Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 33 ). Dobra, choć krótkotrwała praca w magazynie odzieży .


zdjęcie własne – jakby symbol chwilowej jasności ( opisanej poniżej ) w życiu katorżnika

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Brygadzista dowiedział się o moim inwalidztwie, przyszedł do mnie i namawiał, bym chodził w dalszym ciągu na robotę, bo dużo zarabiam i pajka jest największa – 950 gram.

Przyrzekłem, że nie rzucę tej pracy.

I wyszedłem nazajutrz  razem z brygadą. 

W czasie pracy, rozmówiłem się ze swoim kolegą – naparnikom pracy – o tym, że ja jestem inwalidą.

Ten zrobił duże oczy i zapytał: „ Dlaczego ja jestem na robocie?”.

Namówił mię brygadzista”- odparłem.

Kolega na to: „ Tak, jemu choczetsia zarabatować bolsze procentow i mieć balszoju pajku. Wy jewo nie słuszajtie, a zawtra nie wychodzicie taskać szpały”.

 Idąc z pracy, rozmyślałem, jak postąpić?

Doszedłem do wniosku, że lepiej nic nie zarabiać jak przy pracy w tajdze, otrzymać małą pajkę chleba i przebywać w zonie- odpoczywać.

   Wieczorem powiadomiłem brygadzistę, że jutro do pracy nie wychodzę.

Wszyscy pracujący wyszli do pracy, a ja położyłem się na narze, żeby odpocząć.

Zdrzemnąłem się, i zacząłem myśleć, gdzie znaleźć pracę w zonie, żeby zarobić kaszy i choćby miskę zupy dodatkowo.

Kierownikiem gospodarczej części zony jest naczelnik – więzień. Więc udaję się do niego z prośbą o przydzielenie mi łatwej pracy w zonie.

Rzecz zrozumiała, nie poszedłem do niego z gołymi rękami. Wziąłem ze sobą kawałek słoniny i paczkę tytoniu.

Prezent ten z przyjemnością przyjął i powiedział, żebym jutro stawił się do jadalni i tam będę kierownikiem stołowej- jadalni.

 Obowiązkiem moim w jadalni było  zbieranie naczyń po każdym posiłku i odnoszenie ich do kuchni.

Po każdym posiłku zmywałem stoły i ławki.

Następnie sprzątałem podłogę i paliłem w piecu.

Podłogę szorowałem śniegiem i ścierałem ją szmatą.

Po wymyciu śniegiem podłoga była żółto- biała- jak po heblowaniu. Stoły także dobrze wyszorowałem śniegiem i wytarłem ścierką do sucha.

Do pieca przyniosłem kilka naręczy drzewa i zapaliłem w nim.

Praca się skończyła, jadalnia była gotowa do obiadu.

Mnie kuchnia nakarmiła do syta.

Czas po obiedzie upłynął mi na sprzątaniu naczyń i myciu stołów, ścieraniu ławek i paleniu po raz drugi w piecu.

Przed kolacją, a ściślej mówiąc, gdy była znowu gotowa kasza i zupa – karmiono mię.

Jednym słowem, karmiono mię przed każdym posiłkiem.

Dużo dawali ryby i to ryby nie byle jakiej- smacznej i tłustej.

Pracy nie brakowało, ale byłem syty.

Praca ta trwała dwa tygodnie.

Po tym zaszła zmiana i to niespodziewana …..

 Kaptiorszczyk – kaptiorka – przechowalnia.

 Oto wezwano mię do naczelnika obozu – pewnego wieczoru.

Idę i myślę, po cóż ja jemu jestem potrzebny?

Nie przyszło mi nawet do głowy, że zaproponują mi i wiele lepszą pracę. Pukam do drzwi, słyszę: „ Da, da”.

Więc wchodzę i mówię: „ zdrawstwujcie”.

On pyta: „ was zawut K. I. Wikieńtiewicz”( syn Wincentego).  Odpowiadam :„Da”.

„ Skażytie : mnogo u was w łagierie jest pryjatielej ?”.

Po sekundowym namyśle odpowiadam: „ Woobszcze u mienia ich niet”.

„ A czem wy zanimaliś na swobodzie?”. „ Rabotał uczycielem i  wioł maleńkoje choziajstwo : dzierżał korowu, kabańczyka ( świnię ) , kury i pczoł „.

Zwraca się do siedzącego na krześle towarzysza: „ no, szto, podchodzit?”.

 „ Tak, wot szto – zwraca się do mnie- wy grażdanin , ot zawtra budziecie  rabotać w kaptiorce” .

Ja, zaskoczony tym, mówię, „ a kto będzie pracował w jadalni?”, odparł  „ najdziom, nie zabotiś.”

    Mój przyszły opiekun zabiera mię ze sobą i prowadzi do kaptiorki.

 Otwiera ją i pokazuje co w niej jest i co ja mam z tymi rzeczami robić, jak gospodarować.

Pokazuje mi nową parę bucików, które ja sobie na kartce zapisuję, zapisuję również bieliznę nową: koszule, spodenki, podkoszulki, pościel nową, poszewki, prześcieradła i koce nowe.  

    Informuje mię, że będę wydawać nowe rzeczy, jeśli dostarczą więźniowie stare.

Zapisywać mam nazwiska tych, którzy otrzymali z kaptiorki nowe.

Praca moja zaczyna się każdego dnia o godzinie 6-ej rano do godziny 20- tej wieczór.

Po tej informacji wychodzimy z kaptiorki i on – mój bezpośredni przełożony oddaje mi klucz od przechowalni, którą ja własnoręcznie zamykam. Rozchodzimy się.

Nazajutrz o godzinie szóstej rano już jestem w kaptiorce.

Przychodzą niektórzy robotnicy, i proszą o wymianę bucików. Szukam wyremontowanych i zamieniam.

Przychodzą z prośbą o wymianę kufajek, bo te przepalone. Jeśli znajdę odremontowane- zamieniam. 

Taka zamiana rzeczy podartych na odremontowane trwa do wyjścia brygad na robotę.

Później przychodzą do przechowalni tylko pozostali w zonie. Mało bywało takich klientów.

    Do obiadu tego dnia robię porządki w kaptiorce.

Segreguję obuwie, stawiam je na półki.

Stare obuwie, nadające się jeszcze do remontu, wiążę w pary i będą odprawione przez mojego przełożonego do warsztatu naprawy, który znajduje się w zonie gospodarczej.

Tak samo robię porządki ze wszystkimi rzeczami nadającymi się do naprawy.

Po uporządkowaniu rzeczy w przechowalni,  zabieram się za mycie podłogi.

Do przyjścia brygad z pracy, wszystko w kaptiorce doprowadziłem do należytego ładu i czystości.

Jeszcze mam godzinę do powrotu brygad z lasu.

Wykorzystuję ten czas na obiad. Kucharz nalewa mi miskę zupy- kapuśniaku. Nalewa tak, żeby mi było więcej tłuszczu- oleju. Nakłada do miski kaszy owsianej dobrze polewając olejem. Nie zapomina mi włożyć do kaszy dobry kawałek ryby tłustej i smacznej. Jednym słowem, było się czym pożywić.

Z pełnym zadowoleniem wracam do swojego kaptiorka, w którym jest ciepło i dość przytulnie.

Kładę się na sienniku napchanym przez siebie samego starymi częściami buszłaków. Poduszkę też zrobiłem z tych starych kurtek. Przyjemnie było leżeć. Dawno już tak nie było mi przyjemnie.

Wróciły z pracy brygady.

Powstał ruch w przechowalni .

Klientów pełno, no nie wszystkich mogę zadowolić.

Niektórzy proszą o nowe spodnie, ale ich w ogóle nie ma.

Inni także proszą o zamianę kufajek. Nie ma połatanych, a także i nowych.

Taka kołomyjka przeciąga się nieraz do odboju- capstrzyka.

Praca ta podoba mi się.

Przełożony mój sprawdza moją robotę prawie codziennie.

Już zabrał parę paczek butów i kufajek porwanych.

Z pracowni przyniósł kilka paczek odremontowanych rzeczy…..

     On także przynosi do przechowalni i nowe rzeczy, które ja wydaję potrzebującym, ale jak już poprzednio zaznaczyłem – z wpisaniem do zeszytu.

Muszę zaznaczyć, że mój naczelnik przechowalni nie był bez grzechu, bo często zabierał nowe rzeczy , jak buciki, koszulki, spodenki, prześcieradła do swojej teczki – dla siebie.

On był obowiązany zdawać zużyte rzeczy do spisania.

Z tej swojej przechowalni przynosił już uznane do oddawania na szmaty.

Swoje rzeczy , które uznawał za zużyte, oddawał do kaptiorka . Były one celowo porwane w pewnych miejscach.

O rzeczy nowe dobijali się , prosili mnie, ale ja ich miałem za mało.

Dla mnie dobra była ta praca, bo od czasu do czasu mogłem zjadać cukierek czekoladowy , bo robotnicy nieraz kupowali w sklepiku i ze mną się dzielili, aby otrzymać lepszą rzecz z przechowalni.

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Cdn.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . upiorna meszka …. i mróz w tajdze …

zdjęcie własne – może to ślady katorżników w syberyjskiej tajdze ….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . W tajdze da się żyć od końca kwietnia do połowy czerwca – wtedy nie wyfruwa meszka.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Praca przy składowaniu pni na sterty

   Było to już w miesiącach jesiennych.

Chociaż na dworze nie jest jeszcze chłodno, ale za to pełno błota.

Buty zrobione – uszyte – ze szmat i podszyte gumą ze starych zużytych opon spadają z nóg.

A tu trzeba uwijać się przy popychaniu bosakami długich kloców na stertę.

Ciężka to praca, ale wyjścia drugiego nie ma.

Męczymy się i odpocząć  – posiedzieć nie daje meszka , która napada i gryzie niemiłosiernie.

Chodzimy w siatkach od maszkary , ale to okręcenie  szyi i rąk przeszkadza w pracy.

Ta maszkar – meszka zaczyna działać od 15 czerwca do 10 stopni mrozu.

Chowa się od mrozu pod mech i tam wiosną wysiaduje maleńką meszkę, która w tajdze jest największą plagą – większą od siarczystego 50- stopniowego mrozu.

Ona się nie boi ni ognia, ni dymu , ni upału , trzeba uciekać w krzaki , żeby zjeść obiad- rzadką kaszę.

Toteż często chodzimy bez siatek na twarzy, ale za to mamy wianki z tej siatki na głowie . Gdy chcemy odpocząć, musimy się położyć na trawie plecami .

Meszka krąży o pięć cm nad nosem i już nie gryzie. A gdy tylko przewróci się człowiek na bok, już go gryzie.

Jej jest tak dużo, jakby ktoś sypał piaskiem w twarz.

Nie gryzie ona, ta meszka, gdy człowiek pomaże  się jakimś tłuszczem. Ale gdzie wziąć takie lekarstwo.

Wszyscy mieszkańcy tajgi chodzą w zielonych siatkach na głowie, ale my , więźniowie nie mamy takich , tylko takie: wszyty kawałek siatki w szmatę zakrywającą twarz. Głowa i szyja zakryte są tylko samą szmatą.

