Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 5 ).

 

MikoMajaŁadne.JPG

 

Majka i Mikołajek zbierają jagody na przełęczy Biały Krzyż.

 

 

Jeden Taki Dzień ( 5 )

 

Opuściliśmy to magiczne miejsce. Nasyceni wrażeniami, bez smutku, bo z wiarą, że wrócimy, że zawsze będziemy tutaj wracać, jak tylko sił stanie….

I nadszedł ostatni punkt zaplanowanego przez organizatorów na ten dzień programu. Odwiedziny u Niezwykłego Człowieka.

Zjeżdżając w dół, w stronę Szczyrku, w Salmopolu wypatrzyliśmy Jego dom.   Gospodarz już oczekiwał , otworzył wierzeje bramy i zaprosił do środka. Dom to duży, nieomal przytulony do przepływającej przez Szczyrk szumnej Żylicy, wygodny. Ma nowoczesne obszerne wnętrza a jednocześnie jest przytulny.

Był poczęstunek , śliwki węgierki, ciasta, znakomita herbata, czekoladki i szampan oryginalny….

A teraz o tym Panu wspomnieć muszę. Otóż syn kiedyś go operował i wówczas zawiązała się ta znajomość i obopólna sympatia, co czuło się w czasie tego spotkania. W tym czasie szpitalnym prowadzili rozmowy , pewnie syn wspominał o ukochanych górach i okazało się, że Pan ów urodził się niedaleko gdzie miejsce urodzenia  Babci moich dzieci, a mojej mamy- Stefanii Łukaszewicz z domu Jakubiec.

Po latach edukacji zrealizował swoje marzenie i został pilotem  LOTU. ….ukoronowaniem Jego służby  zawodowej było pilotowanie samolotu, w którym Jan Paweł II opuszczał Polskę. Zaszczyt to dla pilota wielki, upoważniający do używania miana „ Papieskiego Pilota” . Miał przebyć trasę z Wrocławia do Watykanu. I nagle Pan Józef podjął decyzję a może ta myśl już w nim wcześniej dojrzewała, zmienił trasę i przeleciał nad ukochanymi miejscami JPII, Wadowicami i Tatrami. Oczywiście musiał mieć zgodę nawigatorów, którą uzyskał już tam, będąc na niebnym szlaku. Nie muszę opisywać jak bardzo się tą decyzją wpisał w papieskie serce. Oczywiście przypomniałam sobie to wydarzenie, bo wówczas w publikatorach pojawiła się ta  właśnie informacja….

Dzisiaj Pan Józef już nie lata, ale chętnie wspomina tamte czasy. Pędzi aktywne życie, czuje się spełniony i życzymy Mu długich lat w zdrowiu i radości….nie zapomnimy Pana nigdy, będziemy wspominali Pana i nasze spotkanie…..Pozdrawiamy nieustannie…

A na marginesie jeszcze jedna dość śmieszna historia. Otóż w domu Pana Józefa na ścianie wisi oprawione w ramkę za szybką zdjęcie z JP II i pięknym wpisem. Właśnie teraz je pokażę. Niestety światło zaburzyło  jakość mojej fotografii, ale można przeczytać. Podobno kiedyś, w czasie poprzedniego spotkania Majka, wówczas 3 letnia oglądając to zdjęcie spytała, czy kiedyś Pan Kapitan mnie zabierze do samolotu którym będzie kierował. Pan Kapitan odpowiedział, że już nie lata. Wówczas Majka spytała- a może ten drugi ze zdjęcia ? 🙂 …..

 

 

Pilot.JPG

 

 

 

 

 

List do Jacka ( 4 )

 

List do Jacka ( 4 )

Jacku!

W ostatnim liście zaczęłam opowieść nt naszego pierwszego spotkania. A oto dalszy ciąg tej historii….

 

Gdy tak jechaliśmy z Zenonem do Zielonej Góry służbowym redakcyjnym samochodem, nie pamiętam swojego lęku, czy choćby niepokoju, zresztą w przypadkach podbramkowych zawsze zachowywałam zimną krew. Więc sympatycznie gawędziliśmy z Bratem i coraz bardziej się radowałam w sercu z tego spotkania i czekających mnie kolejnych.

Wasze mieszkanie przy ul. Staszica  było położone pięknie. Chyba czteropiętrowe domy wybudowano na szczycie i zboczach wzgórza, wśród wielkich starych drzewa. Uwielbiałam takie miejsca.

