O profesorze Tadeuszu Marcinkowskim…

Kiedy przed kilkoma dniami obecny kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu, prof. Czesław Żaba wręczył mi kilka pożółkłych kartek które zachowały się  w przepastnych szafach i wśród wielu annałów Katedry…nie ukrywałem wzruszenia. Chciałbym w tym miejscu podziękować mojemu Wielkiemu Przyjacielowi Czesławowi za utrwalanie pamięci która jest tak ważna dla zachowania tego co Najważniejsze w życiu, pamięci o ludziach którzy zapisali się w historii medycyny ale też kultywowanej pamięci o wszystkich zwykłych czasem szarych Pracownikach Katedry czego wyrazem są m. in. coroczne spotkania emerytów. W dzisiejszych pospiesznych czasach jest to NIEZWYKŁE – Jerzy T. Marcinkowski.

Referat poświęcony działalności prof. dr hab. Tadeusza Marcinkowskiego w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu

Tadeusz Marcinkowski urodził się 16.10.1917 r. w Wilnie. Matką jego była Rozalia z domu Miakisz, a jego ojciec Stanisław Marcinkowski (1882-1939) był aptekarzem i pracował w bardzo wielu aptekach: m.in. w Berlinie (w 1912 r.), Królewcu (1913), gdzie równolegle rozpoczął, a w roku 1919 ukończył studia farmaceutyczne na tamtejszym Uniwersytecie Alberta oraz w Poznaniu, gdzie ochotniczo pełnił służbę w wojsku polskim odrodzonego Państwa Polskiego. Wcześniej brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Tutaj też w latach 1922-1929 Stanisław Marcinkowski był kierownikiem apteki Kasy Chorych przy ul. Prusa 19 w Poznaniu, aż do czasu jej likwidacji, po czym utworzył w końcu własną aptekę w Warlubiu na Pomorzu, lecz z nadejściem wojny w roku 1939 został aresztowany przez hitlerowców i najprawdopodobniej po wielu cierpieniach zgładzony podczas jednej z masowych egzekucji w Borach Tucholskich.

Tadeusz Marcinkowski dzieciństwo spędził we wsi Chodziuki w pobliżu rzeki Dzitwy, prawobrzeżnego dopływu Niemna. Swoje dzieciństwo tam spędzone wspomina bardzo ciepło i z nostalgią, często posługując się w opisie swego kraju rodzinnego słowami swego ulubionego poety i narodowego wieszcza Adama Mickiewicza z jego utworu „Pana Tadeusza”.

Tadeusz Marcinkowski uczęszczał do Państwowego Gimnazjum Humanistycznego im. Piotra Skargi w grodzie Halszki Ostrogskiej w Szamotułach, które to Gimnazjum, a przede wszystkim jego grono pedagogiczne upodobał sobie w sposób szczególny, jako że to tutaj w jego niezaspokojonym pędzie do pogłębiania wiedzy pomogło mu wielu doskonałych, wysoko wykwalifikowanych nauczycieli, którzy swoich podopiecznych wychowywali w przepojonym patriotyzmem duchu niezwykłego poszanowania dla nauki i otaczającego świata. W okresie gimnazjalnym Tadeusz Marcinkowski należał do Związku Harcerstwa Polskiego w Drużynie imienia Bolesława Chrobrego w Szamotułach, gdzie młodzież wspólnie nabywała dodatkowe umiejętności, organizowała wycieczki krajoznawcze i kształciła swą postawę patriotyczną w taki sposób, że – jak wspomina Tadeusz Marcinkowski – gdy śpiewali: „Wszystko, co nasze, Ojczyźnie oddamy…”, to rzeczywiście tak myśleli. Dowiodła tego później chociażby działalność Szarych Szeregów…, a i sam Tadeusz Marcinkowski w okresie okupacji nie raz wykazał się jako lekarz bohaterską postawą podczas m.in. kampanii wrześniowej, a następnie działalności konspiracyjnej w AK i w tajnym nauczaniu oraz w Powstaniu Warszawskim.

W roku 1936 Tadeusz Marcinkowski zdał egzamin na pierwszy rok Wydziału

Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego w Poznaniu. Studenci tego rocznika jako pierwsi odbywali zajęcia z anatomii w nowoutworzonym Collegium Anatomicum przy ul. Święcickiego 6, który zresztą – wraz z poznańskim Zakładem Medycyny Sądowej – funkcjonuje w tym miejscu do dnia dzisiejszego. Wśród znamienitych wykładowców znalazł się m.in. doc. Tadeusz Tucholski, który w tym czasie, aż do wybuchu wojny w 1939 roku współpracował z prof. Stefanem Horoszkiewiczem, ówczesnym kierownikiem Katedry Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Poznańskiego w latach 1921-1939, któremu pomagał m.in. przy organizacji i kierowaniu w tym zakładzie pracownią chemiczno-toksykologiczną. Doc. Tucholski wkrótce miał zginąć w Katyniu… W tym miejscu na marginesie można wspomnieć, że prof. Sergiusz-Schilling-Siengalewicz, kolejny po prof. Stefanie Horoszkiewiczu kierownik poznańskiego Zakładu Medycyny Sądowej w latach 1946-1951 został po wojnie wraz ze słynnym krakowskim prof. Janem Olbrychtem poproszony o wydanie opinii, czy tezy zawarte w niemieckim dokumencie „Amtliches Material zum Massenmord von Katyń” wytrzymują krytykę z punktu widzenia nauki, a w szczególności m.in. z zakresu medycyny sądowej, antropologii, archeologii i kryminalistyki. Należy również dodać, że jego następca prof. Edmund Chróścielewski, kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu w latach 1951-1985 był gorącym orędownikiem wyjaśnienia, udokumentowania i podania do publicznej wiadomości okoliczności śmierci polskich oficerów w obozach jenieckich na terenie byłego Związku Radzieckiego. Nie szczędząc trudu kompletował listy żołnierzy tam poległych i publikował je. Tadeusz Marcinkowski pierwszy raz spotkał się z Edmundem Chróścielewskim (swoim późniejszym przełożonym) w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie, gdzie obydwaj w czasie wojny studiowali na zorganizowanym tam Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich, o czym będzie jeszcze mowa.

Wracając do okresu przedwojennego, Tadeusz Marcinkowski na III roku swych poznańskich studiów uczestniczył w zajęciach mikrobiologii, prowadzonych dr Franciszka Witaszka, który swe późniejsze wybitne zasługi na polu walki z niemieckim okupantem, również okupił męczeńską śmiercią zadaną w osławionym Forcie VII. Mianowicie przy wykorzystaniu swej wiedzy naukowej prowadził on bezprecedensową walkę epidemiologiczną w okręgu poznańskim w ramach utworzonej przez siebie specjalnej komórki Armii Krajowej. Wraz z nim śmierć ponieśli jego współpracownicy, m.in. Helena „Lusia” Siekierska. Ich zgilotynowane głowy zostały przekazane nomen omen do poznańskiego zakładu medycyny sądowej, którym zarządzał wówczas okupant, lecz przetrwały dzięki staraniom zatrudnionych tu polskich laborantów i po wojnie spoczęły na poznańskiej cytadeli. Laboranci ci: Andrzej Szymański i Michał Woroch, pracowali tutaj jeszcze długo po wojnie i współpracę z nimi w trakcie swe bytności w poznańskim Zakładzie Medycyny Sądowej Tadeusz Marcinkowski pamięta do dziś, tak jak i samego dra Witaszka, kiedy miał możność uczestniczenia w jego zajęciach.