      Ta mszyca- meszka nie daje spokoju zwierzętom domowym. Gdzie nie ma sierści, gryzie niesamowicie. Dlatego też krowy, kozy, pasą się tu tylko wtedy , gdy zmierzch nastąpi. Koniom, na których pracujemy w lesie , wozimy kloce, smarujemy goliznę dziegciem – tego tłuszczu meszka nie znosi.

Do mieszkania ona nie wlatuje, ale na szybach okna z zewnątrz pełno jej.

Kobiety tutejsze nie chodzą tu w spódniczkach, ale w spodniach zapiętych aż po kostki stóp.

      W tej tajdze syberyjskiej można żyć tylko od końca kwietnia do 15 czerwca, kiedy ta przeklęta maszkara siedzi we mchu.

Wtedy tu unosi się aromat, słońce świeci jasno, nie jest gorąco, w powietrzu pełno żywicy i panuje cisza.

Tam warto pojechać na wczasy, tylko trzeba zabrać ze sobą dużo , dużo zachodniego pokarmu.

Tu w rzekach pełno ryb i to ryb bardzo smacznych .

Orzechów również nie brakuje.

Pełno drzew orzechowych , które my spiłowywaliśmy i jedliśmy ich smaczne owoce .

Zima w tajdze

  Zima w tajdze surowa. Nieraz mróz dochodził do 60 stopni. Ale trzeba pamiętać, że on nie taki groźny, jak nasz – 30 stopniowy.

On tu jest bez wiatru.

Cisza panuje, gdy on jest tu „ panem”.

Tylko, gdy dochodzi do minus 50 stopni albo i więcej, to drzewa nie wytrzymują , pękają- wydając strzały armatnie , jakby to była prawdziwa wojna.

Gdy mróz dochodził do minus 55 stopni – nas idących do pracy zawracano do domu.

S z c z ę ś l i w y   t o   b y ł   d z i e ń .

Gdyby nas nie wrócono , niejeden pomroziłby nogi i odmroził nos.

Na nogach mieliśmy wojłoki, a na głowie – uszatkę- czapkę, która zakrywała całą twarz i głowę, zostawiając tylko dostęp do ust i nozdrzy – otworków nosa.

Wszystko to było oblepione  lodem.

Gdy ślinę z ust wypluwałem, widziałem że ona natychmiast zmieniała się w lód.

Przy mrozie minus 45 stopni pracowaliśmy w lesie. Tę temperaturę można było wytrzymać, ale trzeba było mieć lepsze wyżywienie – więcej tłuszczów.  Tylko my nie mieliśmy …

W takich warunkach, jakie tu w krótkich słowach opisałem, przeżyłem sześć miesięcy – do następnej komisji lekarskiej , która szczęśliwym zbiegiem okoliczności uznała mię inwalidą i dała czwartą kategorię.

Zbieg okoliczności był taki , że pani lekarz , która mię badała miała takie nazwisko jak ja.

Najpierw zapytała mię , skąd pochodzę?. Odpowiedziałem , że z Mińska.

Rozmowa się skończyła.

Zapytała: „ Czem wy żałujetieś?” Powiedziałem: „ sercem”.

Dotknęła słuchawką do serca, spojrzała na mnie i powiedziała: „ Subkompensirowanyj porok serca-  inwalid” .

Na tym skończyła się nasza rozmowa.

  Teraz zastanawiam się, czy ona mi dała taką kategorię – inwalida, po znajomości, czy też dlatego, że biło u mnie serce bardzo mocno.

A biło, bo przebiegłem szybko jak mogłem – 200 metrów przed samym badaniem.

   To oświadczenie lekarza, że jestem inwalidą, bardzo mnie przeraziło. Pomyślałem, że już koniec ze mną, do niczego się nie nadaję. Idąc do baraku z tej komisji, wciąż myślałem, że już do zdrowia normalnego nigdy nie wrócę.

Ale, gdy odpocząłem pół godzinki, poczułem, że czuję się zupełnie dobrze.

A więc strach minął. 

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 31 ). Moja praca w tajdze.

zdjęcie własne

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Jan spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony, Heleny

 Wyrąb

  W okolicach  Tajszetu,   na południu Rosji , dokąd przywieźli nas, politycznych pociągami – znad Morza Białego , pokonując w 12 dni 4000 km , pracowaliśmy przy wyrębie tajgi ….  

 Po sporządzeniu przesiek i zrobieniu wyżek rozpoczął się wyrąb drzew – przede wszystkim modrzewi, sosny niewiele, jodły też, a najmniej drzew orzechowych.

Po przyjściu na miejsce pracy konwój obejmował straż – szedł na wyżki z automatami.

Naczelnicy konwoju z psami zostawali w budce stojącej u wrót przesieki.

Rozpalali sobie ognisko i czuwali nad swoim konwojem, by czujnie i pilnie wykonywał swoje zadania.

Nas, pracowników wpuszczano na wyrąb brygadami. Każda brygada miała swoje miejsce pracy : jedni ścinali drzewa piłami elektrycznymi i ręcznymi ( na jedną brygadę wydawano jedną piłę elektryczną). Inni ściągali – zwozili już zwalone drzewo do sterty. A tam układano je w sterty z podkładami.

Z tych stert zabierano je na samochody ciężarowe i odwożono na stację kolejową. A stamtąd ładowano do wagonów i odprawiano w głąb kraju. Sęki- gałęzie są palone.

Wszystkie te wyżej wymienione prace wykonywali więźniowie za pajkę chleba, jakże często za garantijke – to jest  650 gram chleba.

Gdyby  do tej pajki dodawali chociaż trochę więcej tłuszczów, choćby nawet roślinnych, praca byłaby wydajniejsza, no i korzystniejsza dla wszystkich.

     W 1949 roku wprowadzono w łagrach gospodarczy rachunek- chozrasczat.

 Państwo zabierało z zarobionej sumy 65 % , a łagru zostawiała 35%.

Łagier utrzymywał pracowników – więźniów, odziewał ich, a resztę , jeśli jakaś suma zostawała, rozdzielano ją między zakluczonymi, którzy wykonywali pracę powyżej 100%.

To była zachęta dla zdrowych pracowników, bo i na większą pajkę to też wpływało.

Pieniędzy zarobionych nie wypłacano na ręce, ale składano na książeczkę oszczędnościową. Po upływie terminu odbycia kary w obozie, książeczkę wraz z wkładem, zwracano adresatowi- więźniowi.

Ta zachęta z początku nie dawała pozytywnych rezultatów. Nikt nie wierzył, że kiedyś te zarobione pieniądze będzie mógł otrzymać.

Z tej oszczędnościowej książeczki można było podjąć 3- 5 rubli, na zakup słodyczy, które raz w miesiącu przywoził sklepik do obozu.

Wiadomem mi jest, że niektórzy więźniowie opuszczając łagier- obóz, otrzymywali książeczki z wkładem 1000- 2000 tys. rubli .

Ja nie zarobiłem w tym obozie, bo najczęściej wyrabiałem pracę tylko na pajkę chleba- garantijkę.

Praca w zonie nie wliczała się do prac, za które płacono gotówką.

 Sprawdzenie zdrowia

  Dwa razy do roku sprawdzano zdrowie uwięzionych .

Przyjeżdżał do obozu lekarz – wolny i on albo ona przy pomocy lekarza więźnia sprawdzali stan zdrowia wszystkich uwięzionych. Podczas sprawdzania wystawiali kategorię : I, II, III i IV- inwalida.

Lekarz cywil pytał : „Czym żałujetieś? „ ( na co narzekasz?).

Skazany najczęściej odpowiadał – na serce.

Lekarz dotykał słuchawką do serca i odpowiadał, że serce jest zdrowe.

Dalej oceniał stan odżywienia.

Obmacywał pośladki i jeśli ogon ( kości ogonowe kręgosłupa)  jeszcze nie wystawał , mówił: „ Pierwaja katiegorija”, a jeśli pośladki trochę wystawały i były chude: „Wtaraja katiegorija”, a jeśli już kości ogonowe między pośladkami mocno się uwypuklały, mówił: „ Trietija katiegorija”.

Gdy nadeszła na mnie kolej, też zapytał: „ Czem żałujeś ?”.

Odpowiadam: sercem.

Przystawił mi słuchawkę i natychmiast ją odjął mówiąc: „ Kompensirowanyj porok sierdca –  trietija katerorija, bez wychoda na rabotu za zonu”.

Ucieszyłem się z tego wyniku.

Nazajutrz do pracy za zonę już nie poszedłem.

Naczelnik zony- więzień- skierował mnie do pracy w zonie, do wywożenia fekalii z zony poza zonę.

Pierwszy wóz z beczką pociągnąłem i wywiozłem, ale przekonałem się, że ta praca nie jest na moje siły- za ciężka dla mnie.

Zameldowałem naczelnikowi zony- więźniowi – , że ja tak ciężkiej pracy – podejmowania ogromnej balii  z brudami nie mogę wykonać, ponieważ mam chore serce.

Podskoczył do mnie z pięściami i uderzył.

Ja upadłem.

Poleżałem pół godziny.

On- ten Fin- kazał mi znowu zabierać się do roboty.

Powiedziałem mu, że ty – faszyst ( ten więzień – naczelnik zony był Finem, a ten kraj współpracował z Niemcami w czasie wojny ) , sam pójdziesz teraz za mnie pracować, a ja idę ze skargą do pełnomocnika od spraw politycznych.

Ten przyjął mię i wysłuchał mojej skargi.

W końcu zapytał mię, czy ja będę mógł być pożarnikiem w zonie- strażakiem?- .

A co mam robić? Pilnować, żeby w nocy nie powstał pożar w barakach: a więc gasić ogień wieczorem w piecach baraków przed ich zamknięciem, napełniać wodą beczki znajdujące się przy barakach, całą noc do pobudki chodzić po zonie, i zaglądać do piekarni i kuchni , by tam nie kradli i ostrożnie obchodzili się z ogniem.

Zgodziłem się i zostałem pożarnikiem.

Oprócz mnie, więźnia,  w zonie każdej nocy przebywali dwaj strażnicy( bez broni) .

Oni także kręcili się po zonie, ale ze mną nie nawiązywali kontaktów- nie rozmawiali.

 Ich pouczano na każdym zebraniu komsomolskim, jak mają pilnie czuwać, będąc na swoim posterunku.

W czasie zimowym trudno było znosić mróz.

Toteż tak jak strażnicy, tak i ja zachodziliśmy do kancelarii, by się pogrzać.

Siedząc przy piecu, często zasypialiśmy na ławkach.

Ja często jeszcze kreśliłem karty dla sporządzania menu.

Brak było odpowiednich druków do sporządzania jadłospisów.

Za tę pracę sowicie mnie karmili kaszą i rybą.

Pewnej nocy, gdy skończyłem kreślenie tych kart do jadłospisu, wychodzę z pokoju kancelaryjnego do pieca, by się ogrzać.

Widzę śpiących na ławkach nadziratielej – wartowników.

Widząc, że w piecu dopalają się ostatnie kawałki drewna, sięgam po polano leżące przy piecu i podnoszę, by włożyć do pieca.

W tym momencie zrywa się jeden, a za nim drugi z ławki, na której spali, krzycząc:

” Szto wy chotieli nas ubić etom polanem?”

„ Niet, ja chaczu eto polano położyć na pieczku, potomu szto drewa w pieczku konczajetsia”- odpowiadam.

  Wyjaśnić im ten fakt  jest niemożliwością.