Drzwi otworzyła nowa Żona mojego Brata, a Twoja Mama. Ciepła była ta kobieta, serdecznie mnie przytuliła i od razu wszystko było proste. Miała krótkie brązowe włosy, duże brązowe oczy, dłonie kształtne, duże ale budzące zaufanie. Zawsze zwracałam uwagę na dłonie ludzi, których poznawałam. One tak dużo dla mnie mówiły o właścicielach. Miała barwną , szeroką,  miękką wirującą spódnicę, spiętą w pasie szerokim paskiem. Okna mieszkania były duże i jasne, za nimi ta wielka zieleń. Od razu poczułam się tutaj dobrze.

Wkrótce pojawił się maleńki blondynek. Właśnie wstał po dziennej drzemce. Początkowo tulił się do swojego Ojca i nieśmiało na mnie zerkał. Widziałam te wielkie błękitne piękne oczęta i delikatne włoski. Zasieliśmy do jakiegoś smakowitego dania. Było pyszne, choć nie pamiętam co jadłam. Gerta gotowała chyba bardzo dobrze.

Potem zabawiałam się z tym moim maleńkim Bratankiem- Jackiem. Chyba miał niewiele ponad rok.  Pamiętam jak gnał  przed siebie szaleńczo, hamując na przeciwległej ścianie dużego korytarza. Jakimś cudem nie był poobijany, pewnie jak mały kociak miał właściwość miękkiego lądowania.

Siedziałam na kanapie w przeciwległym pokoju, gdy podszedł do mnie i oglądał mój pierścionek. Pierścionek był srebrny i bardzo ładny. Duży, owalny miał kształt i podłużne oczko w kolorze ametystowym. Właśnie niedawno otrzymałam go od przyjaciółki mojej Mamy- Heleny Konopielko. Szpanowałam tym pierścionkiem wśród koleżanek i byłam z niego dumna. Przecież to były czasy przaśnego polskiego nibykomunizmu. Ładne przedmioty były jak okazjonalne perełki.

Dopiero długo potem się wydało, że był to prezent, który moja przyszła Teściowa otrzymała od pierwszej żony jej syna Mirka.

I oto nastąpiło coś, co postrzegane z perspektywy czasu mogło mieć znaczenie symboliczne. Otóż zdjęłam ten pierścionek z palca i dałam go Jackowi dla zabawy. On go złapał i bez zastanowienia pognał z nim przez ten duży korytarz do łazienki, wrzucił do wc i spuścił wodę. Pobiegłam zatrwożona, oczywiście po pierścionku już śladu nawet nie było. Jacek patrzył na mnie figlarnie, uśmiechał się czarująco. Jakże mogłam się gniewać. Przecież mój Bratanek był taki słodki…po kilku latach, gdy spotkałam Mirka na swojej drodze i wzięliśmy ślub, zawsze wspominałam ten dar od teściowej, a właściwie od pierwszej żony Mirka i  Twój, mały blondasie czyn- finalne ostateczne pożegnanie z tym pierścionkiem i jakby symboliczne z przeszłością. Jacku, chyba byłeś wykonawcą jakiegoś odgórnego zlecenia. Pewnie los Ciebie wyznaczył, byś wpisał się w symbolikę tego czasu….Czyż nie fajna to historia?

Ależ się rozpisałam. Pewnie przynudzam. Ale wybacz ciotce gadulstwo, tyle wrażeń się ciśnie do klawiatury…

Na razie to tyle wspomnień z tamtych czasów, tych bardzo wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są stale świeże, o dziwo w ogóle się nie zestarzały, jak zresztą i my…..pozdrawiam Ciebie bardzo, bardzo serdecznie , kłaniaj się australijskim kangurom, Twoja ciocia Zosia

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z Kisielem pod pręgierzem ( 2 )

  

 

 

 Stefan Kisielewski

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

  Spotkanie drugie. Stefan Kisielewski, kompozytor, pisarz i felietonista , jest zarazem politykiem, w latach 1957-65 posłem z grupy katolickiej ‘ Znak”, , reprezentujące Wrocławskie. Na zaproszenie Woj. Biblioteki w Zielonej Górze przyjeżdża na spotkanie autorskie. Afisze już rozlepione w mieście, w programie Orkiestry Symfonicznej jeden z jego utworów. Wybieram się na „ Czwartek  literacki” do starej siedziby biblioteki przy ul. Jedności Robotniczej. Wcześnie dowiaduję się od ( nieżyjącego już) Zbyszka Soleckiego z „ Polskiego Radia”, że spotkania Kisiela z czytelnikami zostały odwołane. Będzie mógł tylko spotkać się z bibliotekarzami w Zielonej Górze i Sulechowie. Nie rozumiem…

    W porze obiadowej napotykam Kisiela, idącego do „ Ratuszowej” na obiad. Przypomina sobie nasze poznańskie spotkanie. Wstępujemy do lokalu, gdzie przy obiedzie pyta mnie:- Panie Zenku, dlaczego odwołano moje spotkania z czytelnikami? Nie wie pan? W odpowiedzi uśmiecham się zgryźliwie i powiadam: – Jest pan posłem , niech pan złoży interpelacje w Sejmie! Kisiel wybucha śmiechem. Mądrym śmiechem człowieka, który wie o wiele więcej , niż inni. A potem wiozą go do Sulechowa, na to spotkanie w wąskim gronie. Umawiamy się na wieczorną kolację w klubie dziennikarza.

