepokój mamy w sobie . Medytacje daleko na wschodzie, gdzieś na Tybecie pewnie. A my w Bieczu….ale tym razem nasz spokój zaburza widok konkretny. Bo widzimy  obraz zawieszony na ścianie  obok ołtarza. To „ Zdjęcie z krzyża”,   ponoć dzieło malarza z kręgu samego El Greca. Zatapiamy się w cierpieniu Najwyższego, gdy nagle zalewają nas smugi światła. Szarawo było na dworze, a tu  jasność kolorowa przyszła z gwałtownie  wyglądającym zza chmur słońcem. Widać litościwie chciało nas ożywić, pobudzić i zagrało w witrażach. Mój Boże, jakieście cudne szepnęliśmy do witraży. A one na to, że nie tylko jesteśmy cudne, ale bardzo znane i ważne, bo projektował nas w 1908 r. sam Mistrz Matejko! Wprawdzie to nie ten Matejko o którym pomyśleliśmy, a jego bratanek, ale jednak.

Po chwili słonecznego i witrażowego olśnienia, pochyliliśmy głowy w nabożnym szacunku. Bo przed nami stanął sam  św. Franciszek ze  św. Antonim u boku. . Któraś z nas zaśpiewała św. Antoni, św. Antoni, serce zgubiłam pod miedzą, ale zamilkła gdy doznała kuksańca w bok od nabożnej koleżanki. A niby dlaczego nie można tak pośpiewać św. Antoniemu, niech chłop ma chwilkę radości i zapomnienia. Ale już się stało, nikt już nie śpiewał a my gęsiego, za braciszkiem, przewodnikiem  powędrowaliśmy za główny ołtarz, gdzie stoi sobie spokojnie pogrążony w wiecznej drzemce pulpit muzyczny z XVIII wieku…

Gdy wydobyliśmy się  zza ołtarza, trafiliśmy  prosto pod ołtarz boczny, gdzie powitała nas zadowolona, że wreszcie komuś może się pokazać XVI wieczna pięknie wyrzeźbiona Matka Boska Biecka , którą przebrano w strój szlachcianki , z czego jest niezmiernie  dumna. Zwykła kobieta z Nazaretu tak doceniona, no no. szlachciankę zgrywa. I dobrze, każdy ma prawo być dowartościowany, tym bardziej, że zasługuje. W końcu dała nam ludzkiego Boga , jednego z Trójcy ( niepojęte, ale jednak). Nie ma co rozważać, albo się wierzy albo nie. To nie może być objęte rozumem.

Nasze zagapienie, zamyślenie i rozterki przerwał miłym głosem braciszek, który był nam przewodnikiem. Czy chcecie odwiedzić w podziemiach ukryte w krypcie szczątki bardzo ciekawego człowieka- Wacława Potockiego. Widząc, że się zanosi na dłuższe opowiadanie, bo ta postać zasługuje  na nie w pełni, powiedzieliśmy, że już nogi bolą, może innym razem. Braciszek nie oponował, jeno pokazał nam zawieszoną w kruchcie tablicę z . epitafium Marii Amalii Mniszchowej ( 1736-1772) . Czytamy  napis…”D.O.M. Maria Amelia z hrabiów Bruhlów Mniszchowa Generałowa Wielkopol. Umarła w 36 r. wieku swego d. 30 kwiet. R. 1772 w Dukli. Prosi o Zdrowaś Maria„.

Kimże była ta Maria, ktoś zapytał. Braciszek już się szykował do dłuższej opowieści, ale widząc nasze ręce zaciskające kije do Nordic Walking , na których to się wspieramy, nasze  nóżki nieco wiekiem wykoślawione i oczki z wyrazem splątania wyczerpującą wycieczką , się zlitował i tylko krótko powiedział :  To córka Henryka Bruhla, pierwszego ministra Augusta III, żona Jerzego Augusta Mniszcha, Marszałka nadwornego koronnego. Znała 6 języków ! Bywała na dworach cesarskich, gdzie próbowała zainteresować sprawami Polski. Teraz na spokojnie doczytałam w necie, wysnuwając jedyny wniosek, że jej biografia jest tak bardzo obszerna i tak bogata w wydarzenia,  że pewnie mój blog pękłby z tego nadmiaru. Więc nie piszę. Braciszek na koniec powiedział, że bohaterka tego epitafium zmarła młodo, oficjalnie  na gruźlicę , ale wysoce prawdopodobne, że została zatruta. Jej mąż wystawił jej rokokowy grobowiec w Dukli, w Warszawie w Kościele św. Antoniego a także w Sanoku możemy znaleźć jej epitafium . identyczna jak w Sanoku znajduje się w Bieczu. I właśnie przed tą tablicą stoimy i może rozmyślamy nad upływem czasu a także nad sprawiedliwością ludzką ….