Oni są otumanieni przez swoich przełożonych i wierzą, że my czuwamy żeby ich zabić i uciec od nich.

Dalej mówię : „A jeżeliby ja zabił jednego z was, mienia by rozerwali na kawałki żywego jeszcze Wasi przyjaciele.

My tak samo chcemy żyć jak i wy.

Na mnie czeka żona z dwoma synami w Polsce. Synowie uczą się w liceach i myślą o ukończeniu uniwersytetu.

Wy przestańcie wierzyć we wszystko co wam mówią wasi naczelnicy o naszym stosunku do was- bolszewików- komunistów. Tu jest dużo kłamstwa. Pożyjecie więcej, dowiecie się więcej prawdy.”

Przypuszczałem, że oni nie powtórzą moich słów swoim, nawet bliskim.

Będą się bali przyznać, że rozmawiali ze mną i że zasnęli w czasie dyżuru w mojej obecności. Dawali mi do zrozumienia, żebym się nie wygadał przed pełnomocnikiem o tym zajściu, bo bylibyśmy mocno ukarani.

Zapewniłem, że o tym nikt się nie dowie.

     Inne noce upływały bez spotkania ze stróżami tych 500 ludzi – więźniów – którzy spali spokojnie po ciężkiej pracy.

Do snu przygrywało im dynamo stukając miarowo przez całą noc.

Reflektory jasno oświetlały całą zonę.

Ja, jak upiór kręciłem się między barakami.

Zachodziłem do kuchni, gdzie już była gotowa kasza, którą częstowano mię.

Razu pewnego, gdy kucharz nalał mi miskę pełną tego jadła, spożyłem ją i zapytałem:

czym ta kasza była przyprawiona, że tak mi smakowała?”.

 Odpowiedział:

„ tajgą syberyjską”- głodem.

     Miałem obowiązek zaglądania i do piekarni, która znajdowała się poza zoną dla więźniów, w zonie gospodarczej.

Tam zawsze obdarowywali  mię półbochenkiem chleba, gdy ich opuszczałem.

Pracę – stróżowanie – kończyłem, gdy dano sygnał na pobudkę.

Spałem tyle, ile chciałem, najczęściej do obiadu.

W dzień, w lecie tylko, od czasu do czasu zmieniałem wodę w beczkach pożarniczych.

Przy takiej pracy miałem lepiej niż stacjonarze. Więcej miałem chleba, bo mogłem za każdym razem otrzymać w piekarni co najmniej trzysta gramów chleba. Ryby miałem no i kaszy, też nie brakowało.

Taki odpoczynek dobrze podziałał i na moje serce:” kompensirowanyj porok serca”. Przybyłem na wadze za sześć miesięcy pięć kg.

A więc, na następnej komisji uznano mnie za zdrowego i dano mi d r u g ą  k a t e g o r i ę.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 30 ). Łagier w tajdze. Syberyjski klimat. Rodzinie podano, że jestem zaginiony …

zdjęcie własne, jakby symbol tamtego życia Jana

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Łagier w tajdze- w Syberii

O naszym obozie więźniów politycznych , napiszę parę słów, żeby można było zrozumieć, jak bali się NKGB- owcy tych więźniów.

Obóz – to kwadrat zieleni o boku 50 metrów, ogrodzony klocami jeden przy drugim z drew modrzewiowych na wysokość około 3 metrów.

Takich ścian z kloców zbudowano dwie – jedna od drugiej o 3 metry.

W środku tych ścian parkanu przeprowadzono drut kolczasty, a na zewnątrz zony jak i wewnątrz także drut kolczasty.

Pomiędzy tymi parkanami pobudowano co 25 metrów zwyżki, z których strażnicy w pełnym pogotowiu automata obserwują dzień i noc. ( praca ich nie do pozazdroszczenia).

Przy tych wyżkach stoją reflektory, które dniem i nocą oświetlają zony. Każdy łagier posiada swoje dynamo, które obsługuje i obiekty znajdujące się poza obozem.

Baraki, w których mieszkają więźniowie pozamykane są na noc.

Dwóch strażników- nadziratielej- dniem i nocą obserwują więźniów ( są oni bez broni). Oprócz tych obserwatorów – nadziratielej- w nocy jest więzień – pożarnik- który czuwa, by nie powstał pożar w baraku.

Ci dwaj obserwatorzy cywile- na pewno komsomolcy- nie rozmawiają z polarnikiem – więźniem, bo się boją, żeby ich nie zaczarował.

Pierwsze dni pracy w tajdze

   Minęły dwa tygodnie po przybyciu do nowego obozu.

Zrobiliśmy  sobie lepsze legowisko.

Odpoczęliśmy.

Wybraliśmy sobie brygadzistów i wyszliśmy na zbiórkę do pracy o godzinie 7-ej.

Jak zwykle , w bramie przeliczono nas, a za bramą sprawdził nas konwój, pytając o nazwiska, artykuł, termin i koniec pobytu w więzieniu.

Na przedzie ustawiło się trzech konwojentów z naczelnikiem i psem, po bokach konwój- po cztery osoby z automatami i z tyłu dwóch konwojentów z psem.

Idziemy piątkami.

Dochodzimy do miejsca pracy.

Zatrzymują kolumnę składającą się z pięćdziesięciu osób, a ich – konwoju – 16 osób.

Rozstawiają konwój i wsadzają tyczki do ziemi, które oznaczają, że nie wolno więźniowi wyjść poza tę linię.

Jeśli kto przekroczy ją, konwój strzela bez uprzedzenia- biez upredupreżdzienija.

Do wytyczonej zony wprowadzają nas, uwięzionych.

Pozwalają nam usiąść na pniach.

Kierownik prac – dziesiętnik – poinformował nas , że niektóre z tych pni, które tu widzicie, będą ścinane, bo są za wysokie i nie mogą znajdować się obok kolei żelaznej.

Rozdano piły, topory i zaczęła się praca.

Okazało się, że te pnie bardzo trudno jest skracać , mają drzewo – miazgę bardzo twardą.

Pnie te są przeważnie z modrzewia – listwienicy – a więc drzewa mocnego , a u nas drogocennego, a tu w tajdze budują z niego domy.

     Dyskusji na temat, że są trudne do ścinania nie ma.

Muszą być skrócone co najmniej o 5- 10 metrów.

Żeby jednak tę trudność pokonać, zaczęliśmy  ostrzyć piły pilnikami dostarczonymi przez kierownika robót.

Pogoda w pracy dopisywała.

Słońce syberyjskie i powietrze świetnie działają na nasze zdrowie- poczucie.

Te przeklęte pnie ścinaliśmy przez trzy tygodnie.

       Robienie przesiek

   Po pracy od obniżania pni, wzięto naszą brygadę do robienia przesiek, to jest wyrąbywania drzew dookoła działki leśnej, na  której mamy robić wyrąb wszystkich drzew.

Działka miała mieć długość 200 metrów i szerokość 25 metrów, i powinna być tak oczyszczona, żeby była dobra widoczność dla strażników z ich wyżek.

Między wyżkami  była odległość 30-40 metrów .

Takie wyżki też były budowane  w tym czasie , kiedy te pasy były oczyszczone.

     Najpierw spiłowywane były drzewa, a następnie ćwiartowano je na kloce odpowiedniej długości. Gałęzie – większe i grubsze odpiłowywano piłami ręcznymi albo i elektrycznymi. Gałęzie natychmiast ściągano do jednego miejsca i palono na ognisku.

Paleniem  gałęzi zajmowałem się ja – trzecia kategoria zdrowia.

Pierwsza kategoria więźniów spiłowywała ogromne modrzewie – listwienicy- sosny, jodły, świerki, brzozy i drzewa orzechowe.

Druga kategoria zakluczonych ładowała kloce na dwukołowy wózek i razem z zaprzęgniętym koniem ściągały z przesieki do wnętrza działki przeznaczonej na wyrąb.

Moja praca była lekka, a nawet i przyjemna, bo dni kwietniowe i początki majowych należały do najprzyjemniejszych – pełnych aromatu i słońca.

Pewnie, że praca innych kolegów była cięższa, ale za to oni otrzymywali pajkę większą- 750 gram chleba no i kaszę- naszą zacierkę – według gęstości 500 gram.

Nie czułem za to żalu do swoich brygadzistów , że wypisywali mi tylko garantijkę – 650 gram chleba.

Razem ze mną z Mołotowska przyjechała dla mnie paczka : groch, mąka, kawałek słoniny i mały słoiczek miodu.

To przysłała ciocia Elżbieta z bratem Michałem.

Tą paczką podtrzymywałem siebie , gotując swoją grochówkę.

Miód musiałem oddać więźniowi – naczelnikowi, który mi za to oddał pocztówkę znajdującą się w tej torbie, od syna z Polski- Mirosława.

Tą paczką bardzo się ucieszyłem, bo w niej znalazłem kartkę , w której było napisane parę słów od rodziny- żony i dwóch synów.

Dowiedziałem się, gdzie mieszkają i jak im upływa życie w tej Polsce.

Wyjaśniam, że ta kartka była adresowana na adres mojego brata Michała, który w tym czasie mieszkał w Czerniętach, które po wojnie znalazły się na Białorusi .

On się domyślił, że ją trzeba przysłać do mnie razem z paczką.

Ta paczka z tą kartką była ostatnią w obozie.

Na Syberię- do tajgi – rzadko dochodziły listy.

Przepisy mówiły, że można pisać dwa razy do roku do rodzin, nam uwięzionym.

Ale jak sam się przekonałem, będąc polarnikiem , listy wysyłane od nas były czytane przez konwojentów i rzucane do koszów po odklejeniu znaczków pocztowych.

     Od 1949 roku – gdy znalazłem się w tajdze syberyjskiej, żadne wiadomości nie docierały ani ode mnie , ani też od rodzeństwa, które mieszkało na Białorusi.

       A za granicę,  do swojej rodziny w Polsce, nawet nie było mowy o korespondencji.

       Z Białorusi, gdzie mieszkała siostra Marysia, przyszło powiadomienie do Polski, do rodziny, że słuch po mnie zaginął.

Nie mogę nie napisać, że w tajdze syberyjskiej :

s ę d z i ą   b y ł a   t a j g a ,  a  p r o k u r a t o r e m   n i e d ź w i e d ź .

Skargi przyjmował prokurator- niedźwiedź, a tajga sądziła.

Bezprawie było na każdym kroku i nic nie można było zrobić w tej głuszy syberyjskiej.

Na skargę – każdy niedźwiedź – zaczynając od brygadzisty odpowiadał: :

Bieri twoje dzieło po bolsze i brasaj po dalsze”.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 29 ). W 12 dni 4000 km pociągiem do tajgi bo my polityczni „ zagrażamy” przestępcom w Mołotowsku.


Gułagi w Rosji lata 1923 – 1964 . Opisany przez Jana Mołotowsk na północy, nad Morzem Białym ( koło pod biegunem północnym a Tajszet – do którego został przewieziony wraz z innymi politycznymi – na dole mapki .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Syberia- Sybir- tajga

W 1948 roku rozdzielono nas, wszystkich więźniów w zonie mołotowskiej na dwie grupy.

Na grupę politycznych więźniów – 56 artykuł  i innych.

Tych innych zostawiono na budowie miasta Mołotowsk, a nas – politycznych wywieziono w spicłagier na Sybir- w tajgę za miasto Tajszet  ( około 100 km w kierunku miasta Bracka).