    To spotkanie usilnie odradzają mi życzliwi, kompromisowo ustawieni w życiu, koledzy.- Nie afiszuj się publicznie z Kisielem –  doradzają – Stracisz pracę w dziennikarstwie…

     Pełen rozterek, jednak późnym wieczorem zaglądam do klubu. Ktoś mi powiada: – Był tu Kisiel, posiedział trochę przy drinku, bez towarzystwa, wyszedł. Chyba do hotelu, wypocząć.

     Z moralnym kacem wróciłem do domu. Mea culpa! Ale też pocieszyłem się , że ten mądry i tolerancyjny człowiek z pewnością mi to wybaczył. Bo takie też do były czasy, a ja nie byłem już ty młodym gniewnym z lat poznańskich.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. ” Z Kisielem pod pręgierzem”.

A oto tak wspomina mój brat  Zenon Łukaszewicz, spotkanie ze Stefanem Kisielewskim popularnie zwanym Kisielem. Jest to pierwsza część tekstu z jego tomiku ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki”  wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

<< Stefan Kisielewski

 

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

 

Spotkanie pierwsze. Początek lat pięćdziesiątych. Na ogólnopolskie spotkanie studenckie braci polonistycznej, organizowane przez Uniwersytet Poznański, przybywa wiele znakomitości- pisarzy i krytyków literackich. Szczególnie żarliwi miejscowi socrealiści, jak Zdzisław Romanowski czy Jerzy Kołtuniak, adorują młodych a już wybijających się wtedy marksizujących krytyków z Krakowa- Jana Błońskiego i Andrzeja Kijowskiego. Ja jestem już po druku debiutanckiej recenzji z powieści Jackiewicza „ Jan bez ziemi” w jezuickim

„ Przeglądzie Powszechnym”. Więc w oficjalnej uniwersyteckiej opinii jestem i tak wyrzucony na aut. Tedy z Tadeuszem Haluchem, późniejszym szefem redakcji moskiewskiej Polskiego Radia i telewizji, w moim skromnym pokoiku organizujemy spotkanie z Kisielem, który przyjechał wraz z Józefą Golmont z „ Tygodnika Powszechnego”, obecnie znaną posłanką Józefą Hennelową.

    W modzie były trunki :” angielska gorzka” i „ poznańska gorzka”. Ćwiartkowymi butelkami zastawiamy pół pokoiku. Dopadamy Kisiela tuż przed otwarciem sesji i zawozimy na ulicę Kossaka. Tam, w moim skromnym lokum, gdzie tylko jedno krzesło i stara komoda, biesiadujemy , dyskutując do świtu. Kisiel ma tęgą głowę, z entuzjazmem opowiada nam o neoliberaliźmie w wydaniu austriackiego ekonomisty Wilhelma Roepkego. Jest pod wrażeniem dyskusji , która  na ten temat niedawno przetoczyła się na łamach „ Tygodnika Powszechnego” z udziałem ks. Piwowarczyka, Tyrmanda i innych znakomitości. O „ Sprzysiężeniu” , swej najlepszej powieści, woli nie mówić, choć przytacza opinię ks. Piwowarczyka : – To powieść pornograficzna, ale żeby była aż tak nudna! To, że prof. Wyka zaliczył ją do rzędu najlepszych utworów tzw . literatury obrachunków inteligenckich, zdaje się Kisiel lekceważyć…

   Pierwsi poddajemy się całonocnemu zmęczeniu, a Kisiel jakby nadal snuł swój monolog o liberalizmie. I gorzałka wyraźnie mu służy. Następnego dnia, z pewnym opóźnieniem pojawiamy się w uniwersyteckiej auli, gdzie odbywa się sejmik. Kisiel w zupełnie dobrej formie, w przeciwieństwie do nas. Wielkimi literami coś zapisuje w notesie, później wygłasza przemówienie. O literaturze współczesnej mówi jak zwykle przewrotnie, podważając obiegowo obowiązujące opinie. Toteż następne dni imprezy – to zmasowany atak na niego, on stał się głównym bohaterem polemicznych wystąpień. Natomiast w starym, ZMP- owskim „Po prostu” ukazuje się po jakimś czasie tekst mego kolegi, którego negatywnym bohaterem jestem ja- wyrodne dziecię okresu, towarzyszące takiemu reakcjoniście jak Kisiel. Nie wierzycie? Sprawdźcie w starych rocznikach pisma….>>…

