Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty

Zamiast życzeń…..

P5021620.JPG

 

 

Kochani!

I jak tu nie wierzyć, że kiedyś przyjdzie Światło.

 

Wtedy Chrystusek Frasobliwy spod naszego beskidzkiego domku wstanie,  poprowadzi drogą krętą i wyboistą , pokaże Piękny Odmieniony Świat i Dobrych Ludzi a na końcu Pełną  Jasność  Spełnionego Życia  !!!

 

I z takimi myślami oraz Optymizmem pozdrawiamy Was

 

Wielkanocnie

 

P5011537.JPG

 

P5011520.JPG

 

P5011421.JPG

 

P5021607.JPG

 

P5021583.JPG

 

P5021547.JPG

Zakochałam się….

Kochani moi! Będzie długo, uprzedzam z góry, długo ale i ciekawie. Bo romantycznie zakochani tak czasami  mają 🙂

SAM_6717.JPG

 

SAM_6718.JPG

 

SAM_6719.JPG

Zdjęcie ze zdjęcia kalendarzowego Wajraka. Mój Ukochany….

 

 

Zakochałam się…

Pewnie ktoś zapyta-  jak to możliwe, zakochanie w takim podwójnie balzakowskim wieku ?

A jeśli dodam, że nie tylko w moim wieku można, ale w dodatku mój obiekt zakochania ( tu pewnie się zadziwicie i pokręcicie  niemo głowami z politowaniem), mój obiekt zakochania i westchnień  to ….jeleń. Już słyszę Wasze szepty na boku- odbiło jej na starość, ani chybi….

A więc tak mili moi, trafiło mnie gdy przewróciłam stronę kalendarzowego Wajraka na luty tegoż roku. Wisi sobie toto spokojnie w maleńkiej łazieneczce, gdzie  kieruję swoje pierwsze kroki przed świtem. Nic w tym dziwnego,  że tam pierwsze kroki, ale ja tam zmierzam nie tylko w jednym prozaicznym celu ,  lecz także w innym o wiele  ciekawszym. Biegnę tam, by się wpatrywać  jak przysłowiowa sroka w gnat w fotografię pstrykniętą przez pana Wajraka  ( w czołówce tego wpisu zamieściłam zdjęcie z tego zdjęcia)  .

Jak widzicie, jest na nim jeleń. Po pierwsze- jego  oczy. Codziennie patrzą na mnie tak samo, nie uciekają wzrokiem, nie rozglądają się za innymi kobietkami, nie strzelają na boki spojrzeniem. Są mi wierne,  wielkie, delikatne, smętne, tęskne i w dodatku okolone cudnymi rzęsami i ta mordeczka, morduchna, przesłodka szczupła mordka pokryta delikatnym włoskiem. Nieco rozdęte chrapki na końcu , tak ten nosek, mówię Wam, jest doprawdy bajkowy.   A nad tym uszeńka duże, pięknie rozstawione i postawione na baczność , nieomal czuję jak miękkie i ciepłe, a powyżej rogi. Rogi to cudo, istne dzieło sztuki rozłożyste rozkrzewione jak moje krzaczory na działce i bardzo symetryczne. Jak może dźwigać takie coś ta niewielka główka i szczupła szyja. Aż dziw mnie bierze co rano. Nie odrywając wzroku od mojego jelenia, mimochodem  robię co trzeba i opuszczam świątynię dumania unosząc ze sobą ten obraz . I tak zaczyna się mój dzień, zawsze dobry, bo z jeleniem.

Przy okazji sobie rozmyślam o moim Wybranku  i poczytuję o nim porannie i całodobowo w necie.

Ludziska powiadają o swoich pobratymcach-  znaleźć jelenia, być jeleniem. Nie wiem skąd się wzięło takie określenie.  Może od jeleniej łagodności, braku agresji ?   Po prostu nie wiem i wujek gogle chyba też nie wie. Jedynie niektórzy specjaliści od duszy ludzkiej  piszą, że jeleń to dziecięca naiwność i łagodna słodycz.

A może jego zwyczaje spowodowały, że tak się mówi .  Bo piszą, że z natury lubi urzędowanie w dzień, ale gdy przeszkadzają mu ludzie lub drapieżniki, ustępuje pola hałaśnikom. Wówczas dni spędza ukryty w gęstych lasach i wychodzi dopiero wtedy, gdy jest spokojniej , czyli nocą. Wtedy przynajmniej ludzie raczej śpią . Jednym słowem jak może unika hałasu, zgiełku i zagrożenia.  Unika , bo jest prawdziwym jeleniem.

Czytam dalej, że śpi króciutko, bo  jedynie 60-100 minut na dobę. Mój Boże, jak to możliwe, że tyle wystarczy. Oj przydałoby się tak nam, ludziom , np. studentom  w czasie sesji, gdy na chybcika zakuwają – dobrze pamiętam ten czas, chociaż odległy o mile świetlne.  Albo dyżurantom medycznym, kiedy to wystarczyłaby nieomal chwila snu na odpoczynek a nie ta bezsennościowa pobudzeniowa bomba adrenalinowa, uruchamiana z tej okazji, która w człowieku  jeszcze buzuje przez następny dzień , nie pozwala spać by nagle wygasnąć drugiego dnia przynosząc ogólne sflaczenie. Ale wówczas przychodzi następny dyżur. I koło się kręci. Syn mówi, że też tak ma, więc pewnie wszyscy, którzy pracują nocami tak mają. Tak więc przydałoby się być jeleniem i mieć jego króciutki  wzmacniający sen…

Kolejny jeleni plusik to absolutny wegetarianizm.   Być jeleniem, to nie polować, jeno łagodnie wyszukiwać pędów, liści, pogryzać korę , chociaż z bólem serca, bo drzewka żal,  wynajdywać owoce, trawkę skubać , czasem podkraść zboże , wykopać ziemniaczka czy buraka i schrupać na surowo. Zimą natomiast gdy tamtego wszystkiego mało, mchem się posilić, pomiętolić z lubością w pysku to włochate gąbczaste. Pychota. Wymarzone byłoby takie życie. I spacery wzmacniające kondycję byłyby  konieczne a nie tylko wyprawy po gazetę i jedzenie sklepowe ( brr) a potem, to już zamiast  deseru  byłyby  zachwyty nad wagą łazienkową i nad kreacjami z młodości pasującymi jak ulał i w dodatku  przemiana materii owocowałaby  ładną poranną kupką ( chociaż jak na razie z tym nie mam problemów, ale gdyby były, to właśnie roślinna recepta jelenia jak znalazł) .

Czytam dalej, że jeleń nie jest samotnikiem. Po prawdzie, nie bardzo pasowałoby mi życie w grupie, kiedyś lubiłam, ale przeszło gdy PESEL spoważniał. Tak więc taka nazywana przez myśliwych ( brr- z trudem napisałam to odrażające słowo ) ale to oni  nazywają taką grupę jeleni chmarą. Jedyne co by mi odpowiadało, i pewnie Wam, kochani, że temu stadu przewodzi kobieta. Nazywana jest łanią licówką która jak widomo nam też, zawsze ma przy sobie młodziutkie cielę. Mój Boże, jak ja uwielbiałam mieć małe dzieci, gdyby nie mój zawód i pewne dolegliwości zdrowotne, miałabym ich całe dziesiątki J. Małe tak, bo ze starszymi więcej kłopotu. Jelenie wyrostki, jak mają w zwyczaju,  poszłyby  wcześnie na swoje. I byłoby ok. Z małym mogłabym przewodzić stadu.  J

 I nie przeszkadzałoby mi, że nasza ukochana ostatnia  „dobra zmiana” nazywałaby mnie feministką, wegetarianką lub tajemnie obco ale też fascynująco brzmiącym określeniem gender  ( na szczęście ostatnio zapomniano jakoś  o tym , chwała bogu, ciekawe kiedy to słowo ożyje, bo mnie np. jakoś podnieca ). Na szczęście nie nazwą mnie cyklistą, bo  uwielbiam  per pedes- chociaż to ostatnie też jakoś dziwnie się kojarzy. Zresztą wszystko może się kojarzyć ….

Jednak jest coś w jelenim życiu , co by mi nie odpowiadało. To rykowisko. W drugiej połowie września mojego łagodnego jelenia dosiadałby demon chuci.  Na szczęście musiałabym przetrwać tylko  3- 5 tygodni opętania mojego ukochanego. Wolałabym tego nie oglądać  . Widok to iście żałosny, takie opętanie. Bidulek wtedy  nic nie je, jedynie żłopie wodę , tapla się w błocie a potem bezwstydnie  ociera o drzewa ( jak się dowiedziałam, pasożytów ze skóry się pozbawia- to rozumiem) . Ale dlaczego wtedy  ryczy jak szalony , ryczy tak, że cała okolica drży w posadach. W dodatku w  tym stanie pobudzenia walczy z innymi panami. A potem gdy ten stan amoku mija ( nie wiem czy po spełnieniu z jakąś jelenią kobietą, czy tylko  wymęczony przez demona), wychudzony o 10 a nawet 20% , ucieka  w gęstwiny, gdzie ma swoje ostoje, i liże rany.