Ale mili moi, koniec tych rozmyślań, bo czas goni. A właściwie goni nas braciszek, który przestępuje z nogi na nogę, byśmy zdążyli wszystko obejrzeć. Nic dziwnego, dumny jest ze swojego klasztoru, i ma być z czego dumny, przyznajemy.

Więc potulnie drepczemy na dziedziniec,  pod klasztor. I już oglądamy wieżyczkę zegarową z 1744 roku wykonaną przez braciszka Klemensa Czechowicza. Fajnie, że nie tylko się modlił ten braciszek wznosząc oczy w niebo, tylko zajął się konkretną pracą . I teraz możemy oglądać to dzieło i myśleć o jego artyście. I już sama nie wiem co ważniejsze, czy modły czy praca u podstaw. Z nikim się nie dzielę tą wątpliwością. Bo wszak Pan Jezus wybrał kiedyś kobietę, która słuchała jego słów a nie tę, która zajmowała się domem…

Idziemy, idziemy dalej, ponagla nas współczesny braciszek . Wiedzie nas  na piętro  i z dumą pokazuje  bibliotekę, unikatową- bo  same tam białe kruki . Cokolwiek by to znaczyło, chyba wiek jej księgozbiorów mówi sam za siebie. Mój Boże, I jęknęłam, to woluminy z XV wieku!. A jest ich ponad 2000! No coment.

I jeszcze chór muzyczny nam został a tam 16 głosowe organy firmy Braci Rieger sprawione w 1903 roku….

A na dziedzińcu przycupnęło 14 kaplic Męki Pańskiej i  przy XVII wiecznym murze, od strony południowej klasycystyczna kaplica z rzeźbą Chrystusa przy słupie ….już wszystko nam się miesza, zamęt w głowie od tych staroci, spiętrzenia wrażeń. Wszystko trzeba będzie w głowie poukładać, gdy już wrócimy do domu. A może nie zdążymy, bo już czekają nowe przygody. …

I jeszcze tylko pod stopami mówią wieki, to głosy z wału ziemnego z czasów potopu szwedzkiego  ochraniać miał klasztor od strony południowej. …

Tak Bieczu miły, tu właśnie słychać jak mówią wieki……

 

KlasztorFraniciszkanĂłwBiecz.jpg

 

jednonawowy Kościół św. Anny, przytulony do Klasztoru Franciszkanów

 

franciszkaniez portaluBarkaFranciszkanie.jpg

 

A oto braciszkowie- franciszkanie, wprawdzie w innym mieście, ale ten strój od wieków taki sam….z portalu Barka

Wszystkie zdjęcia z netu.

Obiecuję własne, gdy może Bóg da, jeszcze wrócę do Biecza….

 

 

 

Gorzów, Landsberg, ludzie we mgle…..

 

 

P1060002.JPG

Pani prezes Naszej Chaty a za nią podąża jej grupa wędrowców….goniu, mniemam, że wyrażasz zgodę na zamieszczenie tu tego zdjęcia….

 

koszry i katedra.JPG

Panorama Gorzowa, po lewej czerwony dach moich koszar. Widok z sąsiedniego wzgórza położonego na zachód od miasta.Od tej strony, chociaż nieco bliższej nadchodzi gonia. ( moje zdj z 2009 r.)

P1202192.JPG

Ze zbiorów michałowickiego minimuzeum Gorzowa ( eksponaty od goni i przez nią podpisane). Kamienie z dziedzińca koszarowego, gdzie dociera gonia ze swojego domu idąc na zbiórkę  turystycznej grupy- Naszej Chaty. Droga wiedzie zboczem wzgórza, magicznymi schodami i dalej w dół, pod pomnik Mickiewicza….

 

 

 

Jak opowiadałam przedtem, właśnie przebywam na emigracji wewnętrznej i dzięki temu swobodnie krążę po moim Gorzowie. Nikt mnie nie ogranicza, nie narzuca swoich  poglądów ani nie straszy przyszłością.  Jest pięknie tu, w krainie wiecznego dzieciństwa. Zapraszam do niej przyjaciół, spotykam dobrych znajomych. Spotykam tych, których lubię,

Oto pojawia się na horyzoncie gonia, widzę jej niewielką sylwetkę , wiatr figluje w jej świetlistych blond włoskach. Ofiarował  tę przyjaźń los, kierując mnie przed laty do portalu MM Gorzów, którego już nie ma, ale zostali dobrzy znajomi, których nigdy bym nie poznała, chociażby z  powodu różnicy wieku.

