
Jeszcze niedawno miała 14 lat, jak na tym zdjęciu.
Nasza Julka.
Trzecia wnuczka.
Dzisiaj właśnie jedzie do swojego LO przy ul. Smolnej i przystąpi do pisania matury z języka polskiego.
Życzymy wszystkim młodym połamania!!!

Zofia Konopielko

Jeszcze niedawno miała 14 lat, jak na tym zdjęciu.
Nasza Julka.
Trzecia wnuczka.
Dzisiaj właśnie jedzie do swojego LO przy ul. Smolnej i przystąpi do pisania matury z języka polskiego.
Życzymy wszystkim młodym połamania!!!

Kwitnący sad na Górce w Busku. Optymizm……
I dzieją się Święta Wielkiejnocy.
Za oknem słychać już dzwony, śpiewy i ptaki wtórują jak mogą ogólnej radości. A ja siedzę przed komputerem , wśród docierających do pokoju sanatoryjnego odgłosów Rezurekcji z niedalekiego kościoła i rozmyślam.
Święta te tak bardzo przez nas co roku oczekiwane , to jednocześnie przeżywane do bólu głowy spiętrzenie wydarzeń z życia Jezusa.
To nieprawdopodobna kumulacja emocji – od Drogi Krzyżowej gdzie skrajne cierpienie , udręka, umieranie, składanie do grobu, cisza.
I wreszcie dzisiejsza eksplozja radości, że Zmartwychwstał . To tylko trzy dni .
I aż trzy dni by uwierzyć , że zostały odkupione nasze winy.
Życzenia sobie nawzajem składamy z nadzieją, że się spełnią.
Wesołych Świąt mówimy a myślimy o spokojnym dookolnym świecie, o Miłości wzajemnej wszystkich ludzi , o zdrowiu , dostatku i spełnieniu innych może tylko drobnych albo nawet dziwnych marzeń….
Alleluja!!! Kochani…..


Z kościoła im.Brata Alberta w Busku. Chrystus w grobie z autentycznej miejscowej gipsowej skały….

Koszyczek Wielkanocny który przywiozły do Buska nasze najstarsze wnuczki- Weronika i Dorota….niedługo Wspólne Śniadanie….

Nowy Rok bieży….
A ja Wam, Kochani nie fajerwerki, szampany i szatki balowe lecz tęczę przysyłam ….. .
Jeszcze jesienią ją upolowałam nad wydmą leśną nieopodal naszej działki nad Bugiem. Zawsze jest piękna zjawiskowa i niosąca optymizm….
To nie jest takie sobie zwykłe zjawisko optyczne i metorologiczne już dawno opisane.
To efekt szczególnej gry niebiańskiego światła słonecznego z kropelkami wody zawieszonymi w atmosferze. Gra wielkiego Słońca z każdą pojedynczą kropelką wody. Nieustanna zabawa trwa , fale świetlne odbijają się od tej jednej kropelki, od jej wszystkich sióstr , każdej z osobna, które je załamują, rozpraszają na barwy które złożone są po prostu białe , właściwie niewidoczne, jedynie jasne a teraz krople wody już kolorami nasycone zawieszają się na niebie tęczę tworząc. Cudne, dynamiczne to gry , stale się toczą a tęcza zupełnie spokojna, wielobarwna i uśmiechnięta rozpościera swoje suknie na nieboskłonie….
To przez tę zjawiskowość, nieuchwytność, urodę wreszcie w wyobrażeniach ludzi zamieszkujących różne miejsca na ziemi tęcza utrwaliła się w ich mitologii.
Grecy widzieli w niej drogę, którą przemierza posłanka bogów – Iris schodząc z nieba na ziemię, Chińczycy szczelinę w niebie, którą bogini Nuwa zamyka szlachetnymi kamieniami i kolorami , dla Hindusów była łukiem boga błyskawic i grzmotów – Indry, Skandynawowie widzieli w niej most łączący świat bogów i ludzi. W Starym Testamencie była symbolem przymierza Boga z człowiekiem, obietnicą złożoną przez Boga Jahwe Noemu, że Ziemi już nie nawiedzi wielka powódź. Aborygeni uważali, że z „ tęczowego węża” narodził się świat a człowiek mógł zostać wciągnięty do nieba i stawał się płanetnikiem….o płanetniku już pisała nie będę, bo ciekawie o nim Wikipedia opowiada…
I właśnie dlatego przesyłam Wam na ten nadchodzący Nowy 2014 Rok magiczną tęczę.
I wyobrażam sobie, że jesteśmy zbiorem niezliczonej liczby kropelek jednakowych, czasem przemarzniętych, samotnych i bezbarwnych.
I niech w tym rodzącym się właśnie Nowym Roku przyjdzie dobre Słońce i wybierze nas, każdego z osobna, tak jak każdą kropelkę wody, rozświetli , ozdobi barwami i ogrzeje ….i staniemy się jedną wielką kolorową tęczą na wspólnym niebie…

