Zagubienie w wielkim mieście ?


„Budynek zaprojektowany przez Wolfganga Triessinga i Macieja Nowickiego oddano do użytku w 1992. Budynek z kopułą nawiązuje formą do narożnej kamienicy z przełomu XIX i XX wieku. Jego cechą charakterystyczną jest urozmaicona kolorystyka elewacji. Budynek hotelu otrzymał tytuł „Koszmar sześciolecia 1989–1995” w plebiscycie publiczności…. Zdjęcie z internetu

Kiedyś,  gdy zastanawialiśmy się nad tematem referatu na konferencje zdrowia psychicznego przyszedł mi do głowy pomysł będący w jakimś stopniu kontynuacją poprzednich naszych podobnych o wpływie sztuki na psyche człowieka .  Oczywiście pierwszym autorem jest osoba, której najbardziej zależy na publikacjach, a ja mogę pozostać  na drugim planie. Temat dotyczy wpływu architektury na dobrostan człowieka.  Ale tu piszę sobie to,  co czuję inaczej niż w tej pracy, bo tu jest moje miejsce….dokąd zawsze najserdeczniej zapraszam….drzwi do tego blogu zawsze stoją otworem…. 🙂

Architektura jest naszym rodzinnym konikiem.

 Kilku profesjonalistów już  mamy w drzewie genealogicznym, Tato też projektował , choć głównie drogi kolejowe i mosty ale też malował i wytwarzał piękne miniatury, o czym już kiedyś pisałam. Nasz domek na wsi tak zaplanowałam, zupełnie  zmieniając wnętrze  gotowego projektu, że jest taki jak wymarzyłam –  bardzo funkcjonalny i stale śliczny.

        Gdy teraz docieram do centrum stolicy i oglądam nowe budynki, czuję nie tylko przytłaczającą ich wielkość, ale też monotonię form, jakby ich powielanie, a właściwie przerost formy nad treścią, bo niewiele mówią. Są dla mnie  jednakowe, a cechą wybijającą się jest to, że brakuje im  duszy. W takim mieście, gdyby nie zieloność, człek nie miałby żadnego punktu odniesienia dla swoich zmysłów.

Z radością zaczepiam oko nawet na domach handlowych Ściany Wschodniej , które powstały już  za mojej tu bytności ( 1962- 1969), trochę szokowały prostotą i nie grzeszą urodą. Ale stoją, są symbolem jakiejś trwałości. To człowiekowi potrzebne. Poczucie, że świat nie zmienia się za szybko, że nadążymy….

W 1972 roku nagle wyrósł jak żyleta wcinająca się w pejzaż miasta brązowy wielookienny Hotel wtedy nazwany Forum. Ponoć  był to produkt wzorowany na szwedzkich architektach , wywoływał zdziwienie ale też jakby odrazę. Wrósł w krajobraz miejski, zmienił nazwę i koloryt ale jest. Stoi jak niegdyś, tylko nie samotny, bo wtopiony w tło szalejących coraz wyżej i gęściej wieżowców….

Identyfikacja z miejscem, przyzwyczajenie,  poczucie że jest coś stabilnego na naszym szalonym, by nie rzec, oszalałym świecie to ważne dla naszego samopoczucia. Zresztą piszą o tym mądrzy architekci i psycholodzy. Obok pędzą tłumy ludzi, bezimiennych , obojętnych a te budynki stoją. Są  kotwicą w naszym galopującym świecie.

Inne, odbudowane wg starego stylu cieszę oko, więc tam zmierzam by się nasycać .

Jest pięknie. Życie jest piękne i zachwyca różnorodnością.

Badacz ludzkiego szczęścia wśród mieszkańców różnych nowojorskich dzielnic- Charles Montgomery, w książce „Happy City: Transforming Our Through Urban Design” wydanej w 2014 rok, zauważył  że  żyjący w miejscach o zabudowie nawet  chaotycznej  i wśród  bylejakości architektury  są szczęśliwsi, bardziej radośni i empatyczni niż mieszkańcy eleganckich , wytwornych, grzecznych,  monotonnych części miasta. Coś w tym jest.

Kiedy zda się pędziliśmy tak bardzo ku nowoczesności, zachłystywaliśmy się strzelającymi w niebo, lśniącymi , budowlami świata , nagle, w 1992 roku otrzymaliśmy Hotel  o dumnej nazwie Sobieski. Jak był odbierany przez mieszkańców świadczy tytuł jaki od nich otrzymał w plebiscycie  „Koszmar sześciolecia 1989–1995” ….

