Nasza Kostusia….

piękno.JPG

Amfiteatr gorzowski, festiwal cygański Romane Dyvesa. 2009. My na widowni….

 

ładna zapatrzone i zasłuchane.JPG

na widowni, obok , zasłuchana Kostusia….

 

 

Dzisiaj z telefonem Bożeny przyszedł  dzień inny, refleksyjny smutkiem. Jedyny taki. Wczoraj  nasza, zda się niezniszczalna koleżanka Teresa Łakoma- Koryluk, zwana Kostusią wybrała Wolność Wieczną Młodość i Radość w innym, nieznanym nam jeszcze, ponoć Lepszym Świecie.

I cóż nam robić. Łzy są zbyt banalne chociaż chciałoby się płakać, po prostu zwyczajnie po ludzku płakać. Opłakiwać. Ale nie jest to łatwe, na razie serce ściśnięte i słów brak.

I dlatego otwieram księgę  życia, księgę naszej młodości.

     I wracam do Gorzowa, gdzie młodość uwieczniona, utrwalona w myślach oczach i sercu.

I radość młodzieńcza. I uśmiech. I jakieś zdjęcia, stale żywe.

     Jesteśmy w LO na Zawarciu . To nic , że pół wieku temu. Wielka sala gimnastyczna i dyr. Herma krzyczy- Kostusia Kostusia, szybciej ,  tam podawaj tę piłkę. Był naszym wiernym kibicem, gdy grałyśmy w koszykówkę. W drużynie kapitanem jest Kostusia. Dominuje wzrostem, zwinnością zręcznością i celnością udanych wrzutów do kosza.  Wysoka delikatne jak trzcina, jasnowłosa, wiecznie roześmiana to dziewczyna. Bardzo przez wszystkich lubiana, ba kochana. Bo jak nie kochać takiego roześmianego Promyka.To były nasze najwspanialsze chwile, ze sportem, radością potem na czole i pod owłosionymi pachami, bo wtedy nikt ich nie golił.

To było dopiero potem. Gdy spotkanie po 40 latach w Gorzowie koleżeńskie, takie jak kiedyś. Wiecznie młodzieńcze i radosne. Uciecha, bo właśnie Romane Dyvesa. Festiwal cygański. Siedziałyśmy obok,i  czułam Jej ciepło pulsujące obok. Patrzyłam jak ogląda i słucha. Złapałam w oko obiektywu Jej twarz i mam Ją na zawsze. Zachwycałyśmy się wtedy spódnicami wirującymi i kolorytem cygańskim i muzyką. Tak , teraz też słyszę jak grają Cyganie i widzę jak tańczą na estradzie gorzowskiego amfiteatru pod ciemniejącym już niebem i światłem gwiazd. Grają dla Ciebie Kostusiu swoje cygańskie pieśni.

Następnego dnia ostatnie moje przedwyjazdowe spotkanie z koleżankami. Szybko minęły te trzy pobytu w mieście, gdzie się urodziłam. Za szybko. Na zdjęciu został balkon u Bajki z widokiem na Park Wiosny Ludów, ukwiecony, wonny ziołami posianymi w skrzynkach i my, trzy gidie wiecznie młode. I nasze pożegnanie już właściwie nocne na dworcu.

A potem jeszcze ostatnie spotkanie w Warszawie, zawsze  wesołe, rozchichotane Teresą. Dla nas Kostusią. Zawsze Kostusią.

I jeszcze były  rozmowy telefoniczne, głos pogodny,  niefrasobliwy i uczucie, że to nigdy się nie zmieni. Lubiłam te rozmowy o wszystkim i o niczym właściwie. Tego będzie brakowało. Ale to nic. Zapraszam Ciebie Kostusiu na kawkę, pogadamy, powspominamy. Będzie jak kiedyś. Może wpadniesz, będę czekała….

….tylko dlaczego wiatr nagle odwrócił tę stronę naszej księgi z młodości . I zamknął tamtą, z pięknymi wspomnieniami….

Teraz pożegnania nadszedł czas. Nie na zawsze, tylko na chwilę, na małą chwilę. Będziesz czekała na nas ze swoim uśmiechem i organizowała jakieś piwo.  Przybędziemy…..

 

balkon Basi (2).JPG

 

balkon Basi.JPG

 

balkon Basi (2).JPG

 

 

„Między jawą a snem”

białe.JPG

 

 

I wtedy weszła. Duża wysoka ozdobiona stiukami sala szumiała. Barwny tłum . Ludzie wyluzowani  nie przerwali pogawędek. Zobaczyliśmy jak idzie do nas Niewysoka i Jasna. Falujące dość krótko obcięte włosy zwyczajowo starannie uczesane, ani jednego rozwichrzonego kosmyka , nigdy. Śnieżnobiała bluzka. Pani doktor mówiła do mnie, nie pani Zosiu, jak Szefowa, nie można nakładać starych ciuchów zwłaszcza gdy człowiek się starzeje. Więc nieodmienne śnieżne białe bluzki spod turkusowego fartucha widywałam. Teraz też nowa bluzka, pomyślałam. I spódnica wielobarwna pastelowa, kwiatowa,  żakiet z materii jak spódnica. Szła ze swoim spokojnym uśmiechem Mony Lisy. Nigdy nie wybuchała chichotem czy hałaśliwym zaraźliwym śmiechem Szefowej.

Obudziłam się o świcie z uśmiechem do tego snu. I pomyślałam, że jest dobrze.