Nie chciałabym być u boku mojego Ukochanego gdy zakochany przeżywa istne męki Tantala.  To spektakl dla mnie właściwie odrażający .  Nie rozumiem z jakiego powodu, jak pisze w necie Jan Adamski z powodu niejasnego ( zgadzam się w pełni) , ludziska z małych miasteczek i wsi,  w latach 60 czy 70 ubiegłego wieku,  zdobili swoje domostwa obrazami z widoczkiem jelenia na rykowisku, stojącego na tle  gór, jezior czy rzek. Były  to dzieła domorosłych malarzy a całości kiczu dopełniały zwykle bardzo zdobne, złotem powlekane , bywało że kosztowne ramy. Jeleń na rykowisku stał się symbolem kiczu i złego smaku, Chociaż teraz jak widzę w necie są pasjonaci, zbieracze tamtych obrazów. I fajnie, tylko na boga, gdzie oni to wieszają, lub wolę makatki kuchenne z pięknie wyszywanymi „złotymi „ zdaniami. Ale koniec tej przydługiej  kiczowatej dyskusji ogłaszam, bo pora kroczyć dalej w moją opowieść.

 

Biednego mojego rozszalałego nagle jelenia opuszczam więc , ale nadal rozmyślam szykując się do wspomnianej ucieczki- wycieczki.  Już chyba lepiej mają ludzie, bo swoje podboje miłosne raczej czynią  w ukryciu, tajemnicy i gdy wszystko idzie dobrze, wracają do domu skruszeni. Chyba , że nie wracają, albo przypadkowo zostają namierzeni. Może jednak lepsze już życie z jeleniem. Wszystko jasne , otwartym tekstem pisane . Jest czas rykowiska i już. Koniec kropka. Jak uważacie?

By przetrwać te parę tygodni amorów Ukochanego Jelenia, wybrałam ustronne miejsce dla siebie. Z pewnością tam nie spotkam kolejnego pobudzonego faceta jeleniowego, chociaż muszę to jeszcze sprawdzić…Otóż w połowie września, uprzedzając jeleniego czy jeleniowego demona seksu,  poleciałabym nad Morze Śródziemne. Dobra to pora, już nie za gorąco a woda jeszcze ciepła. Nie wybrałam Malty choćby z powodu, że tam ichnia „ dobra zmiana „ już wycięła prawie wszystkie drzewa a mieszkańcy skądinąd gorliwie religijni ( na niewielkiej swojej wyspie mają tyle kościołów ile dni w roku i wystrojeni bywają tam często) równocześnie polują na ptaki ( widziałam miejsca na gołych skałach, z zaroślami gdzieniegdzie, z tabliczkami obrazującymi myśliwego ze strzelbą i z psem , usiane łuskami- okropność mówię Wam). A teraz Malta to nazwa powtarzana w publikatorach, gdzie różne szyszki będą radzić i wybierać. Tak więc, nie polecę na Maltę ale np. na ukochaną kiedyś Sardynię. Ta włoska wyspa, o której kiedyś tu pisałam, zachwyca uratowaną zielenią, jest usiana zachowanymi nuragami z zamierzchłych czasów ( jest ich kilka tys.)  czyli wieżami gdzie lokowano zwłoki, by wyschły na wietrze a także wdrapywali się tam żywi by bronić krainę przed złymi obcymi. Na Sardynii też strzelali do odpoczywających w przelotach ptaków, ale przynajmniej je zjadali, bo byli głodni- to jeszcze jakoś, chociaż z trudem mogę zrozumieć, a nie jak Maltańczycy , którzy robili to dla zabawy.  Tak, będę się wylegiwała na złotym piasku , wystawiała ciało na łagodne wtedy już słońce i poddawała pieszczocie bardzo słonej wody. A potem połażę po okolicy wśród niesamowitych tworów skalnych, wyrzeźbionych przez wiatr i wodę. Posiedzę pod wielkim skalnym żółwiem, lub innym takim….potem będzie najprawdziwsza włoska kawka, sjesta poobiednia pod wielkimi tamaryszkami rosnącymi sobie zadziwiająco bujnie na słonym piasku plaży….

Opalona, wygładzona, odmłodzona wrócę gdy przestanie szaleć mój jeleń.

A zapytacie skąd wówczas wezmę dziecko, gdy ominie mnie okres godowy.

Będę nowoczesną jelenią panią. Po prostu zafunduję sobie  in vitro…

Koniec tej gadaniny, biegnę do lustra, może mój nosek się wydłużył i rozdęły chrapki i właśnie się pojawiają pierwsze gładziutkie na nim włoski….

SAM_6719.JPG

 

 

Jeszcze kilka informacji nt jeleni, które nie zmieściły się w konwencji mojej poprzedniej opowieści, bo nie fruwają frywolnie. Te informacje są stabilne i poważne, co musicie mi , Kochani wybaczyć. Czasami trzeba mieć poważną minę a nie wypisywać głupotki  jedynie czasem przeplatane faktami.

Otóż :

1. Jelenie żyją 12-15 lat, ale zdarzają się 20 letni starcy.

Dziewczyny jelenie dojrzewają wcześnie, bo już w 2 roku życia, ale chłopaki później , bo w 5- 7 swojej wiośnie. Nie komentuję tego, bo chciałoby się napisać, że u ludzi jest z reguły podobnie, chociaż lata się liczą inaczej.

Po 234 dniach od owego sławetnego rykowiska , powiązanego z wiadomą konsumpcją , któraś ze szczęśliwych nałożnic rodzi ślicznego dzidziusia. Może być jedynakiem albo bliźniakiem. Dzieciątka mają piękne żółtobiałe plamki na bokach, które zanikają jesienią , a po kilku dniach od momentu przyjścia na świat są już na tyle silne, że  wędrują za swoją mamą i towarzyszą jej aż do okresu przedszkolnego, tj do 3 roku życia. Mamuńka karmi je swoim smakowitym ? mleczkiem przez 8-10 miesięcy

2. Poroże jeleni to nie tylko ich uroda. Im który ma większe i im bardziej rozkrzewione, tym bardziej szaleją za nim ich kobiety. To widoma oznaka wysokiego poziomu testosteronu a także najlepszego zestawu genów. Więc panie jeleniowe nie muszą wybierać, zastanawiać się wielce, czy takie ryczadło się nada na tatusia jej dziecka, tylko patrzy na rogi. Nie to co u nas. Żona mówi do męża- musimy się rozstać, dlaczego pyta mąż- nie mogę już dalej żyć z rogaczem, odpowiada ona. Krzywię się czytając taki dowcip. Zupełnie nie koresponduje z moim jeleniem z kalendarza, który jest łagodny i wierny. Nie rozumiem, dalej nie rozumiem, dlaczego my, ludzie źli z gruntu rogaczem nazywamy tego , którego żona „idzie w długą”. Że naiwny może? Nie wiem? Doprawdy nie wiem….

Poroże jelenia , jego duma, rośnie wraz z narastającym poziomem testosteronu, o czym już pisałam, ale gdy w marcu, czy kwietniu jego poziom naturalnie spada, poroże stopniowo wygładzone przez czas i ocieranie o gałązki, odpada. Mówi się wtedy, że jeleń je zrzuca. Porzuca tym samym swoją dumę, z którą obnosi się w sierpniu i w czasie rykowiska. Dorosłe osobniki potrafią zrzucać swoje” korony” już w lutym, a młodziutkie w maju lub czerwcu, lub rok po urodzeniu. Ponoć ludziska w marcu tłumnie  penetrują  gęstwiny leśne, by znaleźć te trofea, choć czasem znajdują je na zwykłej leśnej drodze.

. 3. Ludzie nie byliby ludźmi, gdyby nie podpatrzyli i nie wykorzystali obserwacji corocznie odradzającego się poroża jeleni .

Ponad 2000 lat temu Chińczycy podawali mężczyznom sproszkowane poroże jako medykament na jego płciowe ułomności. Leczyło ono nie tylko niemoc seksualną, ale też likwidowało  bóle kręgosłupa . Jak mniemam , pewnie były to bóle związane z osteoporozą o czym jeszcze wtedy ludziska nie wiedzieli. I zalecając spożywanie sproszkowanego poroża nieświadomie dostarczali nie tylko  testosteron , przydatny płci męskiej cierpiącej z powodu andropauzy, leczący też ich osłabłe wtedy kości ale wielkie ilości wapnia i innych minerałów zgromadzone w dojrzałym zwieńczeniu jeleniej głowy też były superlekiem.

Zajęli się  tym problemem także polscy badacze. Pani Jolanta Podsiadła przeprowadziła z nimi wywiad i oto co napisała potem. ( podaję w skrócie).

Ponieważ poroże należy do najszybciej regenerujących się organów u ssaków, potrafi rosnąć nawet 2 cm na dobę, rozpoczęli badania nad komórkami macierzystymi tam znalezionymi. Było to 12 lat temu. Poroże otrzymywali z ogrodu zoologicznego we Wrocławiu i badali w laboratorium AM w tymże mieście. Po 2 tygodniach wyprowadzili „pierwszą w świecie stabilną linię komórek macierzystych „ i nazwali je MIC-1 ( nazwa pochodzi od imion naukowców) jednocześnie opatentowali je. W ten sposób powstał bank  tych komórek co umożliwiało dalsze badania. Ze zdziwieniem zauważyli szybkie tempo ich namnażania, zdolność do całkowitej regeneracji oraz całkowitą obojętność immunologiczną co powoduje, że po podaniu nie odrzuca ich żaden organizm . Ich szczególna właściwość to pobudzanie innych komórek do wzrostu a także „ samoleczenia”.