Tadeusz Marcinkowski, w trakcie swoich studiów w Poznaniu wstąpił do Wielkopolskiego Związku Młodzieży Wiejskiej z siedzibą w lokalu Stronnictwa Ludowego przy ul. Ratajczaka, a niebawem został wybrany do Zarządu tej organizacji. W spotkaniach Związku nierzadko uczestniczył Stanisław Mikołajczyk.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Tadeusz Marcinkowski ochotniczo podjął się uczestniczenia w zajęciach wojskowych w ramach Legii Akademickiej, co aktywnie wypełniało czas wakacyjny i wiązało się z możliwością wyjazdu w inną część kraju, dzięki czemu mógł odwiedzić m.in. Kraków, Lwów, a przede wszystkim swoje rodzinne strony w tym Wilno.

Podczas ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku Tadeusz Marcinkowski przebywał w Poznaniu, gdzie od początku starał się uczestniczyć w czynnościach obronnych, m.in. kopiąc rowy przeciwpancerne na Ławicy. Wkrótce chcąc wypełnić treść obwieszczonego nakazu mobilizacyjnego dla mężczyzn zdolnych do służby wojskowej, udał się pociągiem w kierunku Warszawy, lecz podróż w wyniku działań wojennych utknęła pod Gnieznem, więc zdecydował się na jej kontynuowanie piechotą. Po kilkudniowej wędrówce dotarł do jednostki wojskowej Giżycach, a tam skierowano go do szpitala polowego w charakterze sanitariusza. Cała ta okolica znalazła się w rejonie walk objętego największą w kampanii wrześniowej bitwą nad Bzurą. Warunki pracy były tam bardzo ciężkie i zawierało się w nich całe okropieństwo wojny. Tam Tadeusz Marcinkowski podczas opatrywania rannych został ranny w stopę w trakcie jednego z ostrzałów artyleryjskich, a wkrótce dostał się do niewoli i trafił do Żychlina, skąd po kilku tygodniach, i po nieudanym zabiegu wyjęcia odłamka został zwolniony, uchodząc za cywila na podstawie przedłożonego zaświadczenia o odroczeniu służby wojskowej. W ten sposób udało mu się wrócić do Poznania. Wkrótce jednak wyruszył do Warszawy, a tam udał się do Szpitala Ujazdowskiego z powodu wciąż tkwiącego odłamka w lewej stopie. Przebył tu aż dwa kolejne nieudane zabiegi usunięcia odłamka, co udało się zrobić dopiero za trzecim razem w Szpitalu Św. Rocha. Po jakimś czasie powrócił do Szpitala Ujazdowskiego, gdzie nie bez problemów i po trosze dzięki znajomościom wyniesionym z Poznania w trakcie praktyk studenckich m.in. w tamtejszym Szpitalu Wojskowym udało mu się w końcu zatrudnić w charakterze pracownika-wolontariusza, występując równocześnie w roli rekonwalescenta- inwalidy wojennego po przebytych operacjach. Po jakimś czasie już jako „pełnowartościowy” pracownik zaczął otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie, dzięki czemu mógł stale powiększać swój fachowy księgozbiór. Wkrótce, w uznaniu zasług za trud włożony uruchomienie elektrokardiografu i jego obsługę, pozwolono mu zamieszkać w jednym z pomieszczeń, przeznaczonym od tej chwili na pracownię kardiologiczną.

W Szpitalu Ujazdowskim Tadeusz Marcinkowski pracowicie spędził niemal całą okupację, aż do Powstania Warszawskiego. Praca w Szpitalu Ujazdowskim w tamtych trudnych czasach stała się dla Tadeusza Marcinkowskiego szczególnym błogosławieństwem, gdyż oprócz tego, że zapewniła mu byt i schronienie, to bezpośrednio wiązała się z obranym kierunkiem przez niego kierunkiem studiów, umożliwiając nabycie bogatego i wszechstronnego doświadczenia zawodowego, gdyż z czasem zajmował coraz bardziej odpowiedzialne funkcje w procesie leczenia pacjentów, dokonując również wiele zabiegów o wysokim stopniu trudności. Co więcej – w Szpitalu Ujazdowskim Tadeusz Marcinkowski mógł kontynuować, przerwane wojną na trzecim roku w Poznaniu, studia medyczne w ramach zorganizowanego tam Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich (TUZZ), który to Uniwersytet dzięki poświęceniu swej wysoko wykwalifikowanej kadry wykładowców oraz dobrej organizacji i solidarnej współpracy w warunkach konspiracyjnych, i przy umiejętnym wykorzystaniu sprzyjających warunków, zdołał zapewnić swym studentom wysoki poziom kształcenia. Wydział Lekarski TUZZ rozpoczął swą działalność roku akademickim 1942/1943 zainicjowany w 1940 r. przez tzw. Komitet Pięciu, w skład którego weszli: ks. dr Maksymilian Rode, prof. dr. Roman Pollak, prof. dr Ludwik Jaxa-Bykowski, doc. dr Władysław Kowalenko (wszyscy z Poznania) oraz dr Witold Sawicki z Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Jaxa-Bykowskiego Tadeusz Marcinkowski miał okazję spotkać jeszcze w Gimnazjum Szamotulskim, gdy ten przeprowadzał tam badania psychologiczne. Później już w czasie studiów odkrył w swoich dokumentach adnotację prof. Jaxa-Bykowsko, który uznał go młodego Tadeusz Marcinkowskiego „wybitnie uzdolnionego”, co decyzją ministerstwa oświaty wystarczało, żeby być zwolnionym z egzaminu na wszelkie uczelnie wyższe.

Przed wybuchem powstania warszawskiego na TUZZ było czynnych 95 wykładowców, w tym 18 z Uniwersytetu Poznańskiego. Realizowano prawie niezmieniony przedwojenny program studiów. W wyniku nadspodziewanej frekwencji słuchaczy – nawet było to 500 osób,  wykładali oni nawet po 8 godzin dziennie. Wykłady odbywały się na tajnych kompletach w prywatnych mieszkaniach zaufanych osób. Ćwiczenia z prosektorium były płatne, odbywały się w różnych Szpitalach i trudno było na nich pomieścić wszystkich zainteresowanych, których liczba sięgała 500 osób.

Równolegle z TUZZ konspiracyjnego kształcenia podjął się również Tajny Uniwersytet Warszawski oraz funkcjonująca w jego ramach oficjalnie zalegalizowana przez władze okupacyjne „Prywatna Szkoła Zawodowa dla pomocniczego Personelu Sanitarnego Jana Zaorskiego”, która kształciła przyszłych lekarzy, oficjalnie istniejąc jako szkoła zawodowa, lecz z czasem potajemnie rozwinęła swój program nauczania starając się w toku 12-miesięcznego kursu, przekazać wiedzę zawierającą 2 lata studiów. Podczas jednego ze wspólnych zajęć z byłymi „zaorszczakami” Tadeusz Marcinkowski poznał Marię Aleksandrę z d. Rzewuską, z którą 10 kwietnia 1944 r. wziął ślub.

W Szpitalu Ujazdowskim Tadeusz Marcinkowski został w październiku 1942 r. także wcielony w szeregi Armii Krajowej, przybierając imię „Dobrosław”. Przysięgę wojskową odebrał od niego dr Cyprian Sadowski, przydzielając go do swojej komórki organizacyjnej o nazwie „Rola”. Od tej pory Tadeusz „Dobrosław” Marcinkowski miał stale w pogotowiu podręczna apteczkę z materiałami opatrunkowymi i lekami potrzebnymi do udzielenia pierwszej pomocy. Sam Cyprian Sadowski w swoim powojennym zeznaniu dla ZboWiD-u z roku 1981 dot. działalności Tadeusza Marcinkowskiego w AK przedstawił go jako lekarza do zadań specjalnych, wykazującego się odwagą i bezgranicznym poświęceniem, do którego obowiązków poza udzielaniem pomocy i opiekowaniem się rannymi żołnierzami AK (m.in. w tajnych lokalach na ul. Szustra i na Nowym Świecie) należało też dostarczanie do macierzystej Komórki poczty i pieniędzy z Komendy Głównej AK, a w czasie Powstania Warszawskiego Tadeusz Marcinkowski pracował na punkcie opatrunkowym w Śródmieściu.