Jednak pisząc o tym maila do Jej Syna- Andrzeja nagle poczułam dotyk lęku.  . Wada serca była od lat. Mówiła nam o tym, nie dowierzaliśmy patrząc jak codziennie zjawia się w pracy, punktualnie pomimo przemierzonej trasy z dalekiego Ożarowa. Nieodmiennie spokojna i pogodna nas wita . To Kobieta zbudowana  z piany morskiej i stali- myślałam. Moje emocjonalne burze niwelowała rzetelną celną uwagą, poradą a przede wszystkim siłą spokoju. Nigdy nie usłyszałam podniesionego tonu, a Jej cichy matowy głos koił wszystkim nerwy. Jednym spojrzeniem opanowywała czasem rozdygotany tłum pacjentów i rodziców, a dla personelu była jak druga Matka.

Pracowałyśmy razem w CZD przez 20 z górą lat. Pani Doktor Anna Salińska-de Flassiler, bo o Niej opowiadam przybyła z Panią profesor Teresą Wyszyńską ze szpitala przy ul. Kopernika, gdzie założyły oddział nefrologii i prowadziły pierwsze w Warszawie dializy u dzieci . W CZD były twórcami Klinki Nefrologii ( Pani Prof. Wyszyńska) i przyklinicznej Poradni Nefrologicznej przemianowanej potem na Poradnię Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego , którą od początku zawiadywała dr Salińska- Flassilier – Wielka Wierna Przyjaciółka Szefowej jeszcze z lat licealnych.

Niedługo potem i ja dołączyłam do zespołu a po kilku latach pracy w Klinice postanowiłam pozostać w Poradni Nefrologicznej. Lubiłam tę pracę, a poza tym przyciągał mnie spokój Pani Doktor Salińskiej.  Na emeryturze jeszcze długo pracowała, pełniąc obowiązki Kierownika ww Poradni. Nie straszne Jej były lody, ślizgawice, śnieżyce. Docierała kilkoma środkami komunikacji a czasem podwożona przez przeuroczego ukochanego i bardzo zakochanego Męża- Tadeusza. Gdy pozostawiła Poradnię w moich rękach, czułam, że nadal jest blisko mnie.

Gdy miałam wątpliwości rozważałam- co by powiedziała, poradziła Pani Doktor w tej sytuacji. Jeszcze wtedy mogłam dzwonić z każdym problemem zawodowym i rodzinnym.

Bo i w sprawach rodzinnych była konsultantem najwyższej próby. Miała starych rodziców, troje dzieci, więc sytuacja nasza była podobna, choć przesunięta w czasie z racji różnicy wieku. Tak więc ufnie zawierzałam Jej moje tajemnice i otrzymywałam poradę popartą własnym podobnym przeżyciem….

 I oto wczoraj spotkałam się z Panią Doktor w tym pięknym śnie. Napisałam o tym  maila do Andrzeja, który niebawem oddzwonił. Głos miał radosny i oznajmił, że Mama lepiej się czuje i czeka na odwiedziny. Ciężar który gniótł serce gdzieś uleciał i została tylko Radość . Umówiliśmy się, że w niedzielę przyjedzie i mnie do Niej zabierze. A dzisiaj około południa telefon ten sam, ale jakże inny, bolesny  znajomy głos- Mama nie żyje….

   I wszystko skończone, piękne sny, dawne piękne dobre czasy ale jest pamięć, która nie umiera. W niej został jasny obraz Tej Wielkiej Dzielnej Kobiety, wzór Lekarza z Wielkim Sercem

A  co teraz porabia  Pani Doktor ? Już widzę to czułe  spotkanie z tęskniącą zapewne odwieczną Przyjaciółką Panią Profesor Teresą Wyszyńską, która już wcześniej w tym innym, lepszym świecie wynalazła ustronny kącik z wygodnymi fotelami, albo zawiesiła  hamaki na sąsiadujących ze sobą drzewach  by zielenią oczy nasycić, posiedzieć i pogadać bez przeszkód….Oj , jestem pewna , że przy okazji będą zaglądały do nas czujnymi wszystkowidzącymi matczynymi oczami .

Uważajmy więc by nie dostrzegły naszych uchybień.

Albo po prostu żyjmy tak jak One kiedyś…..

 

 

białe.JPG

 

Moje na zawsze Beskidy.

 

Godziszka, wieś, w której urodziła się moja Mama- Stefania Łukaszewicz z d. Jakubiec….ul. Południowa od naszej chałupki……zdj. własne

Jak zwykle stoję na obrzeżach Kotliny Żywieckiej i podziwiam, podziwiam, podziwiam  , wdychając zapachy górskie i klimatów deszczowych, które nastały po niebywałej w tym roku suszy,  oczy nasycam widokami, które nie tylko piękne bardzo, ale też bliskie…to tutaj urodziła się moja Mama…

…i wracam do mojego dzieciństwa dziwiąc się jakie to proste. I nie przeszkadza mi lustro do którego nie zaglądam przewidując co pokaże oraz nogi coraz częściej obolałe i jestem małą dziewczynką z warkoczykami. Może to infantylne co piszę- ale w moim wieku wszystko jest dopuszczalne.

I są lata 50 ubiegłego wieku, właśnie dotarłam z rodzicami z naszego Gorzowa do Łodygowic. Uwielbiałam jazdę pociągami, pomimo tego , że było tłoczno i podróż trwała wiele godzin   z przesiadkami w Krzyżu a potem Bielsku. Zasypiałam od razu gdy ruszał pociąg a to na ławie wagonowej a to na tobołach ulokowanych na korytarzu, gdy miejsc w przedziale nie było. I prosiłam tylko, by mnie obudzono gdy będzie widać góry.

Tak się działo, Tato pilnował i gdy przez sen usłyszałam” już góry”- zrywałam się rześka i szczęśliwa na równe nogi, dopadałam okna i wgapiałam w zachwycie w przesuwający się leniwie widok.

 A tam właśnie z mgły wyłaniały się najprawdziwsze wyniosłe lesiste garbusy , moje Beskidy….