Wobec tego naukowcy uznali, że te komórki macierzyste mogą mieć zastosowanie nie tylko w kosmetologii, ale i w ortopedii , neurologii czy w okulistyce ( regeneracja rogówki)

4. I nadeszła pora na legendy

Jeszcze w czasach przedchrześcijańskich, wśród ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego urodziła się legenda o Jeleniu z krzyżem. Podchwycił ją i rozpropagował zakon benedyktynów a następnie inni. W ten sposób powstawały opowieści o patronach myśliwych jak św. Hubert czy św. Eustachy a  także następująca historia. Myśliwy ściga  jelenia, a ten nagle się odwraca i wszyscy widzą krzyż pomiędzy jego rogami. A jeleń mówi ludzkim głosem. Tu należy postawić kościół. I ludzie posłuszni rozkazowi, kościół stawiali. I tak powstały kościoły na św. Katarzynie w Górach Świętokrzyskich ( znany nam, dobrze znany i lubiany), kościoły na Mazowszu, w Jeleniej Górze, gdzie wg legendy z jeleniem się spotkał Bolesław Krzywousty. …

 

I pora zakończyć  moją  i internetową opowieść. Bo właśnie poczułam przymus odwiedzenia  łazieneczki . Właściwie nie mam typowego powodu. Po prostu muszę z wiadomej  już Wam przyczyny kolejny raz zerknąć na kalendarz i popatrzeć w oczy Ukochanego 🙂 Jest, kochani moi, jest i czeka. Jeleń ze zdjęcia, moja ostatnia miłość…dobry dzień się rozpoczyna, dzień z jeleniem …

 

CętkiMłodegoJeleniaZanikok6mies.jpg

Zdjęcie z netu. Dzieciątko….

K.J. Christian1910z Agra-Art.jpg

Zdj z netu. Kicz z lat 70 XX wieku…

 

nuragi z zew.jpg

Sardynia, opisana w tekście nuraga. Zdj. własne

grĂłb gibantĂłw- wymiary-kudzie obok.jpg

Sardynia. grób gigantów. Zdj. własne

skała1.JPG

Sardynia. Niezwykłe twory skalne. Zdj. własne

T,7.jpg

Sardynia. Tamaryszki na plaży Zdj własne

 

 

 

Historia pewnego wiersza. Spacer ze Smutkiem.

gulsatelit.JPG

To tutaj moje rozterki w większości wyimaginowane przychodzą a czasem chcą do wiersza. Więc piszę. Na tym zdjęciu z satelity, od góry Puszczy Białej odsznurowany fragment, potem rząd naszych domeczków oraz Bug z cudną cofką ( jak ja nazywają miejscowi)

P6301049.JPG

Nasz domeczek w cieniu lipy. Ależ ona wyrosła przez te 38 lat. A była patyczkiem miała tylko duże dwa liście , bo wielkolistna z nazwy a wiatr ją przyginał i wachlował nimi. Wyglądały jak uszy słonia.

P6210994.JPG

I wreszcie nasz Bug i wejście do cofki….szeroki, meandrujący, niespokojny i zdradliwy.  W jego wirach już przy nas utopiło się kilka osób. A może było ich więcej, tylko nie wiemy.  Cofka się przesunęła się na południe w ciągu tych lat tam spędzonych ( 38) o dobre 5 m co wytycza słupek metalowy Profesora, który służył do cumowania Jego własnoręcznie zbudowanej żaglówki o imieniu Trep…

Historia pewnego wiersza

A może nie wiersza tylko takiej sobie pisaniny, podpowiada mi stojący za plecami Duszek nieśmiałości pokory i kompleksów.

Odpowiadam mu, że pewnie ma rację. Ale nic nie mogę poradzić, na to, że takie” wierszyki” ( ucieszył się, że ujęłam w cudzysłów) same do mnie przychodzą, pobuszują pod czaszką, serce przyspieszą, bez korekty czy poprawek wyleją się na klawiaturę, potem  zmęczone całym tym zamętem idą potulnie do swojego folderu , jeszcze chwilę się moszczą, otrzepują ,  przeczesują piórka i smacznie zasypiają , lekko pochrapując.

A ja im mówię na dobranoc, śpijcie spokojnie, moje miłe, nagle poczęte z tęsknot nieokreślonych, lęków, smutków bez powodu ,  wyobrażeń, skojarzeń, rozmów z ludźmi prawdziwymi i wyobrażonymi, z cudu przyrody itd. itp.

 

Tak też było i z tym „ wierszem”. Spał sobie smacznie, aż przyszła na niego pora.

Po kolei było tak. Szukałam przyjaciółki z I roku AM, Moniki o której a właściwie o wspólnych naszych czasach pogodnych prawie wesołych ( zwłaszcza oglądanych z ponad 50 letniej perspektywy) w rozdziale Na medycznej ścieżce napisałam dość obszernie. Poszukiwania długo były  bezowocne . Aż wpadł mi pomysł, by zajrzeć do FB i poszukać chłopaków, bo jedynie oni nie zmienili nazwisk. I spotkałam tam Leszka Milanowskiego, superkolegę , prawdziwego „brata łatę”. Odpisał, potem zadzwonił. Mieszka w Anglii i nawet popełnił telefon do mojego syna, by rzucał pracę w Polsce i jechał na Wyspy, bo tam bardzo potrzebują neurochirurgów. Syn ma swoje zdanie na temat pracy na „cudzym polu”, ale orzekł, że Leszek jest bardzo fajny. Rozgadałam się, a miało być o wierszu. Więc wracam i kontynuuję.

Leszek podał moje namiary jeszcze dwojgu kolegom z grupy. Odezwali się, piszą pamiętnik naszego rocznika i pytali czy mogę coś skreślić . Wprawdzie w Poznaniu studiowałam tylko  przez 3 lata, ale mam wspomnień bez liku. Powiedziałam więc, że wprawdzie jest to w tym blogu, ale ok., wyślę. Potem się okazało, że sami piszą a z tego co my spłodzimy wybiorą to  zechcą,  więc się rozczarowałam, że nie będzie to jakaś pełna sylwetka każdego z nas. No cóż, jak napisała moja bliska Ela, którą poznałam dzięki temu miejscu,

„ będzie standard”.

Potem wspomnieli, że chcą też zamieścić tam  wiersze, jeśli takowe piszemy. I znowu nieopatrznie wysłałam im jeden. Od razu kolega, który jest profesorem i Prezesem Polskiego Towarzystwa Higienicznego, bez pytania o moją zgodę, zamieścił go w internetowym wydaniu ichniego czasopisma . Nawet fajnie ustawił wersy i podał link gdzie tego szukać. Ale Irenka, główny redaktor naszych „pamiętników „, której też od razu wysłał to moje „ dzieło” odpisała, że ma już wiele wierszy kolegów , czy się zgadzam na zamieszczenie swojego i że ostatecznie polonista będzie oceniał te wiersze i że będzie burzliwa dyskusja, czyli sąd kapturowy jak się domyślam ….

 

Czy jest mi  potrzebny ten okrojony, usztywniony pamiętnik , publikacja papierowa wprawdzie kusi, ale nie w takiej formie o jakiej wspomniałam powyżej i czy  jest mi  potrzebny sąd kapturowy- koledzy i jedna polonistka.

Nie, niepotrzebne to wszystko, odpowiedział głos w mojej głowie. Wystarczy, gdy Wam, kochani wrzucę tutaj , bo jesteście mi najbliżsi …..

      A na koniec jeszcze jedno. Znalazłam Monikę i jest nam dobrze, tak jak kiedyś, no prawie jak kiedyś. Prawie, bo każda ma już pełen plecak doświadczeń przyssany do ciała. Oj Moniko gdzie te czasy gdy byłyśmy piękne młode i takie lekkie, że unosił nas dobry wiatr  …..

 

A teraz pora na ten” wiersz”. Zapraszam wszystkich którzy czują podobnie jak ja, którym może coś da, albo nie da….wszystko jedno….

Przechodzisz udając obojętność

Bo widzisz na horyzoncie Smutek

Nie poznajesz  go

zmieniasz kierunek swojej trasy

 

Ale on i tak  na ciebie czeka

Ukryty za drzewami albo bardzo starymi domami

Wie, że jesteś sama

Że milczą telefony

Że nikt nie przyjdzie

Że nikt nie myśli o tobie

 

On, Smutek przychodzi i siada w twoich oczach

Wyjmuje kanapkę

Spokojnie przeżuwa

I patrzy

Potem zamyka w dłoniach

Coraz szczelniej i szczelniej

 

I nagle przypominasz sobie

Co robić gdy w wir rzeki wpadniesz

Musisz uwierzyć , że rzeka ma dno

Potem tylko poddać się tej wielkiej sile ssącej

Zamknąć oczy

Ciało bezwładnie zostawić

Pamiętać , że on już nasycony ciebie wyrzuci

Wypluje na pewno

 

Zobaczysz jak wstaje dzień

Niebo nad tobą piękne

I ptaki tylko twoje

 

31.08.2010, moje Gulczewo nad Bugiem

P7191245.JPG

 A może to kwiat paproci. Mój las…..

 

Mojemu Tacie, imieninowo…

 Tato na torach.jpg

Na torach, zakochany w kolei na wieki wieków, inżynier dróg i mostów….Mój Tato….

 

 

Dzisiaj imieniny Wacława.