Gonia mieszka nieopodal mojej dawnej ulicy Orląt Lwowskich, ale za koszarowym wzgórzem. I dzisiaj lekka niczym ptak zbiega z niego jak co tydzień pod pomnik Mickiewicza, by spotkać się ze  grupą klubu Naszej Chaty , której jest prezesem i potem wędrować podgorzowskimi wzgórzami,  podziwiać urodę licznych  jezior pozostawionych przez lodowiec, zielonookich obramowanych rzęsami lasów……jak zwykle ma przy sobie aparat fotograficzny i potem wysyła mi zdjęcia. Wie jakie lubię, szczególnie smakowite są te na których  utrwala moje ukochane gorzowskie kąty . Zatrzymuje się na szczycie wzgórza pod dawnymi koszarami, gdzie teraz Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa.

Szkoła? Teraz jest tam jednak szkoła?

Tu się zatrzymuję i cofam w czasie. Bo wyczytałam w necie, że dawny burmistrz Landsberga ( obecnego Gorzowa) , Otto Gerloff, który sprawował swoją funkcję bardzo długo, bo w okresie 1915-1943 r.  proponował, by w latach 30 ubiegłego wieku na tym wzgórzu  wybudować właśnie szkołę. Jednak pomysł storpedowali nauczyciele, lękając się, że wiejące tu silne wiatry będą powodowały przeziębienia dzieciaków. Zabawne, prawda? Kto teraz tym się martwi? Na michałowickiej szkole strzelają w niebo jakieś masywne anteny przekaźnikowe i dzieciaki są osaczane niewidzialnymi ale na pewno wysoce szkodliwymi falami. Nikt się tym nie przejmuje….. jestem starej daty i widząc to, cierpnie mi skóra. Ale może przesadzam…..

Kończę tę dygresję, którą na pewno mi wybaczycie i wracam do Gorzowa .

Widzę jak gonia znajduje kamienie z właśnie rozbieranego dziedzińca koszarowego. Taszczy w plecaku i przywozi do mojego michałowickiego domku, gdzie tworzy minimuzeum gorzowskie. Na każdym litera k- co oznacza koszary. Widzę jak starannie  podpisuje …..

Gdy dzisiaj oglądam sobie  te kamienie nagle słyszę chichot. Rozglądam się, ale nikogo nie ma w domu.

I czuję, że znowu jestem w Gorzowie a właściwie w niemieckim Landsbergu. Są lata 30 ubiegłego wieku.

Z przyjemnością czytam to, co pisze Dariusz Barański w Gazeta. Gorzów cytując  zapiski Gerloffa ….

”  Landsberg, czyli nasz późniejszy Gorzów był miastem pięknym i wesołym. Stacjonowały tam liczne niemieckie wojska…”

„ Kiedyś do miasta przyjechał Erwin von Witzleben razem ze sztabem oficerów. Gościł na ratuszu i od początku miał dobre nastawienie do Landsberga. Jak sam opowiadał, przejeżdżał kiedyś przez miasto podczas manewrów i jego frankfurcki 8. pułk został bardzo serdecznie przyjęty przez mieszkańców, a gospodarz Piwnicy Rajców w podziemiach Sparkasse (dzisiejszy Urząd Miejski) przywitał go ze srebrnym kielichem wybornego wina. Powiedział sobie wtedy: ” Gdy tylko będę mógł o tym decydować, pierwszym miastem, które otrzyma garnizon, będzie właśnie Landsberg – miasto przyjazne”.

Gdy  von Witzleben został feldmarszałkiem, mógł urzeczywistnić tamto postanowienie. Nowe koszary miały powstać nieopodal starych. Ale wieloletni burmistrz Landsberga- Otto Gerloff miał inny plan lokalizacji. Gdy upadł pomysł wybudowania szkoły w jego ulubionym  miejscu na wzgórzu, wymyślił by tu posadowić nowe koszary.

      Właśnie dzisiaj na to landsberskie, jeszcze wtedy nagie wzgórze wieloletni burmistrz miasta- prawnik, historyk i regionalista w jednym-   Otto Gerloff   przywiódł  niemieckiego feldmarszałka- Erwina von Witzleben . I to oni chichoczą …

 „ jadąc na to wzgórze, przypomniał sobie opowieść o diable, który prowadzi na wysoką górę, by pokazać piękno tej ziemi”…….

”- Generał ujrzał na górze spory teren z pięknym widokiem na dolinę Warty.

Wróciliśmy bez słowa i dwa dni później dostałem list, że wojsko rezygnuje z rozbudowy starych koszar i dla dwóch batalionów będzie budować nowe nad Lugestraße ( obecnie Orląt Lwowskich )- wspominał burmistrz……i stało się. :

   To tyle na temat historii . I oglądam pocztówkę ze zdjęciem koszar z tego okresu ( Niemcy lubili pocztówki, na których dokumentowali najpiękniejsze widoki miasta, jest ich wielkie mnóstwo, na wielu są ludzie w strojach z epoki- cudne- żal, że teraz już tylko maile….). W koszarowych oknach piękne kwiaty  i hitlerowskie znaki nad wejściem…

A przecież i Gerloff i feldmarszałek pomimo tego, że byli aktywni i zajmowali ważne stanowiska w Rzeszy , byli przeciwni nazizmowi:  

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” . Ta struna fortepianowa mnie prześladuje, cóż za pomysł…..wyrafinowany, chyba długa śmierć, bo nie dochodzi do szybkiego przerwania rdzenia. I skojarzenie z tym narodem który kochał muzykę….brrr……..