 

Powrót do Kazimierza nad Wisłą

 

ap foto 366.jpg

 

ap foto 368.jpg

Nasz świeżo upieczony kierowca, najstarsza wnuczka, Weronika. Za oknem samochodu polski pejzaż…..

 

 

 

Dzisiaj , siedząc sobie nad Bugiem „pożeglowałam „ na południowy wschód od Warszawy.  Punktem wyzwalającym tę podróż była informacja, że od 1 sierpnia rozpocznie się festiwal filmowy „ Dwa brzegi”. Oczywiście w Kazimierzu nad Wisłą, zwanym też Kazimierzem Dolnym. Zapachniało tamtym czasem, kiedy to z nowo upieczonym kierowcą, najstarszą wnuczką Wedzią i jej siostrą wybraliśmy się do tego przeuroczego miasteczka i chłonęliśmy klimaty kazimierskich pejzaży zaburzonych , co jest tam zwykłością różnobarwnym tłumem  ludzkim i oglądaliśmy filmy , oglądaliśmy bez miary…..

     Uwielbiam trasę wzdłuż lewego  brzegu Wisły, wiodącą przez Kozienice, miasto położone wśród wielkich sosen, które poznałam przed laty gdy zaproszono mnie z wykładami do miejscowego szpitala. Wszyscy byli niezwykle gościnni , przyjaźni. Lekarze pediatrzy z którymi w czasie pracy w CZD miałam stały kontakt byli mądrzy, dużo wiedzieli, prawidłowo myśleli . Wiedziałam , że gdy dzwonią z prośbą o poradę zawsze mają istotne argumenty do rozmowy. Przy bliższym poznaniu ich urok osobisty był mi miły. Ponadto  uroda tego miejsca spowodowała także, że Kozienice zagościły na stałe w mojej pamięci i sercu….

Tak więc przemierzając mazowieckie nadwiślańskie równiny, przechodzące w łagodną Wyżynę Rawską pod Grójcem, obok młodych sadów jabłoniowych, zatrzymując się w lesie pod  Kozienicami, dotarliśmy do Puław. Jakoś nigdy nie było okazji, by odwiedzić panią Izabellę  Czartoryską z jej pałacem, ogrodami, altanami, oranżeriami, bo jakoś nas gnało dalej.

Wiadomo- Kazimierz, zwłaszcza już raz odwiedzony ma moc magnetyczną. Aleją  drzew o potężnych obwodach pni opuściliśmy Puławy.

I dalej dalej, gdzie zielone wzgórza nad Wisłą się wypiętrzają. Zanurzenie w zieleni, otulenie ścianami lesistymi, zapach wilgoci , świeży  powiew od rzeki.

I dalej dalej, mkniemy ku Kazimierzowi.

I oto już widać tę prawdziwą polską  Perłę.

Po lewej wznosi się starożytna wieża wpisana w zbocze, potem  nieco poniżej ruiny pałacu i wreszcie wielka fara. Wszystko śnieżnobiałe, jakby rzeźbione specjalnie dla naszych oczu.

A po prawej szeroka, lśniąca, migotliwa rzeka. Jakby za szeroka do wymiarów miasteczka, ale tym bardziej urokliwa. Schowana za wałami przeciwpowodziowymi wygląda ciekawie na przybyszów. A może nas nie wygląda, tylko swoim życiem żyje, swoje wspomnienia pielęgnuje…

 

P8030824.JPG.Jedziemy wzdłuż Wisły….po lewej wzgórza…Kazimierz Dolny czeka….

 

kaz.JPG

 I po lewej stronie taki widok – wieża, zamek i fara zatopione w zieleni…..

List do Nieznajomej

WzgĂłrzaZoknaWieĹźy.jpgWidok z okna Hotelu Mieszko, gdzie się zatrzymałam odwiedzając Gorzów po 40 latach…było to 7 lat temu…teraz mam zdjęcia i podróże wirtualne tylko…

 

 

Grzebiąc w komentarzach blogowych, które trzeba wyłuskać bo się same nie pokazuję, nagle stanęłam przed wielką niespodzianką. Otóż wśród takich raczej związanych z reklamowaniem się ich autora miałam w dłoni prawdziwą perełkę. Może to fajnie, że w ogóle komentarzy u mnie niedostatek, bo mogę się delektować takimi, które są niezwykłe. Z powodu treści, ale też z powodu, że ktoś nieznany mi, przeczytał i znalazł tam „kawałek „siebie. To wielka przyjemność mieć gdzieś bratnią duszę.

Tym razem pod moim wpisem „ Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie” napisała do mnie tajemnicza Elżbieta. Odpisałam, podałam adres mailowy. Na razie czekam. Natomiast nie mogę się oprzeć wewnętrznemu imperatywowi by komentarz ten zamieścić w całości. Oto on, soczysty obrazowy i zadziwiające, że w tak niewielu słowach zawiera tyle emocji, też mi bliskich….

„.Gorzów. Trzyletni, niechciany epizod, który stał się przygodą życia, do którego z nostalgią od lat powracam .

Wczesne lata 50-te,Ojciec i nakaz pracy. Miałam niepełna 13 lat. Szkoła przy Estkowskiego, liceum na Zawarciu. Ukochane „górki” na które biegaliśmy, wprost z mieszkania na 3 piętrze (przy Drzymały), długim pomostem. Piękna, kameralna pływalnia i miasto dziwne, bo bez pamięci i ludzie odcięci od korzeni. Taki to był czas..