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Pamiętne spotkanie…

Druga część tekstu o Stanisławie Grochowiaku z tomiku mojego brata- Zenona Łukaszewicza zatytułowanego ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” który został  wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

   

 

 

<< GRY TOWARZYSKIE

 

 

       Na ogół tak się dzieje, że ludzie autentycznie utalentowani, obdarzeni wielkiego formatu wyobraźnią i posiadający już niekwestionowany dorobek twórczy, mają poczucie humoru i pewnego tolerancyjnego, żartobliwego dystansu wobec życia i jego perypetii. Są przy tym skromni i zwykli w codziennych kontaktach, bez owego „ namaszczenia” , z jakim obnoszą się zwykle prowincjonalne miernoty literackie. Bo, niestety, tak już bywa na tej naszej prowincjonalnej prowincji, iż większość autorów dwóch tomików poetyckich lub kilku całkiem przeciętnych książek prozatorskich, zachowuje się jakby byli już noblistami.

       Toteż życie literackie splata się nieodłącznie z osobowymi cechami i temperamentami twórców, buduje je niezliczona ilość anegdot, prześmiesznych bądź skandalizujących, tworzących w sumie jednak, żeby wyrazić się nieco patetycznie, ten specyficzny klimat epoki , a prościej- po prostu lokalny koloryt, skrzący się wielobarwnymi scenami i grami towarzyskimi. Sztuka jako zabawa, sposób bycia i obyczaju jako wyraz pewnych form wyrafinowanych rozrywek. To coś trafnie określił Johan Huizinga w swojej książce „ Homo ludens”, traktując „ zabawę jako źródło kultury”. I tak jest istotnie w środowiskach zespolonych generacyjnie, wspólnotą zainteresowań i zawodową zawiścią, które – wbrew pozorom- często bywają wcale dobrymi spoiwami owych serdecznych więzów.

     W latach sześćdziesiątych, gdy redaktorem naczelnym „ Kultury” : był krytyk Hieronim Michalski, a dział poezji prowadził w tym piśmie Stanisław Grochowiak, odwiedziłem Warszawę całkiem prywatnie. Grochowiak, o którym niedawno pisałem, był właśnie takim typowym przyjacielem, prezentującym sobą osobowość skłonność do towarzyskich zabaw i gier. Był typowym okazem „ homo ludens „. I otóż wówczas , po uprzednim  telefonicznym zaanonsowaniu się, złożyliśmy z nim wizytę Michalskiemu w jego obszernym mieszkaniu, wypełnionym wręcz po brzegi ogromnym księgozbiorem. Wkrótce na stole pojawiła się flaszka znakomitej nalewki alkoholu wzbogaconego smakiem pływających w nim płatków gruszki. Przystawki i zakąski były też przedniej jakości, w dużym wyborze. Nasz gospodarz mieszkał samotnie i dużą wagę przywiązywał nie tylko do literatury, lecz również – do różnych kulinarnych przysmaków. Niebawem pojawił się Roman Śliwnik, którego oddelegowaliśmy do sprowadzenia w celach towarzyskich osób płci pięknej. Po niecałe godzinie zatelefonował- że owszem, gdzieś jest w jakimś mieszkaniu, są dwie ładne dziewczyny, ale jest zbyt zmęczony, ażeby do nas dołączyć. W tej sytuacji Grochowiak telefonicznie zaprosił Joannę Pollakównę,  która wkrótce urozmaiciła nam te męskie pogawędki o literaturze, życiu i przeróżnych zadziwiających przygodach artystycznych.

      Gdy rozmowa w pewnym momencie skoncentrowała się na twórczości Jerzego Krzysztonia, pisarza zdaniem obecnych nie docenianego, późniejszego autora wstrząsającej powieści „ Obłęd”, Grochowiak przypomniał sobie, że właśnie przebywa on w Krakowie, toteż można by zaprosić jego żonę na naszą biesiadę, a trzeba gwoli ścisłości dodać, że wielka szafa chłodnicza naszego gospodarza  była obficie zaopatrzona w różnego rodzaju wykwintne trunki.