NKGB uważało, że więźniowie osądzeni według artykułu 56 ( kodeks rosyjski) i  63 ( kodeks białoruski)  tj. polityczni są mocno niebezpieczni i mogą źle oddziaływać na tych innych tj.  bandytów- złodziei i żulików.

Taki był pogląd władz NKGB na politycznych więźniów.

Ja też byłem sądzony na podstawie art. 63- „ izmieszczyk rodziny”.

A g d z i e   b y ł a  m o j a  rodzina, o j c z y z n a ?

A więc i mnie wywożą do tajgi syberyjskiej.

Wiozą nas tym razem w wagonach osobowych, a więc mimo zimna syberyjskiego , jakie panuje w tym czasie – w styczniu i w lutym- minus 40-50 stopni , jazda jest do zniesienia.   

 Przedziały od przejścia są odgrodzone kratą żelazną.

Na korytarzu, przy każdym przedziale stoi jeden uzbrojony strażnik .

Idąc korytarzem widziałem w przedziałach pełno napchanych kobiet . Przez kratę rugały strażników nazywając ich stalinowskimi pastuchami.

Jechaliśmy przecież w ciasnocie , ale nie w chłodzie i głodzie.

Porcję- karantijkę – otrzymywaliśmy codziennie.

Droga trwała znad Morza Białego do Tajszeta około 12 dni.

W nocy pociąg się zatrzymał  w tajdze.

Wyładowano nas i pod konwojem prowadzą nas do łagra, który znajduje się o pół kilometra od przystanku.

Wreszcie jesteśmy u wrót swojej  siedziby – swojego obozu – łagru.

Światła jest pełno wokół zony i w barakach.

Wpuszczają nas do wnętrza zony, jeszcze raz liczą , ale szmonu ( rewizji ) już nie robią , tylko prowadzą do jednego pustego baraku .

 Drzwi otwiera dyżurny baraku i wchodzimy. Każą nam zajmować miejsca na narach – niesprawnych , przerwanych na dole a resztę w górze.

Włazimy od przejścia na górne albo dolne.

Ja gramolę się na górne.

Rzucam swoją torbę pod głowę, a sam opuszczam nogi na dół przed przejściem.

I idę oddać dług przyrodzie w sieniach baraku.

Sień, jak stwierdziłem była już zamknięta.

W baraku było nas około 60 osób.

Po tym „ spacerze” włażę znowu na swoje gniazdo bez materaca – siennika – i poduszki. Pod głowę kładę spodnie , wojłoki – swoje własne i torbę.  Na deski kładę swoją kufajkę i przykrywam się kożuszkiem, też jeszcze własnym, który, Kochana Żonusia, podała mi, gdy odjeżdżałem z Orszy – punktu przesyłkowego i zasypiam błogim snem.

Nie czułem, że domownicy- pluskwy czerwone cieszyły się moją krwią. Nazajutrz dopiero przekonałem się, że moc ich łazi po ścianach i narach.

Kwarantanna po przebytej drodze – 4 tysiące kilometrów.

    Pobudkę zrobiono nam nowoprzybyłym o godz. 7.00 rano. Po przemyciu oczu wyskoczyłem na podwórko, gdzie już jasno świeciło syberyjskie słońce. Chciałem sprawdzić, jaki jest duży mróz. Stoję minutę i mrozu nie odczuwam. Przecież czytałem, że tu są mrozy dochodzące do 50-60 stopni C.

Wracającego kolegę od termometru pytam : Ile jest stopni mrozu- Czterdzieści, odpowiada.

Cóż to jest, że on taki gościnny i nie mrozi mię?

Naokoło panuje cisza i nie drga ani jedna gałązka na drzewie. Tylko słychać stuk dynama, które daje światło dla całego obszaru, zajętego przez ludzi i domowe zwierzęta.

     Gdy tak postałem pięć- dziesięć minut w tej ciszy i słońcu, poczułem, że robi mi się zimno.

Tak, Syberyjska zima i mróz wstępuje do wojłoków i ubrania. To jego charakterystyczna cecha , że nie od razu palił zimnym ogniem. Ale gdy już znalazł się w butach lub odzieży, trudno było go się pozbyć.

   S y g n a ł  n a  ś n i a d a n i e

Ruszamy wszyscy z baraku do stołówki .

Otrzymujemy po 200 gramów chleba, miseczkę 500 ml zupy , 200 gramów kaszy.

Szybko to spożywszy wracamy do swojego baraku- chlewu zapluskwionego.

Co się tyczy śniadania, było ono lepsze od mołotowskiego . Chleb gęstszy – tj. można powiedzieć- zwykły. Gdy ręką się pociśnie pajkę – woda nie cieknie. Zupa kapusta z kartoflami, trochę czuć olej postny. Kasza także smaczniejsza.

Jednym słowem- wszystko smaczniejsze.

     Ale ten barak ze swoimi pluskwami – to okropność.

Coś trzeba zrobić, by to plugastwo wytępić.

Zaczęliśmy radzić.

Postanowiliśmy za zgodą władz obozowych wyparzyć pluskwy wrzątkiem.

A więc dzielimy ludzi na cztery grupy, po 15 osób w grupie.

Każda grupa wydziela po czterech ludzi do przywiezienia- spiłowania , przetransportowania , porąbania kloców na ognisko, które będzie grzało kocioł wody do oblewania pluskiew.

Po czterech ludzi z grupy będzie i składać i rozbierać  nary swojej grupy, z uwzględnieniem nar pojedynczych.

Reszta z każdej grupy będzie oblewała dziury wrzątkiem i wyparzała nary swojej grupy.

Po podzieleniu się pracą , grupy przystąpiły do działania.

Jedni rozpalają ogniska i przynoszą ogromny kocioł na wodę.

Inni jadą do lasu pod konwojem- spiłowują modrzew i przywożą go na dwóch parach kół do zony.

Ciężka to była robota, przyciągnąć drzewo o długości 20 metrów. Rozćwiartowali to na kloce i już palą  na ognisku. Kocioł jest pełen wody i za godzinę można będzie ją czerpać i nosić do baraków.

Już niektórzy niosą deski do baraków , by pokopać te przeklęte stworzenia – pluskwy.

Praca wre.

Pogoda dopisuje.

Mróz się zmniejszył o dziesięć stopni. Nikomu nie jest zimno.

    Między więźniami chodzą dwaj obserwatorzy – nadziratieli. Są oni bez broni. Każdy z nich to komsomolec. W rozmowę z nami nie wchodzą.

Ich nauczono, żeby pilnie czuwali, bo ci więźniowie umieją puszczać czary. J

Ta praca nad uporządkowaniem baraku trwała pięć dni.

Plugastwo zniszczono. Między narami zrobiono przejścia. A więc i samopoczucie się poprawiło.

Ale te kraty  żelazne w oknach baraku nadawały ponury wygląd z zewnątrz i wewnątrz. Przypominały one mnie ciemne więzienie w Wilejce , w którym spędziłem 17 miesięcy z nadzieją, że wyjdę z niego niewinny.

    Baraków w naszym obozie było około dwudziestu. W każdym z nich żyło po 50- 60 osób.

W tym obozie, który myśmy zajęli- przebywali przedtem jeńcy japońscy .

Pozostawili w tym baraku –w kąciku –swój ołtarz – wzgóreczek – ułożony kamieniami i upiększony kwiatami. Tam wierzący odprawiali swoje modły. Zwolniono ich do domu, ale ich miejsce modłów długo znajdowało się w naszym baraku – było pięknie urządzone. Po nich zostały i drewniaki , które nosili na nogach po przyjściu z pracy.

Ale czemu mieli takie nary spłosznyje?. Chyba dlatego, żeby pomieścić więcej ludzi w baraku – brak było miejsca.

     Widziałem brygadę jeńców japońskich wracającą z pracy. Wyglądali wszyscy naprawdę przyzwoicie. Każdy przy pasie miał biały ręczniczek, mimo, że wracali z brudnej roboty.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 28 ). Doznania nocy polarnej , gwałtowny wybuch wiosny pod kołem podbiegunowym, obawy buntu łagierników i święta w łagrze …


wieźniowie w Mołotowsku … zdjęcie z portalu gułag.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

      Noc polarna

   Jest koniec lipca 1947 roku.

Idzie nasza brygada pracować na nocną zmianę.

Jeszcze słońce zupełnie nie zaszło. Ale  tuż tuż, schowa swoje promienie.

Słońca już nie widać, ale światło na dworze jak w dzień, tylko odczuwa się jakąś ociężałość.

Niby dzień,  a nie dzień. Można czytać nawet gazetę, przy tym świetle polarnym. Próbowałem nawet i wszystko widziałem jak w dzień.

    W czasie obiadowym dały się słyszeć piosenki brygad kobiecych : „ Oj rabinuszka, rabinuszka…….Podmoskowskije wiecziera…….”.

 Gdy wracamy z pracy, nie poznajemy drogi , którą myśmy szli. Świtem nie było tu jeszcze zieleni, a teraz, po godzinach pracy  taka już duża trawa rosła.

Tak, tu przyroda żyje szybszym tempem.

Kartofle sadzą w końcu czerwca i wykopują po upływie 5-6 tygodni. Niesmaczne one są. Bardzo wodniste, można powiedzieć i niedojrzałe. ….

    Święta w łagrze

    Przed każdym świętem państwowym w łagrze zawsze puszczano pogłoskę, że będzie zmiana kodeksu albo amnestia.

Tę propagandę puszczał konwój.

Robił to w tajemnicy.

Tak ich uczono na zebraniu przedświątecznym przez ich władze obozowe, która się bała jakiegoś buntu lub ucieczek z obozu.

Takiej chytrości używali, by nas więźniów uspokoić i odciągnąć od zamiarów wystąpienia przeciwko im. I to w dzień święta państwowego.

Bali się naszych myśli buntowniczych.

A że tak było, świadczyły ich zapobiegliwe kroki.

 Robili w zonie i w barakach szczegółowe kontrole- szmony. Szukali podejrzanych  przedmiotów . Znaleziono łyżeczkę zaostrzoną na końcu, niszczyli lub zabierali i zakopywali poza zoną.

Jeśli taki szman odbywał się w czasie wolnym od pracy, wyganiano nas z baraku , robiąc jednocześnie kontrolę naszego ubrania, obuwia, a nawet zaglądali do ust i kazali robić przysiady czy u któregoś coś nie wypadnie.

Z tej stalinowskiej – bzdzitielności- czynności – kpiliśmy , mówiąc: Nie znajdziesz tego, czegoś nie położył.  

Kucharz w kuchni też gotował się do tego święta.

Przez cały tydzień odbierał po trochę od porcj i- mąki, cukru, kaszy, oleju, by upiec na ten dzień pierożek i by kasza była gęstsza i lepiej ocukrzona.

Myśmy się cieszyli tylko tym, że przez dwa a nawet i trzy dni, będziemy odpoczywali.

Ten trzeci lub drugi dzień wolny od pracy dodawali nam do święta, zabierając inne dwa dni naszego wychodnego .

W czasie świąt zaglądali do nas, do łagru nasi ciemiężcy – przedstawiciele specłagru z Ałma Aty- stolicy Kazachstanu.