Wróciłam po latach. Pamiętałam miasto okaleczone przez wojnę , ale ze śladami dawnej zamożności i” urody”. Zobaczyłam chaotyczne „blokowisko” w centrum , coraz bardziej niszczejące secesyjne kamienice, zerwany pomost i zdewastowane „górki”. Patrzyłam na to ze ściśniętym sercem…

…i mimo wszystko wciąż tam powracam. Kilkakrotnie. Wirtualnie niemal codziennie. Ostatnio „spotkałam” Panią. Koleżankę ze szkół i ze studiów. Serdecznie Panią pozdrawiam z Poznania. Życzę wiele radości. Dużych i drobnych. Takich zwykłych, codziennych.

Elżbieta

Ps. Pogodę sprawdzam …w Gorzowie. Pada deszcz ? Za godzinę, dwie będzie padać w Poznaniu! „

      Pięknie to ujęłaś  Elżbieto, ja też często wracam do Gorzowa, oczywiście wirtualnie . Staram się widzieć tam tylko to co piękne. Inaczej się nie da. Postrzegam Gorzów przez swoiste różowe okulary zamazujące to, co nieurodziwe, zaniedbane. I widzę mój Gorzów i moją szaroburą tam młodość, ale pełną uroku i niewinności….

Nieznajoma Elu pozdrawiaj swój Poznań, gdzie moje trzy lata urodziwe były, choć trudne, medyczne. Popatrz, nomen omen- moje poznańskie tak jak Twoje gorzowskie trzyletnie…..

Pozdrawiam Ciebie daleką i nieznaną…

 

nadchodzi noc nad G.1.jpg

I nadszedł wieczór…zdjęcie z tego samego okna…

Obraz powracający o świcie.

 

poświata i księżyc, Fuji.jpg

 

 

 

Są wczesne lata pięćdziesiąte poprzedniego już stulecia. I jest Gorzów.

Bardzo mała dziewczynka budzona jeszcze w głębi nocy, bo grudniowe dni późno przychodzą . Jej matka lubiąca dobrą organizację dnia, góralka beskidzka, zaplata dwa cienkie płowe warkoczyki na głowie córki. Tak ciasno, że  oczy trudno zamykać.

  Dziewczynka sama chce wychodzić w tę panującą jeszcze noc, jest straszno ale jakże intrygująco. I idzie, jak w czarnym tunelu, w  ciemnościach  dawnej ulicy Wasilewskiej (obecnej Sikorskiego), drogą wśród zburzonych i wypalonych kamienic prosto do katedry, trzymając w małej dłoni grubą zapaloną świecę- nazywaną wtedy gromnicą. Nie widzi gwiazd ani księżyca, tylko ten wątły palący się płomień.

Bo właśnie zaczął się Adwent i o 6 rano odprawiane są  roraty, taka msza grudniowa bardzowczesnoporanna.

Katedra jest tak samo mroczna jak ten zaczynający się dzień, nasączona zapachem kadziła, modłami i cichym śpiewem wiernych. Nie widzi ludzi , wpatrzona w piękny ołtarz i księdza w fioletach zapomina o świecie. 

A potem  wraca, nie oglądając się bo za nią  ciemny, straszny niby jednooki woj w hełmie, zarys wieży katedralnej , lękliwie przemyka  obok  ruin. I cieszy się , gdy widzi  zapalone  już światła  w istniejących domach, świadczące o tym, że żyją tam ludzie. I skręca w prawo w ul. Kos. Gdyńskich.  Teraz  wpatruje się w chodnik. Tam leżą  duże poniemieckie płyty granitowe. Ulubione. Jak zwykle ostrożnie stawia kroki , by nie postawić stopy w przestrzeni między płytami, bo to może oznaczać zatopienie w wyimaginowanym bezbrzeżnym oceanie.

I jest już w domu…uskrzydlona z powodu dokonanego wyczynu.

I tak jest codziennie, przez miesiąc poprzedzający wielkie i kolorowe święta Bożego Narodzenia.

Taki to właśnie niepowtarzalny już obraz, wraca do mnie o świcie…. ciemnym, grudniowym

Zauroczenie Kaliną Jędrusik.

SAM_8929.JPGKalina Jędrusik i Stanisław Dygat- fotografia zdjęcia z książki Magdy Dygat pt. ” Rozstania” Wydawnictwo Literackie,2001

 

 

 

Ta opowieść wywodzi się z nagłego przypomnienia spowodowanego przypadkowym ( jak zwykle zresztą) wydobyciem z bibliotecznej półki książki „ Rozstania” Magdy Dygat, jedynej córki pisarza z pierwszą żoną, zdolną , kiedyś znaną aktorką Wandą Nawrocką. Chociaż nie przepadam za biografiami, ale tę wypożyczyłam. Niewielka objętościowo, z  klimatycznymi zdjęciami rodzinnymi i krótkimi opowieściami o życiu ojca, obu jego żon, czasach, gdy wszyscy- matka z nowym mężem, ojciec z młodą żona oraz dziecko zajmowali jedno niewielkie mieszkanie. Dziewczyna rosła w przedziwnej atmosferze domu  ludzi stale wolnych jak ptaki, beztroskich  i nietuzinkowych. Znajdujemy tam ciekawą korespondencję rodzinną  i ze znanymi ludźmi (m.in. Hłasko, Miłosz, Brandys, Polański, Wajda). Książka Magdy Dygat jest chyba próbą ostatecznego rozliczenia, uporządkowania wydarzeń swojego dzieciństwa, a przede wszystkim zrozumienia dlaczego tak było?