    Grochowiak wykręcił więc  numer telefony Krzysztonia, odezwała się jego żona, potwierdzając, iż istotnie Jurek jest poza Warszawą i z przyjemnością przyjmuje zaproszenie. Za kilkadziesiąt minut rzeczywiście przyjechała, gościnnie posadzono ją koło mnie, a że wykazywała zainteresowanie Zieloną Górą, tedy zacząłem opowiadać o naszym mieście i jego życiu kulturalnym. Nie trwało to jednak długo. Nagle bowiem odezwał się dzwonek u wejściowy drzwi. Przypadkiem najbliżej był Staszek Grochowiak i on je otworzył. Ujrzeliśmy….Jurka Krzysztonia. Z gniewną twarzą energicznie odepchnął Grochowiaka pod ścianę, podszedł do stołu i uderzając żonę po twarzy, rzekł: „ To ty, będąc pewna, że wyjechałem, zabawiasz się z moimi przyjaciółmi!”.

    Michalski w zdenerwowaniu , żeby i mnie się nie dostało, szybko odciągnął mnie od stołu. I zapanowała nagła cisza, konsternacja, wyczekiwanie co się stanie dalej. I stało się….

     Oto tak nagle jak wszedł, tak równie szybko Krzysztoń rozjaśnił twarz pogodnym uśmiechem, przytulił żonę, serdecznie przywitał się z nami, usiadł przy stole i nalał sobie nalewki. A jego żona opowiedziała, jak to po telefonie Grochowiaka- umówili się, że odegrają taką właśnie rolę zazdrosnych kochanków. Przyjechali razem, Jerzy trochę odczekał przed drzwiami i dopiero później zadzwonił. Udało się ! Krzysztoń zachował się jak urodzony aktor, ona dorównała mu w tej scenie zazdrości, nawet wówczas, gdy wymierzył jej policzek….A my czuliśmy się autentycznie przerażeni.

     Takie to były gry i zabawy towarzyskie w owych czasach. Szkoda, że dzisiaj pojęcie „ homo ludens” stopniowo wypełnia lamus naszej obyczajowości. I żal, że nie ma wśród nas takich pisarzy jak Grochowiak i Krzysztoń, zdolnych ubarwić szarość codziennej egzystencji. >>

   

 

 

Losy moich Rodziców. Powrót Taty.

Powrót Taty

 

I wreszcie nadchodzi ten moment. Tak długo wyczekiwany, wyśniony po nocach. Ale to tylko moja interpretacja tych wydarzeń. Tak naprawdę nie wiem co czuje Mama, brat na pewno się cieszy- bo o tym napisał kiedyś w liście do mnie. Czy Mama czuje się na siłach, by podjąć nowe życie z tym człowiekiem, który właściwie stał się Jej obcy? Nigdy Mama o tym nie wspominała, a ja nie pytałam. Zresztą wówczas, gdy dorosłam do zadawania takich pytań, już tak wiele się działo w naszym życiu, że odpowiedź byłaby na pewno przefiltrowana przez gęste sito minionych lat.

Tak więc Tato wraca z obozowej tułaczki i po rocznym pobycie w Niemczech. Po rocznych lękach , niepewnościach i rozważaniach, o tym co go czeka w kraju, gdyż wieści o  prześladowaniach władz komunistycznych  a nawet aresztowania ludzi przybywających z Zachodu ( a on przecież był na Zachodzie) docierały do nich wszystkich, zgromadzonych tam wojennych rozbitkach.

I teraz wreszcie wysiada z pociągu i staje nieruchomo na peronie dworca w Bielsku. Jest blady i wyniszczony 6 letnim pobytem w obozie koncentracyjnym.

Na dworcu czeka na niego kobieta z nastoletnim chłopakiem.  Z trudem rozpoznaje znajome rysy, jakże inne niż zapamiętane z młodości. Widzi przed sobą  posiwiałą kobietę i jakiegoś chłopca , którego teraz trudno byłoby nazwać Nieniuś. Pisząc listy z obozu tak go nazywał, pewnie dziecko samo tak na siebie mówiło wtedy, gdy odjechał. Teraz to jest Zenon, wyrostek o pięknych oczach, które mu zostały do końca życia. Płonących , rozjarzających się światłem oczach  naszej Matki…

Mama stargana wojennymi przeżyciami, po stracie  dziecka – Wacusia, którego jej mąż nie znał, osiwiała w ciągu jednej nocy.

Pewnie Tata jest zdziwiony, ale oczywiście wrażenie pokrywa swoim zwykłym łagodnym uśmiechem. Ale w głowie  kołacze się jedna myśl. Co się z nami stało. ?  Gdzie się podziała jego hoża góralka  z pięknym uśmiechem, która powodowała przyspieszone bicie serca. Kiedy to było?- kiedyś było….