Powstanie Warszawskie zastało go w Klinice Położniczej na ul. Karowej, gdzie od tej pory pełnił swój powstańczy „dyżur”. Pod koniec walk Tadeusz Marcinkowski wraz z żoną i pozostałym personelem został internowany przez Niemców i po wielu przystankach w różnych miejscach zbornych na przestrzeni kilku dni dostali się do obozu w Pruszkowie, gdzie Tadeuszowi Marcinkowskiemu zwyczajowo powierzono obowiązki jednego z lekarzy obozowych. W obozie pruszkowskim Tadeusz Marcinkowski zaczął uprawiać proceder polegający na tym, iż w przypadkach, gdzie było to konieczne, diagnozował u pewnych pacjentów określone choroby, pouczając ich przy tym jak mają symulować ich objawy przed lekarzem niemieckim, i w ten sposób, zadbawszy także o całą procedurę administracyjną, doprowadził do bardzo wielu skutecznych ucieczek, zwolnień z obozu osób, którym groziło prześladowanie za powstańczą przeszłość.

Po jakimś czasie dzięki pomocy szkolnego kolegi Tadeusz Marcinkowski wraz z żoną uzyskał przepustkę na odwiedzenie go w Nowym Sączu, gdzie doczekali wyzwolenia, po czym 6 lutego 1945 dopełnił obowiązku rejestracji wojskowej, a 8 marca urodziła się ich córka Ewa. 25 marca w Krakowie odwiedził tymczasowe miejsce pobytu ewakuowanego tam Szpitala Ujazdowskiego, a 31 marca 1945 dotarł do Poznania, gdzie zarejestrował siebie i żonę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Natomiast 11 kwietnia 1945 r. otrzymał tymczasowe prawo praktyki lekarskiej, zarejestrował się w Izbie Lekarskiej oraz w Wydziale Zdrowia Zarządu Miejskiego, gdzie skierowano go do pracy w Ubezpieczalni. Po kilku dniach była już przy nim żona i parotygodniowa córka.

Na uniwersytecie urzędująca wówczas komisja, złożona z prof. Stefana Różyckiego i prof. Tadeusza Kurkiewicza, zobowiązała Tadeusza Marcinkowskiego do zdawania wielu przedmiotów, co też uczynił, zdając odpowiednio: położnictwo u prof. Kowalskiego, pediatrię u prof. Karola Jonschera, chirurgię u prof. Kazimierza Nowakowskiego oraz Medycynę Sądową u dr Stanisława Łaguny, który był krótkotrwale był pierwszym powojennym kierownikiem Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu, zanim objął to stanowisko prof. Sergiusz Schilling-Siengalewicz (w latach 1946-1951), a po nim kolega Tadeusza Marcinkowskiego z tajnych kompletów w Warszawie Edmund Chróścielewski (w latach 1951-1983) i wreszcie prof. Zygmunt Przybylski (w latach 1984 do chwili obecnej).

Po tych egzaminach końcowych w dniu 9 czerwca 1945 r. Tadeusz Marcinkowski otrzymał upragniony dyplom ukończenia studiów medycznych w postaci „zaświadczenia dyplomowego” (właściwy dyplom otrzymał dopiero kilka lat później).

Pod koniec wojny Tadeusz Marcinkowski został powołany do wojska polskiego w 37 batalionie saperów w II brygadzie sapersko-inżynieryjnej. Stacjonowała ona wówczas w Tarnowie, i zamieszkiwał on wtenczas w mieszkaniu prywatnym, gdzie otrzymał kwaterunek, i skąd codziennie udawał się do szpitala wojskowego. Po jakimś czasie znalazł się wraz ze swoim batalionem w miejscowości Brzostek za Pilznem. Do jego czynności należało m.in. transport wozem konnym rannych żołnierzy saperów do szpitala w Tarnowie – po uprzednim zaopatrzeniu ich na miejscu. Ponieważ zadania batalionu związane były z rozminowywaniem coraz rozleglejszego terenu, po jakimś czasie przeniósł się on do miejscowości Siedliska Bogusz. Po kilku z kolei miesiącach batalion ów przez Bochnię, Kraków, Mysłowice dotarł do Strzelina, na południe od Wrocławia. Tutaj również właściwych żołnierzy kwaterowano w mieszkaniu prywatnym. T. Marcinkowski poza badaniem żołnierzy i prowadzeniu dla nich pogadanek na temat zdrowia zajmował się tu też pobieraniem próbek wojskowej kuchni do ewentualnych analiz. Oczywiście najbardziej odpowiedzialnym i głównym jego zajęciem było nadal opatrywanie rannych, ich transport do szpitala we Wrocławiu, a także asystowanie przy operacji.

Z nastaniem zimy batalion przy pomocy transportu kolejowego, w towarowych wagonach, przedostał się daleką i okrężną drogą do Poznania.

W Poznaniu Tadeusz Marcinkowski szybko się zorientował, że – z uwagi na to, iż były tu kliniki i zakłady naukowe – w wojsku nie prędko zrealizuje w pełni swoje zawodowe plany, toteż rozpoczął właściwe starania o zwolnienie ze służby wojskowej, co wcale nie przychodziło łatwo, i wiązało się z częstymi wizytami w Głównej Komisji Lekarskiej w Warszawie, która zresztą chętniej zwalniała oficerów od stopnia pułkownika wzwyż. Po jakimś czasie jednak T. Marcinkowski awansowany ze stopnia podporucznika do porucznika został skierowany do sanatorium pod nazwą „Odrodzenie” w Zakopanem. Wkrótce w miejscowości tej na pewien czas zatrudnienie znalazła Jego żona Maria (również lekarz) – z którą zawarł ślub w Warszawie, na krótko przed Powstaniem Warszawskim – pozostawiając ich niedawno urodzoną córeczką Ewę (dziś emerytowanego lekarza pulmonologa) w Poznaniu, pod opieka jego matki.

Po kolejnej wizycie przed Główną Komisją Lekarską, doczekał się w końcu zwolnienia ze służby wojskowej. Następnie wraz z małżonką zatrudnili się najpierw w Szpitalu Powiatowym w Żninie, potem w prowadzonym przez siostry zakonne Szpitalu Powiatowym w Kościanie, a następnie w Pakości pod Inowrocławiem. W Pakości Tadeusz Marcinkowski chwalił sobie warunki do wielorakiej praktyki lekarskiej, przy czym często, we dnie i w nocy wzywano go do chorych. Najczęściej były to przypadki poporodowe wymagające ręcznego odklejenia łożyska, czy szycia krocza, niejednokrotnie w ciężkich warunkach, i zabiegi te nigdy nie skończyły się powikłaniem. Niekiedy trzeba było np. likwidować odmę płucną. Sprostać też musiał zabiegom stricte dentystycznym jak wyrywanie zębów i korzeni. Leczył tam też chorych na kiłę (syfilis). Jednocześnie był zatrudniony w tym samym czasie, aż w dwóch ubezpieczalniach społecznych: bydgoskiej i inowrocławskiej oraz opiekował się pracownikami Cukrowni w Janikowie. W tym okresie jego żona odbywała staż lekarski w Szpitalu im. Kopernika w Toruniu. Po jakimś czasie jednak Tadeusz Marcinkowski przeniósł się tym razem do Sanatorium w Andrychowie, otrzymując tam etat ordynatora w ramach współpracy z Ubezpieczalnią Społeczną w Bielsku-Białej. Tak więc drugie dziecko z małżeństwa Marcinkowskich – syn Jerzy Tadeusz (obecnie profesor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu) urodził się w Wadowicach, a ponieważ stało się to akurat w dzień świąteczny (1 maja), to poród syna – tak jak i zresztą wcześniej również córki – odebrał w Szpitalu osobiście. Poza zwyczajnymi zajęciami T. Marcinkowski dozorował opiekę nad młodymi pensjonariuszami prewentorium dla dzieci w Kętach, gdzie przede wszystkim zwracał uwagę na ewentualne nosicielstwo płonicy (szkarlatyny) i zapobieganie tej chorobie. Po około trzech latach objął stanowisko ordynatora w sanatorium dla dzieci w Jaworzu koło Bielska Białej. W sanatorium tym dokonywał też na swych podopiecznych drobniejszych zabiegów. Z Jaworza dojeżdżał do Krakowa, gdzie w Zakładzie Farmakologii prof. Janusza Supniewskiego i pod jego kierunkiem opracował swoją pracę doktorską pod tytułem: „Własności farmakologiczne chlorowodorku ?-dwufenylo-?-N-piperydylo- butylonitrylu”. Prace tą opublikowano w 1948 r. w wydawnictwie Polskiej Akademii Umiejętności. Dodatkowo prowadził tu badanie nad preparatem zsyntetyzowanym przez prof. Supniewskiego: „Tiosemikarbazon para-dwu-metyloaminobenzylowy”. Pobyt w Krakowie zaowocował też ukończeniem w roku 1951 przez Tadeusza Marcinkowskiego pracy magisterskiej na tamtejszym wydziale Matematyczno-Przyrodniczym pod kierunkiem prof. Franciszka Górskiego w Zakładzie Fizjologii Roślin. Jej tytuł brzmi: „Przyczynek do badań nad działaniem moczu kobiet ciężarnych na kiełkujące rośliny” i autor własnym staraniem opublikował ją po 43 latach w 1994 r.