Także mojego Taty.

Wszystko już o Nim tu napisałam.

Że wytworny i delikatny,  raczej małomówny, wrażliwy na przyrodę i piękno świata, wileńsko rzewny , bardzo opiekuńczy i szalenie pracowity …i  zakochany w swojej kolei na wieki wieków…

.

Dziękuję Ci, Tato, że byłeś

Właśnie taki

Dałeś mi ciepło

Cichą obecność

Pokazałeś niebo i chmury

Piękne kadry pejzażu w obiektywie aparatu fotograficznego

 

W pewne niedzielne południe byłam darem od Mamy w Twoje imieniny

Może nie zawiodłam

Nie wiem….

 

Czuję Twoją obecność …wszyscy czujemy…

Jesteś Tato  z nami.

 

W tym pięknym dniu

Wczesnojesiennym

W urodzie świata

Jesteś….

 

tato, ok 19, babcia, mały witek,jego matka.jpg

 

Tato w centrum, jego Mama- Stanisława z d. Rodziewiczówna obok…

Rodzice, ślubna chyba, 1932.jpg

Rok 1932, ślubne..

Tato 1932 i po obozie.jpg

 

Zdjęcie-0560.jpg

Na balkonie naszego mieszkania przy dawnej Nowotki w Gorzowie…

 

Zdjęcie-0682.jpg

Przy pracy, jak zwykle, do końca swoich dni….1957

 

Zdjęcie-0562.jpg

 

 

Zaproszenie….

O moich beskidzkich korzeniach było już dużo.

 Dzisiaj postanowiłam zmęczonym czytaniem tekstów oczętom dać wytchnienie.

 I napiszę niewiele , tylko kilka słów

 A właściwie  będą tylko zdjęcia i pozdrowienia ze skraju Kotliny Żywieckiej….

 

nasz domek, skrzyczne.JPG

2005 rok. 500 m.n.p.m. Na obrzeżach Kotliny Żywieckiej właśnie się urodziła nasza chałupka. Skrzyczne w tle, przed nim  od lewej Palenica i Niesłychany Groń…w tej wsi, tylko 100 poniżej  przyszła na świat moja Mama….

 

SAM_5300.JPG

Chałupka już wydoroślała….

SAM_5301.JPG

Widok z ogródka. Jezioro Żywieckie w dole…

 

SAM_5352.JPG

Nasza  ulica Południowa zmierzająca w kierunku Beskidu Małego i Jeziora Żywieckiego.. W dole centrum Godziszki

 

SAM_5361.JPG

Godziszka się zbliża….

 

SAM_5351.JPG

i już bliżej Godziszka, dalej  kościół w Kalnej , Beskid Mały, Jezioro Żywieckie, amputowana Góra Żar….a dalej ok 50 km Wadowice, gdzie JPII….

 

SAM_5346.JPG

Po drodze przybliżony zoomem widok na Beskid Żywiecki, Kościół w Pietrzykowicach, Żywiec i nowa autostrada na południe….

 

SAM_5261.JPG

Gdy wracam, z mgieł właśnie wyłania się Babia Góra i panorama na Beskid Żywiecki, czasem lśnią szczyty  Tatr, ale niestety nigdy nie udało mi się złapać obiektywem..

 

SAM_5362.JPG

Wieczorny powrót do chałupki. Beskid Śląski przede mną. Cudne są zachody słońca za Skalitem i niestrudzeni” wędrowcy” na zboczu.Po lewej niewidoczne Skrzyczne, a obniżenie to przełęcz Siodło wiodąca m.in. do Szczyrku

 

SAM_5268.JPG

I przychodzi taka noc….

 

„ Piękna nasza Polska cała…”Maleńki Siedlątków.

Siedlątków.jpg

Siedlątków. Zdjęcie z netu

 

 

„ Piękna nasza Polska cała…”Maleńki  Siedlątków.

W tym blogu  wyodrębniłam Kazimierz, Ciechocinek, Uniejów, Michałowice a o innych miejscowościach piszę w rozdziale  „ Jest takie miejsce”. Ale teraz  odwiedziła mnie myśl,  że powinnam wszystko zamknąć w rozdziale „ Piękna nasza Polska cała…”.  Nic straconego, bo mogę zacząć od Siedlątkowa.

     Jednak warto długo żyć, powtarzam się, żyć warto, bo zawsze coś nowego na tym świecie się pokaże.

Może wstyd się przyznać, ale do tej pory nic nie wiedziałam o pewnym maleńkim zakątku Polski w łódzkiem, nieomal ukrytym przed ludzkim okiem, nic nie wiedziałam o istnieniu Siedlątkowa.

W czasie tegorocznych świąt Wielkiej Nocy dane nam było wreszcie odkryć to niezwykłe miejsce, mileńkie i przytulne jak sama nazwa , maleńkie jak krągła łódeczka przycumowana do Jeziorska, wielkiego zbiornika na Warcie  

A zaczęło się pomysłem, by  Wielkanoc spędzić w stosunkowo niedalekim Uniejowie. Poza unikiem od przygotowań kulinarnych była też  okazja wymoczenia  obolałych kości w wodach termalnych cieplejszych niż najcieplejsze egotyczne morza i bardziej niż one nasyconych minerałami poprawiającymi nie tylko nastrój, ale też wygląd skóry i  zadawalającymi kosteczki, więzadła i mięśnie. Od pomysłu była krótka droga do realizacji.

Wkrótce zameldowaliśmy się w uroczych uniejowskich Lawendowych Termach. Gdy przyszedł dzień, kiedy są tradycyjnie święcone potrawy poczuliśmy się nieswojo, bo jednak święta w domu  są jakieś bliższe i kameralne.

Ale wtedy niespodziewanie do ośrodka gdzie byliśmy zakwaterowani, przybył pulchny, uśmiechnięty ksiądz by poświęcić koszyczki , ba nie tylko koszyczki, ale poukładane na okrągłym wielkim stole Wielkanocne wiktuały przygotowane przez niezastąpione Panie z kuchni. Piętrzyły się więc na nim pęta wonnych kiełbas i mięs wszelakich, przetykane pojemnikami z pisankami, upieczonymi na tę okazję ciastowymi barankami a także czekoladowymi wyrobami okolicznościowymi. Całość była okazała , bardzo kolorowa,  smakowita już na pierwszy rzut oka i pachnąca na pierwszy niuch nosa i jako wielka wielkanocna piramida sięgała sufitu.

Ksiądz , jak już wspomniałam , był promienny, prawdziwy pasterz owieczek i nazywał się  Grzegorz Czaja.

Że jest  prawdziwym gospodarzem, księdzem nowoczesnym, „mieszkającym” w Internecie, dyplomatą i biznesmenem dowiedziałam się chwilę później. Na razie było świątecznie, nastrojowo i po domowemu.
Gdy nasze koszyczki już nabrały świętości, nastrój się zrobił  jeszcze bardziej familijny, goście sypali moniaki do koszyczka parafialnego i szeleścili papierowymi, wówczas ksiądz zaczął opowiadać z żarem.  O czym? Oczywiście o swojej parafii, w której jest szaleńczo zakochany. Że jest niedaleko, że najmniejsza w Polsce i że nazywa się Siedlątków.

Wchłaniałam każde słowo przemiłego Dobrodzieja a milutką nazwą parafii zupełnie mnie zniewolił.

To fajne uczucie, gdy człek u siebie rozpoznaje taki stan znany z młodości , ostatnio  jakby zupełnie umarły- i nagle zmartwychwstały jako ten Najwyższy- stan wielkiego zainteresowania i zachwycenia.

Gdy dowiedziałam się ponadto, jak jest położony kościółek w Siedlątkowie  i że jest w nim obraz  na którym Dzieciątko ciekawie, bo wieloznacznie ,  dotyka maleńką dłonią podbródka swojej Matki. Że przybyłe tu bezpłodne kobiety w krótkim czasie po modłach przed obrazem uzyskują radość macierzyństwa a potem z pociechami przybywają by je tu ochrzcić i są stałymi pielgrzymami na ten skrawek ziemi . Ludziska się zjeżdżają  nawet z dalekiego świata …gdy o tym wszystkim usłyszałam, od razu wiedziałam, że musimy tam dotrzeć. Wszelako nie powodu bezpłodności broń Boże, ale ze zwykłej obudzonej nagle ciekawości świata…

Okazja była niesłychana, bo powoziła wnuczka, więc pełen luz, pogawędki z drugą dobrze już wyrośniętą ,  pełen relaks i oglądanie krajobrazu. Tak lubię.

Trochę kluczyliśmy, ale w końcu się udało i ujrzeliśmy niewielki kościółek położony na zaklęśniętym  cypelku wpuklającym się w wody wielkiego zbiornika zbudowanego na Warcie zwanego Jeziorsko. Niewielka ta ziemna niby patelenka z kościółkiem jest otoczona  wysokim, bo ponoć 7 metrowym murem. Zabezpiecza on to miejsce przed wpływaniem wody  Warty,   gdyż znajduje się ono 2 metry poniżej poziomu wody zbiornika.

Niezwykłe było wspinanie się po schodach na koronę  muru, podziwianie szeeeeerokiej tu Warty, którą uwielbiam od urodzenia. Boć przecież  mój Gorzów nad Wartą leży. Więc każda okazja, by zobaczyć tę rzekę przybliża mnie do mojego gniazda budzi uczucia ciepłe, tkliwe i pierwotnie serdeczne.

