Śladami mojego Taty. Pora powrotu do kraju…

Gdy zakończyła się wojna i powstała Polska Ludowa, Polacy żyjący na zesłaniu zbierali się do powrotu do kraju. Nie było to łatwe, bo należało w różnych urzędach załatwiać tysiące papierków, z co najważniejsze uzyskać zgodę władz sowieckich na darowanie wiecznej zsyłki.

Ciocia przy pomocy Jani zgromadziła nieomal wszystkie niezbędne dokumenty. Napisałam nieomal-  tak nieomal, bo okazało się, że jej synek nie ma prawa wyjazdu z Rosji. Tutaj się urodził i jest obywatelem tego kraju, oznajmiono.  Gdy ciotka wyczerpała wszystkie próby przekonania miejscowych i moskiewskich władz, po prostu dziecko wykradła. Wsiadła z córką do pociągu odjeżdżającego do kraju , a synka ukryła w tobołach. Miał siedzieć cicho, a że był dzieckiem rozumnym, więc siedział cichutko jak trusia.  

Śladami mojego Taty . Okruchy wspomnień o mojej Babci Staśce

I znowu jedziemy do Babci. Ulubiona podróż pociągiem, małe miasteczko z szerokimi ulicami. Cieszę się. Już można nałożyć sandałki, bo wiosna nadeszła. Ziemia pachnie i jest pięknie.

Dochodzimy do domku z oknami nisko położonymi nad chodnikiem. W oknach zawsze kwitnące kwiaty i gęste firanki.

Wchodzimy do domu.

Siadam naprzeciwko łóżka Babci i wpatruję się w tę staruszkę. Nie jest mi bliska, nigdy nie przytula. Ale nie pragnę przytulania, nie jestem do tego przyzwyczajona. Babcia raczej budzi moje zainteresowanie i trochę lęku.

Widzę moją Babcię, jakby to było dziś.

Oczekuję na taki moment, kiedy Babcia podnosi się ze swojego łóżka i drepcze do kuchni. Jest maleńka i drobniutka ale zawsze wyprostowana. Porusza się  lekko bezszmerowo.

Kuchnia jest obszerna. Na jej zapleczu jest miejsce dla mnie niezwykłe. Już kiedyś poznałam to miejsce, ale zawsze jest dla mnie bardzo atrakcyjne. Skradam się za babcią, oczywiście Babcia się odwraca i mówi- chodź dziecinko. Drepczemy więc razem.

Drzwi do pomieszczenia sąsiadującego z kuchnią otwierają się z trudem i wielkim skrzypieniem. Ale Babcia mimo pozorów kruchości jest silna.

Więc po chwili obie stajemy w otwartych już drzwiach. W nosy biją stamtąd zapachy. Są nadzwyczajne.  Wciągam głęboko powietrze. Takich zapachów  nigdy potem nie czułam . Te w domu mojej Babci w Trzciance były niepowtarzalne i jedyne.

 Oczy powoli się oswajały z mrocznym wnętrzem tego pomieszczenia. I stopniowo  ukazywały się rzędy wiszących szynek, kiełbas i słonin. Widok był dla mnie tajemniczy i budził lęk. Babcia odważnie brała do ręki wiszący brzeg szynki i jednym silnym ruchem wielkiego noża obcinała szeroki pasek.

Nie zagłębiałam się w czeluści tego pomieszczenia. Widok spod drzwi był wystarczająco silny i budził mój lęk. Więc wolałam nie sprawdzać, co tam było dalej.

Z tym wonnym paskiem odkrojonej szynki Babcia wycofywała się do kuchni i starannie zamykała za sobą drzwi.

Smaku tej szynki nie zapamiętałam, może nawet jej nie skosztowałam. Ogólnie byłam niejadkiem i chyba tylko kasza manna na mleku mocno posłodzona była dla mnie atrakcją.

Kiedyś, w 1955 roku byliśmy w Łebie na wczasach wagonowych. Wtedy rodzice odebrali telegram, że zmarła Babcia. Po krótkiej naradzie, uznali, że mnie – wtedy ośmioletnią zostawią pod opieką 13 letniego Pawła, który był z nami na tych wczasach . Paweł był synem przyjaciół moich rodziców a potem stał się bratem mojego męża. Lubiliśmy się, był odpowiedzialny, poważny i zastępował mi rodzonego brata- Zenona, który miał wtedy 20 lat i buszował gdzieś w świecie.