     Czytam więc i odwija się w mojej głowie film z lat młodości. Najpierw więc o tym, że znany pisarz- Stanisław Dygat i młodsza do niego o 17 lat Kalina Jędrusik stanowili małżeństwo, które w drugiej połowie XX wieku zajmowało wiele miejsca w plotkach warszawskich. I myśmy tym żyli, bo byli ludźmi niezwykłymi. Można sobie wyobrazić co by się działo, gdyby to wszystko działo się  teraz. Pewnie tabloidy zalałyby nas informacjami, zdjęciami, aż do obrzydliwego przesytu. Kalina  Jędrusik była aktorką  dla niektórych kontrowersyjnej urody i odmiennego , niespotykanego do tej pory w Polsce stylu. Mieszczuchy uważały, że emanowała bezwstydnym seksapilem, choć  przyznawały, że talent miała potężny. Panowie wpatrywali się ekrany telewizorów oczekując kiedy wreszcie Kabaret Starszych Panów się pojawi a z nim oczywiście gwiazda naczelna, wyuzdana, z dużym krzyżykiem leżącym pomiędzy dwiema półkulami okazałego nieomal odsłoniętego biustu. I chociaż panie pruderyjnie i zawistnie na to samo patrzyły, jednak ulegały magii jej zachrypniętego dziecięcego głosu, prawie szeptu. No cóż, jedyną taką aktorką była. Przyznawaliśmy, że wielką . Jak można się domyślić na podstawie  tego, jak napisałam o Kalinie Jędrusik, miałam te same ambiwalentne odczucia jak większość kobiet. Teraz, po latach gdy już zostały tylko stare z nią filmy i piosenki z  Kabaretu  Starszych Panów, wspominam tamte czasy z rozczuleniem i uwielbiam oglądać i słuchać jak śpiewa i zachowuje się Kalina Jędrusik…

    Tamten okres ociepla wspomnienie które powoduje, że  Kalina a przez nią i Dygat są mi bliscy. A to za sprawą pewnego spotkania . Mieszkaliśmy na Żoliborzu, nieopodal ul. Krasińskiego ( gdzie teraz grób ks. Popiełuszki) jest maleńka, poprzeczna do wymienionej, ulica Kochowskiego. Zaglądałam tam często, bo sklep z art. gospodarstwa domowego był na jednym rogu, z tkaninami na przeciwległym a obok  mięsny. I któregoś dnia , gdy kupowałam jakieś płyny do mycia naczyń, nagle , z wielkim rozmachem otworzyły się drzwi sklepu i coś za mną zaszumiało . Odwróciłam się i stanęłam nieomal oko w oko z najprawdziwszą żywą Kaliną. Popatrzyła na mnie wielkimi obojętnymi oczami i poszła w głąb sklepu. Poczułam dreszcz od jej spojrzenia. Było magnetyczne, wsysające. A ja zdmuchnięta jakby, oszołomiona, całkowicie zagarnięta w jej krąg oddziaływania stałam gapowato. Ona zawłaszczyła wszystkich i całą przestrzeń sklepu. Tak, czytając wspomnienia jej pasierbicy mogę potwierdzić to, że Kalina miała w sobie jakąś zniewalającą otoczenie siłę. I nic dziwnego, że jak pisze Pani Magda Dygat, gdy macocha pokazywała swoją małą stopę z krótkimi paluchami mówiąc, że jest najpiękniejsza na świecie- wszyscy wierzyli. I w cień odchodziły inne autentycznie piękne smukłe  stopy. W czasie gdy ją zobaczyłam, była  niską ale za to obszerną kobietą, miała na głowie kapelusz z dużym rondem i długą zamaszystą spódnicę. Nie zwracając uwagi na potulną kolejkę, już od drzwi chrypiąc i sapiąc o coś pytała ekspedientkę. Sapała, tak, wyraźnie miała duszność. Żal przyszedł do mnie, że już chora i podziw i zachwyt, że los mi zesłał tę mieszkankę starej , ukrytej za szczelnym murem willi, która znajdowała się przy ul . Kochowskiego, nieopodal sklepów. Potem wielokrotnie widywałam ją na ulicy, gdy posuwistym krokiem zawłaszczała  cały chodnik a ludzie ustępowali jej miejsca. Nie pomnę jakie to były lata, czy jeszcze żył jej mąż, Stanisław Dygat ( zmarł w 1978 r.), a może już nie . Starszy od niej , po przebytym w dość młodym wieku zawale serce,  pożegnany z tego powodu z seksem- o czym sam pisał, musiał być pogodzony z tym, że jest właściwie jak ojciec swojej żony. Jego pisze córka , Kalina jemu się żaliła, że została porzucona przez kolejnego kochanka, nie ukrywała przygód łóżkowych, które zresztą odbywały się ich domu. Wiele znamienitych osób opisuje spotkania w tym domu, ich urok intelektualny i nie tylko…Co czuł pisarz, bardzo wrażliwy człowiek ? Bohaterami jednego z jego opowiadań – „ Męka zaślepienia” jest pewne małżeństwo. Gdy mąż  wielokrotnie widuje żonę z mężczyzną w sytuacjach sugerujących ich bliskość,  przyjmuje jej tłumaczenia, byle jakie. Wierzy bo chce wierzyć, że jest niewinna …

    Gdy teraz czytam to, co pisze córka pisarza o swoim życiu, o nienawidzącej  jej macosze, wśród zimnych faktów czuję ciepło zrozumienia. Kalina była nieszczęśliwa. Wiecznie spragniona  miłości, akceptacji jako superkobiety. Niespełniona jako matka, gdyż jedyne urodzone dziecię zmarło tuż po porodzie a ona przeszła poważną operację, która wykluczała posiadanie potomka spędzała czas u boku mężczyzny , który ją kreował, wspierał, ale nie mógł dać tego wszystkiego czego oczekiwała. Nie spełniał, bo nie mógł. Była nienasycona. Gdyby nie Dygat, pewnie cierpiałaby na modną teraz wśród gwiazd depresję. A jednak cierpiała. Świadczą o tym jej listy wysyłane do pasierbicy po śmierci Dygata, pełne żalu, smuty , błagania o wsparcie duchowe. Nie wiem jak naprawdę wyglądało jej życie, gdy nagle odszedł samotnie w żoliborskiej willi przy ul. Kochowskiego a ona żyła jeszcze 13 lat. Podobno całkowicie oddała się kościołowi.