    Tak więc wdrapawszy się na koronę muru, słuchając szmeru rzeki oblizującej z pomlaskiwaniem betonowe nabrzeże i wertując przewodnik rozmyślałam o dawnych czasach.    Wielka woda przede mną niechętnie opowiadała o dawnych czasach, zresztą przepłynęło jej tak wiele, że i pamięć utraciła. Może tylko  nocą dochodzi spod jej powierzchni szczęk zbroi, czy jakieś głosy czy wreszcie dzwony zatopionych innych kościołów. Jeszcze całkiem niedawno, bo pół wieku temu był tu rozległy ląd usiany domeczkami  i płynęła  maleńka rzeczka Michna wpadająca do Warty. Wówczas to poszukiwacze odległych czasów odnaleźli w tym dawnym , nieistniejącym już Siedlątkowie  ślady XIV wiecznego drewnianego grodu który był   siedzibą rycerską. Rozpoznano ją na podstawie znalezionego hełmu i zbroi wykonanej przez krakowskiego płatnerza. Dzisiaj miejsce to jest dostępne tylko rybom, zakryte przed ludzkim wzrokiem odpoczywa na dnia zalewu. …znaleziska są pewnie w jakimś muzeum ( nie zapamiętałam w jakim) i tylko zdjęcia umieszczone przy ogrodzeniu istniejącego nadal a właśnie odwiedzanego kościółka świadczą o tym o czym napisałam….

Maciupki teraz Siedlątków został opisany  już w 1372 roku a od XV do XVII wieku nawet posiadał prawa miejskie. Parafia jest najmniejsza w Polsce ale posiada  swój własny  fejsbukowy adres :). Należą do niej też sąsiednie mikroskopijne Nerki i takaż sama Księża Wólka . W sumie parafię tworzy 180 osób zamieszkałych w  ok. 30 domkach. Położona jest w woj. łódzkim, w powiecie poddębickim i została nieomal wtopiona w zbiornik na Warcie zwany Jeziorsko.

Wspominając zatopione wioseczki na dnie Jeziora Żywieckiego , wyobrażaliśmy sobie ile wysiłku i starań musiał włożyć proboszcz odwiedzanej teraz  parafii, by tak zmienić projekty zbiornika, którego budowę rozpoczęto w 1986 roku, by ocalić ten  kościółek.

Był to opisany powyżej a spotkany w Lawendowych Termach w czasie święcenia potraw  ks. Grzegorz Czaja, od lat 90 ubiegłego wieku proboszcz tej parafii. Nie tylko wpłynął na zmianę projektu zbiornika Jeziorsko, ale też pozyskał sponsorów, którzy wyłożyli fundusze na remont i renowację kościoła z jego zabytkami i plebanię.

Tak więc  teraz mogliśmy obejrzeć ten unikatowy obiekt we wczesnowiosennej jeszcze bezlistnej krasie, co ułatwiało ogląd kościółka i podkreślało jego niezwykłe położenie.

Kościółek ten, pod wezwaniem św. Marka Ewangelisty, położony jest ok. 50 m od korony wału zaporowego i falochronu ,  został  wzniesiony w 1683 roku z kamienia polnego i cegły, na miejscu wcześniejszego, XV wiecznego drewnianego, ufundowanego przez właścicieli Sielątkowa, rodzinę Ubyszków.

Wdrapawszy się na koronę wałomuru , obejrzawszy Wielką wodę zbiornika, stoimy sobie i patrzymy w dół, gdzie kościółek , czekając aż  opuszczą go wierni, bo właśnie msza się rozlega głośnikowo, pieśni wirują w niecce cypelka, wznoszą się wzdłuż murów coraz wyżej i wyżej, obejmują nas swoją Wielkanocną urodą….

I wreszcie już można, jeszcze zbieganie po wałowych schodach i wchodzimy. Maleńkie wnętrze, klimatyczne, jeszcze ludzkie poświąteczne zapachy i kadzidlane rozlane. Strzępki modłów, które jeszcze nie zdążyły wyfrunąć i w pięknej ciszy tylko my. Oglądamy prostokątne prezbiterium ze sklepieniem kolebkowo-krzyżowym  skromnie udekorowane stiukami. Jak piszą w przewodniku- nawy posiadają sklepienie kolebkowe z lunetami, cokolwiek by  miały znaczyć te lunety…

W ołtarzu głównym  kopia obrazu czczonej tu Matki Boskiej Siedlątkowskiej, namalowana w 1958 roku, gdyż XVII wieczny renesansowy oryginał spłonął w 1957 roku. W bocznym ołtarzu zachowane  XVII wieczne malowane sceny z życia św. Izydora- patrona rolników.  I fajna rzeźba św. Nepomucena. Innych wymienianych w przewodniku zabytków nie zdążyliśmy obejrzeć a są to: trzy krzyże procesyjne z XVIII wieku, rokokowa monstrancja z XVIII wieku, kielich z XVII wieku oraz ornaty z przełomy XVIII i XIX wieku.

Ponoć w podziemiach kościoła, których niestety nie zwiedzaliśmy, pochowano ciało właściciela tych ziem,  powstańca z 1863 roku- Adama Bolesława Jabłkowskiego h. Wczele,  który zginął 9 lutego 1863 w walce z kozakami .W kruchcie kościoła wmurowano tablicę mu poświęconą. .

Moi posiadywali  na dole, a ja się wdrapałam po bardzo stromych schodkach na chór. I z nagle wzbudzoną czułością dotykałam oparcia ławy drewnianej, lśniącej od rąk wiernych. Mam ją na zdjęciu i zapamiętanie ciepła tego starego drewna w dłoni…ileż pokoleń tu było, dotykało…i wyszedł do nas ksiądz uśmiechnięty i powiedział, że właśnie ochrzcił kolejne dziecko, poczęte za wstawiennictwem Matki Boskiej Siedlątkowskiej , dziecko szczęśliwych teraz rodziców którzy przybyli  zza granicy a przedtem byli tu zdesperowani nieszczęśliwi. I stał  się cud. Cud macierzyństwa…..

Chciałabym  wrócić w to miejsce,  gdy kościółek otulony zielenią lata czy złotem jesieni  drzemie spokojnie bo czuwają mury , słucha o czym szemrze spiętrzona ponad jego głową Warta.

I obejrzeć pragnę to miejsce magiczne w pięknej Polsce,  maleńki Siedlątków o milutkiej  nazwie , zajrzeć do wnętrza kościoła, zobaczyć zabytki a  ks. Proboszczowi powiedzieć – Bóg zapłać…. 

 

SAM_3737.JPG

Po lewej wał i mur zaporowy. Widok z korony..

 

SAM_3736.JPG

 

SAM_3734.JPG

 

SAM_3742.JPG

Najstarsze wnuczki na koronie muru i Zbiornik Jeziorsko a w nim wody mojej ukochanej Warty

SAM_3743.JPG

Tu ponoć mieszkają brzegówki, których niestety nie widzieliśmy…widok z muru…

SAM_3772.JPG

Wejście na teren przykościelny…

SAM_3778.JPG

przy bramie-dzwonnicy gablota ze zdjęciami wykopalisk z terenów teraz zatopionych. Zdjęcia tych znalezisk poniżej…

SAM_3780.JPG

 

SAM_3779.JPG

 

SAM_3769.JPG

Św. Hubert  stoi sobie na głównym ołtarzu…

SAM_3754.JPG

Maleńkie wnętrze kościółka. Widok z chórku . Rogi na ścianach nawiązują do św. Huberta, jakoś związanego z tą ziemią.

SAM_3757.JPG

ławka- klęcznik na chórku jakby nadpalona, lśniąca lakierem i wypolerowana cudzymi dłońmi. Z czułością głaskałam to stare drewno  ….

SAM_3752.JPG

Matka Boska Siedlątkowska..

SAM_3784.JPG

 Proboszcz najmniejszej parafii w Polsce, Bóg zapłać ks. Grzegorzu i do zobaczenia….

Tak było…

Pewnie zauważyliście, Kochani, że przesuwam w czasie ostatnie części Opowieści Sylwestrowej , oddalam , meandruję. Pewnie w podświadomości chciałabym by były jak najdłużej otwarte. Boję się, że gdy opowiem do końca, zamknę , odłożę na półkę wspomnień , ta opowieść  przesunie się w cień i wszyscy o niej zapomną…..ale wtedy wystarczy popatrzeć na zimowe gwiaździste niebo i wróci moje Wielkie zauroczenie…zawsze wraca …

SAM_3131.JPG

 

SAM_3127.JPG

Patek ( 3,5) w kratkowanej białogranatowej koszuli…śpiewa…

 

 

Tymczasem wtłacza się to co tu i teraz. Więc opisuję co tu i teraz.

Dzisiejsza sobota była pełna emocji, że czasu brakło na opisanie tego, co się działo wcześniej.

Właśnie wróciłam z demonstracji KOD.

Tak, moi drodzy, wybrałam się by poczuć puls Polski, mój puls.