Po jakimś czasie doktor Tadeusz Marcinkowski został przeniesiony wraz z rodziną najpierw do Ambulatorium Kopalni „Silesia” w miejscowości Czechowice-Dziedzice, a następnie jako lekarz pediatra do Zielonej Góry, gdzie sprawował kolejno funkcje: lekarza w poradniach Dl i D2, kierownika Kolumn Szczepień BCG, kierownika Oddziału Chorób Płuc dla Dzieci Szpitala Wojewódzkiego. Zorganizował też Przychodnię Radiologiczną dla Dzieci i prowadził audycje radiową na temat zdrowia w tamtejszym radiowęźle.

Po tym jak minął okres nakazu pracy dr T. Marcinkowski zdecydował się zatrudnić w Zakładzie Medycyny Sądowej AM w Poznaniu. Pracę znalazła też jego małżonka jako pediatra otrzymując rozległy teren lekarski. W okresie tym dr Marcinkowski rozpoczął udział w pierwszych zjazdach naukowych, krajowych i zagranicznych, np. W Berlinie, Dreźnie, Lipsku, Rostocku. To właśnie w poznańskim Zakładzie Medycyny Sądowej dr Tadeusz Marcinkowski napisał swoją rozprawę habilitacyjną: „Cechy strzałów z pobliża – na powierzchni kości – z broni sportowej małokalibrowej”, uzyskując w roku 1964 tytuł docenta. Recenzentami tej pracy byli: prof. Bronisław Puchowski i prof. Jan Walczyński.

W okresie, kiedy docent Tadeusz Marcinkowski pracował w Poznaniu, ukazały się jego trzy podręczniki:

1. „Dowody rzeczowe w praktyce sądowo-lekarskiej: ślady krwi”.

  • „Medycyna Sądowa dla prawników” (ukazały się cztery wydania). Pozycja ta została skierowana do prawników, gdyż jej autor przez szereg lat miał zajęcia dydaktyczne (i egzaminy) dla studentów Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, dokąd dojeżdżał z Poznania a później ze Szczecina.
  • „Badania serologiczne w dochodzeniu ojcostwa” (ukazały się dwa wydania).

Ponadto opublikowano i inne Jego prace.

W okresie kiedy dr Tadeusz Marcinkowski wstąpił w szeregi pracowników Zakład zwyczajowo zajmował się nadal problematyką: tanatologii sądowo-lekarskiej, walki z umieralnością okołoporodową, zatruć grzybami, metodyki badań chemiczno-toksykologicznych, zwłaszcza wykrywania alkaloidów, serohematologii sądowo-lekarskiej. Szczególnym przedmiotem zainteresowania pracowników Zakładu i jego ówczesnego kierownika Edmunda Chróścielewskiego stały się zagadnienia wypadkowości drogowej. W okresie od 1952 r. 5 osób uzyskało w Zakładzie Medycyny Sądowej stopień doktora, a obok dra T. Marcinkowskiego (w roku 1964) habilitowały się jeszcze Halina Seyfriedowa, Stefan Raszeja uzyskując przy tym stopnie naukowe docenta.

W roku 1957 w Zakładzie zorganizowano Krajową Naradę Roboczą, poświęconą urazowości wśród dzieci, przy czym dominował tam aspekt profilaktyczny.

W Poznańskim Zakładzie w owym czasie zajmowano się też zagadnieniem patomorfogenezy niedodmy płuc u noworodków, co zaowocowało to m.in. napisanym przez E. Chróścielewskiego i H. Seyfriedową podręcznikiem sekcji zwłok płodu i noworodka, który ukazał się w dwu wydaniach w języku polskim (1954 i 1956), w którym podano własne spostrzeżenia nad zależnością między wyglądem błon szklistych a długością życia dziecka po urodzeniu. Stosunkowo liczne w owym czasie sekcje zwłok płodów i noworodków umożliwiły T. Marcinkowskiemu ukończenie w roku 1958 pracy na temat zmian morfologicznych w ośrodkowym układzie nerwowym płodów i noworodków w zespole niedodmowym. Wykazał on w niej m.in., że zmiany w warstwie ziarnistej móżdżku mogą pomóc w rozpoznawaniu śmierci wskutek niedotlenienia.

W Zakładzie Medycyny Sądowej w Poznaniu po raz pierwszy w Polsce wprowadzono do rutynowych badań na zawartość alkoholu etylowego w płynach ustrojowych metodę enzymatyczną (ADH), opracowaną w 1951 r. w Niemczech i w Szwecji, a zarazem dołożono starań do spopularyzowania tego sposobu analizy nie tylko w naszym kraju, ale i w Czechosłowacji (J. Pfeiffer, 1958, 1961). Posługując się tą metodą wykonano szereg prac eksperymentalnych, m.in. nad jej przydatnością w ocenie źródeł błędów w badaniach sądowo-lekarskich (J. Pfeiffer, 1963), przenikaniem płynów konserwujących przez ścianę pęcherza moczowego (T. Marcinkowski i J. Pfeiffer, 1962) oraz przemianą alkoholu etylowego.                            

 

Jednym z problemów, któremu poświęcono nieco więcej uwagi, było zagadnienie ubocznego działania antybiotyków. Na ten temat napisano kilka doniesień w językach: polskim, francuskim, czeskim i niemieckim oraz dość obszerną monografię pt.: „Śmiertelne powikłania po zastosowaniu antybiotyków” (E. Chróścielewski i T. Marcinkowski), która ukazała się w dwu wydaniach w 1964 i 1966 r. Podkreślano w niej potrzebę i celowość zapobiegania tym groźnym powikłaniom. Wspólnie z K. Gniewkowską T. Marcinkowski wykazał, że dodatnia próba penicylinowa u dzieci wypada znacznie częściej w następstwie uprzedniej hydrolizy penicyliny (1964).

Oprócz tego docent T. Marcinkowski opracował praktyczną modyfikację próby Lattesa oraz wykazał, że zagęszczenie rozcieńczonych roztworów krwi za pomocą bibuły może okazać się bardzo przydatne, gdyż przy wykrywaniu obecności barwnika krwi metoda ta swą czułością dorównuje metodzie spektograficznej, a nawet ją przewyższa (1958-1959). Stwierdził on ponadto, że posłużenie się bibułą umożliwia uzyskanie przeźroczystych roztworów do próby perecypitacyjnej Uhlenhutha z roztworów mętnych, z których nie można tego zmętnienia usunąć przez wirowanie lub innymi sposobami (1960). Docent Tadeusz Marcinkowski opracował również m.in. sposób wykrywania antygenów grupowych w śladach krwi za pomocą połączonych i zmodyfikowanych metod absorpcji, elucji aglutynin i potrójnie wiążącej aglutynacji (1965), ułatwiający badanie dowodów rzeczowych.