Może mimo wszystko tulą się do siebie. Może Mama w końcu wydobywa z siebie dawny uśmiech, nie wiem.

Może jednak powitanie jest chłodne,  oficjalne, bo przy świadkach, na oczach Jej zaciekawionych  braci.

Jadą bryczką do Godziszki, trzymają się za ręce, Zenon pomiędzy nimi uszczęśliwiony i jeszcze nie zdający sobie sprawy jak trudno będzie dalej…

 

Losy moich Rodziców. Komunistka wraca do domu.

Komunistka wraca do domu.

 

Opuściwszy piękną podkrakowską Rybną Mama z synem, tobołami i słynnym już tapczanem, na którym przyszedł na świat w Smorgoniach Paweł, syn Heleny i Jana Konopielko  a który długo nam jeszcze służył w Gorzowie, została zapakowana do kolejnego wagonu kolejowego . Nie wiem, jak zorganizowano tę podróż , ale pewnie Mama trochę umiała czarować, miała tak przejmująco błękitne bławatkowe oczy, że jacyś  pomocnicy się znaleźli  i niebawem  ujrzała znajome strony- Katowice, a potem Bielsko- Białą.

 Tam, u kresu tej wielomiesięcznej podróży z nieomal roczną przerwą w Rybnej odebrał Ją brat, Szczepan.

Potem jechali wozem przez bardzo szerokie i malownicze przestrzenie Kotliny Żywieckiej. A dookoła jak zwykle milczały góry , góry które kiedyś porzuciła witały ją ponownie a może nie witały, może była im obojętna. Ale trwały, były jak zawsze, odwieczne, skąpane w mgłach zieleniejące w słońcu, czasem śnieżne. Ale zawsze piękne, chłodne, dalekie i właściwie obce….

Nie wiem, co czuła wtedy  Mama.

Przecież zdawała sobie sprawę,  jak wygląda, że ma na twarzy wypisaną żałobę po przeżyciach wojennych i stracie wojennego dziecka- Wacusia. Czuje się właściwie  wrakiem człowieka, bo wszystkiego było na tej ziemi wileńskiej za dużo. Tyle przeżyć, walki o przetrwanie, byt i pod koniec wojny największa życiowa porażka, tragedia- wolno ziębnące rączki i nóżki własnego dziecka – to temat, od którego już nigdy się nie wyzwoli, nie zapomni i będzie o tym mówiła do końca swoich dni i przekaże to mnie , która na szczęście tego nie poznała, ale współcierpi ze swoją Matką, zawsze, na zawsze. Tak to było dużo, za dużo do dźwigania na jej ramionach. Tak się właśnie czuje. wracając w rodzinne strony.  Jak bardzo nie przypomina tej Stefy, która odwiedzała rodzinę jeszcze tak niedawno.

Nie przypomina tej dumnej , pewnej  siebie, eleganckiej światowej Stefy.

Cała wieś się schodzi, by obejrzeć komunistkę. Dla nich każdy, kto przybywa ze Wschodu jest komunistą. Z wozu schodzi  moja Matka  i staje przed nimi.

Przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy. Jest w starej marynarce Ojca przepasanej sznurkiem  i jego butach. Wszystkie ciuchy albo sprzedała Rosjankom, oficerszom, jak nazywano tam żony oficerów , by mieć na chleb dla dzieci albo straciła w pożarze, gdyż dom, w którym mieszkała był wielokrotnie bombardowany i ostatecznie spłonął .

Wita ich zdumione milczenie.

Ale nie ma co tak stać i trwać w rozpaczy , życie pędzi do przodu.

A więc powitanie z Rodzicami, rodzeństwem.

Pękają jakieś lody, przytulenia i wreszcie trochę ciepła czuje i krew żywiej krąży i wreszcie ulga, że jest wśród swoich, niezależnie jacy są…

Zenon też powoli się łapie kontakt z kuzynami. Bardzo lubi córkę Hani, prawie równolatkę Franię z oczami jak chabry w ciemnej oprawie gęstych rzęs. Frania do tej pory żyje i wspomina z ciepłym uśmiechem mojego brata, który od dwóch lat przebywa w zaświatach…

 

Mąż młodszej siostry Mamy- Hanki, Janek zabiera Zenona do Bielska, gdzie kupuje mu jakieś ubranie. Ten człowiek , chyba najuboższy z całej rodziny, bo ma liczną dzieci, jest w sumie najcieplejszy i najbardziej opiekuńczy. ..