Bo to co wokół się dzieje i w nowej TVP jest pokazywane budzi we mnie wielkie zadziwienie, odrazę i ogromny niepokój. Ba, nawet strach. I by ten strach na chwilę zdjąć z ramion , byłam tam, na Krakowskim Przedmieściu. Nie krzyczałam z tłumem, jak kiedyś  E., bo głos mam za mało donośny, ale serce wyrywało się z piersi.  Znajomość z E. , już bardzo bliska zaistniała dzięki  temu co tu wypisuję. Byłam z Tobą dzisiaj moja kochana E. , w Twoim i moim dawnym Poznaniu, pod Uniwersytetem . A potem dalej szłyśmy ramię w ramię. By ocalić….I tak minęła sobota, mroźna, migotliwa bo  rozsłoneczniona i rozpaliła nadzieję….

    Gdzieś w tle zostało to, o czym chciałam napisać wcześniej . Wracam więc do minionych dni. Dni babci i dziadka, na szczęście skomasowanych  w jeden, czwartkowy. Wydarzenia przedszkolno szkolne zawsze miłe są nam bardzo, gromada młodych zachwyca witalnością a poza tym dopiero tam widać, jak rosną nasze wnuki, dzieci się starzeją, ale my stale jesteśmy młodzi. Wiecznie młodzi bo nasycani werwą  potomków…

Rano , przed przedszkolną uroczystością, wylądowałam na Woli, gdzie mieszkają dzieci. Jak zwykle dotarłam przedwcześnie, bo tak mam  i miałam czas na rozmyślania o tym miejscu. To myślenie zawsze do mnie przychodzi, gdy przemierzam ulice tej dzielnicy.  Całe poważniedorosłe życie spędziliśmy na Żoliborzu i tam został sentyment, wzruszenia ale Wola zawsze mnie porażała i poraża. To tu najbardziej odczuwam duchy przeszłości. Nie wiem, czy wracają z krematoryjnych dymów, czy tęsknią za kiedyś swoim  Kercelakiem, gdzie teraz nowe osiedla a przedtem getto…. Nie, nie opowiadaj dalej Łuka ( mój dawny Nick) mówię do siebie. Postanawiam kochani teraz o tym nie pisać, może kiedyś opowiem co czuję będąc na Woli….

    Spaceruję więc pod tym przedszkolem Patka na Woli, smętnie rozmyślam o tym co kiedyś ale szybko wracam do żywych, bo oto już tłumek dziadków tłoczy się przed wejściem. Więc przyspieszam kroku, zostawiam widoczne z dala mury cmentarza żydowskiego i ulicę  Gęsią gdzie słynne więzienie było i atakuję wejście razem z innymi.

Jeszcze kilka kroków i już jestem w epicentrum kłębiącej się dzieciarni.

I ich tańczenia i śpiewania i wypatrywania wnuka , raczej tylko wnuka bo inne dzieci pobieżnie, a potem laurkowania i poczęstunkowania. Jest pięknie! Jeszcze zdjęcie i koniec…

Po południu powtórka z rozrywki, ale poważniejszej, bo szkolnej. Witon jest już doświadczonym  pierwszoklasistą, czuje się tam jak ryba w wodzie. I my z nim podobnie. I jasełka, gdzie on , najbardziej wypatrywany przez nas, oczywiście, królem jest. A potem jeszcze śpiewy zadedykowane dziadkom. Jest super. Atmosfera czysta, jasna i bardzo bardzo miła! Oczywiście laurkowanie, poczęstnukowanie takoż było.

I wróciliśmy nasyceni wnukami i dumą, że są i radością, że są tacy fajni….

A michałowicki  domek czekał  i się doczekał. I też poweselał…..

 

SAM_3163.JPG

 Witon, król środkowy

 

SAM_3208.JPG

 Laurka od Patka, rysunek w środku. A Witona już oficjalne, drukowane…

 

SAM_3216.JPG

 

SAM_3223.JPG

 Jednak musiałam wrzucić tu dzisiejszy wieczorny księżyc….dobranoc….

Opowieść Sylwestrowa ( 8 )

 

W gęstwinie informacji płynących z tzw. publikatorów powodujących tylko lęk, na które w dodatku nie mam wpływu, uciekam w mój świat. Do krainy dawnych czasów, kluczyk noszę przy sobie, zawsze i kiedy tylko zapragnę, otwieram drzwi do przeszłości. To fajny świat, bezpieczny, mój świat do którego zapraszam. Jeśli Ktoś ma ochotę powitam na progu chlebem i solą. …

Dzisiaj spotkałam w swojej przeszłości Kontynuację „ Opowieści Sylwestrowej”. Czekała tam sobie cierpliwie, widać zrezygnowała z walki o pierwszeństwo,  uładzona, wyciszona, pewna  że i tak do niej wrócę. Bo jak nie wracać do tamtych moich niespełna 18 lat i Wielkiego Pierwszego Zauroczenia….

 

parowĂłz Pm26-2 w PoznaniuWikipedia.jpg

To parowóz z naszych czasów, ukochany….zdjęcie z Wikipedii

 

 

   Kiedyś, a było to wiosną, pewnie  późnokwietniową,  tegoż samego 1965 roku, jeszcze przed maturą,  zwyczajowo pojechaliśmy, Rodzice i ja, do Poznania odwiedzić naszych ukochanych Lisiaków. Piszę, że kwietniową, bo  imieniny Józia bywały okazją do naszych spotkań. Już kiedyś tu pisałam  o tej przemiłej, nietuzinkowej i wesołej rodzince kuzynki Jadzi , Jej męża Józia ( oboje już się przenieśli do lepszej rzeczywistości, ich Synów pozdrawiam).

    Jak zwykle listownie ( tylko listownie, pocztowo, bo jak zawsze przypominam, telefony zwykłe, przewodowe były rzadkością , o komórkowych i Internecie nikt w ogóle nie słyszał ) , umówiliśmy się z T. na spotkanie w tym nadal magicznym dla mnie mieście..

Być może, że  czułam się jakoś inaczej jadąc tym dobrze znanym mi pociągiem.  Nie pomnę, co czułam. Ale w tym pociągu było ze mną moje młodziutkie nastoletnie serce , które całkiem niedawno dopiero, pod Bierutowickim rozświetlonym gwiazdami niebem poznało dotyk ust Chłopaka i myślało, że to pocałunki. 

Może miałam w sobie niepokój  oczekiwania, może nie . Może tylko beztroskę którą już dobrze zapamiętałam , kiedy to  trzy lata później znalazłam się  w tym samym pociągu ale podążającym na wschód. Było to 27 maja, w dniu kiedy zrzuciłam z ramion kobylastą farmakologię, wcale się nie przejmowałam, że wiozłam ze sobą  jedyny nie zdany na całych studiach egzamin. To była o zgrozo  filozofia. Gdy po wielu latach patrzyłam jak syn i dwie córki sobie z nią świetnie radzą  byłam i jestem pełna podziwu , że tacy są. Inni, w tym temacie lepsi.

Tak więc  beztrosko sobie jechałam do Warszawy  nota bene z Jasiem prawnikiem , który widząc mnie na dworcu w Poznaniu, wsiadł do tego samego przedziału i spokojnie nawijał  o swoim mieszkaniu dwupokojowym w Poznaniu , porozumiewawczo zawieszając głos. Pewnie coś tam sobie wyobrażał po naszych zupełnie niewinnych spotkaniach i balowaniu w knajpie przy Grochowskiej ( nazwy nie pomnę) . I tak sobie jechaliśmy na mój ślub,  który ( i tu uwaga) miał się odbyć 1 czerwca !.  

Nasz z M. pierwszy ślub był wprawdzie tylko cywilny, co mnie trochę usprawiedliwia, ale jednak. Nie dbałam o ciuchy i w ciągu tych 3 dni tylko dzięki wysiłkom bratowej M.( szacun, Grażyna),  która ganiała ze mną po sklepach kilku dzielnic Warszawy, zostałam odziana od stóp do głów a nawet wyczesana u znanego fryzjera chyba ze Szpitalnej.   

Ale wracajmy do głównego wątku. Był  kwiecień 1965 roku. Pół wieku temu, o Boże mój, a tak niedawno. Wszystko, no prawie wszystko mam zapisane w oczach i pamięci.

Tak więc,  cała nastroszona, przejęta, ustawiona na baczność , albo niezupełnie taka, tylko zwyczajowo wyluzowana, bo tak zwykle miałam gdy stres mnie pożerał w środku albo  tak naprawdę wtedy w ogóle się niczym zbytnio nie przejmowałam, pojechałam z Rodzicami  do  Poznania. Dotarliśmy na ul. Ułańską , lubiłam kamienicę, w której mieszkały nasze Lisiaki. W szeregu innych, niewysoka, przestronna, z balkonem zabudowanym w werandę, by Lisiaki już nie wyrzucały przechodniom na głowę różnych przedmiotów.

Lisiaki nas powitały cieplutko, przygotowały spanie  w dużym pokoju . To był wspaniała rodzina .Taka do zapamiętania na całe życie …

    Chciałam być piękna by się podobać Tomaszowi, ale wyszło jak wyszło. Przecież  mieliśmy się spotkać po raz pierwszy od naszych bierutowickich czasów , tych kilku bajecznych dni. Jeszcze wtedy nie dotarło do mnie, o czym teraz wiem, że Tamto zostało w Bierutowicach. I było tylko Tam możliwe, w tamtej zachwycającej bardzo zimowej bajkowej scenerii . Tak, to co nas tam spotkało to była bajka, tylko piękna bajka.