W roku 1968 ukazała się jego obszerna monografia na temat badania śladów krwi na dowodach rzeczowych, oparta o najnowsze zdobycze serohematologii sądowo-lekarskiej, o których wiadomości rozproszone są w różnojęzycznym piśmiennictwie. Z pracowni serologicznej Zakładu wyszło też szereg prac dotyczących genetyki populacyjnej, częstości wykluczeń ojcostwa w różnych układach i innych. Niemałym usprawnieniem badania śladów nasienia jest wykrywanie kwaśnej fosfatazy po uprzednim dokonaniu elektroforezy w żelu skrobiowym. Temat ten był przedmiotem pracy doktorskiej Z. Przybylskiego (1967) pt. „Zastosowanie elektroforezy w żelu skrobiowym w wykrywania kwaśnej fosfatazy w sądowo-lekarskich badaniach śladów nasienia”.

Problem uszkodzeń postrzałowych był kolejnym tematem kilku prac T. Marcinkowskiego, a m.in. również i jego pracy habilitacyjnej, dotyczącej zmian spostrzeganych w kościach po wystrzałach broni sportowej małokalibrowej. Wykazał on, że dużą rolę odgrywa tu działanie termiczne. Dzięki temu możliwa jest w pewnym zakresie ocena odległości strzału, nawet wtedy, gdy dysponujemy tylko samym materiałem kostnym lub jego fragmentami. Z tym to działaniem termicznym związane jest w dużej mierze zjawisko zniekształcenia się pocisków, co wykazał Tadeusz Marcinkowski w roku 1964 oraz wspólnie z Zygmuntem Przybylskim w roku 1967.

Dokładne oznaczenie czasu śmierci jest jednym z czołowych zagadnień tanatologii sądowo-lekarskiej. W pierwszym okresie po zgonie możliwe to jest m.in. dzięki badaniu pobudliwości mięśniowej na bodźce elektryczne. Dr Tadeusz Marcinkowski jeszcze w roku 1960 skonstruował taki przyrząd, opierając się na znanych schematach, co umożliwiło wykorzystanie tych badań w praktyce i opublikowanie doniesienia na ten temat (1961).

Celem pogłębienia osiągnięć w zakresie profilaktyki choroby hemolitycznej noworodków, Zakład nawiązał współpracę z I Kliniką Położnictwa i chorób kobiecych AM w Poznaniu. Owocem tego była praca doktorów Zygmunta Słomki i Tadeusza Marcinkowskiego wskazująca na istotną rolę oznaczeń cech fenotypowych i genotypowych układu Rh dla oceny prawdopodobieństwa wystąpienia konfliktu serologicznego między matką a płodem.

Tekst referatu opracował wnuk, Maciej Jerzy Marcinkowski na prośbę prof. Zygmunta Przybylskiego, kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu w latach 1985-2007.

Uzupełnienie:

Tadeusz Marcinkowski od 1974- 1988 r. kierował Zakładem Medycyny Sądowej na Wydziale Lekarskim Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, w 1979 r. otrzymał tytuł naukowy profesora zwyczajnego nauk medycznych.  

8. listopada 2011 r. ukończywszy 94 lata odszedł na Wieczną Służbę…pozostaje w pamięci Bliskich, dawnych współpracowników, w tekstach książek które napisał i wiedzy w nich zawartej która jest przekazywana następnym pokoleniom medyków sądowych.

Był przykładem Prawdziwego Lekarza który działał w różnych specjalizacjach i poznał wszystkie tajemnice życia.

Odwiedzamy Go na Cmentarzu Junikowskim w Poznaniu by przeżyć chwilę zadumy nad przemijaniem ale też uporządkować tłoczące się w umysłach myśli i wreszcie porozmawiać. Porady których nam udzielał w trudnych sytuacjach życiowych i udziela nadal gdy stoimy nad Jego grobem, są nie tylko trafne mądre,  bezcenne … były i są naszym Drogowskazem i Światłem…

Syn, prof. dr hab. n. med. Jerzy T. Marcinkowski

Na medycznej ścieżce. Przed egzaminem specjalizacyjnym.

Egzamin specjalizacyjny tuż tuż….

 

I tak powoli zbliżał się termin egzaminu specjalizacyjnego pierwszego stopnia . Przedtem należało pochłonąć  wiele podręczników. Były one dużej objętości i nasycone ogromną wiedzą . Przygotowywałam się systematycznie. Tak więc najpierw zgłębiałam informacje zawarte w Vademecum pediatrii. A potem czytałam odrębne  podręczniki z każdego działu pediatrii, robiąc notatki na wąskich kartkach. Kartki te wkładałam do vademecum w odpowiednich rozdziałach. Powstała z tego wielka biblia , której treść  potem kilkakrotnie zakuwałam…

W moich warunkach domowych przygotowywanie się nie było łatwe.

Często uczyłam się u koleżanki, Danusi Siekluckiej, albo nocami , gdy dzieci zasypiały, gdzieś w kącie naszego niewielkiego mieszkania.

Z tego okresu zapamiętałam tylko niesamowite nasilenie chorób wszystkich domowników, a szczytem wszystkiego był uraz  a właściwie złamanie kręgosłupa mojej Mamy. Przedtem miała zapalenie płuc, ale w przeddzień mojego egzaminu zerwała się o świcie, by przejąć obowiązki domowe. Obudził mnie alarmujący telefon od Taty- Rodzice mieszkali w swoim mieszkaniu, ale szczęśliwie  na tym samym piętrze . Natychmiast do nich pognałam. Zastałam Mamę w pozycji siedzącej na podłodze, w narożniku pokoju. Była przytomna, z kontaktem, ale widać było jak bardzo cierpi.  Okazało się, że w chwili pionizacji, zakręciło Jej się w głowie i z impetem usiadła na podłodze. Ból był tak silny, że z trudem przeciągnęliśmy Ją na łóżko. Mirek już dzwonił do naszego bliskiego znajomego, Prof. ortopedii Witolda Ramotowskiego, który niezwłocznie przybył. Był świetnym klinicystą i bez żadnych badań dodatkowych a jedynie na podstawie wywiadu i badania przedmiotowego rozpoznał bez trudu złamanie kompresyjne trzonów kręgosłupa i zalecił gorset. Podał namiary do zaprzyjaźnionego z nim technika i Mirek pognał ze zleceniem i karteczką od Profesora gdzie prosił o pilne wykonanie gorsetu. Tymczasem Mama musiała bezwzględnie leżeć i czekać.

Niestety w tej sytuacji perspektywa spokojnego zdawania mojego egzaminu specjalizacyjnego zbladła.

Mama leżała, Tato się krzątał, dzieciaki robiły co chciały, a ja doczytywałam jeszcze jakieś informacje.

Wieczorem Mirek przywiózł gorset, z trudem ubraliśmy Mamę i już było nieco lepiej, bo mogła siedzieć.

Następnego dnia rano, ubrałam się byle jak i podążyłam do Szpitala przy ul. Kopernika, gdzie urzędowała Komisja Egzaminacyjna, do której mnie przydzielono.

Nie znałam tego szpitala, więc trochę błądząc dobrnęłam na ostatnie piętro, gdzie mieścił się Oddział Nefrologii , którym kierowała Pani, ówczesna jeszcze docent, Teresa Wyszyńska.

Czekając na przybycie Komisji, zauważyłam strome , nieomal drabiniaste schody, które prowadziły na poddasze, gdzie mieścił się górny poziom oddziału. Zdumiałam się najbardziej wtedy, gdy mi powiedziano, że tam, na strychu odbywają się pierwsze w Polsce dializy otrzewnowe. Niewielkie pomieszczenie zajmowało duże łóżko dializowanego pacjenta, którego wnoszono na ramionach do tej Sali.