Przedstawiciele NKGB w otoczeniu swoich przyjaciół odwiedzali baraki, obiekty gospodarcze no i zajrzeli do stołowej, w której był podawany obiad.

Na komendę: „Wstać” wszyscy się podnosili- wstawali. Przechodzą między stołami i zatrzymują się w środku jadalni. Przedstawiciel NKGB pyta: „ Czy może obywatele macie jakieś sprawy do mnie. Słucham ! „.

Panuje cisza. Mówi naczelnik : „ Pokuszali”- odpowiedź- „ Pokuszali „.

I nagle  słychać odpowiedź jednego więźnia : „ Daj chleba, tak skażu”. Konsternacja . Naczelnik : „ zapiszycie jewo”.

Z a p i s a l i  i  d a d z ą   m u   c h l e b a   3 0 0   g r a m    w   k a r c e r z e  n a   c a ł ą   d o b ę.

 Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś  samotnie w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę. Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami.

     Prawie każde święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia upływały mi na wspomnieniach o Was, Kochani.

W czasie poprzednich świąt Wielkiejnocy w 1947 roku, raczyłem się kaszą grochową zgotowaną z grochu przysłanego mi w paczce z moje rodzinnej wsi Kołpiei i Czerniąt.

Tak upływały mi dni świąt, że zawsze zalewałem się gorzkimi łzami….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 27 ). Plan uszkodzenia sobie nogi …. jesień 1946 …budowa Mołotowska


zdjęcie własne ….symboliczne dla mnie …. jak te samotne świerki wspinające się mozolnie na zbocze Skalitego , by nigdy nie dojść do szczytu, do światła – było życie wielu łagierników …

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

         Były momenty, że już na drugi dzień pracy układałem przebieg , by sobie nogę uszkodzić łomem żelaznym, by pójść do szpitala . Bałem się robić tego, bo mogłem zostać bez nogi. Ale już było postanowione.

Tylko szczęście, że wieczorem podano do wiadomości, że już jutro idę do pracy z inną brygadą. A więc nie potrzebuję zadawać sobie cierpienia.

Do postanowienia skaleczenia siebie doprowadziła mnie beznadziejna praca – zlecono mi dłubanie dziury w fundamencie domu piętrowego dla przeprowadzenia kanalizacji. Dochodziłem do rozpaczy, bo w tym  murze- fundamencie – nie dawało się zrobić  w ciągu całego dnia dziury większej niż wielkość  głębokiego talerza .

     Nadchodziła już j e s i e ń  1 9 4 6  r o k u.

Chociaż było nieco lżej w tej nowej brygadzie.

Jednak  siły  mię opuszczały i musiałem często chodzić do przychodni po zwolnienie. Pierwszy raz dostałem trzy dni zwolnienia , bo miałem już popuchnięte nogi. A więc była cynga- brak witamin. Na lekarstwo dał mi doktór garść żyta paszowego. Zjadłem go z apetytem, będąc już wolnym od pracy.

Do tej cyngi przyplątało się mocne osłabienie- dystrofia.

O godz. 16, jeszcze przed przyjściem brygady z pracy , odczuwałem ból głowy i podnosiła się temperatura do 37,5 stopni C.

 Po trzech dniach zwolnienia, szedłem znowu do lekarza i ten powtórnie zwalniał mnie z pracy. Przy tym powiedział, że mam dystrofię ( niedożywienie) 2-go stopnia i że przyjdzie położyć mię w stacjonarze na trzy miesiące, jeśli ten stan nie polepszy się.

Zaznaczył przy tym, że zwolnienia więcej niż na 9 dni on nie może dać.

I wreszcie stało się to, do czego dążyłem przez cały miesiąc- zostałem przeniesiony do stacjonara na poprawę zdrowia na trzy miesiące.

       S t a c j o n a r-  z a k ł a d  l e c z n i c z y

W każdym łagrze był taki zakład leczniczy, w którym leczono zaburzenia odżywiania, powstałe  od słabego żywienia. Takie leczenie trwało przeważnie trzy miesiące, albo nieraz  i sześć miesięcy.

To zależało od poprawy – od przybycia na wadze pacjenta. Po każdym pobycie jednego miesiąca w stacjonarze ważono chorego. A po trzech miesiącach komisja badała i postanawiała co z pacjentem robić. Jeśli przybył na wadze, choćby 3 -4 kg, to go posyłała do pracy na zonę.

A jeśli chory nie przybył na wadze przez te trzy miesiące, pobyt jego w stacjonarze przedłużano jeszcze na trzy miesiące.

Po sześciu miesiącach już pacjentowi, choćby on i nie poprawił się, nie przedłużano leczenia. Pozostawiano go w zonie.

Jedzenie w stacjonarze było lepsze niż w brygadach.

Chleba otrzymywaliśmy po osiemset gramów , zupy i kasze były trochę lepsze- tłuściejsze. Cukru była ta sama porcja, którą dawali dla pracujących.

Całe szczęście dla nas, chudziaków – wycieńczonych do ostatnich granic  było to, że nas nie ganiano do pracy i dawano większą pajkę chleba- 800 gram.

 Leczenia żadnego innego nie było, oprócz odpoczynku na narach.

Właśnie ja, do takiego baraku- odpoczynku trafiłem.

O tym stacjonarze, ja długo marzyłem , bo nadchodziła okropna błotnista jesień , no i zima nie lepsza.

Oprócz odpoczynku w tym baraku, ja często chodziłem do pracy na kuchnię. Pomagałem tam obierać kartofle, myć naczynia kuchenne i sprzątać podłogę. Za te usługi otrzymywałem zapłatę – miskę kaszy , zupy i czasami kawałek ryby- tresoczki-  wątłusza- dorsza.

Spożywając swoją porcję wyżywieniową i dodatkowo w kuchni- ja prędko zacząłem poprawiać się.

Poczułem, że jeśli tak będę się odżywiał, prędko mogą mnie wypisać ze stacjonara.

A więc postanowiłem porcji chleba 300 gram nie jeść, a sprzedać ją.

Mój żołądek był zawsze pełny od tych zup i kasz, ale na wadze nie przybywałem. Postanowienie swoje realizowałem przez trzy miesiące.

Badałem swój ciężar każdego miesiąca i dochodziłem do wniosku, że na wadze przybywam bardzo powoli – po 300 -400 gram.

A wiadomym mi było, że jeśli za 3 miesiące nie przybędę co najmniej 3 -4 kg, ze stacjonara mnie nie wypiszą, a zostawią mię w nim jeszcze na 3 miesiące.

Kombinacja ta udała się.

Komisja uznała, że jeszcze muszę pobyć na leczeniu przez trzy miesiące.

Niezmiernie się cieszyłem z tego, że jeszcze będę odpoczywał i to w samą mroźną zimę.

W drugiej fazie mojego leczenia – odpoczynku- wziąłem się naprawdę leczyć- zjadać wszystko , co dawał stacjonar i kuchnia za moje usługi.

Ponadto zacząłem zaglądać i do swojej paczki, którą mi przysłała małżonka z Polski. Przysłała mi parę kilogramów cukru i mąki.

Był w paczce i czosnek , ale go w Moskwie wybrano- „ nie razreszajetsia” – ( niedozwolone).

Posiłki te, choć postne, ale dość obfite poprawiły moją kondycję.

Co miesiąc przybywałem na wadze po 2- 3 kg.

   Wreszcie minęły i te trzy miesiące.

Nadszedł koniec i ja musiałem pójść do pracy.

B y ł   t o  r o k  1 9 4 7

    Dni pracy po stacjonarze.

   Przydzielono mnie do brygady , która zajmowała się różnymi pracami w samym centrum miasta Mołotowsk. ( obecnie Siewierodwińsk)

W pierwszy dzień wygnano naszą brygadę na remont leżnikowki.

Wszędzie tundra, wiatr i to przenikliwie zimny, dmuchał tak silnie na tych polach , i ledwie można się było utrzymać.

Z wielkim trudem minął ten dzień.

Inny dzień był nieco lżejszy.

Pracowaliśmy przy oczyszczaniu brudów różnych toalet radzieckiej inteligencji – przeważnie leitenantów. Oddawali oni dług przyrodzie tam, gdzie znajdował się już dach na nowo postawionych domkach. Praca ta nie była męcząca, ale wstrętna.

Gdy trochę pocieplało na dworze, zaczęto nas uczyć, jak trzeba robić dachy na nowych  domkach fińskich . A więc siedziałem często na dachu i układałem – szyfier- obonit.

Praca ta nie była trudna i dość przyjemna.

Mogłem napatrzeć się na tundrę ciągnącą się setkami kilometrów w trzy strony: południe, wschód i zachód. Na północy widać było fale Morza Białego.

Tundra- to błotnista przestrzeń, porośnięta drobną roślinnością- jagodami różnego rodzaju- robiła smutne wrażenie.

Trudno tu żyć.

Może za parę lat, gdy wybudują tu Mołotowsk i stocznie i zahuczą tu syreny, ockną się tutejsi mieszkańcy i życie stanie się weselsze i przyjemniejsze.

 O b y  t a k  b y ł o  !

      Na razie jest tak, że morduje się tu dziesiątki tysięcy ludzi wolnych i uwięzionych. Wszyscy są półgłodni, a pracować muszą i pracują, bo żyć  pragną.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 26). W łagrze – budowa Mołotowska ( obecnie Siewierdodwińska ) – na tundrze – przy kole podbiegunowym – nad Morzem Białym.


zdjęcie z Wikipedii – widok na Siewierodwińsk (gdy Jan brał udział w budowie tego miasta nazywało się Mołotowsk)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

     Podczas sprawdzania personelu – więźniów przez naczelnika często padały dla humoru takie oto odpowiedzi:

Stacja?- Stanskaja Basznia.

Srok? ( wyrok ? )- piać Stalinowskich piatiletek.  ( „pięciolatki”  to  od 1928 roku nazwa planów gospodarczych ZSRR – w rzeczywistości oznaczały wielki głód, bo gospodarka była katastrofalna  ) 

Koniec sroka? ( koniec wyroku ?) – Prychod Trumana. ( żartowano, że gdy przyjdą Amerykanie – co było raczej nieprawdopodobne  –  w latach 1945 – 1953 Harry Truman był prezydentem USA  )

A do słów naczelnika konwoju: szag ( krok )  w prawo, szag w lewo- my dodawaliśmy  i niżej wwerd- strelajem.

Te humorystyczne dodatki podtrzymują nasz nastrój, chociaż konwojenci na szczęście ich nie słyszą, bo gdyby się dowiedzieli , toby izolatka ( tu oznaczała celę gorszą niż samo więzienie ) była pełna nas.

Za pół godziny byliśmy przed wrotami zony budowniczej, do której wpuszczają tylko za przepustką.

 Konwój oddał nas pod kierownictwo cywila – dziesiętnika. Ten zaprowadzał nas już na miejsce pracy.

Pokazał nam pagórek ziemi, z której będziemy wybierali  grunt do taczek i wieźli go do stoczni budującej się nad brzegiem Morza Białego o 50 m.

Wytłumaczył nam, że od ilości wyniesionej ziemi będziemy otrzymywali odpowiednią  ilość gramów chleba i kawy po obiedzie.

Kto wyrobi normę  na 100%- ten otrzymuje granbijke: tj . 650 gram chleba, 27 gram cukru, 500 gram zupy rano i na obiad, litr kawy wieczorem, ryby 60 gramów na obiad.