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, od wieków nieodmiennie piękne, czarodziejskie i radosne.
Może zanurzając się ich magii zapomnimy o codziennych troskach, cierpieniu, czasem bezsensownej krzątaninie i wrócimy do dzieciństwa….A przyjdzie wtedy sen w ramionach Matki, już nieobecnej może, ale zawsze czuwającej nad swoim dzieckiem…. Tę nadzieję i życzenia przesyłam Wszystkim Bliskim i Dalekim….
Ewa
Marcin, mąż Ewy. Jego Mama jest gorzowianką, jak ja- czyż nie przedziwny zbieg okoliczności?
Marcin
Jula ich córka a moja wnuczka.
Michał, mój wnuk senior:)
Dzisiaj są urodziny naszej drugiej Córki- Ewy.
Mirek myślał, że 32, ale wyprowadziłam Go z błędu.
Ewcia właśnie ukończyła 42 rok życia.
Niebywałe.
Przecież niedawno się urodziła, co opisałam w części blogu zatytułowanej Na medycznej ścieżce. Właśnie na tej ścieżce działo się wszystko co najwazniejsze i najpiękniejsze w moim życiu.
W związku z dzisiejszym nastrojem refleksyjnym, co chyba zrozumiałym, ogladałam rodzinne djęcia.
I znalazłam te, nasycone nadbałtyckim słońcem , morską pianą i wielką radością życia.
Życzymy Tobie Ewuniu i Twojej Rodzince, by zawsze świeciło Wam pięknie słońce!!!!
Jaką drogę przebyła ta pocztówka, by się znaleźć w moich dłoniach?
Oglądam te stare pocztówki, ogrzewam w dłoniach. Ale ich nie trzeba ogrzewać, bo promieniują własnym stuletnim ciepłem. Napisał je własnoręcznie Witold, brat mojego Taty, ojciec Witolda urodzonego już po śmierci ojca na Kazachstanie do swojej babci, a naszej prababci Michaliny Rodziewicz z domu Dowhopouł. O tej babci i Bolku Rodziewiczu napisałam już wiele.
Teraz mam dowód, że była, z krwi i kości, najprawdziwszą na świecie babcią, ukochaną przez najstarszego wnuka – syna Staśki – Witolda. Ile tam czułości można wyczytać – czułości w kilku zaledwie słowach…
Po serdecznych życzeniach składanych przez rodzinę i wielu mieszkańców, nawet zupełnie nieznajomych , małżonkowie podeszli do sań.
Pan młody wziął żonę w ramiona i energicznym ruchem właściwie wniósł ją do wnętrza . W tych samych saniach zajęli miejsca ich świadkowie.
Michalina przytulała się do Bolka nie zważając na możliwość wygniatania sukni , a konie niosły ich w dal. Dal śnieżną, słońcem ozdobioną i bezkresną . Gnali przed siebie, nieomal bezszelestnie, jedynie dzwoniły dzwonki przy uszach końskich.
W tym czasie weselni goście stopniowo podjeżdżali pod dom rodziców Michaliny. Strzepywali śnieg z kożuchów, zmieniali buty, i wkrótce rozpoczęli urzędowanie w salonie. W rogu ustawiono stolik z trunkami, więc tam koncentrowała się męska część weselników, Chyba już niektórzy popijali wódeczkę, tłumacząc to przemarznięciem . Twarze więc były rumiane, a nawet czerwone, wilgotniały wąsy i oczka błyszczały radośnie.