   Nie wiedząc wtedy o tym, co wiem teraz,  chciałam być jak wspomniałam najpiękniejsza. Wieczorem starannie umyłam włosy i jeszcze mokre nakręciłam na jakieś papiloty . Gdy rozwinęłam toto o poranku i wparowałam do łazienki z wrażenia aż przysiadłam.. Bo lustro pokazało rozczochrańca, strach na wróble byłby przy mnie wyczesanym elegancikiem. Uciekłam od lustra, wróciłam ale lustrzana zjawa nie znikała .

A tak bardzo  pragnęłam być piękna. Jednak jak widać same pragnienia nie wystarczają. Moje włosięta miały naturalną tendencję do falowania a teraz chętnie skorzystały z okazji i wyszło to co wyszło. Miałam na głowinie kłębowisko sterczących na  wszystkie strony pseudoloków. Usiłowałam wyprostować, jakoś przyklepać ale się nie dało. Po wielokrotnych próbach z użyciem grzebienia a nawet wody, do akcji włączyła się w końcu Jadzia, bo mi współczuła a po pierwsze zablokowałam łazienkę , więc kolejka Lisiaków przestępowała z nogi na nogę. Jadzia wtargnęła do środka z zabrała mnie do swojego pokoju ku uciesze podłazienkowej kolejki. Tutaj też  wysiłki ufryzowania  mojej głowy okazały się nieskuteczne i wreszcie się poddałam. Przypomniałam sobie o przepięknej jak nowe czasy, ale tak naprawdę zgrzebnej przepasce na włosy. Sama ją sobie uszyłam z paska Mamy, nadal ją widzę ,była brązowa aksamitnamizerna.  Ostatecznie jednak ściągnęłam w tyle głowy moje nieszczęsne loki jakąś zapinką i pomaszerowałam na randkę .  Ta” fryzura” została uwieczniona na załączonym zdjęciu, które potem zrobił mój Tato. Stoimy sobie z kuzynem, Cześkiem pod poznańską palmiarnię .  Jakże odważnie odsłoniłam swoją dość szeroką krągłą, choć niezbyt dużą twarzyczkę. Dostałam ją w prezencie nie od Taty, który miał szczupłą, powiedziałabym nawet arystokratyczną twarz, ale ja noszę na zawsze  prezent od  górali beskidzkich, od Mamy, 100%  krwi góralki. Takie twarze szerokie widuję na wszystkich nieomal  chrystusikach od Białego Krzyża po naszą Godziszkę. Zawsze na to zwracam uwagę, wpatruję się i z pewną lubością konstatuję, że jestem trochę stamtąd. Z tych Beskidzkich gór, gdzie prapradziadowie i kolejne pokolenia  na cmentarzach pod górami  i Mama tam się urodziła.

    Tak więc kontynuując myślenie, że niedługo wymarzone chyba (?) spotkanie z T. i należy jakoś wyglądać,  ubrałam się w spódniczkę typu koperta, przerobioną spódnicę Mamy z tzw. dobrego wełnianego materiału,  bluzkę mięciutką delikatną , welurową bladożółtawą, jedyną jaką miałam, zakupioną przez Rodziców w poznańskim pewexie ( db pamiętam to miejsce, przy Targach)  i krótką, bezkołnierzową,  chyba brązową ale jak teraz oglądam tamto swoje zdjęcie, chyba popstrzoną jakimś wzorem , marynareczkę  z której ( jak też widać na tym samym zdjęciu) wystawała moja długa szyja z makóweczką na szczycie.

    Tak oto wystrojona z torebką kopertową pod pachą wyszłam na ulicę Ułańską, przechodząc na jej drugą stronę, gdzie był mur chyba już dawno nie istniejących koszar. Ponieważ było jeszcze dużo czasu do umówionego spotkania z Tomaszem towarzyszył mi kuzyn. 

Potem  Czesiek dyskretnie odszedł, i jak znam życie pewnie podpatrywał zza węgła , bo był ciekaw Tomasza. Bo moja tajemnica stała się publiczna. A może nie podpatrywał, kiedyś go o to zapytam, albo nie zapytam J Czekałam. Chyba stałam, a może spacerowałam wzdłuż muru Ułańskiej, nie pomnę.

 I wreszcie zobaczyłam jak nadchodzi. Spokojnymi dużymi krokami, chyba nigdy się nie spieszył. Dystyngowany urodziwy przystojniak z pięknymi mądrymi oczami. Takim Go pamiętam i taki został we wspomnieniach.

 Wtedy mi się po prostu podobał , imponował i onieśmielał. Był wzorcem ideału Chłopaka jak Go określiły kiedyś koleżanki…może inne by chciałyby ,  umiały czarować, oczarowywać, przyciągać, zniewalać, żeby otworzył się i cierpiał i one by cierpiały z lubością. Ale to nie byłam ja. Ciekawe, czy są teraz takie dziewczyny nieśmiałe, zamykające się   

    Nasze spotkanie wtedy  dla mnie Wielkim Wydarzeniem. Ale przywitaliśmy się   oficjalnie.

On nie był wylewny ani gadatliwy, może nieśmiały po prostu, tak dzisiaj myślę.

Muszę Wam, Kochane Wnuki żyjące już w innym świecie, opowiedzieć jeszcze,  że te pół wieku temu, my, młodzi,  nie mieliśmy zwyczaju wylewnego witania się. Żadnych objęć „ na misia” czy czułych cmokań w policzki. Teraz młodzi,  nawet gdy spotyka się grupa, to wszyscy ze  wszystkimi witają się tak samo.

 I mimo, że to już codzienność uliczna, parkowa, monitorowa,  zawsze trochę się zadziwiam, nie gorszę, broń boże, po prostu porównuję nas i Was. Z ciekawością . Bo w naszych czasach podobne czułości byłyby wyrazem jakiś uczuć wyższych niż zwykła koleżeńskość. My po prostu mówiliśmy sobie cześć i tyle. Dobrze, że sobie to analizuję, bo dopiero teraz rozumiem, że nasze powitanie z Tomaszem mieściło się w ówczesnych konwenansach . Takie były zwyczaje. Kiedyś wprawdzie mnie obejmował, ale w zupełnie innych okolicznościach. A właściwie bez okoliczności. Obejmował gdy wracaliśmy nad ranem po nocy sylwestrowej, potem może też. Nie pomnę.

Czytaliśmy dużo, ale był jeden wiersz, który mówił o nas. I był nasz. W tych moich licealnych czasach z wypiekami na twarzy czytywaliśmy, znaliśmy na pamięć, może nie wszyscy ale ja miałam go w pamięci, do tej pory  mam, i   był ze mną, we mnie był stale, powtarzany szeptem w samotności i ciemnościach nocy z zachwytem i ekstazą.

 

Jest to  wiersz Małgorzaty Hillar:

” My z drugiej połowy XX wieku

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości”

 

 

 Ten wiersz o nas, był nam wzorcem. Podsumowaniem, określeniem, definicją .  Byliśmy dumni z takiego naszego wizerunku. Jeśli nawet tego nie mieliśmy w sobie, to ulegaliśmy magii ekstatycznej wiersza i byliśmy tacy, by się spełniło to z wiersza….

 

SAM_3041.JPG

Już po „randce” z Tomaszem. Jestem w pełnej „krasie „,obok  kuzyn, Czesiek  Majewski. W tle  poznańska Palmiarnia, którą uwielbiałam na studiach. Tam się często uczyłyśmy z Moniką. Ale to potem. Teraz jestem przed maturą…..kwiecień 1965

 

Zdjęcie-0796.jpg

maj 1965. Zdjęcie przedmaturalne. Ustawiał i fotografowała  pan Łącki, który miał zakład przy ul. Wandy Wasilewskiej wtedy, teraz Sikorskiego. Fryzjer przedtem. 🙂 oj, jak nie lubiłam….

 

     W tym miejscu  muszę zakończyć, bo za dużo kochani czytania. Cd nastąpi

Świat się uśmiecha

 

Napisałam ten tekst wczoraj wieczorem, ale ponieważ jeszcze dzień się nie skończył a uśmiech trwał nie chciałam zapeszać więc dotrwałam do dzisiejszego świtu. I oto jestem z moim pisaniem i Wami, kochani…..

 

SAM_3050.JPG

 

SAM_3054.JPG

Piątkowy wieczór przed michałowickim domkiem. Na pierwszym daglezje i furtka i śnieg oczywiście, także na obiektywie chyba….

 

 

Jeszcze wczoraj było szaro na mojej ulicy Szarej. Myśli kłębiły się w głowie niespokojnie,  wątpliwość pytajnikową przynosiły taką:  po co piszę ten blog i wielokrotnie otwieram drzwi do przeszłości gdzie śpi młodość mojego starego serca. W dodatku zapraszam tam  innych.

Przychodziło smutne myślenie, że komuś się to nie podoba, bo moja gorzowska przyjaciółka gonia milczy jak zaklęta a  stary przyjaciel tak napisał  pod ostatnim tekstem blogowym , że się  zadumałam. Skopiowałam ten komentarz , nie poprawiając literówki z szacunku dla siwej mądrej głowy :  „ Napisałem pamiętnik ale nikt nie czyta,. O uczuciach nie , bo jestem starej daty . Ale teraz wszyscy piszą o sobie, prawdę czy nie to inna spaprawa”.