    I to tyle wspomnień, które uruchomiła wybrana właściwie przypadkowo z półki bibliotecznej książka Magdy Dygat pt. „Rozstania”. To nie tylko jej rozliczenie z własnym życiem, ale też barwny opis epoki i doli niezwykłych ludzi. Ciekawe jak ją odbierają ci,  którzy nigdy nie poznali magnetycznego spojrzenia Kaliny. Ja jestem nieobiektywna, bo poznałam i uległam….

 

 

SAM_8927.JPG

 Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat. Fotografia zdjęcia zamieszczonego we wspomnianej  książce Magdy Dygat

 

 

 

Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie.

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

Zdjęcie od goni z kasztanowcami czerwono kwitnącymi

 

parkGorzĂłwStare.jpg

 

 

ParkRóşStare.jpg

Stare gorzowskie pocztówki z portalu fotopolska.eu. W tamtych czasach Gorzów nazywał się Landsberg a.Warthe i tak nazwa tu figuruje

 

 

 

W centrum miasta  na powierzchni 4.7 ha, pomiędzy ulicami Kosynierów Gdyńskich ( gdzie był mój pierwszy dom), Sikorskiego( za moich czasów zwany ul. Wandy Wasilewskiej), Strzelecką, Wybickiego i Łokietka  w 1913 r. poprzedni mieszkańcy miasta- Niemcy założyli park. Teraz jest już nasz, pomimo tego, że pamiętamy. Ot takie koleje losu…

W uroczy sposób zagospodarowano  teren  wówczas podmokły wokół istniejącego stawu i przepływającej przez jego wody rzeczki Kłodawka. W okresie międzywojennym i krótko po wojnie mieściło się tu zoo.  Czytam w necie , że w okresie „1960-1964 park przeszedł gruntowną modernizację i renowację”. Niewiele pamiętam z tego okresu, bo już mieszkaliśmy u podnóża wzgórza, gdzie koszary usadowiono  przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i biegałam  do zawarciańskiego LO . Do tego parku zaglądałam niezbyt często. Pomnę jedynie usypany  wtedy płaski szeroki wał na obrzeżu( przedtem chyba była tam wilgotna trawiasta nieciekawa niecka) i jakieś instalacje huśtawkowe dla dzieci. I nowe nasadzenia kasztanów . Park Róż położony obok powoli się degradował. Obserwowałam ze smutkiem jak znikały białe pergole a z nimi feerie pnących róż, fontanna wyschła i jedynie nikłe krzaczki różane oraz to co miałam zapamiętane pod powiekami przypominało dawną świetność.

   Gdy odwiedziłam moje miasto rodzinne po 40 latach nieobecności od razu pobiegłam do tego parku. I znalazłam swoje dziecięce ślady, chociaż już wierzb płaczących na wyspie nie ma. Trudno się dziwić, bo na zdjęciu które zamieściłam w poprzednim wpisie, zdjęciu z lat ubiegłego wieku widoczny tam pień wierzby jest wyraźnie spróchniały. Trochę żal, że nie posadzono nowego takiego samego drzewa, ale cóż, panta rei , rośnie inne drzewo okazałe i smukłe . Ale na otarcie moich łez  znalazłam te same, teraz już wiekowe przepiękne platany . Tak jak kiedyś zgodnie z pięknym projektem okalają położoną wzdłuż rzeczki Kłodawki aleję spacerową. Teraz we wspomnieniach wracam do tych platanów.  Nie wiem czy wtedy, jako dziecko tak je postrzegałam . Ale gdy dziś oglądam zdjęcia sprzed 6 lat, nieodmiennie przychodzi do mnie to samo skojarzenie jak wtedy gdy je zobaczyłam po latach. To wielkie  damy w srebrnych obcisłych sukniach z wąskimi rękawami, które zastygły w tajemnym tańcu czekając na muzykę. Cudne są. I trzeba stanąć i czekać. Może zatańczą. I stałam długo i czekałam…. I choćby tylko dla nich warto odwiedzić Gorzów. Dorodnie rosną też kasztanowce. Zawsze tam były. Otaczały staw.  Obsypane oryginalnym bo nie zwyczajowo białym ale różowym kwieciem widać na zdjęciu, które dostałam od goni. Te kasztany pamiętałam od zawsze. Ilekroć gdzieś byłam wiosną, rozglądałam się czy ujrzę podobne. I rzadko to się zdarzało. Gdy opuszczałam Gorzów, nasadzono nowe też tego gatunku i teraz pięknie wyrosły. Są wielkie i dojrzałe…prawie tak jak my….

      I jeszcze jeden spacer, w stronę ulicy Sikorskiego, gdzie przy wejściowej bramie niegdyś posadowiono na palach wbitych w dno Kłodawki restaurację o romantycznej nazwie Wenecja. Już kiedyś opisałam nasze pierwsze klasowe tam wyjście gdy nasza nowa wychowawczyni pani Halina Majchrzycka, kobieta wielkiej elegancji zauważyła, że jesteśmy zielone ofermy i uznała, że należy wprowadzić nas w wielki świat. Mój Boże, przecież mieliśmy już może po 15 lat bo byliśmy w Liceum. I ona zarządziła to wyjście i przybyliśmy w mundurkach i droga od drzwi restauracji do przeciwległego końca Sali wydawała się w długa jak wieczność i usiedliśmy przy stolikach i już nie wiem co, chyba herbatę piliśmy. Niezręczni, zieloni. Czy śmiać się czy płakać nad nami. Nie wiem. Patrząc na dzisiejszą młodzież. A może to właśnie było fajne, że smakowaliśmy życie powoli mając czas na rozkoszowanie się i zapamiętanie takich wydarzeń , pierwszych nowych niezwykłych.  Wenecji już dawno nie ma. Pewnie zgniły pale a odbudować nie miał kto. Ale naprzeciwko wybudowano okazałą bibliotekę o ładnej , nie zaburzającej oglądu parku bryle. A przy niej pomniczek poetki cygańskiej – Papuszy, która spędziła wiele lat w Gorzowie. To wszystko jest dla mnie nowe, ale od razu stało się  bliskie sercu.