Gdy rodzice wrócili, opowiedzieli, jakie były okoliczności śmierci mojej Babci. Babcia Staśka zmarła nagle. Rano wstała jak zwykle, podreptała do spiżarni i porcją szynki weszła do kuchni. Stała przy kredensie i kroiła tę cudnie pachnącą szynkę.

I nagle wypadł  nóż z jej ręki i umarła.

Spotkała Ją wymarzona śmierć.

Nie byłam smutna. Nie opłakiwałam Babci. Była jedyną osobą z tego pokolenia, którą znałam. A jej odejście było zwykłą koleją losu.

Chyba po prostu nie kochałam mojej Babci bo nie miałam okazji jej lepiej poznać…

Jedziemy do Lwowa ( 2)

 

Wyjechaliśmy o 4 rano. Autobus był wypełniony ludźmi.

Trasa była prosta i niedługa. Bo wyruszyliśmy z  przygranicznego Horyńca Zdroju- miejsca  malowniczego  z wodami siarczkowymi.

Wpatrywaliśmy się z ciekawością w krajobraz za oknem. Na stosunkowo płaskim terenie domy nanizane na zieleń okalającą szosę  były dość ładne , świeże i zadbane. Wokół nich czyste ogródki z pierwszą wiosenną zielenią. Okolica sprawiała wrażenie dostatniej, co podobno było prawdą, i  wynikało z niezłych dochodów uzyskiwanych z  legalnego handlu oraz przemytu towarów z Ukrainy. Podobnie zresztą było  po drugiej stronie granicy. Różnice w cenach, braki towarów przez wiele lat nabijały ludziskom kabzy. Może i dobrze, że korzystali, gdy mogli. Teraz ponoć się zmieniło, powoli wyrównują się różnice pomiędzy Polską a Ukrainą.

Godzina spędzona na granicy i dwie w drodze powrotnej  w oczekiwaniu na odprawę paszportową i celną wydawała nam się trochę sztucznie spreparowana. Wszak byliśmy we Lwowie zaledwie parę godzin, więc chyba nie wyglądaliśmy na przemytników.

Ale cóż, widocznie prestiż zawodu celnika mógłby ucierpieć, gdyby cała operacja odbyła się w sposób sympatyczny i co najważniejsze , w jakimś sensownym tempie.

A może służby graniczne mają jakieś wytyczne, albo problemy, których nie znamy.

Szosa gładka, świeża lśniąca po porannym deszczu prowadziła nas  prosto do Lwowa. Wszystko  tutaj było nowiutkie, bo już czeka na Euro 2012. Po drodze  zajazdy, z czystymi WC- ami, w dali wioseczki z dominującymi złotymi kopułami  cerkwi.

Potem pojawiły się  nieciekawe przedmieścia Lwowa , jakieś umarłe domy, gruzy ,  i wszechobecne śmieci.

Nie dziwiłam się, wszak widok takiego nieładu i śmietniska nie jest mi obcy. Bo cóż innego oglądam , wyglądając przez okno mojej ukochanej kolejki WKD na wysokości warszawskiego Dworca Zachodniego.

Śladami mojego Taty. Już jadą…..

 

Wschód słońca. Zdjęcie własne.

 

 

Termin ślubu zbliżał się milowymi krokami.

W tym czasie młodzi pisali do siebie płomienne listy , zapewniając o miłości, tęsknocie  i oddaniu . Bolek zbierał wszystkie listy od Michaliny, zamykał w szkatułce a po latach wspólnie je czytali, wspominając ten okres z rozczuleniem.

 I wreszcie przyszły pierwsze śniegi,  mróz szczypał w nosy a w powietrzu unosił się zapach Bożego Narodzenia.  

Jak wszystko w życiu, czas płynął niestrudzenie.

Okres  przygotowań do ślubu dobiegał końca.  

 Bolek zastanawiał się, co powinien ofiarować Michalinie i jej rodzicom. Ten dylemat stał się tematem wielu  rozmów z księdzem. Obydwaj chcieli , by  prezent był oryginalny i upragniony. Aż któregoś dnia kapłan podał swój projekt. Bolek od razu zaakceptował pomysł i był szczęśliwy….