Kto natomiast wyrobi normę 115% , ten otrzymuje chleba 750 gram, 500 gramów kaszy ( naszej rzadkiej zacierki).

A jeśli kto wyrobi normę na 130-140 %, otrzymuje chleba 850 gram- a więc dużą pajkę. Największą pajkę otrzymują ci pracownicy, którzy wyrobią normę powyżej 150%.

 Brygadzista otrzymuje pajkę w zależności od procentów zarobionych ogólnie.

 A więc brygadzista stara się podganiać swoich robotników do wyrobienia jak najwięcej procentów.

Dziesiętnik określa ilość procentów za daną pracę, a już brygadzista rozdziela między swoich robotników procenty wg swojego uznania.

Uznanie to często zależy od łapówki, którą otrzymuje od członka brygady albo od sympatii do danego członka.

Niesprawiedliwości tu pełno, a więc i nienawiści moc.

Z tych rozgoryczeń robotników rodziła się zemsta: często takich niesprawiedliwych brygadzistów zabijano, gdy siedzieli w porze obiadowej przy ognisku. Walili toporem w głowę.

Gdy takie wypadki zaczęły się powtarzać coraz częściej- Stalin wydał prykaz, skazywać na śmierć tych zabójców.

To spowodowało, że w łagrach zapanował spokój.

Po tych paru słowach o niesprawiedliwości brygadzistów przystępuję znowuż do opisania prac, które myśmy wykonywali pod komendą kierownika robót.

Ułożyliśmy deski od swoich stanowisk pracy aż do miejsca wyładowywania ziemi z taczek. Otrzymaliśmy łopaty do ładowania ziemi do wózków- taczek na jednym kółku. Naładowaliśmy wózki.

I zaczęliśmy pchać , każdy po swojej kładce- desce.

Pcham i ja, ale co kilka kroków kółko taczki spada z deski. Stawiam je na deskę i znowu pcham. Kilka metrów przejechałem i znowu zjeżdżam z tej deski. No cóż, nie umiem utrzymać równowagi .

Takiej pracy – pchania taczek po dość wąskiej  desce nie wykonywałem przedtem. Jeśli coś woziłem taczką, to ją pchałem po twardym gruncie.

A tu, po tej ziemi nie jest możliwością, bo koło zapada się w błoto.

I stop!

Jeszcze kilka razy  spadała  taczka z deski , dopóki dopchnąłem ją do miejsca przeznaczenia. Drugą taczkę z piaskiem już było lżej pchać i mniej razy zleciała mi z deski.

Do pory obiadowej mocno się zmęczyłem, ale już nabrałem wprawy i po obiedzie robota poszła mi sprawniej.

Za osiem godzin pracy wywiozłem około 16 taczek, chociaż niepełnych. Inni z mojej brygady potrafili za ten czas zapędzić po 20-25 taczek i to napełnionych ziemią po brzegi. Tacy rekordziści otrzymają na pewno po 150 %, a więc pajkę 850 gram- a może nawet 950 gram chleba i proizwodstwiennoj ( gotowanej,  wodnistej  ) kaszy .

Ja chyba, będzie dobrze jak, otrzymam garantijkę  za swoją pracę.

Taki wynik nie zmartwił mnie , bo postanowiłem, że będę wykonywał zadania na 100% – nie więcej.

 300 gramów chleba dokupię sobie za gotówkę, którą już zarobiłem podczas spekulacji. ( opisałem handel odzieżą )

 W dni wolne,- wychodnyje- odpoczywaliśmy- .

 Ja jednak  często zgłaszałem się na ochotnika do pracy przy rozładowywaniu wagonów z rybą, albo tuleniami- fokami. Tam zawsze można było skombinować tłuszczu tiuleniego , albo parę rybek.

Przyniesiony tłuszcz w nogawkach spodni watowych przetapiałem w bańce sześcianej i przelewałem do butelki.

Stąd po łyżeczce wlewałem do zupy, lub kaszy, by były smaczniejsze i pożywniejsze.

Transportowanie piasku za pomocą  taczek, trwało około dwóch- trzech miesięcy.

Nauczyłem się i ja, jak prawidłowo ganiać taczkę, ale nie była ona nigdy nasypana do samych brzegów tak, jak to inni moi towarzysze czynili.

W czasie tej pracy, często zjawiali się u nas złodziejaszki – torbochwaty i żądali przejrzenia nam kieszeni i zabierali wtedy cukier zawinięty w szmatkę czy uszytą torebkę albo porcje chleba czy też szczyptę tytoniu.

Obserwowałem to zjawisko, jak obierali takiego zdrowego Litwina i on płakał, bo się bał postawić opór tym torbochwatom.

Pomyślałem, że torbochwaty zbliżą się i do mnie.

Nie pomyliłem się.

Podchodzą, zatrzymują taczkę i żądają pokazania tego, co mam w kieszeniach.

Natychmiast chwytam łopatę z taczki i pokręcam się z nią wokół siebie.

Odskakują i mówią: o kakoj srogi  staryk. ( na tle innych więźniów Jan był już niemłody – miał  prawie 40 lat )

A ja na to: „ ubiju, jeżeli podojdziecie bliżej ko mnie. „ .

Odeszli i już mnie więcej nie zaczepiali.

    U Łotyszów, Litwinów i Estończyków często oni robili „rewizję”.

W czasie obiadu ci szakale, często wyrywali z rąk chleb i uciekali.

Pewnego razu wychwycił mi 200 gramową pajkę chleba ze stołu i uciekał , a ja pędziłem za nim.

Dogoniłem go, ale pajki nie było- zjadł w biegu.

Dostał kilka boksów, ale pajki nie wrócił.

     Na tym proziwodstwie – budowie miasta stoczni i okręgu jednocześnie było nas więźniów około p i ę t n a s t u   t y s i ę c y oprócz cywilów.

Tu nie było obserwatorów, jak w zonie łagiernej, w łagrze- gdzie w dzień i w nocy obserwują, jak zachowują się więźniowie. Zaznaczam, że w zonie przebywają oni bez broni.

Na tej budowie były też więźniarki, które wykonywały takie same prace jak i my, mężczyźni. Parę miesięcy mieszkały one razem z nami w jednym łagrze, ale w innym baraku. Niektóre z nich pracowały w zonie w charakterze kucharek i praczek.

Potem oddzielono kobiety od mężczyzn. Zorganizowano dla nich osobne łagry.

Władza sowiecka doszła do wniosku, że wydajność kobiet i mężczyzn przy wspólnym pożyciu jest mniejsza.

A więc dokonali podziału na łagry żeńskie i męskie.

Ten podział jednak nie położył kresu między spotkaniami młodych kochających się par.  Przychodzili przecież do pracy do jednej i tej samej zony roboczej.

K o m u ż  b y ł a  w  g ł o w i e  t a  m i ł o ś ć ?

Komuż była w głowie ta miłość?

Była ona w sercach tych, którzy  nie pracowali i dobrze się odżywiali , otrzymując paczki od swoich rodzin. Takimi byli brygadziści no i Litwini, Łotysze i Estończycy. Ci ostatni otrzymywali z domu paczki – często 50 – kilogramowe. Pełno mąki, kaszy i tłuszczów. (  w tych krajach ludzie potrafili omijać nakazy Stalina dotyczące uprawy ziemi i hodowli bydła – dzięki temu nie doszło do dramatycznego spustoszenia kraju jak np. na Ukrainie )

Nie do miłości było tym, którzy cały dzień tyrali i żyli o pajce.

( teść opowiadał – bywało że kobiety proponowały seks za kromkę chleba, ale głodni nie mieli ochoty – wygasały zmysły )

Była w łagrze i jeszcze jedna grupa więźniów , których nazywano p r y m u s k a m i.

Oni, tworząc  grupki więźniów , strachem, groźbą przymuszali kucharzy, piekarzy do dawania im większej porcji chleba, kaszy, ryby.

Byli także inni, których  nazywano błatnymi – tj. otrzymującymi większe porcje przez protekcję.

Jak prymuski  tak i błatnyje , często byli karani za nieposłuszeństwo w wykonywaniu prac polowych. Sadzano ich do izolatek i zmniejszano porcję chleba z 650 gram do 450 gram. Tłumaczyli oni, że ich skazano na więzienie, a nie na roboty. Ganiano ich na roboty, ale oni tam nic nie robili.

Za czterema prymuskami  na robotę chodziło czterech konwojentów.

Takich to więźniów bardzo często przenosili z jednego łagru do drugiego.

U b r a n i e  w i ę ź n i a  w  l e c i e,  j e s i e n i  i  z i m i e.

Lato:

 Na głowie czapka z płótna prostego. Na plecach kurtka z płótna szarego. Spodnie z płótna siwego. Na nogach buciki  albo buty z płótna  szarego z podeszwą gumową.

Na plecach na bluzie naszyta łata kwadratowa o rozmiarach jednego decymetra, a na tej łacie numer więźnia podany przez władze obozowe – łagierne. Takaż sama łata z numerem jest przyszyta do prawej nogawki spodni. Prawda, że te znaki upiększają więźnia?. 

Widać z daleka  że to zakluczony.

Zima:

 Na nogi dają wojłoki, albo buty uszyte ze szmat z gumową podeszwą.

Na dolną część ciała spodnie watowe.

Na plecy ciałogrejka watowana i buszłat watowy – kurtka nieco dłuższa od ciałogrejki.

Na głowę dawali czapki – uszatki.

Na ręce otrzymywaliśmy rękawice, które trzeba było każdego dnia wychodnego cerować, kłaść łatę na łacie.

Jeszcze gorzej było z ciałogrejkami watowymi, które szybko zapalały się od iskier i niejednemu z nas wypalały się ogromne dziury, które trzeba było samemu latać.

Z obuwiem też mieliśmy niemało kłopotów.

Buty uszyte ze szmat , często jesienią albo wiosną rozmokły do tego stopnia , że nie trzymały się na nogach. Trzeba było te szmaty przywiązywać sznurami do podeszwy gumowych. A ponadto trudno te buty  było  wyciągać  z błota – gliniastej ziemi syberyjskiej

Prace na różnych obiektach

   Praca w zonie miasta Mołotowska nie była w jednym miejscu.

Rzucano naszą brygadę na różne obiekty.

Pracowaliśmy przy kopaniu rowów  do kanalizacji, wbijaniu słupów pod drewniane domki fińskie  zamiast robienia fundamentów . Domki te postawiono na tych słupkach. ( Rosjanie dostali je po II wojnie światowej od Finów w ramach reparacji wojennych –  Finlandia była związana  z Niemcami – Polska  w 1954 roku dostała część z nich jako „ dar” – do tej pory na warszawskim Jazdowie zachowało się kilka  – mieszkańcy walczą by je ratować – bo są już zabytkiem  a o innych opowiadała – koleżanka – wtedy młoda mężatka – mieszkała w jednym z takich na osiedlu studenckim na Jelonkach –i zimą budziła się  z przymarzniętymi do ściany  włosami – miała piękne, długie …)

Gdy tę pracę wykonywaliśmy późną jesienią , albo wczesną wiosną, odwiedzała nas szkolna młodzież przynosząc podarki nam swoje – drugie śniadanie , mówiąc:

„ proszu wziąć nasz buterbrot, my znajem, szto wy gaładaicie, a my kogda wierniomsia damoj , pokuszjem tam”.