 

Na medycznej ścieżce. Przygotowania do egzaminu z pediatrii

Po zdaniu interny nie dało się odsapnąć, bo została jeszcze pediatria , neurologia i pomniejsze, jak psychiatria, laryngologia , okulistyka.

Do pediatrii uczyłyśmy się z Jolką. Mieszkała stosunkowo niedaleko od nas, też na Żoliborzu, przy ul. Dymińskiej obok Dworca Gdańskiego. Dojeżdżałam tam tramwajem.  Egzamin był w połowie listopada 1970 roku, a termin porodu końcu tego miesiąca. Jolka miała miłe niewielkie mieszkanko a za oknami często słychać było turkot moich ulubionych pociągów. Siadywałyśmy na kanapie i po chwili Jolka dziwnie milkła. Wówczas patrzyłam na nią i widziałam, że z całych sił usiłuje opanować dziwne opadanie powiek. Oddychała miarowo, posapując i niebawem wpadała w objęcia boga snu . Usiłowałam ją obudzić, co mi się nawet na krótko udawało.

Wstawałam, podchodziłam do okna i po chwili  myślami błądziłam w marzeniu o dalekiej podróży właśnie odjeżdżającym pociągiem. A z tego dworca odchodziły pociągi daleko, np. do Moskwy…. Jolka zwlekała się z kanapy , podchodziła do mnie, zapalała papierosa i po chwili wracałyśmy do naszych książek.

Zapomniałabym o tych czasach, ale całkiem niedawno przypomniała mi o tym Jolka. Nawet miała poczucie wstydu, że wymagała cucenia i to w dodatku przez koleżankę w wysokiej ciąży…

.Egzamin z pediatrii zdawałyśmy w Klinice przy ul. Działdowskiej. Było tam sympatycznie. Na egzaminie praktycznym mój asystent- dr. Gryglewski, obecnie profesor, zadał mi pytanie nt  tężyczki. Znałam ten problem, lubiłam zaburzenia gospodarki wapniowo- fosforanowej, co pozostało mi do tej pory i bez trudu zbadałam dziecko, stwierdzając obecność wszystkich objawów, rozwinęłam temat , podsumowałam przed Profesor Lejmbachówną uzyskując jej aprobatę.

 Następnego dnia był test. Zasiedliśmy na małych sportowych ławeczkach w sali gimnastycznej na terenie Kliniki . Obok mnie usadowił się Marek K. Zajmowałam dużo miejsca, siedząc bokiem, gdyż przeszkadzał mi ogromny brzuch i Marek był tuż tuż.  Dostaliśmy protokoły testowe, pytania wydawały mi się dość łatwe. Jak mogłam ratowałam Marka, który labiedził pod moim bokiem J.I po latach Marek mi przypomniał, że gdyby nie moja pomoc, nie zdałby tego egzaminu. Dostałam 5 i czas leciał dalej….

Na medycznej ścieżce. Siły witalne mogą czynić cuda.

 Do interny, którą zdawałam w październiku 1970 roku  czasami  uczyłam się z Teresą Mroczek. Albo w jej mieszkaniu na Sadybie albo w naszym nowym jeszcze pustym mieszkaniu.

Teresa dobiła do naszego roku studenckiego po rocznym pobycie w szpitalach. Nie obyło się bez różnorodnych ciekawych powikłań o których opowiadała ze śmiechem. Ma niesamowitą pogodną naturę, co pozwala jej przetrwać straszliwe kataklizmy. Wstępnie rozpoznano u niej obustronny przerost nadnerczy .  W tamtych czasach możliwości diagnostyczne były niewielkie i endokrynologia była właściwie w powijakach. Była jedną z pierwszych pacjentek kliniki w Szpitalu bielańskim, gdzie rozpoczęto rozpoznawać tę  chorobę a następnie jedną z pierwszych pacjentek z takim rozpoznaniem, które operował prof. Nielubowicz. Dopiero po wielu latach zorientowano się , że pierwotną przyczyną był gruczolak przysadki, którą usunięto jej z dostępu przez nos, co było w Polsce operacją pionierską. Muszę przypomnieć, że w końcu lat 70 ubiegłego wieku nikt nie słyszał o tomografii komputerowej ani rezonansie magnetycznym.

Teresa przez całe życie musiała spożywać hormony i przysadki i nadnerczy. Tabletki te czasami nie zawierały w ogóle leku. Manifestowało się to m.in. spadkami ciśnienia tętniczego, wstrząsem i szeregiem straszliwych objawów. Teresa była żywym testerem leków Polfy, gdyż po jej objawach orientowano się, że z lekami coś nie jest w porządku. Rozpoczynano badania i okazywało się, że faktycznie serie leków są nieczynne.

W czasie, gdy się razem uczyłyśmy, wielokrotnie obserwowałam, że Teresa nagle zapadała się, traciłam z nią kontakt i wówczas gwałtownie ją potrząsając przypominałam, że pewnie zapomniała zabrać leki. Gdy zdołała połknąć swoje pigułki , po chwili wszystko wracało do normy.

Nie wychodzę z podziwu i radości, że pomimo tych wszystkich problemów, w roku 1981 urodziła syna. Opiekujący się nią profesorowie, bardzo pragnęli , żeby miała dziecko. Długo nie zachodziła w ciążę, ale Mirek przy każdym spotkaniu, mówił, że trzyma za nią kciuki. Byłam zniesmaczona jego brakiem delikatności, ale gdy po latach udało się, Teresa się zaśmiewała, że zaszła w ciąże przez kciuki Mirka. Chłopiec jest wspaniały, a Teresa z mężem i wielkimi plecakami wędrują po świecie.  Nadal pracuje, wybrała specjalność diagnostyki laboratoryjnej i jest specem w ocenie szpiku. Dzięki jej badaniom, rozpoznawane są różne schorzenia , w tym białaczka oraz możliwe jest monitorowanie efektów leczenia.

Kiedyś . przed wielu laty rozmawiałam z naszą wspólną koleżanką Heleną i wyrażałam niepokój o zdrowie Teresy. I wówczas Helena powiedziała znamienne słowa. Ty się martw o siebie, a nie o Teresę….

Teresa jest dowodem, jak wielka jest moc siły witalnej i pozytywnego myślenia.

Na medycznej ścieżce. Wizyta wujka i jego świetny ale niezrealizowany przez nas pomysł.

Ale przedtem, tj jeszcze w naszej kawalerce zakuwałyśmy do końcowych egzaminów. A było ich dwanaście. Najważniejsze z nich i wielkie jak kobyły to były interna i pediatria.

Jednak każdy przedmiot, nawet mniej obszerny, wymagał intensywnej nauki. Siadywałam więc dość często w naszej mikroskopijnej łazieneczce na desce sedesowej, opierając kolana o umywalkę  i nocą gdy wszyscy spali , przytulałam się do przyjaznej ciepłej rury, wpierając się w nią plecami.

Któregoś dnia przybyła do mnie Teresa Mroczek i uczyłyśmy się sądówki. Usiadłyśmy w kącie naszego jedynego pokoju i wkuwałyśmy . Może minęła godzina względnego spokoju, Justyna była na spacerze,  gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Nikogo się nie spodziewałam, więc niechętnie podeszłam i otworzyłam. To środka wtoczył się niewysoki, ale korpulentny wesolutki człowiek, który się przedstawił, że nazywa się Adolf i jest kuzynem mojej Teściowej. Mieszka na zachodzie Polski, a do Warszawy przybył w interesach. Znałam go z opowiadań, wszystko się zgadzało, więc podałam mu resztki obiadu . Rozsiadł się wygodnie i obserwował nas i zagadywał , gdy usiłiwałyśmy skupić myśli i kontynuować  naukę .