Patrzę na zdjęcie burmistrza Landsberga- Otto Gerloffa.  Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do odejścia z urzędu . 1 grudnia 1943 roku  przestał być burmistrzem miasta . Później osiadł w Aschau Am Chiemsee (Niemcy), gdzie zmarł w 1956 roku.

Takie losy, ludzkie losy….dobrze, że człek nie zna przyszłości. Może żyć normalnie, nawet cieszyć się życiem. Tak, cieszyć się życiem, dopóki trwa…..

Ale dzisiaj jeszcze tamci  nie wiedzą co będzie dalej, nawet chyba nie myślą , najpierw chichoczą stojąc na nagim jeszcze wzgórzu, potem patrzą w dal gdzie połysk szerokiej Warty w  zielonej kwietnej  dolinie. I milczą zachwyceni…..

Gonia właśnie zatrzymuje się w tym miejscu gdzie stali, a teraz byłe koszary. Wyjmuje aparat, robi zdjęcia, potem  wysyła. Dzięki goniu, mówię…..

Mgła otula dolinę Warty, widać tylko piękne elementy, najbliższe………magiczne….mgliste…..tylko mgła……mgła otula horyzont i tamten czas….

koszary.jpg

 

Koszary w 1935 r, nazistowskie oznaczenia i kwiaty w oknach….stara pocztówka z Landsberga

 

Erwin vinWitzleben przed sądem po zamach na hitlera 1944.jpg

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” .

gerloff_otto.jpg

Otto Gerloff, burmistrz Landsberga w latach 1915-1943 r. Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do ustąpienia ze stanowiska/ Oba zdjęcia z wikipedii

101_3542_1280x960.jpg

Ozdobna barierka oddzielająca dawne koszary od stoku wzgórza . Nie ma już mojej kosodrzewiny, ale mgła jak kiedyś……Zdjęcie od goni.

101_3543_1280x960.jpg

 I widok w dół gdzie we mgle ulica  Bohaterów Warszawy, opasująca wzgórze i dalej moja dawna  wtedy Nowotki, a teraz Orląt Lwowskich…moje kosodrzewiny już umarły, ale i tak jest pięknie…..zdjęcie od goni

 

Powroty do Raciążka.

P4190809.JPG

Widok ze wzgórza, gdzie Raciążek. Blado błękitna wstążka Wisły przecina lasy

 

 

P4190813.JPG

Ciechocinek w dali

 

 

Gdy miałam kilkanaście lat, odwiedziłam Rodziców, którzy przebywali na leczeniu sanatoryjnym w Ciechocinku.

Nie interesowała mnie historia tych ziem, ale lubiłam wypatrywać ciekawe miejsca, wędrówki i w ogóle rozglądanie się po świecie. Ciechocinek nie bardzo mnie zaciekawił . Bo teren monotonny, depresyjny nawet niektóre ładne budowle sanatoryjne obejrzałam jednym okiem.

Rozglądając się po smętnym widnokręgu nagle ujrzałam znaczne wzniesienie , jakby cypel samotny zielony czy wielki okręt wcinający się w tę ponurość krajobrazu. Niewiele myśląc pomaszerowałam w tym kierunku.

Na rubieżach Ciechocinka , gdy mijałam ostatnie domostwa, i wspinaczka na wzgórze była niebawem, nagle pojawiły się sady. Wielkie mnóstwo drzew owocowych , jabłoni obsypanych kolorowymi owocami . Żadnych domów wokół, teren bez ogrodzenia wydawał się bezpański. Nie wiem czy był bezpański, ale ja niewielka nastolatka tak to odbierałam. Wydawało się, że jestem w Tajemniczym Ogrodzie, którą to książką była wtedy zauroczona, co mi pozostało do dziś. Nie zapomnę tego zjawiskowego widoku opuszczonych sadów, które układały się u podnóża owego cypla. Weszłam pomiędzy drzewa, z nabożnym skupieniem i poczuciem że dotykam jakiejś tajemnicy. Jabłka leżały na ziemi, podnosiłam i chrupałam zachwycając się ich smakiem i wonią.

Ale cel wędrówki był jeszcze przede mną, więc opuściłam to zaczarowane miejsce i wdrapałam się na stromy i wysoki brzeg tego cypla.