Pewnego razu, gdy była śnieżna i zimna pogoda, ja i mój napornik, kopaliśmy rów w poprzek drogi. Nie było widać, jak koło nas przemknęły sanie i w nasz rów spadł bochenek chleba białego. Podniosłem go, podzieliłem się z towarzyszami. Jaka to była radość z tego powodu. Byli tacy ludzie, którzy współczuli naszej niedoli.

Nieraz w czasie przerwy obiadowej zachodziłem do domków , w których już żyli pracownicy cywilni. Zanosiłem im nazbieranego drzewa po zonie. Za to otrzymywałem kawałek chleba, albo garść kaszy- krup owsianych.

Pajki moje często traciłem przez „ karantijki  „. Często były mi dawane za to, że nie dawałem łapówki brygadziście. Kto miał na trzy dni karantijkę-  (co trzy dni wymierzano porcję  chleba) , ten nie otrzymywał w porze obiadowej kaszy 500 gram.

Niezmiernie trudno było przeżywać te 15- 20 minut gdy w kiszkach, w żołądku, było nieznośne ssanie połączone z boleścią.

Czasami te przykre pory obiadowe upływały mi na czytaniu książek, które przynosiła praktykantka na tych robotach.

O wiele lepiej upływał mi czas, gdy przeniesiono mnie do brygady , która pracowała przy rozdrabnianiu kamieni- kamniedrobiłka.

Od tego obiektu o sto metrów był sklep – magazyn, ale można było poprosić konwojenta, by kupił bochen chleba. Tak też i robiłem. Dawałem pieniądze konwojentowi , a on przynosił mi bochenek chleba. Za tego rodzaju usługę trzeba było także płacić. Nieraz prosiłem obywatela idącego do sklepu, żeby mi kupił bochenek chleba.

Pewnego razu szła pani w kierunku  sklepu – odziana w wytworny kostium i elegancko wyglądająca. Przeprosiłem ją, że zatrzymuję i proszę  o kupno chleba w sklepie. Powiedziała: „ K pożaleniu nie mogu etoj prośby spełnić, potomu, szto spieszu k bolnomu”.

A razu pewnego porosiłem chłopca szkolnego o przysługę. Zgodził się i przyniósł bochenek chleba. Za drugim razem tenże sam pacan, wziął pieniądze na kupno chleba, ale po wyjściu z magazynu na ganek, rozejrzał się i pomknął w inną stronę. Chyba dowiedział się od kogoś, że nam nie wolno wychodzić poza zonę.

W tej brygadzie- chociaż ciężka była praca- łupanie kamieni, rozbijanie, to jednak trochę pospekulowałem no i pajkę otrzymywałem większą.

Mojemu powodzeniu w tej brygadzie zazdrościli koledzy.

Mnie łupanie kamieni szło lekko.

Zrozumiałem, że łatwo jest rozłupać głaz, gdy się go ustawi umiejętnie – słojem do twarzy. Jedno, dwa uderzenia młotem i już ogromny kamień rozpadał się na części  dwie lub trzy. A te części już łatwo było rozłupać.

Rozłupane kamienie wrzucano do maszyny i tłuczono je na trzebionkę , którą odwożono już jako materiał do posypywania nowo wybudowanych dróg.

Po takiej dość ciężkiej pracy obiad zawsze smakował. Zjadałem z apetytem te duże pajki chleba i kaszę owsianą.

 Gdy tak spożywałem obiad, podszedł do mnie” cygan” – więzień z naszej brygady. Rozpytywał mię, skąd pochodzę i czym się zajmowałem na wolności.

Odpowiadając, zerknąłem za siebie, gdzie leżał buszłat z bochenkiem chleba i spostrzegłem, że chleb mój już poniósł jakiś kolega. Rzuciłem się za nim w pogoń. Dogoniłem, ale chleba już przy nim nie było. Schował za kamień. Pokazał mi, gdy go zacząłem okładać kułakami. Ale już jedna trzecia część była zjedzona. Jeszcze dostał ode mnie parę szturchańców. To był nędzny towarzysz niedoli – Turek. Namówił go do tej kradzieży tenże „cygan” , który prowadził ze mną rozmowę dla uśpienia mojej czujności.

Po przyjściu do baraku, znowuż go pobiłem, bo byłem od niego silniejszy.

W tym czasie, w czasie bójki, spostrzegł nas brygadzista- ruski diabeł – i ten tak mię obłożył kułakami , że długo odczuwałem ten ból w bokach.

Tenże sam „cygan” , o którym już wspomniałem, szukał u mnie w nocy pieniędzy. Wiedział, że mam je, ale odnaleźć nie mógł. Aż pewnego dnia zapytał mnie , gdzie ja chowam pieniądze. Odpowiedziałem – że „w żapie”- tj w dupie . On, że „ uwarował” u mnie i skorzystał z bochenka chleba i parą bielizny. Cóż, nie złapałem go za rękę, bo to zrobił w nocy, kiedy ja spałem .

U mnie pod łóżkiem walizka stała zamknięta. Trudno było schować coś do jedzenia od swoich złodziei. Ale kazano nam oddawać swoje walizki do przechowalni tzw. kapciorka.

Były to najczęściej skrzynki zbite z cieniutkich deseczek i miały zameczki. W kapciorku też były kradzione, chociaż miały numery przy zamku. Mnie także skradziono z przechowalni walizeczkę , którą kupiłem, gdy tylko znalazłem się w łagrze. To była rozpacz dla mnie. Meldowałem o tym naczelnikowi łagru. Ten zdjął z pracy tego „ kapciorszczyka”, ale walizki z całym moim bogactwem nie zwrócono mi.

Szczęściem jeszcze było dla mnie to, że pieniądze – jeszcze parę rubli było przy mnie.

To ogołocenie mnie doprowadziło do tego, że ja także zacząłem zdobywać kawałek chleba , gdzie tylko była jakaś możliwość. Kradłem wszystko, co nadawało się do jedzenia. Kradłem kartofle, które zdobywałem w ten sposób, że wyznaczany byłem do skrobania ich w kuchni. Brałem bez pozwolenia rybę, tłuszcz fok, gdy chodziłem na pracę- sortowanie . Nieraz znajdowali u mnie te produkty w nogawkach spodni. Nieraz też bito mnie za takie postępowanie. Ale to nie powstrzymywało mnie, gdy chciałem jeść ,  istnieć,  żyć.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 25). Życie łagiernika w Mołotowsku ( obecnie Siewierodwińsku ) , przy kole podbiegunowym na tundrze nad Morzem Białym.


zdjęcie z albumu Teściów – Helena, Jan i Mirek sprzed aresztowania – pewnie ten obrazek pomagał Janowi przetrwać w łagrze ..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Karantin  – kwarantanna

Karantin  –  piętnastodniowy wolny czas kwarantanny  spędza się w zonie swego łagru. Jest przeznaczony na odpoczynek  po przebytej drodze ( takie są przepisy dla zakluczonych).

Co ja robię w tym czasie?

 Idę z baraku swego  do oglądania innych baraków , z których więźniowie wyszli do pracy.

W baraku, tak jak w pierwszym tak i w innych spotykam dyżurnych tego domu dla zakluczonych.

Przedstawiam się, że jestem z tego nowego etapu ( transportu) , który przybył tu do was z Orszy.

Pytam, jak się macie w tym łagrze. „ Ot, tak, kak widno”- goworit- mówi:

 „ Uże kończaju swój srok- 10 liet. ( Już kończę odsiadywanie swojego 10 letniego wyroku).  Za miesiąc, dwa ujedu damoj , a możet na zsyłku. I eto bywajet.” .

Przy okazji pyta mnie : „ Niet li u was na prodaż switrow, rubak wierzchnich, bocinek choroszych a może palto- paletiszko ?”.

Obiecuję jemu przynieść cośkolwiek. Żegnam się ze swoim nowym znajomym.

Zachodzę do drugiego baraku. Tu też musiałem się przedstawić dyżurnemu baraku. W rozmowie z nim dowiedziałem się także, że on już zbiera się do wyjścia z łagiera. Przepracował w tych łagierach piętnaście lat.

Ostatnie pięć lat nie mógł już chodzić na ogólne roboty, więc „pracował w zonie w charakterze stróża baraku, stołowoj, podmietajłam.

Kilka razy leżał w stacjonarze –oddechowym domie. Kogda był ja  mołod, dzierżali mienia na katorżnych rabotach”.

Jednym słowem, tutaj postradał i potierał  molodść i zdarowije .( utracił  młodość i zdrowie).

Oprócz tych słów wypowiedzianych  z  gorzkim żalem zapytał mię, czy nie można kupić „ u nowiczów” czegoś z ubrania. Odpowiedź moja była, że tak.

      Ponieważ nadchodził już czas obiadu, więc wróciłem do swego baraku.

Tu zacząłem poszukiwać  wśród znajomych osób , kto ma coś dobrego do zbycia- sprzedania. Pokazali mi swetry i koszule. Zaproponowałem im, że będę  pośrednikiem w tej transakcji. Zgodzili się. Spytałem , za ile rubli można sprzedać sweter , koszulę. Sweter- za 8 rubli, koszulę- za 5 rubli.

Po obiedzie poniosłem te rzeczy proszącym.

Gdy obejrzał , zmierzył sweter, powiedział, że bardzo mu się podoba. „ A skolko budziet stać?”. Dziesięć rublej. Nie targował się i zapłacił. Koszula także podobała się jemu, ale była trochę za mała. Po namyśle wziął ją za 8 rubli. Sprzedaż się udała. Zarobiłem na tej transakcji 4 ruble- więcej jak bochenek chleba.

 Wszystko- sprzedaż i kupno odbywa się w tajemnicy.

Taką spekulację uprawiam przez cały „ karancin”- kwarantannę.

Zarobiłem na tym interesie 15 rubli. A więc mam już gotówkę na pajdki chleba. Pajdka chleba- 350 gram- kosztuje w zonie 1 rubel.

Miejscem targowym , chociaż niedozwolonym jest miejsce koło jednego baraku, wszystkim dobrze znanym.

Często to targowisko rozgania naczelnik  zony – tak samo zakluczony.

Na to targowisko  często wynoszą porcje cukru- 27 gram- ci, którzy chcą palić.

Ci palacze w łagrze, to są naprawdę nędzarze.

Sprzedają oni za parę papierosów  ostatnią pajdkę chleba albo porcję cukru.

Oni są przeważnie zdechlakami.

    Rzecz zrozumiała, że najwięcej  na targowisku było chleba i cukru od tych, którzy pracowali w „chleboreskach „ – krajali chleb i od tych , którzy dzielili cukier.

Nigdy nie dawali pełnej porcji chleba lub cukru. Wolno im było nie doważać na pajce 2-3 gramy , ale oni kombinowali i po 5 gramów.

Takich kombinatorów , gdy tylko złapano na gorącym uczynku , natychmiast zwalniano z tego zajęcia, a nieraz osadzano do izolatki. Dokonywała tego specjalna komisja, składająca się z cywilów.

     Te ostatnie dni kwarantanny  upływały na wyborach brygadzistów i tworzeniu brygad.

c.d.n.

    P i e r w s z e  d n i  p r a c y  p o  k w a r a n t a n n i e

  Już był miesiąc marzec. ( 1946 rok )

Słońce świeciło jasno i było dość ciepło, chociaż ziemi była jeszcze trochę przemarznięta.