    Pomimo tego, że Gorzów niewiele przypomina miasto z czasów mojego dzieciństwa , rozrósł się na okoliczne wzgórza, park nadal pozostaje związany ze ścisłym  centrum. Stąd niedaleko do XIV wiecznej Katedry i moich ulic magicznych kiedyś….i dlatego przedtem napisałam o smutnej michałowickiej ulicy Parkowej i o wrażeniach z gorzowskiego dzieciństwa i bajkę o wyspie na stawie. Tak sobie napisałam, właściwie dla siebie, by utrwalić to co piękne i zamknąć w słowach to co moje…

 

 

Twoja wyspa.jpg

Zdjęcie od goni. Aktualnie tak wygląda wyspa , w tle czerwono kwitną kasztanowce

 

P6160912.JPG

Gmach biblioteki( dla mnie nowy). Zdj własne z 2008 r.

 

Papusza,jeden ze zwykłych pomników (dla ludzi).jpg

Cygańska poetka Papusza przysiadła nieopodal biblioteki( zdj własne z 2008 r.)

 

PlatanyG1.JPG

 

 

PlatanyG..JPG

 

 

P6160933.JPG

Platany w tańcu. Zdj własne z 2008 r.

Mój Gorzów, wierzby płaczące które nie płakały i Park Wiosny Ludów zwany teraz parkiem róż

 

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

 

Wiosenne zdjęcie od goni. Park Wiosny Ludów w Gorzowie ze stawem i domem gdzie mieszka Bajka….to tam była wąska brama i metalowe schodki prowadzące nieomal do wierzb płaczących na wyspie…

 

 

Był Gorzów, lata 50 ubiegłego wieku. Były wierzby. Po raz pierwszy przez nas oglądane, zapamiętane jak pierwsze zakochanie. Nazwano je płaczącymi, nie wiem dlaczego. Bo te , które zapamiętałam rosły na wyspie w Parku Wiosny Ludów. Nigdy nie widziałyśmy ich łez. Były tak piękne, że przychodzą do mnie w snach….

     Wymykałyśmy się potajemnie, opuszczając nasze podwórko przy ul. Kos. Gdyńskich 106 zamknięte dwoma rzędami monumentalnych kamienic.

Z tego podwórka do parku Wiosny Ludów wiodła wąska mroczna brama , wydrążona w przyparkowej linii kamienic. Trochę bałyśmy się tej bramy, bo była ciemna, ale ciekawość tego, co zobaczymy w  parku była większa niż lęk.

W biegu przemierzałyśmy więc wąski kanał bramy i hamowałyśmy na szczycie pięknych metalowych schodów, by połykać widok wyspy. Była okrągła i wyglądała jak zielona bajkowa kopuła.

Na górnej platformie schodów był pierwszy postój. Stamtąd widok był najpiękniejszy .Po nasyceniu wzroku, spływałyśmy w dół , bezpośrednio nad staw.

    Ten staw i okalający go park był wielkim okiem Gorzowa.

To oko było jedyne takie na świecie, żadne miasto nie patrzyło na świat Pana Boga w taki zielonobłękitny sposób.

Wszyscy święci mieszkający w niebie , przeglądali się w tym lustrze wodnym .

    Woda była jak migotliwa, jak zmieniająca barwy tęczówka, a wyspa stanowiła źrenicę.

Wyspa , wierzbową kopułą nakryta, wczesną wiosną pokrywała się pachnącą świeżą sukienką. Pewnie ofiarowaną przez niebnych darczyńców.

Potem zieleń stopniowo dojrzewała, nabierała soczystości i zmieniała się w jednolity szumny gąszcz.

Nie zastanawiałyśmy się co ukrywa, może Bajka czasami opowiadała o Wodnych Pannach, które widywała ze swojego balkonu usytuowanego bezpośrednio nad parkiem.

Któregoś dnia ktoś postawił na brzegu wyspy niewielki drewniany domek, w którym zamieszkały łabędzie. Łabędzie widziałyśmy obie z Bajką, były rzeczywiste. Przyjaźniły się z Pannami Wodnymi , bo któż by prał śnieżno białe suknie łabędzi, jak nie te pracowite panny.

   Któregoś dnia ktoś nam powiedział, że na wyspie rosną wierzby płaczące i to właśnie ich gałęzie  tworzą  zadziwiającą nas kopułę.

Od razu się zainteresowałyśmy.

Dlaczego tak je nazwano, dlaczego  płaczące.

Przecież zawsze były radosne, witały nas szumem wiotkich bardzo długich gałązek.

Słońce często je odwiedzało, siadało okrakiem na wierzchołkach i ześlizgiwało się w dół jak po zboczu wielkiej stogi siana, z której zjeżdżałam na wsi w górach. Czasami bawiło się z gałązkami w chowanego, bo znikało i pokazywało się w innym miejscu wierzby.

Wiatr też przylatywał, zwabiony perspektywą wspólnej zabawy.

Siadałyśmy na trawiastym brzegu stawu i patrzyłyśmy jak wiatr szarpie gałązki wierzbowe, pieszczotliwie zaplata i rozplata warkocze. Jak czasami myje im włosy, pochylając konary i zanurzając włosy wierzby w tafli wodnej.