I nagle otworzyła się przede mną inna, magiczna kraina. Na grzebiecie wzgórza  rozsiadło się niewielkie miasteczko i sennie oglądało okoliczne miejscowości  położone w dole.  , jak Ciechocinek czy Nieszawa. Nagle się budziło, gdy słońce wpadało do rzeki i wówczas wielkie lśnienie tylko było i zachwyt jaka piękna jest tutaj Wisła…

Łazikowałam sobie po tym do patelni podobnym terenie, zaglądałam w różne zakamarki aż wreszcie dotarłam na miejscowy cmentarz a potem rozsiadłam się na ceglanym murku zburzonego przed laty bardzo starego zamku. Było sennie i rozkosznie. Jednak trzeba było się zebrać w sobie i energicznie wyruszyć w drogę powrotną, bo być może niepokoili się o mnie  Rodzice. Tą wyprawę z dzieciństwa mam stale zapisaną w pamięci, a w niewielkiej kolekcji podobnych wydarzeń zajmuje jedno z pierwszych miejsc….Tęskniłam za tamtym czasem, miejsce, słonecznym lenistwem i wstęgą złożoną z samych błysków na Wiśle…

     Bo bardzo wielu latach, chyba 50, udało mi się tam wrócić . Zaprosiłam na tę wyprawę   towarzyszy sanatoryjnych . Oczywiście już nogi nie te co kiedyś, nie wytrzymałby takiej trasy pieszej, więc pojechaliśmy  samochodem.

Raciążek okazał wielką łaskawość, bo pokazał się w całej krasie i był taki sam jak kiedyś- uroczy…Wszyscy byli nim zachwyceni, bo miejsce przepiękne.

Oczywiście odwiedziliśmy kościół z XVII wieku, cmentarz z niezapomnianym grobem pszczelarza , który otrzymał kamienny ul na wieczne czasy….i wreszcie ruiny zamku. Poczytałam na jego temat i o nim wspomnieć teraz. W miejscu, gdzie teraz ruiny stanął w XIII wieku gród drewniano ziemny wzniesiony prawdopodobnie przez biskupów kujawskich. Miejsce wybrano nieprzypadkowo, bo z uwagi na położenie było łatwe do obrony i widok stamtąd był na daleki horyzont. Jednak to nie pomogło, gdyż w 1330 roku wprawdzie po długim i powtórnym oblężeniu gród został zdobyty przez Krzyżaków.

Prawdopodobnie biskupom zależało na posiadaniu w pobliżu Włocławka, kolejnej własnej rezydencji. Na pewno zamek wzniósł biskup Maciej z Gołańczy, który zmarł w 1364 roku, a jego następcy zamek rozbudowywali, dodali też oni mury na obwodzie posesji wzdłuż krawędzi zbocza a potem wieżę.

To tutaj odbywały się rokowania z Wielkimi Mistrzami  w czasie poprzedzającym wielką wojnę z zakonem krzyżackim. Przebywała tu Jadwiga i Władysław Jagiełło, pertraktując zwrot ziem polskich ( bobrzyńskiej i dobrzyńskiej).

W XVI wieku rozbudowano zamek i przekształcono wnętrza tak, by powstała późnorenesansowa  rezydencja o charakterze obronnym. Dodano wieżę bramną przy suchej fosie.

Jednak u schyłku XVII wieku zamek został opuszczony, a zabudowania gospodarcze rozebrano.

W początkach XVIII wieku Felicjan K. Szaniawski wzniósł drewniany budynek poza terenem zamkowym a w 1720 biskup Krzysztof Antoni Szembek na zniszczonych murach głównego budynku zamkowego wzniósł pałac barokowy.

Po rozbiorze Polski, w r. 1804,  władze pruskie rozpoczęły rozbiórkę pałacu by wykorzystać jego materiał budowlany.

W latach 1978- 1985 prowadzono na tym terenie badania i w efekcie zabezpieczono ruiny jako trwały obiekt turystyczny.

     Trudno było się oderwać od tego magicznego miejsca, wzgórza jak samotny okręt na równinie i wiślanym horyzontem. Ale niestety czas wyprawy minął. Wróciliśmy więc na smętne równiny, unosząc pod powiekami zapamiętane widoki, zdjęcia w aparacie fotograficznym czekały.

Tak, Raciążek jest miejscem do którego będziemy wracać, bo warto, bo magiczne, niepowtarzalne. Jeśli nie w realu, to jedynie wirtualnie.

 

 

P4190847.JPG

 

 

P4190827.JPG

 

 

P4190838.JPGP4190823.JPGP4190838.JPGP4190863.JPGRaciązek.JPG

 

P4190852.JPG

 

 

Gorzowski sen o Busku Zdroju.

Jestem już w  Busku Zdroju i mnogość zajęć przerasta moje możliwości pisania . Mam nadzieję na ustabilizowanie tej sytuacji, chociaż obecność współlokatorki pokoju sanatoryjnego-  przemiłej gawędziary może stanowić niejaką przeszkodę. Na razie tekst, który zamieściłam w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka w 2011 roku, po pobycie w tym czarownym miejscu…..