       O godz. 6 rano rozlegał się sygnał- dzwon z rejką- by wychodzić na robotę.

Brygady zgromadzone na leżniówce są liczone. Było ich około dwustu. W każdej co najmniej po 25 zakluczonych.

Po sprawdzeniu obecności przychodzimy do wrot – drzwi zamknięte.

Strażnicy wychodzą z wartowni i otwierają wrota. Skrzypią one jak nieboskie stworzenie.

Przy otwartych wrotach stoi pięciu strażników i dwóch podliczających i zaraz że  sprawdzają pierwszą piątkę – obmacują ubranie, kieszenie, obuwie itp.

Od bramy odprowadzają pierwszą sprawdzoną piątkę i zatrzymują ją po 40 m.

Podchodzi następna piątka, w której też robią szman.

Dołączają ją do pierwszej, przy której już stoją konwojenci ze swoimi naczelnikami i psami. Konwojenci są uzbrojeni w automaty gotowe do strzału .

Odprowadzają naszą brygadę ( 30 osób) , która była pierwsza w tej kolumnie brygad, o 30-40 m od bramy- zatrzymują i każą przykucnąć.

Teraz zaczyna się sprawdzanie przez naczelnika konwoju danych personalnych każdego więźnia wyprowadzonego poza zonę.

 Z listy czyta on nazwisko skazanego – ten odpowiada-„ jest”, stacja- artykuł?-  63 ( białoruski kodeks, rosyjski- 56), srok?- termin na który został skazany- „dziesięć lat”.

Koniec sroka- 1954 – odpowiadam.

Daje komendę- Wstać!

Podrywamy się na nogi, mówi naczelnik konwoju: Uprzedzam, krok w prawo, krok w lewo – bez uprzedzenia strzelamy-strzelamy!

Naprzód !- Ruszyła brygada do pracy.

Idąc piątkami rozluźniają się.

Więc konwojenci, jak psy, krzyczą: „Podciągnij się !”.

Już się nie trzymamy pod ręce, a tylko staramy się iść w piątce.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 24 ). Mołotowsk nad Morzem Białym – pierwszy stopień do sowieckiego piekła.


z Wikipedii zdj satelitarne tego miasta – jest położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym w obszarze wiecznej zmarzliny…

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Wysiadamy z wagonów. Skaczemy, zsuwamy się po podłodze do drzwi i opuszczamy na ziemię.

Konwojenci ustawiają nas w piątki. Ruszamy.

Po wyjściu z zabudowania kolejowego jesteśmy na drodze prowadzącej do naszego domu- baraku, znajdującego się w łagrze.

Pada komenda: „ Biegom!”.  Padają strzały z rakiet „ Buch, buch” to w lewej stronie to z prawej. Krzyczą konwojenci : „Podciągnij się”.

Znowuż strzały z rakiet : Buch buch buch!.

Światło obejmuje całą kolumnę. Istne piekło „ biblijne”.

Biegniemy co sił, padamy, i znów światło rakietowe i głosy : „ Biegom”, podciągnij się.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił mi brakuje.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił brakuje.

Ale oto nagle ucichły strzały i nikt już nie pogania. Komenda: „ Stać”.

Przed nami stoi NASZ RODZINNY BARAK  oświetlony reflektorem z zewnątrz i żarówkami wewnątrz. Wchodzimy do tego baraku. Jest ciepło. Stajemy.

Wydaje się, że jesteśmy w niebie.

Po chwili zjawia się przed nami oficer NKGB ze swoimi pomocnikami. Pozdrawia nas, mówiąc: „ Dzień dobry obywatele więźniowie. Ja jestem waszym naczelnikiem i będę wami kierował. Na pewno zmarzliście. „ Głosem przyciszonym odpowiadam „ Tak”.

„Czy macie jakieś życzenia na swoich tawariszczy kotoryje was obiżali. Mówcie, my ich teraz ukaramy” . Wszyscy milczą.

A ja szeptem do swego towarzysza mówię, który stał obok mnie. Oddaj buty –  które mi zabrałeś. A on na to, że wymienił je na chleb. Mówię do niego, że ty jeszcze nie zdążyłeś tego zrobić. Jeśli w ciągu minuty nie oddasz mi butów, to ja zgłoszę to naczelnikowi. Stchórzył mój towarzysz niedoli i za pół minuty oddał mi buty.

Naczelnik ze swoją świtą opuścił barak.

My pozajmowaliśmy nary i sumki- torby położyliśmy u wezgłowia. Odpoczywamy.

Nie minęło dwudziestu minut jak dał się słyszeć głos: „ Wsie zakluczonnyje  pierechodzitie na druguju storonu baraka biez wieszczej – budziem sczytać.”  ( wszyscy więźniowie przechodzą na drugą stronę baraku bez rzeczy – będziemy liczyć )

Zostawiam swój sidor ( tłumok) z rzeczami i idę. Podliczanie odbywa się prędko.

Wracam i już jestem przy swojej narze i rzucam oczy na torbę. O rety, rozwiązana. Przyglądam się, czego brak. Nie ma butów, pary bielizny i kawałka kiełbasy. No cóż, stało się i nie odstanie.

 Ten wypadek zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie, ale i pouczył , że trzeba być czujnym i nikomu nie dowierzać.

Na kolację dali nam po pół litra zupy- bałandy-„ krupa krupu  ganiajet, szeja łamajet”  i po trzysta gram chleba, tu, w łagrze wypiekanego a więc niepełnowartościowego.

Po tej kolacji , choć chudej, ale ciepłej poczułem się nieco raźniej.

Długo nie rozmyślałem i zebrawszy swoje bogactwo pod głowę, nie zrzucając wojłoków z nóg, zasnąłem….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Karnalit- kwarantanna

Pierwsze 15 dni w łagiere.

    Obudził mnie głos pochodzący od rejki żelaznej, w którą dyżurny walił młotem na pobudkę.

Zerwałem się ze swej niżnej nary do toalety i umywalni.

Cały czas jestem ubrany w nową jesionkę. Bałem się zdejmować ją z pleców, bo mogli

” szakały ”- złodzieje pochwycić.

Na śniadanie też poszedłem w tym jesiennym palcie do stołówki. Po spożyciu półtoralitrowej zupy i 250 gram chleba wróciłem do baraku na swoje nary.

   Zjawili się u mnie dwaj cywile, a może więźniowie, którzy już kończą swój dziesięcioletni pobyt w obozie i pytają, czy ja nie chcę sprzedać „ osiennieje palto”?. Powiedziałem cichym głosem- „ Da” i poprosiłem ich przysiąść na moim łóżku, żeby się nie gapili obcy na nas.     

Jeden z kupujących nałożył na siebie palto a drugi obejrzał  go w palcie i powiedział :

 „ Dobrze leży”. „ Za skolko oddadzicie?”. „Za dwadcać rublej”- za dwadzieścia rubli. 

Nie zdejmując z pleców palta płacą dwoma dziesięciorublowymi papierowymi banknotami i szybko oddalają się, bo im widocznie nie wolno tu przebywać.

Ja pieniądze chowam głęboko do kieszeni koszuli, bo wiem, że tu jest pełno złodziei, którzy czyhają na dobra swoich towarzyszy niedoli, bo są głodni, no i mają już przyzwyczajenia bandycko- złodziejskie.

A i przyjaciołom głodnym nie można wierzyć .

Ten schowek, tj. kieszeń koszuli ,do którego złożyłem tę gotówkę, nie był gwarancją w nocy, bo złodzieje prędko mogą znaleźć.

Długo myślałem, gdzie te pieniążki schować.

Wreszcie wpadłem na pomysł, że najlepiej  przyszyć łatę do kalesony w rozkroczu- blisko organów- moszny.

Pomysł ten zrealizowałem i ruble umieściłem chyba w najbezpieczniejszym miejscu.

Przez dziurę w kieszeni w spodniach mogłem je wyciągać i chować do tajemniczego schowka.

Po sprzedaży palta wyszedłem z baraku, by oglądać zonę – łagier.

Jest w nim około dwudziestu baraków, piekarnia, kuchnia, pralnia, kancelaria, ustęp na pięć, dziesięć oczek i izolatka.

Cały ten obszar ziemi – 5 ha- zajęty przez łagier jest zagrodzony trzymetrowymi  słupami i powiązany kolczastym drutem. Między tym ogrodzeniem , co 50 metrów, stoją wyżki , dla obserwujących- pilnujących ruchu w zonie. Nad każdą wyżką palą się reflektory o mocnym napięciu i oświecają jasno całą zonę. Na każdej takiej wyżce stoją wartownicy z automatami załadowanymi i od zimna, kręcą się, ruszają, by nie zmarznąć.

    Tej obserwacji dokonałem stojąc na kładce zbitej z desek i ułożonych na poprzeczkach, które są przybite do słupków wpędzonych do torfu ( ziemi) tundry.

Miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierdodwińsk)  leży na południowym brzegu Morza Białego, łączącego swoje wody  z Morzem Barentsa.

W roku 1946 , kiedy tam mnie przywieziono – to miasto jeszcze budowało się na tej tundrze, ciągnącej się na południe, wschód i zachód po sto kilka kilometrów.

Ścieżki około baraków wyłożone są deskami- na słupach wbitych w ten torf głębokości od jednego do dwóch metrów. Drogi te wyłożone nazywają się leżniówkami, bo inaczej nie można by się poruszać w tym błocie.

Domy tu się buduje na słupach , które trzeba wbijać w ten torf.

Twarda gleba leży pod tym torfem. Łatwo jest wbić słup do głębokości gleby- ziemi, ale dalej w głąb idzie słup z wielkim trudem.

Dlatego też’ zakluczeni” tych słupów nie zagłębiają tak jak wymagają tego przepisy. Gdy tylko nadzorujący tych robót oddali się , zaraz że pracownicy ścinają ten słup o 30-50 cm – żeby nie trzeba było gnać go w glebę.

I dlatego domy zbudowane w tym mieście są przeważnie pochylone to w jedną to w drugą stronę, jakby były pijane. Słupy się pochylają, gdy nie są wbite do gleby- ziemi na głębokość co najmniej na jeden metr.

Oprócz tych drewnianych domów, domków, budują w tej tundrze „ wojenny goradki”- wojenne miasteczka- z cegły- piętrowe.

 Rzecz zrozumiała, że pod takie domy- kolosy- robią podmurówkę.

Najpierw usuwają słój torfu,  a następnie kopią głębokie rowy i zalewają je cementem. Materiały na budowę przywożą maszynami na prowizorycznie zbudowanych leżniowkach.

Tuż przy brzegu samego morza budują stocznię.

Cały obszar budownictwa otoczony jest druciastym płotem z wyżkami, na których stoją zmęczeni – zmarznięci żołnierze i uważnie obserwują , by któryś pracownik- uwięziony nie dał drapaka- nie uciekł.

Do tej pory nikogo nie wpuszczają bez przepustki , nawet cywilów, których tu zatrudniają.

To moje ogólne pojęcie o tych spostrzeżeniach o tym Mołotowsku. ( obecnie Siewierodwińsku)

Uwaga! Nie mylić miasta Mołotowsk z miastem Mołostow- na Uralu

c.d.n.

( wrzuciłam do blogu 22.07.2019)