    Jednym słowem gdy wczoraj mnie odwiedził pan Nastrój był zdecydowanie w złym humorze którym mnie poczęstował . A że nie przepadam za takim stanem i za długo to trwało a w dodatku wsysało jak dawne bagniste Podlasie ( niestety teraz osuszone – przykrość) , aż w końcu zdecydowałam , że trzeba „ wziąć byka za rogi” i rozpocząć samoobronę.

Na ratunek przybył pewien  Promyk, przechowywany przeze mnie w sekretnym miejscu komputera. I gdy sobie o nim przypomniałam, wydobyłam i wyobraźcie sobie, że się udało! Szybko wylazłam z dołka. To jednak dobra metoda znaleźć i otworzyć się na coś miłego.

Tym Promykiem był liścik od mojego wnuka.

A zaczęło się tak :

Przed kilkoma dniami mojej  czwórce  wnucząt ( tylko tej najstarszej, bo pozostała czwórka z racji przedszkolnopierwszoklasowego wieku nie została objęta „ badaniem” ) zadałam następujące  pytanie  w ich indywidualnych kontach fejsbukowych :  

„ Czy przeczytałaś ( -eś ) moje teksty w blogu zatytułowane  ” Opowieść Sylwestrowa” . Ciekawa jestem czy Wy, młodzi też tak mieliście? czy obecne czasy drapieżne, brutalne nie zabierają Wam uroku pierwszych fascynacji?”

Wszyscy karnie J odpowiedzieli, że przeczytali i dalej było tak : Trzy wnuczki w wieku nieco ponad 20 lat pytania napisały tylko :

Piękne, albo Bardzo fajny blog, albo Super się czyta i tyle. Bez odpowiedzi na drugą część pytania. Nie byłam rozczarowana , bo ich życie szaleńczo biegnie do przodu, praca studia, są w związkach, jednym słowem gdzie im do wspominania tego co było. Rozumiem, bo też tak miałam.

I tu pojawił się Promyk, który przepędził mojego gościa jakim był Zły Nastrój. To był  liścik od najstarszego wnuka, który z powagą swojej piętnastej wiosny życia rozwinął temat. Tak  odpowiedział na drugą część mojego pytania :

„ Babciu , na pewno sylwestry w tych czasach nie są takie same . Nie ma już  potańcówek na parkietach tylko raczej w domu imprezy . I na pewno nie ma takich uroków jakie były w twojej opowieści … i raczej na imprezach (przynajmniej w tym wieku ) zna się wszystkich i nie ma efektu „Wow ale super dziewczyna” . Więc trochę nie wiem jak mam porównać jak wy się bawiliście a jak my bo to też różnica wieku . Ty tam byłaś ( w tych Bierutowicach- mój przyp. )w wieku 17 lat a ja mam 15 a to w tym czasie 2 lata to dużo … I na pewno kiedy pójdę do liceum sylwester będzie inny niż teraz bo wtedy będzie efekt „Wow” ….” . 

To był balsam na moje serce, że ten chłopak jest Taki. Niby tylko zajęty fruwaniem z kitem nad Bałtykiem, meczami siatkarskimi ( I liga młodzików!) i pewnie nauką i prywatkami o których sam napisał ,  a tu odpowiedź budzącego się  Mężczyzny . Tak trzymać mój kochany M.! , mądrze i dojrzale. Ładny jesteś chłopak i miły , ale mam też nadzieję, że potrafisz rozmawiać ze swoim Zauroczeniem a nie zaniemówić w takiej sytuacji jak kiedyś Twoja siedemnastoletnia babcia. Wszak rozmowa jest człowiekowi potrzebna jak powietrze.

   Tak oto poczułam smak uroku bardziej intymnego kontaktu z wnukami i upewniłam się, że jednak warto było wrzucać te moje wspominki sercowe do tego blogu. Nawet nie zauważyłam , gdy  Zły Nastrój pospiesznie opuścił progi naszej chałupki..

    Gdy zasiadłam do pisania, nagle wszedł  niespodziewany i bardzo kochany  Gość z zaświatów. To był Jan. Jakże się ucieszyłam z tej wizyty. Jeszcze czuję jego oddech na ramieniu, gdy czyta ze mną ten tekst . Nasz niebanalny Jan ze swoim nieodłącznym szczerym szerokim uśmiechem, który  bardzo rzadko odwiedza starczą twarz. Moja Mama mówiła, że Jan szczerzy zęby. Ale Jemu i oczy się śmiały. O Janie dużo już napisałam  w posłowiu do jego blogowego  pamiętnika .  Jan, to mój teść, nauczyciel, sybirak, który pomimo wielkich trudów życia zawsze kochał młodzież i miał ze swoimi uczniami serdeczny  kontakt . Odwiedzali go w domu, już byli już dorośli , z rodzinami, chcieli pokazać swoje dzieci. Byłam tego świadkiem. Potwierdzali to,  co wiedziałam od zawsze.  Poza normalnymi lekcjami dużo  rozmawiał z młodymi (i chciał też z nami ale niestety nie byliśmy wtedy dojrzali do takich rozmów) o uczuciach, ba  nawet o seksie. Jakaż to była  otwarta i  nowoczesna  głowa jak na  pruderyjne 80 lata ubiegłego wieku!

    I tak powoli mijał wczorajszy dzień trochę szary a potem mniej szary na naszej michałowickiej ulicy  Szarej . Wszystko to,  co napisałam powyżej spowodowało, że szarość zniknęła i niespodziewanie  dziwnie pojaśniał też wieczór . Początkowo niepostrzeżenie , bo pomimo tego  , że lubię spoglądać przez okno nie zauważyłam co się dzieje. Trzy opasłe świeżowypożyczone z biblioteki książki nie wiedząc którą wybrać,  odłożyłam. Bo kątem oka zauważyłam , właściwie trudno było nie zauważyć, bo dźwięk  był ustawiony nieomal na maxa ( no cóż, bywa, że  słuch szwankuje, a tak ma teraz M.) że właśnie  rozpoczął się mecz transmitowany na Polsacie. Ekscytujący mecz piłki ręcznej Polska Serbia. Mecz trwał, a ja znowu odpłynęłam  w przeszłość. Piłka ręczna, toż był to mój szczypiorniak, nawet mam w dłoniach zapamiętanie tej stosunkowo niewielkiej piłki z jej delikatną bo skórzaną skórką . Co prawda wolałam koszykówkę,  tzw.  kosza ale patrząc na szczypiornistów od razu zapachniało mi  moim Gorzowem, Zawarciem, dużym boiskiem przylicealnym  w pięknym parku wiodącym do nietypowego wtedy w kształcie, bo okrągłego, Kościoła przy ul. Grobli. Kościół kościołem, ale najważniejszy był pobliski mu sklepik. Mieścił się w starej, oczywiście poniemieckiej chyba przetrwałej wojnę i powojenne sowieckie spalenie niewysokiej kamienicy. Wchodziło się po ciasnych schodkach. A w zaczarowanym zapachami wnętrzu  sprzedawano gorące drożdżówki. Och te drożdżówki o smaku zapamiętanym na zawsze,  kupowane po meczu i zjadane w pędzie by zdążyć na następną lekcję…

         Dopiero późnym  wieczorem zauważyłam, że obudziła się Pani Zima i stąd owa niespodziewana jasność wieczoru. Widać  lubi ona bezsenne  pracowite noce, bo pod jej kierunkiem  Chmurzaści  Podwładni  uwijali się gorliwie. I wkrótce nieśmiały pojedynczopłatkowy śnieg rozwinął się w prawdziwą zadymę.

Wyszłam tedy zwyczajowo przed dom. Błogosławiony ten podwarszawski domek który nam wyrósł na starość. Ponad 30 lat niewoli spędzonej na 8 piętrze żoliborskiego wysokiego bloku upoważnia mnie do  takiego sformułowania jak w poprzednim zdaniu. Tu mogę wychodzić przed domek, kiedy tylko zapragnę. Tylko jeden schodek, bo tak chciałam , dzieli mnie od ziemi i mam przed sobą mazowiecką równinę , melancholijną wprawdzie, ale przerywaną radośnie drzewami rosnącymi jak na przysłowiowych drożdżach. Takie mi przyszło porównanie, bo właśnie w domku kończy się program maszyny do pieczenia chleba i otacza nas zapach nieporównywalny z innymi na tej ziemi-  zapach  świeżo upieczonego chleba- szkoda, że nie mogę Was poczęstować.

      Późnowieczorny wczorajszy wiatr wspomagał jak mógł zadymę .

Stałam na ganku i patrzyłam na ten pierwszy wielki śnieg 2016 roku. Jeszcze czuję na twarzy wczorajsze jego drobne, ale gęsto pędzące z wiatrem , lepkie i zimne płatki.

Potem nagle ciemna cisza nastała  z lśnieniem bieli na przydomowych drzewach, bieli narastającej i coraz bardziej wszechogarniającej.

Pomimo porannych szarości Szarej i odwiedzin Złego Nastroju a także  późniejszych emocji meczowych razem z tym śniegiem przyszła spokojna noc.

              A rano , rano już cały Świat się uśmiechał…. 

 

SAM_3083.JPG

 

SAM_3077.JPG

 

SAM_3082.JPG

 

SAM_3085.JPG

 

SAM_3089.JPG

Mój michałowicki uśmiechnięty porannosobotni świat . Tak wygląda ul. Szara zaledwie 15 km od PKiN. I ganek i daglezje, które nam niespodziewanie wyrosły, bo przed 10 laty miały chyba 80 cm wzrostu.