 Gorzowski sen o Busku Zdroju.

Miałam piękny sen. Byłam w Busku. Gdy się obudziłam , jak zwykle  wbił mi się w oczy ogromny napis na ścianie odległego  wieżowca – Nida Gips. Śnieżna Dolina Nidy niedaleko Buska . Przetarłam oczy  . Jestem w Gorzowie.  

 

Niedawno  byłam w Busku . Teraz  mam wspomnienia, zdjęcia,  foldery i wiadomości z Internetu.

 

Położenie.

Powiat buski  leży na Wyżynie Małopolskiej , na tzw.  Garbie Pińczowskim, sąsiadując z  innymi regionami tej Wyżyny – Niecką Solecką i Doliną Nidy.

Miasteczko znajduje się 50 km na południe od Kielc i w 80 km na północny wschód od Krakowa.

 

Budowa geologiczna.

Wiele milionów lat temu w  okresie mezozoiku i trzeciorzędzie powstawały na tych terenach fałdowania alpejskie. W miocenie znajdowało się tutaj płytkie, ciepłe morze. W wyniku szybkiego parowania , dopływu wód słodkich i niewielkich opadów dochodziło do strącania osadów. Wtedy powstawały gipsy .Na obrzeżach powiatu buskiego znajdują się też skały kredy..

Solanka morska morza  mioceńskiego została nasycona siarką z pokładów gipsowych . Siarka przy udziale węgla i wodoru oraz bakterii beztlenowych zmieniła wartościowość z VI i IV na II. Powstały siarczki i wielosiarczki. Z tych ostatnich przy pomocy odpowiedniego pH wody wydziela się siarkowodór, który z łatwością przenika do organizmu przez skórę i błony śluzowe. Leczy choroby układu krążenia, skóry, narządu ruchu i układu nerwowego.

Źródła takie znajdują się w wielu miejscowościach Europy ( m. in. Baden) i w Polsce.( m. in. Lądek Zdrój, Wieniec Zdrój, ale najbardziej nasycone są w Busku ).

 

Historia

Już w XI wieku zaobserwowano ,że z błotnistego terenu wypływają źródła o zapachu siarkowodoru. Teren ten nazywano bugskiem. Wówczas tam powstały pierwsze chaty pasterzy. 

W   XII wieku stanął pierwszy kościół p.w. św . Leonarda.

Wg zapisków Jana Długosza , właścicielem terenów był rycerz Deresław , który w 1180 roku sprowadził tam  zakon norbertanów.

Osada otrzymała prawa miejskie od krakowskiego księcia Leszka Czarnego. Ponieważ miasto leżało na szlakach handlowych na Ruś i do Krakowa, rozwijało się szybko.

Bywał tam król Władysław Jagiełło , a jego Jadwiga ponoć moczyła nogi w wodzie z tych źródeł .

Miasto zostało zniszczone w 1474 r. przez szlachtę udającą się na Węgry , potem złupione w 1542 roku , a w czasie najazdu szwedzkiego w 1655 zupełnie upadło .

Dopiero w  1776 roku  zainteresowano się niezwykłą wodą ze źródeł w Busku i powstały prace naukowe udowadniające ich lecznicze własności.

 Ważne dla Buska nazwiska to:  ksiądz Franciszek Belin Ossowski , hrabia Leopold Biust i dr Winterfeld, który w roku 1808 prowadził  badania nad składem wody .

W  1819 roku następuje kasata Klasztoru Norbertanek- Busko jako dobro zakonne przechodzi w ręce rządu Królestwa Polskiego, a ten w  wydzierżawia je generałowi Feliksowi Rzewuskiemu.  Generał zadbał o rozwój  miasta . Spoczywa przy kościółku św . Leonarda w Busku .

W 1828 roku następuje oficjalne otwarcie Uzdrowiska.  

W 1922 roku dr Szymon Starkiewicz założył sanatorium dla dzieci „ Górka”, które stało się sławne na cały kraj .

Spośród  kilku starych i ładnych obiektów , najpiękniejsze jest Sanatorium Marconiego (tzw. Łazienki Marconiego.). Marconi był włoskim architektem,   urodzonym w Rzymie w 1792 roku. Gdy miał 30 lat  został zaproszony do Królestwa Polskiego ,  przez generała Paca. Pozostając w naszym kraju przez wiele lat projektował liczne obiekty w Warszawie  m. in Hotel Europejski , więzienie na Pawiaku, Kościół Boromeusza na Powązkach a także ratusze w Radomiu i Łowiczu , pałac  w Dowsbudzie  i właśnie podziwiane Łazienki w Busku. Łazienki , wybudowane w 1836 roku są obecnie obiektem sanatoryjnym, pięknie utrzymanym z salą koncertową i dwoma kawiarniami.