Panie zebrały się w okolicy kuchni, by dopilnowywać ostatnich przygotowań.
Pod ścianami znacznie wcześniej ustawiono stoły , na kształt podkowy. Teraz uginały się od półmisków z wędlinami, mięsami , oczywiście były różne galarety i innych miejscowe specjały. W kuchni parowały kotły ze znakomity wonnym rosołem, pokrytym wielkimi okami tłuszczu. Do niego przez wiele dni lepiono maleńkie kołduny, używając tradycyjnie mięsa wołowego, wieprzowego oraz baraniny. Były też flaki i kapuśniak przewidywany na danie poranne, kończące imprezę.
O mnogości dań można by napisać odrębną książkę.
Goście w oczekiwaniu na młodą parę zajmowali się sobą, gorzałką i wdychaniem kuchennych zapachów…
Zdjęcie z internetu.Obraz „Litewska sanna” Alfred Wierusz-Kowalski, 1849-1915
Czas ślubu minął jak mgnienie oka.
Po mszy młodzi dość długo pozostali na swoich klęcznikach. Nie wiemy , o czym rozmawiali z Bogiem, jakie modlitwy Mu zanosili.
A może nie modlili się w ogóle, a jedynie potrzebowali chwili milczenia, skupienia. Zawsze lubili takie wspólne milczenie.
W końcu podszedł do nich ojciec Michaliny, szepnął coś Bolkowi do ucha , a ten natychmiast się podniósł, zbliżył się do Michaliny, delikatnie ujął jej rękę . Podniosła się wolno, jakby była urodzoną aktorką świadomą swej urody, z uśmiechem i gracją unosiła welon i długą suknię .
Wierni , trochę zniecierpliwieni długością modlitwy, odetchnęli z ulgą i wpatrywali się w młodych , zadowoleni z widowiska.
Chór odśpiewywał swoją najpiękniejszą pieśń. Gasły świece, ludziska rzucili się tłumnie za młodą parą , by nie stracić żadnej chwili spektaklu.
Przed kościołem już czekali ludzie grzecznie ustawieni w kolejce, by tak, jak kazała odwieczna tradycja, składać życzenia młodym i rodzicom. Trwało to długo, bo każdy chciał uścisnąć nowożeńców i rzucić kilka słów mniej lub bardziej oryginalnych , których i tak nikt nie zapamiętał.
W pewnej odległość od młodożeńców stała grupka dzieci, o zadziwiająco czystych buziach i wysmarkanych nosach, każde trzymało jakąś zabawkę . Gdy już wszyscy dopełnili powinności wyściskania młodych , Michalina spojrzała przytomnie na ową grupkę , ależ ona ma kondycję, pomyślał Bolek. Podbiegła do dzieciaków , objęła te, które stały najbliżej . Po chwili wszystkie przytuliły się do jej sukni. Gdy to zauważyły ich matki, szybko zaczęły odciągać swoje pociechy od śnieżnej sukni Michaliny, jednak już zauważyły na niej pięciopalczaste brudne ślady.
Teraz to nie było ważne, suknia miała za sobą najważniejszą uroczystość i już nigdy nie miała być używana .
Bo suknia ślubna żyje jak motyl, tylko przez jeden dzień….jeden najpiękniejszy dzień w życiu
zdjęcia własne