     Gdy opadały liście, czar naszej wyspy wyprowadzał się do ciepłych krain. A wtedy dla nas były  najważniejsze zabawy na lodzie i śniegu…

 

Zamurowano naszą bramę wiodącą do parkowego raju, zniknęły schodki , a tamte wierzby płaczące   przychodzą do mnie w snach.

 

 

WierzbyJa12LatMama.jpg

Zdjęcie wykonał mój Tato. Jest rok 1957. Jestem z Mamą w naszym parku…

 

 

WierzbyDorosłaJaMama.jpg

Też z Mamą, tylko 10 lat później…jeszcze żyje wierzba płacząca na wyspie…

 

 

WierzbyMarysiaJa10lat.jpg

Zabawy z nieżyjącą już Marysią Zielińską na zamarzniętym stawie, obok wyspy.

 

 

WierzbyMarysiaJaśnieżki.jpg

Na zamarzniętym stawie z Marysią, po lewej dom Bajki…

Te wszystkie stare zdjęcia wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz.

Jastarnio, gdzie się podziały nasze wczasy wagonowe?

To ja, Zosia wtedy Łukaszewicz ( ok. 1953 rok )  – na stopniach wejścia do naszego wagonu …. pełnia lata … autor fotografii Wacław Łukaszewicz

Gdzie parowozy z kłębami pary i sapaniem , z tamtych niezapomnianych lat połowy ubiegłego wieku ? Teraz eleganckie szynobusy przemierzają trasę Gdynia – Hel … czegoś żal …

I rok 2014 – pobyt sylwestrowy w Jastarni. Odkrycie , że Wczasy Wagonowe jeszcze są – choć już została tylko znana mi jadalnia i recepcja – wagonów ani śladu …

IJuż kiedyś pisałam o moich wczasach wagonowych, ale nie mogę się powstrzymać od ponownego powrotu do tamtych czasów. Bo dzisiaj jestem na przystanku kolejowym na trasie wiodącej na Hel i gdy czytam jego nazwę- Jastarnia Wczasy od razu pojawia się w sercu czułość pomieszana z radością i niewielką smutą, że jest inaczej niż drzewiej bywało…

 Rozglądam się, wagonów nie ma , jednak za torami jest bardzo znajomy teren , jak kiedyś skromnie ogrodzony siatką z zamkniętą niestety bramą więc kontynuuję obserwacje z peronu kolejki . Z radością rozpoznaję przetrwałą z tamtych lat 50 ubiegłego wieku  naszą jadalnię  i  przysadzistą recepcję. To właśnie z niej odbieraliśmy klucze, a potem gnaliśmy  wzdłuż sznura wagonów by zidentyfikować ten nam przydzielony,  jedyny… 

   Bo lata 50 XX wieku były przaśne, małowczasowe, bezcampingowe, co najwyżej brzydkonamiotowe. A my, dzieci kolejarzy cieszyliśmy się tym,  że cała rodzinka wybywała nad wakacyjne morze , piękne i szumne i w dodatku dostawała na te upojne wakacyjne dwa tygodnie cały wagon, tylko dla siebie. I wydawało się nam , że jesteśmy w dalekiej podróży…i niebawem nasz skład ruszy w siną dal….

    Każdy wagon stał na własnych kołach i najprawdziwszych torach, był towarowy, taki do przewożenia koni czy krów, z metalowymi magicznymi kółkami przymocowanymi do wewnętrznych ścian. Uwielbiałam te kółka….Mieliśmy łóżka metalowe, zgrzebne koce i miskę oraz wiadro na sanitarne ablucje. Dopiero potem podłączono do każdego wagonu wodociąg i pojawiła się najprawdziwsza umywalka.

     Od tych lat wczesnodziecięcych, wagonowych pozostał mi miły charakterystyczny zapach który niektórzy nazywali smrodkiem drewnianych wychodków obficie polewanych chlorowymi preparatami, z komponentą zapachu żywicy pobliskich sosen i morskiego słonego powietrzu. Ilekroć poczułam i nadal gdy poczuję podobny tamtemu zapach, teraz rzadko już spotykany, od razu wiem, że moje  wczasy wagonowe tuż, tuż….oczywiście to tylko wyobraźnia ale uczucie to jest naprawdę bardzo, bardzo miłe…..

    Nie ma już naszych wagonów ale zostają  w pamięci tych, którym dawały radość tak niezwykłą w połowie ubiegłego wieku

    I tak stojąc teraz na peronie w Jastarni Wczasy zadaję pytanie- Jastarnio, gdzie się podziały nasze wczasy wagonowe ?

Może wagony nie konserwowane rozsypały się w nicość, może komuś nie odpowiadał ich wygląd, bo wszak teraz jest to ośrodek wczasowy Instytutu Kolejnictwa. Nazwa brzmi dumnie, więc należało postawić domki drewniane dwuspadowe, brązem malowane a nasze wagony oddać na przemiał. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale się stało.…Jeno dwa budynki o których wspomniałam na wstępie- jadalnia i recepcja stoją jak kiedyś i pewnie śnią dawne czasy…

 I jeszcze się ostała  stacja kolejowa z piękną nazwą Jastarnia Wczasy. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zmiana tej nazwy, ale kto wie….w końcu wszystko się zmienia i dobrze jest tak jak jest…

Gdy teraz stoję na stacji Jastarnia Wczasy  widzę tamten czas i już nie muszę wypatrywać  moich wagonów bo one są zapisane w moich oczach i głowie i wszystkich zmysłach…

morze pachnie jak kiedyś i tak samo szumią wielkie sosny a gdzieś w dali miarowo uderzają fale o brzeg…niezmienne…