 W Busku odbywają się liczne krajowe i międzynarodowe imprezy kulturalne tutaj. in.  Międzynarodowe Festiwale Muzyki im. Krystyny Jamroz, której rodzina była związana z miastem a także  Ogólnopolski Festiwal Piosenki  im. Wojtka Belona ( zmarłego w 33 roku życia twórcy Wolnej Grupy Bukowina ). Był mieszkańcem Buska i tutaj jest pochowany .

 

Moje wrażenia

–   Stwórca ofiarował Busku i okolicom piękne łagodne krajobrazy  , faliste wzgórza i rozległe widoki z ich grzbietów

–    Busko jest małą polską bardzo starą ale pełną urody perełką .

 Obie części miasteczka- zwykła i zdrojowa , są  wyodrębnione  ale  pozostają w wielkiej architektonicznej harmonii .

Miasteczko zostało posadzone  jakby okrakiem na Garbie Pińczowskim. 

Na grzbiecie garbu , niby siodło ulokował się  Rynek .

Od Rynku spływa  długa , szeroka i prosta 3 kilometrowa aleja , ocieniona  wielkimi drzewami, która przechodzi przez ozdobną bramę  parku zdrojowego i kończy się przed najpiękniejszym obiektem Buska, wspomnianym już  sanatorium – Łazienkami Marconiego .

– Busko położone jest na wys. 250 m. n. p. m i ma swój mikroklimat , co powoduje , że oddycha się tu lekko , normalizuje się ciśnienie tętnicze ,  poprawia się nastrój.

W niektórych miejscach czuje się delikatny zapach siarkowodoru , ale tutaj  jest on przyjemny , bo jakby leczniczy , odbierany jako  aromat .

Opuszczając to miejsce  człek lekki uzdrowiony i wypoczęty unosi pod powiekami piękne jakby wyciszone wtopione w krajobraz obiekty i od razu chce tu wracać.

–  I człek miewa jeszcze  sny , takie jak ja dziś, sny  o przyjaznym i dobrym Busku z nagłym obudzeniem w Gorzowie.

 

– I teraz uwaga na marginesie artykułu .  

Dźwigając” urodę „ reklamy umieszczonej na wieżowcu os. Staszica pt „ Nida Gipsy „, my Gorzowianie ,  powinniśmy wnioskować o sponsorowanie bezpłatnych pobytów w Busku 🙂

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 45 )

I już ostatni wpis pod tym tytułem.

Zakończenie  artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz o historii szpitala Bergshonów i Baumanów nazywanego potem im.Dzieci Warszawy – lub w skrócie Sienna ( Śliska). Z autorką, popularnie zwaną dr Baśką pracowałam w tym szpitalu w latach 1975-1981. Jak już kiedyś wspominałam była wspaniałym zaangażowanym pediatrą , jest nadal ciekawym Człowiekiem. Podziwiałam Jej pasję zgłębiania języka esperanto która była dla Niej oknem na świat. Miała liczne kontakty z esperantystami mieszkającymi na wszystkich kontynentach i często podróżowała, co w czasach wszechwładnej komuny ,  trudnych do przebycia  granic kraju  i izolacji nie było łatwe. Pokonywała te przeszkody w jakiś nieznany sposób i jawiła się nam jako człowiek wolny.

Całe swoje życie zawodowe spędziła w tym jednym szpitalu ( nie licząc pracy w charakterze pielęgniarki w czasie Powstania Warszawskiego) , spisywała jego dzieje i opublikowała w  tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ) pod tytułem” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, za zgodą autorki zamieszczałam   w tym blogu  tekst artykułu, z uwagi na ograniczenia tego portalu dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. I teraz z żalem podaję ostatni odcinek , wszystkie można znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

kasztan.JPG

 

Zdjęcie z ubiegłej jesieni kiedy to odbyłam sentymentalną wycieczkę do mojego dawnego Szpitala. Zamknięty przed ponad 10 laty dziwną decyzją władz Warszawy pomimo niedoboru łóżek pediatrycznych, śpi w koronach starych drzew. A stary kasztan śpiewa mu kołysankę…ależ ckliwy ten podpis, wybaczcie, ale tam zostawiłam kawał mojego serca…

 

 

 ostatni fragment artykułu:

 

 

<<….. Tylko w dobrze zorganizowanym szpitalu- gdy wszystkie działy pracują dokładnie, systematycznie i z zaangażowaniem- mogą być dobre efekty całokształtu pracy. Apteka, laboratorium, kuchnia, administracja, oddziały szpitalne, szkoła, przedszkole- wszystkie te części szpitala wiedziały, że to co robią, robią dla dobra chorego dziecka. Nie bez znaczenia jest fakt, że załoga licząca 150-180 pracowników składa się w 90-95% z kobiet, młodych kobiet, obciążonych obowiązkami rodzinnymi, jest zatrudnione w systemie trójzmianowym, a lekarze pracują na całym etacie z 5-6 dyżurami dobowymi w miesiącu. Szpital był zawsze dla nas drugim domem, w którym spędzało się znaczną część życia. Personel był bardzo zżyty, nie było intryg. A jeśli zdarzały się jakieś nieporozumienia personalne, to szybko i taktownie sprawę załatwiano w gabinecie dyrektora lub siostry przełożonej.