Jednak w tych warunkach nie było to możliwe, wobec tego otworzyłam barek i poczęstowałam go jakimiś trunkami. Było tego trochę, bo w naszym domu właściwie nikt nie pił, więc z imprez zostawały jakieś resztówki. Ucieszony wuj, żłopał wszystko po kolei, nawet poszły stare adwokaty i resztki likierów.

Podałam też jakiś napój Teresie, która również ochoczo opróżniała kieliszki , mimo, że była bardzo chora i nigdy nie piła na imprezach. Atmosfera stawała się coraz bardziej rozluźniona.

Przybył Mirek , dostał uratowane resztki obiadowe, zasiedliśmy przy stole i wówczas wuj patrząc na nas litościwie zadał bardzo ważne , podsumowujące jego naturę , pytanie.

” A dlaczego wy tak się męczycie z tymi egzaminami. A nie możecie sobie tego kupić? „ Wybuchnęłyśmy śmiechem, właściwie to miał rację ten prosty, bezpośredni człowiek- po co się męczyć? Oczywiście z jego rad nigdy nie skorzystałyśmy, ale w naszych głowach zasiał myślenie i pewien niepokój – pewnie jego doświadczenie z życia wzięte, a nie wymyślone… może i tak w życiu bywa. I powiedzenie, że wszystko można kupić jest prawdziwe:-)

Tereska opowiadała potem, że ledwie doszła do tramwaju na Sadybę, który jechał wzdłuż Wisły ulicą Powsińską , a tory biegły bokiem  cudnej jezdni wyłożonej ogromnymi kocimi łbami. Jakoś wdrapała się do tramwaju a potem doznawała cudownego uczucia, że frunie nad falującą ulicą.

Z tego wydarzenia zaśmiewała się długo, gdy wspominałyśmy te czasy.

 

Opowieści mojej Mamy. Kolejny etap edukacji mojej Mamy- Seminarium Nauczycielskie.

Stefka uczy się pilnie. Zresztą lubi te chwile spędzane z książką. Ładnym okrągłym pismem zapełnia ściśle limitowane ceną zeszyty. To pismo pozostaje na zawsze, nawet gdy jest już stara i niesprawna, jej literki są równe i po dziecinnemu okrągłe….

 

Potem chce być księgową , bo kocha matematykę. Ale ojciec decyduje , że powinna zostać nauczycielką. Chcąc nie chcąc, zagrożona wyrzuceniem z domu, albo utratą szansy dalszej edukacji,  zdaje egzamin do Seminarium Nauczycielskiego w Białej.

Wówczas Bielsko i Biała są odrębnymi miastami , przedzielonymi jedynie rzeką Białą. Biała jest typowo przemysłowym miastem, tam kwitnie przemysł włókienniczy. W odróżnieniu od Bielska, gdzie mieszkańcami są głównie Niemcy, w Białej jest wielu Polaków.

Matka jest zachwycona elegancko ubranymi ludźmi , robotnikami, którzy wychodzą z fabryk . Ogląda wystawy gdzie piętrzą się białe bułki i różne ciasta. Nigdy nie wchodzi do środka , bo po prostu nie ma pieniędzy.

Szkołę prowadzą  zakonnice, kobiety z zamożnych rodzin niemieckich. Jeszcze tam są , niedawno widziałam ich  przecudne suknie z przezroczystej delikatnej czarnej tkaniny jedwabistej, miękko falującej na sztywniejszej czarnej podszewce.

Mama ciepło wspomina jedynie te zakonnice , które pochodzą z najbiedniejszych rodzin i nie wnoszą majątku do klasztoru. Muszą w zamian ciężko pracować fizycznie obsługując internat i klasztor. Codziennie dźwigają węgiel na wysokie cztery piętra klasztoru , szkoły i internatu. Mama czasami pomaga im w tych pracach, bo są już w podeszłym wieku, wychudzone i prawie bez sił. Te najbogatsze, z monogramami wyhaftowanymi na sukniach, opasłe i złe są złośliwe i bezwzględne w traktowaniu zarówno uczennic jak i ubogich współzakonnic.

Opowieści mojej Mamy. Marzenia Stefy.

W wieku 6 lat Mama rozpoczyna edukację  w miejscowej czteroklasowej szkole w Godziszce. Nauka jej przychodzi łatwo i jest najmilszym zajęciem pod słońcem. Wychodzi w pole z książką i zaczytana,  czasami  zaniedbuje podstawowe obowiązki i nie zauważa, że krowa wchodzi w szkodę. Oczywiście grozi to laniem, więc spłoszona przepędza krowiny na swoją część łąk, ciągnąc opierające się zwierzęta za wielki łańcuch, za duży i za ciężki dla maleńkich dłoni drobnej dziewczynki. Ale działa siłą woli a lęk przed karą dodaje energii. Wie, że nie lubi zajęć w gospodarstwie. Nie lubi prac na polu i w ciemnej dużej  kuchni, gdzie stale parują sagany z jadłem dla wielkiej rodziny a nieopodal nich gary z ziemniakami   dla prosiąt….marzy o nauce, książkach, wielkim świecie i podróżach. Wie, że jest to mało realne, bo w gospodarstwie przydaje się każda para rąk, a jej mama stale unosi wielki brzuch i wydaje na świat kolejne rozwrzeszczane stworzenie.

Gdy czas edukacji w godziszczańskiej szkole dobiega końca, Mama jest coraz bardziej  zamyślona i ponura. Ma już 10 lat i wielkie nierealne marzenia….

Ale któregoś dnia dzieje się coś, co w umyśle dziecka jawi się jak cud. Oto miejscowy ksiądz , który uczy w szkole religii, wzywa ojca na rozmowę. Ojciec odświętnie ubrany idzie długą żwirową drogą wiodąca przez środek wsi, a ona drepcze obok niego. Nie wie o co chodzi, ale czuje powagę chwili. Tata znika w głębi korytarza, a ona siedzi cichutko na podłodze pod oknem i czeka.

Małe serce bije niespokojnie….

Śladami mojego Taty. Zamiłowania linqwistyczne Taty.

Tato lubił się uczyć.

Pokazywał mi zeszyt przywieziony z obozu koncentracyjnego, gdzie współwięźniowie nauczali go angielskiego . Oglądałam starannie wypełnione Jego pięknym drobnym, kaligraficznym pismem strony . Jakiego to wymagało samozaparcia, by w warunkach ciężkiej pracy i głodowym życiu, mieć jeszcze takie potrzeby. Może to właśnie dało mu siłę przetrwania. 

Tak więc w obozie poznał język niemiecki  i angielski w stopniu umożliwiającym swobodne porozumiewanie się i korespondowanie.  Francuski przerabiał w szkole i ten język obok oczywiście rosyjskiego, który wchłonął z racji dzieciństwa spędzonego na kresach, miał opanowany doskonale.

W naszym warszawskim domu- a właściwie dwóch sąsiadujących mieszkaniach w bloku stale przewijali się młodzi ludzie z różnych stron świata. Motorem tych wizyt była zwykle Ewa, która uwielbiała kontakty z ludźmi , sama wyjeżdżała do pracy na tzw. Zachód i potem pojawiali się jej nowi znajomi. Bywało, że spali na matach w naszym przedpokoju, który na szczęście był duży, w odróżnieniu od pokojów. W największym, 19 m 2 mieszkaliśmy my, tam tez była jadalnia, bawialnia oraz moje miejsce pracy( nauka , czytanie literatury fachowej i pisania doktoratu) w godzinach nocnych, gdy już pokój wszyscy opuszczali. W kolejnym 11 m2 początkowo mieszkali Rodzice a gdy otrzymali mieszkanie na tym samym piętrze był to pokój Pauliny i  Justyny . I w najmniejszym, bo  8 m2 rezydowała Ewka i Marcin. Potem Marcin zamieszkał w maleńkim pokoiku u Rodziców.