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie w CZD.

Spotkanie w CZD

 

Minęło sporo lat,  pracowałam już w CZD, gdy pewnego dnia odwiedziła mnie moja Anulka. Wówczas nie było telefonów komórkowych a zwykłe słabo działały. Więc nie anonsowała swojej wizyty, tylko po prostu przyszła zawiadamiając mnie wewnętrznym telefonem z portierni CZD.

 Zjechałam na dół windą, zagarnęłam Anulkę do oddziału, usadziłam na kanapie dyżurnego i wówczas zobaczyłam nieodłączne plamki na jej sukni. Była ubrana jak zwykle  wytwornie, suknia nosiła ślady dawnej elegancji, jeno nad biustem widniały te niestety rzucające się w oczy plamki, szczególnie dobrze widoczne w świetle padającym z okna położonego naprzeciwko.

Oczywiście udawaliśmy z kolegą Jurkiem Kryńskim, z którym pracowalismy biurko w biurko, że tego nie zauważamy.

Gaędziliśmy mile, ale w końcu zapytałam, co ją sprowadza do nas.

Oznajmiła ze spokojem, że właśnie udaje się na rozmowę z dyrektorem Centrum w sprawie pracy w Rehabilitacji. Zaniemówiliśmy, bo dobrze znaliśmy naszą profesor Goncerzewicz, która była niesamowitą pedantką, zresztą przybyła do CZD z Poznania, więc komentować nie muszę.  Gdy codziennie wizytowała Izbę Przyjęć, zwracała uwagę pielęgniarkom, że wystaje im rąbek prywatnej spódnicy spod fartucha. Zaczepiała na korytarzu lekarzy niechlujnie zapiętych pod szyją. O sprawdzaniu przez nią czystości nie wspomnę.

A tutaj nasza Anula ma stanąć przed jej obliczem z plamkami. Pomyśleliśmy , porozumiewając się wzrokiem, że nie ma szans na zatrudnienie.

Nie wiedzieliśmy ja zareagować, nic już się nie dało zrobić, więc po prostu milczeliśmy.

Wiedzieliśmy, że Anulę protegowała jej ordynator dr Czachorowska, o której już wspominałam. Ponieważ właśnie niedawno powstał w centrum oddział rehabilitacji, uznała, że Anula ze swoją pasją nadaje się do tej pracy znakomicie.

Na medycznej ścieżce. Spotkanie w bibliotece szpitalnej…

Muszę napisać o jednej z koleżanek – Anuli Ipnarskiej .Była taką osobowością, że gdy pomyślę Sienna- od razu poza kilkoma innymi lekarzami, myślę o Anuli.

Gdy przybyłam do zespołu lekarzy Szpitala przy ul. Siennej/ Śliskiej , zebrali się lekarze tego szpitala w pięknej Bibliotece Szpitalnej. Mieściła się na trzecim piętrze, oddzielając dwa skrzydła oddziału żółtaczkowego . Pachniała świeżą pastą do podłóg i  trochę tylko kurzem książkowym. Wysokie ciężkie staroświeckie regały sięgające sufitu były szczelnie wypełnione medycznymi dziełami. Widać było ich pięknie zdobione złocone barwne grzbiety. Ulokowane na najwyższych półkach chyba były rzadko wydobywane, w tych czasach bardziej zdobiły, niż nauczały. Może nie mam racji, przecież w medycynie ważne są wszystkie okresy poznawania człowieka i jego chorób, ale tam raczej nikt nie zaglądał.  Na niższych półkach były podręczniki używane częściej oraz tomy literatury fachowej. Żałuję, że nie miałam czasu by zajrzeć na te górne półki.

Wracając do mojego pierwszego dnia pracy, po zebraniu , wychodziłam  z namaszczeniem i niejakim wzruszeniem z tej biblioteki.

Jeszcze na poziomie tego piętra, tuż za drzwiami podeszła do mnie duża błękitnooka dziewczyna. Miała w sobie taki urok,  że nawet w pierwszej chwili nie dostrzegało się ubytków w jej uzębieniu. Oznajmiła, że nazywa się Małgorzata Ipnarska, ale zwą ją zwyczajowo Anulą i pracuje tutaj już pół roku. Polubiłam ją od razu.

Razem schodziłyśmy po tych magicznych schodach- oj, chyba włamię się do tego szpitala, który już nie funkcjonuje, by zrobić zdjęć wnętrza. Gdyby była ze mną Gonia, gorzowska bardzo bardzo dobra znajoma, na pewno by to się udało. Jest mistrzem w pokonywaniu takich trudności , widziałam ją w akcji pokonywania zamkniętej na kłódkę bramy w kamienicy przy ul. Próżnej.