Cała parafia żyła nadchodzącym wydarzeniem. Może gdyby to dotyczyło tylko Bolka, zainteresowanie byłoby mniejsze. Ale planowany wyjazd ich księdza sprowokował do przyjrzenia się jego odzieży. I wówczas kobiety załamały ręce. Sutanna była spłowiała od słońca, przetarta na łokciach i pocerowana w wielu miejscach . Dobrze, że było jeszcze trochę czasu , więc śpiesznie przystąpiły do pracy. Wkrótce nowa sutanna była gotowa. Ksiądz nałożył ją niechętnie, bo uwielbiał swoją starą , w której czuł się dobrze. W dodatku uważał, że nie powinno się wydawać pieniędzy na nowe ciuchy, wolał oddawać je biednym parafianom. Nowa była sztywna, mało przyjazna, ale nie miał wyjścia, bo nie chciał sprawiać przykrości tym dobrym kobietom.

 Od dawna  w kuferku spoczywało  nowe ubranie Bolka, śnieżna,  wykrochmalona na sztywno koszula  oraz inne dodatki.

W dniu wyjazdu panowie wcześnie opuścili plebanię, a gdy czekali na bryczkę oglądali wschodzące słońce. Nie mieli ochoty na rozmowy, dzielili więc swoje milczenie. Często tak bywało, nawzajem znali swoje myśli i lubili przeżywać w samotności.

Niebawem usłyszeli stukot końskich kopyt i na podjazd przed plebanią powoli wtoczył się powóz. Wsiedli pospiesznie, bo mieli przed sobą jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, a termin odjazdu pociągu był  dobrze znany. Były to czasy, gdy pociągi kursowały punktualnie, można było wg nich nastawiać zegarek i nikomu nawet się nie śniło, że może  być inaczej.

Dojechali do stacji, gdy już słychać było gwizd nadjeżdżającego pociągu. Lubili

podróże, więc z przyjemnością wsiedli do wagonu , na półce bagażowej ułożyli kuferek i zdjęli ciepłe zimowe płaszcze. I niebawem  ksiądz zagłębił się w studiowaniu  brewiarza, a Bolek podziwiał  przesuwający się krajobraz za oknem. Lokomotywa sapała, wypuszczając systematycznie kłęby dymu. Koła turkotały miarowo, więc wkrótce Bolek , wyczerpany wszystkimi emocjami  , niespodziewanie zasnął  . Spał mocnym, zdrowym, ożywczym , młodzieńczym snem , może nawet śniła mu się piękna Michalina.  Z głębokiego snu wyrwał go dopiero głos  konduktora , który meldował, że dojeżdżają do przesiadkowej stacji. Bolek już znał drogę, bo całkiem niedawno przemierzał ją ze swoją ukochaną. Ale wówczas byli tak bardzo zajęci rozmową i czuleniem się do siebie, że ta stacja wydawała mu się obca. Dobrze, że ksiądz wykazał się opanowaniem, upewnił się u konduktora, że ta stacja jest właściwa. A gdy ujrzeli napis na dworcowym budynku , odetchnęli z ulgą. Jednak te wątpliwości świadczyły o ich stanie emocjonalnym.

Po chwili nadjechał  kolejny pociąg, którym dotarli do celu.

Tam czekały na nich szerokie sanie, zaprzężone w dwa gniade konie. Woźnica z sumiastym wąsem powoli zlazł ze swojego miejsca, popatrzył badawczo spod pokrytych szronem brwi i pokazał w szerokim uśmiechu czarne popsute zęby. Nie miał wątpliwości , że  ksiądz i młodzieniec, to oczekiwani goście. Uchylił  więc brzeg kożucha i zaprosił do wsiadania. Otuleni miłym , ale nieco cuchnącym kudłatym nakryciem, poczuli się swojsko i spokojnie. Wydawało się, że konie unoszą sanie w powietrzu, dookoła była cudna wielka śnieżna przestrzeń i szybko zbliżała się ciemna ściana wysokiego lasu. Oczarowany jazdą Bolek wyobrażał sobie, że  las nagle się rozstępuje specjalnie przed nimi a świerki i sosny specjalnie wyciągają swoje kosmate ośnieżone łapy , by się przywitać . Gdy wyjechali na pustą przestrzeń, to wrażenie oczywiście zniknęło, powróciła rzeczywistość , a w dali już widać było zabudowania gospodarcze i niewielki dworek. Na widok tego dworku, serce Bolka przyspieszyło, widocznie czuł bliskość ukochanej, a może odczuwał lęk przed czekającymi go wydarzeniami. Nie miał czasu na analizę swoich odczuć, bo sanie ostro zahamowały i już zobaczyli lnianowłosą dziewczynę z narzuconą kolorową chustą na głowie , która wybiegała na ganek…