Gdy przybywali do nas młodzi ze świata- z Francji, Anglii, Niemiec i  Polacy pracujący na misjach w Afryce np. Andrzej z Kamerunu, Tato był w swoim żywiole. On swobodnie konwersował z nim, oprowadzał  i potem korespondował.  

Gdy już był stareńki, ale stale dziarski, przesiadywał w swojej ciupkiej kuchni i tam rozkładał podręczniki kontynuując edukację lingwistyczną. Zapisywał słówka, montował listy etc.

Jednym słowem mógł imponować….

Na medycznej ścieżce. Samuel Goldflam

 

Właśnie  badam pacjenta i wywołuję objaw , który zaobserwował i wdrożył do codziennej praktyki lekarskiej  Samuel Goldflam. Do tej pory nosi on nazwę objawu Goldflama….

Warto o nim wspomnieć, bo to postać niezwykła i  w dzisiejszych czasach zadziwia niebywałą  aktywnością i  całkowitym bezinteresownym oddaniem problemom zdrowotnym i społecznym  .

Był nie tylko znakomitym lekarzem i naukowcem , organizatorem placówek medycznych ale także  znanym działaczem społecznym a także kolekcjonerem i mecenasem sztuki. 

Żył w latach 1852-1932 .Urodził się w Warszawie , zmarł w Otwocku.

Jego ojciec Wolf Goldflam był kupcem i prowadził  w Warszawie przy placu Za Żelazną Bramą skład „ Nouveutes”

Samuel Goldflam studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego , w 1875 roku uzyskał tytuł lekarza.

W latach 1876-1883 pracował  w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha u profesora Vilema Dusana Lambla.

Profesor go bardzo lubił i cenił. . Uwielbiali go  studenci, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, który mówił słabo po rosyjsku a po polsku prawie wcale.

Na obchodach lekarskich  profesor Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem :

” Gospodin Goldflam, zapiszitie jemu czto nibud”- ( „ panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”).

W 1978 roku Samuel Goldflam został ordynatorem tej kliniki.

W tym czasie przyjmował także pacjentów w bezpłatnej poliklinice  przy ul. Długiej.

W 1882 roku wyjechał za granicę, by pobierać nauki u Carla Westphala w Berlinie i Jean- Martina Charcota w Paryżu. Po powrocie wrócił na dawne stanowisko w klinice Lambla.

Wtedy też otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologii. Ofiarował na ten cel swoje mieszkanie w Warszawie przy ul. Granicznej 10 .

W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy prowadził ją na własny koszt przez prawie 40 lat, tj od 1883 do 1922 roku.

Do uczniów i współpracowników Goldflama należał Salomon Bernstein , który od 1906 roku został współwłaścicielem tej polikliniki. Pracowali tam też  Zygmunt Bychowski, Henryk Higier i wielu innych.

Wraz z innymi tworzył   Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”. W latach 1906-1926 był jej dyrektorem. „ Zofiówka” była w tamtym okresie największym szpitalem w Otwocku. Jednorazowo mogło tam przebywać około 300 pacjentów

W latach 1922-1932 Samuel Goldflam pracował jako wolontariusz ( tzn bez wynagrodzenia) w oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem. Tam z Edwardem Flatauem doprowadził do utworzenia Naukowego Instytutu Patologicznego przy Szpitalu na Czystem w Warszawie.

Należał do  wielu towarzystw naukowych i dobroczynnych. Opublikował około 100 prac naukowych

Współtworzył Warszawskie Towarzystwo Lekarskie oraz Warszawskie Towarzystwo Neurologiczne , którego był pierwszym prezesem. Był członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego i Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej.

Należał do kręgu założycieli „ Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego „ .

Od początku wydawania „ Neurologii Polskiej „, tj od 1910 roku , do 1917 roku był członkiem jej komitetu redakcyjnego .

W 1922  roku ukazał się  VI tom „ Neurologii Polskiej „ poświęcony Goldflamowi z okazji jego 70 urodzin.

Utrzymywał bliski kontakt z Babińskim w Paryżu. 

Jego pacjentem, a przede wszystkim przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem był Edward Flatau. Uważał on, że Goldflam jest nestorem polskiej neurologii . G. był w komitecie wydawniczym „ Księgi Jubileuszowej Edwarda Flataua „ , po czterech latach wygłosił przemówienie na jego pogrzebie.

Goldflam był znany z szerokiej działalności społecznej. Na tym polu współpracował z Januszem Korczakiem i Gersonem Lewinem.

Doprowadził do ponownego otwarcia Szpitala dla Dzieci im. Bersonów i Baumanów w Warszawie przy ul Śliskiej.  Z tym szpitalem wiążą się moje ciepłe wspomnienia. Ale o tym na pewno napiszę później, wtedy, gdy w moich wspominkach dojdę do momentu pracy w tym szpitalu.

W roku 1916 Goldflam aktywnie uczestniczył w założeniu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci , którego został prezesem.

Współtworzył też  Towarzystwo Szerzenia Oświaty „ Daath” .

Działał w  Warszawskim  Biurze Informacyjnym  dla Emigrantów Żydów.

Był  honorowym przewodniczącym Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej.

Z grupą zaangażowanych tworzył  Towarzystwo Opieki nad Chorymi Nerwowo i Umysłowo Ubogimi Żydami.

Należał do   Towarzystwa Niesienia Pomocy Żydom Ofiarom Wojny.

Został prezesem Komitetu Warszawskiego i członkiem Centralnego Komitetu Stowarzyszenia Pomocy Studentom Żydom w Polsce.

Był  pierwszym honorowym członkiem Zrzeszenia Lekarzy Rzeczypospolitej Polskiej.

Przewodniczył organizacji Niezależnych Żydów .

Został  asesorem Towarzystwa Szerzenia Prawdziwych Wiadomości o Żydach.

W 1916 roku wybrano go  do Rady Miejskiej miasta Warszawy  z listy Zrzeszenia Żydowskiego Wyborczego. Mandat pełnił do 1919 roku.

Nie wymieniam  jeszcze wielu organizacji żydowskich i izraelskich w których aktywnie działał Samuel Goldflam, bo dla czytelnika może być to nużące. Wybrałam tylko te, które są wg  mnie najistotniejsze.

Samuel Goldflam nigdy nie założył rodziny.

Żył samotnie całkowicie poświęcając się swoim pacjentom , nauce i problemom społeczności żydowskiej.

Został pochowany na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie.

Warto było przypomnieć sobie jego postać , bo większość  informacji zabrał nieubłagany czas. Ludzie, którym pomagał , odeszli w zaświaty .

Zniknęła ogromna część jego Warszawy, nie ma już świata dawnych warszawskich Żydów .

W naszej pamięci pozostał jako lekarz – naukowiec , który po raz pierwszy opisał miastenię ,  chromanie przestankowe oraz zapropnował prostą metodę badawczą, która ułatwia rozpoznanie jednej z chorób nerek….

Dopiero teraz, gdy przeczytałam o jego życiu  myślę ciepło o tej niezwykłej postaci…

 


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Badanie klatki piersiowej.

W tych czasach nie było żadnych filmów szkoleniowych  ani nagrań  z utrwalonymi  odgłosami słyszalnymi  podczas opukiwania granic płuc czy serca lub dźwiękami poszczególnych tonów serca.

Uczyliśmy się więc od Pana Profesora, który opowiadał i pokazywał . Potem każdy z nas powtarzał poszczególne elementy badania.

Byliśmy przejęci, młodzieńczo wrażliwi i staraliśmy się wchłonąć całą wiedzę, przekazywaną nam w czasie zajęć z propedeutyki medycyny.

Nie zapomnę  drżenia swojego serca , gdy usłyszałam bicie serca obcej, chorej osoby.

Ten moment stał się elementem przełomowym w dalszym życiu medycznym.

Poczułam niezwykłą więź z drugim człowiekiem, który powierzał  mi swoje największe tajemnice.

To było przekroczenie zaklętego kręgu intymności.