Po tym zebraniu rozeszliśmy się do swoich oddziałów. Anulka już była na neuroinfekcjach a ja zostałam na żółtaczkach. Wróciłam więc w połowie drogi na ostatnie piętro i tam poznałam Anię Jung- obecną profesor, kierownik Kliniki Pediatrii Centralnego Wojskowego Szpitala w Warszawie. O Niej już wspominałam wcześniej.

Ale w przerwie kawowej od razu pognałyśmy na sam dół, do dyżurki. I tam ponownie rozpoczęłam rozmowę z Anulą. Była ciekawa mojego życia, więc opowiedziałam pokrótce, ona zrewanżowała się tym samym. A miała co opowiadać, oj miała…..

Uśmiechnięte Oko Pana Boga.

Jurek zmarł  mając zaledwie 50 lat  .

Chcę go spotkać i wreszcie powiedzieć to , czego nie zdążyłam.

Powiedzieć, że go bardzo kochaliśmy….

 

I właśnie dzisiaj  umówiłam się  z Jurkiem .

Będzie czekał w Specjalnym Miejscu na gorzowskim Rynku.

Rynek zawsze taki kolorowy i rozfalowany , dzisiaj jest  poważny, zadumany listopadowo.

Właśnie powoli gaśnie dzień  i nadchodzi wilgotne jesienne zmierzchanie.

Wchodzę do tego Miejsca Specjalnego, do  tajemnego kręgu zakreślonego gorzowską „Aleją Gwiazd „ i ścianą katedry.

Jestem w samym jądrze miasta .

   Jurek  już czeka , stoi oparty o  ścianę katedry.

Ręce ma  założone do tyłu .

Staję obok i wtedy nasze dłonie przylegają do ciepłej  chropowatości zawsze zachwycająco wielkich katedralnych cegieł.

 Gdzieś, za naszymi plecami za masywną ścianą kościoła , ciężko oddycha przesycony modłami , ogromny główny ołtarz.

Nieopodal szybują , oswojone już z miastem , duchy sąsiedniego , nieistniejącego  cmentarza..

 

Zaczynamy rozmawiać .

I rozmawiamy , rozmawiamy jak nigdy .

Opowiadam, że  nazwałam go Jasny .

Że tylko jego zapamiętałam z tamtej klasy.

Zapamiętałam mimo , że nie należał do grupy chłopaków , na widok których wszystkim dziewczynom trzepotały rzęsy .

Nawet nie wiem czy  były w naszej klasie osoby , które tak naprawdę wiedziały co pulsuje w jego wnętrzu , jak patrzy na świat, o czym myśli i marzy.

       Widzę,  że zachował swoją łagodność i pogodny trochę nieśmiały chłopięcy uśmiech.

 

Opowiadam o tym jak ważna dla mnie była jego matka. Jak ją obserwowałam idąc na działki. Cieszyłam się , gdy widziałam jak siedzi za parterowym oknem. Jasnowłosa drobna  i krucha w bardzo grubych okularach , nieruchomo skupiona na swojej pracy.

Jej obecność oznaczała dla małej dziewczynki dobry spokojny dzień.

 

Wreszcie mówię to co najważniejsze , co było we mnie zawsze.  

Mówię to dopiero teraz.

Że go kochałam , że inni też go kochali .

Ale czy ktoś z nas  zdążył mu to powiedzieć , nie wiem…

Tylko się uśmiecha  , po swojemu dziecięco zakłopotany…

     Obiecuje, że  przyśle   zupełnie nowe fotografie Gorzowa.

Tak dużo ich już wykonał.

Cieszy się .

Przecież już pokonał czasoprzestrzeń i może wreszcie fotografować   z nieograniczonej perspektywy .

 Podobno jego miasto wygląda tak , jak  kiedyś wspólnie oglądana  scenografia  do  „Ptaków „ Arystofanesa.

    Proszę o jeszcze jedno zdjęcie, specjalne .

Obiecuje.

To będzie zdjęcie  Uśmiechniętego Oka Pana Boga .

Teraz czekam..

 

Zostaję  sama z Rynkiem , w objęciach nocy. 

Podchodzę do miejsca , gdzie Gorzowska Aleja Gwiazd.

W pełnym mroku nie widzę , ale wiem, że tam są .

Tak piękne, jak piękna jest pamięć miasta o swoich najbliższych ,  jak serce ofiarowane sercu.

Pod stopami czuję łagodne wypukłości rysunku płyt wpisanych w kamienne podłoże…