      W latach 1953-1996 leczono w szpitalu 82 602 dzieci. Niestety, mimo usilnych poszukiwań i żmudnych studiów nad 120-letnią historią szpitala, nie udało się ustalić, ilu chorych i rannych leczył szpital w okresie obu wojen światowych ; na pewno była to wielotysięczna rzesza chorych i rannych, którzy znajdowali tu leczenie, pomoc i ratunek.

     Ten stary szpital na Siennej, obecnie  unowocześniony, wyremontowany, lśni czystością i niczym nie przypomina rumowiska gruzów, kamieni, desek, blach, śmieci wśród wypalonych domów „ dzikiego zachodu” sprzed 45 laty, kiedy rozpoczynano działalność. Dokoła wybudowano wieżowce , zieleń w ogrodzie rozrosła się. 70-letnie topole pną się ku niebu

( niektóre z nich powaliły kolejne wichury), a rozłożysty kasztan staruszek co roku odmierza czas w swej wiosennej zieleni i bieli , i w brązie jesieni, ciesząc oczy dzieci wyglądających przez okna.

 

 

Autorka, lekarz pediatra, pracowała w tym szpitalu nieprzerwanie w latach 1953-1990. Jest inicjatorką kroniki szpitalnej, którą prowadziła na bieżąco od 1970r. Gromadziła dokumenty, fotografie i notatki o wartości historycznej, dotyczące dziejów szpitala….>>

 

 

IzbaPrzyjęćByła.JPG

 

Tak obecnie wygląda budyneczek na terenie szpitalnym, gdzie w moich czasach mieściła się Izba Przyjęć. Nie zapomnę czasów dyżurów, kiedy szczękając zębami czasem w kopnym śniegu pędziłam tam na wezwanie jednej z pielęgniarek, bo ” mamy dziecko w Izbie Przyjęć” …a potem niosłyśmy pacjenta po tych schodach zwykle deszczowo lub lodowo śliskich do głównego budynku, gdzie mieściły się oddziały. Dziecko musiało być w Izbie wykąpane, były pobrane  badania- w tym zwykle płyn mózgowo- rdzeniowy, lekarz musiał ustalić rozpoznanie i wydać zalecenia do oddziału …

 

 

schody00.JPG

 

Klatka schodowa głównego budynku szpitala mieści  w półokrągłym wykuszu, piękna, ale niebezpieczna bo schody tam kręte i strome. Kiedyś dr Andrzej Pelc zbiegając z góry z kwiatem w doniczce w dłoni stracił równowagę i zerwał przyczep mięśnia czworogłowego.

Ja zawsze kurczowo trzymałam się poręczy . Ileż razy przemierzyłam te schody z duszą na ramieniu i ściśniętym sercem gdy na którymś z poziomów – oddziałów pogarszał się stan dziecka. A przez 17 godzin dyżurowych miałam je wszystkie pod opieką. Jakże to dawne były czasy, lata 1975- 1981, młoda byłam. A dzisiaj w radio słyszę, że średnia wieku pediatrów wynosi 58 lat. Źle się dzieje w naszym kraju i strach pomyśleć co będzie dalej…

 

Przych1.JPG

 

Jeszcze stoi barak w którym mieściły się przychodnie przyszpitalne( tam też pracowałam jako lekarz zakładowy ) oraz kadry, gdzie należało składać oświadczenia w przypadku nawet parominutowego spóźnienia do pracy. W oświadczeniu należało napisać  dlaczego tak się stało i kiedy się odpracuje…

 

 

SiennaPtak.JPG

 

Ponad stuletnie drzewa obok szpitala( główny budynek po lewej) opisywane przez dr Baśkę jeszcze rosną i jak kiedyś mieszkają w nich ptaki…fragment budynku po prawej to zrekonstruowane kamienice przy ul. Siennej. Z tych okien ciężarna matka koleżanki- Heleny, pani Lenkiewicz,  obserwowała jak jej mąż- lekarz operuje rannych w Powstaniu Warszawskim… trwało to wiele dni i nocy….

 

 Bardzo dziękuję dr Marii Barbarze Chmielewskiej Jakubowicz za wszystko:

za wspólne lata spędzone w tym szpitalu, za spisanie i opublikowanie jego historii ….za to, że jest…