..  tak bardzo krytykowany wtedy stale jest dla mnie punktem odniesienia , dla mej radości, zwykłej dziecinnej,  zachwyca mnie od zawsze gdy stanął,  uwodzi swoją kopułką, skrzydlatym układem , jakby obejmujący człowieka ramionami przytula do piersi ( przenośnia)  i pomalowany na pastelowo barwami czaruje . Jest trochę kiczem, ale takim który lubię.

Jestem wtedy jak dziecko zachwycone różnorodnością, barwami ale też przyjaźnią bryły i tym, że jest, że czeka gdy wysiadam z kolejki WKD na przystanku Ochota…..

Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

 

 

kercelakfotomapa copy.jpg

 

TVN24Kercelak.jpg

Widok na Plac Kercelego, 1935 r.  zdjęcie z netu

HandelŻywnościąKercelak_1928.jpg

 

BarDlaWszystkichChłodna.jpg

 

Targowisko_na_placu_Kercelego_w_Warszawie.jpg

 

z20696271Q,Kercelak-w-Warszawie-Stragan-z-rowerami-i-czesciami.jpg

Zdjęcia z netu, Plac Kercelego przed II Wojną światową, ależ klimaty!!!

 

 

Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

 

królTwardochOkładka.jpg

To nie będzie recenzja, bo takowe piszą fachowcy.

To będą tylko wrażenia, przemyślenia i skojarzenia związane z  lekturą opisane przez zwykłą babę w późno średnim wieku. Wybaczcie rozwlekłość która się pojawiła w trakcie porodu tego wpisu….

Ale po kolei:

     Na wstępie muszę przeprosić panią Marię Konopnicką za gwałtowną zmianę tematu. Po poprzednim moim blogowym wpisoliście, dojrzewał już następny, gdy nagle  wdarł się w tę zaplanowaną układającą się w głowie listopadową moją pisaninę Szczepan Twardoch ze swoim „ Królem”.

    Jak zwykle zaczęło się w michałowickiej bibliotece, gdy niespodziewanie Panie podały mi tę książkę.  Niespodziewanie, bo jeszcze jest ciepła, niedawno wydana a kolejka czytelników pewnie była duża. Wiedziałam wcześniej , jakieś recenzje poczytałam beznamiętnie i wcale  nie miałam pewności czy chcę po raz kolejny spotykać się z tym pisarzem, bo ogólnie drapieżny jest.

Ale gdy książka sama „weszła mi w ręce”, nie zrezygnowałam.

I  dobrze, bo przeczytać było warto.

Bo pomimo tragicznej wymowy i wszechogarniającej smuty, okrucieństw i właściwie samego Zła, znalazłam w niej coś dla siebie. Ale o tym będzie dużo później.

   Na razie odłożyłam „ piłowanie” Nocnika Żuławskiego, niech poczeka ze swoimi pretensjami do świata….

     Czytając pierwsze strony : „Króla” odniosłam  wrażenie, że książka jest napisana gorszym, jakby mniej sprawnym stylem niż „ Morfina”, „Drach” i inne Twardocha. Ale  to wrażenie natychmiast zniknęło,  przestałam analizować,  porównywać, bo zostałam wchłonięta „ z uszami „ przez tę książkę ….

Uff, właśnie skończyłam czytanie które zajęło mi niecałe dwa dni. Tak krótki czas lektury jednej pozycji zdarza mi się bardzo rzadko.

„Król” mnie znokautował i całkowicie zaskoczył oryginalnym, niespodziewanym  zakończeniem. A właściwie całym pokrętnym zabiegiem literackim.

       Gdy zamknęłam tę książkę i odparowywałam, M. zapytał o czym jest ta powieść ?

Nie mogłam mówić, odpowiedzieć, bo stale miałam zaparty dech.

Dopiero teraz uspokojona, porządkuję ją w sobie.

Twardoch opowiada wyśmienicie, czyta się płynnie treści krwią nasączone, przemocą, złym seksem, gwałtem, strachem, ucieczką. Jest też tam i miłość, chociaż  trudna i smutna. Wszystko jest zresztą smutne bo jest Złe. Ale  o dziwo, nie wiem, jak to robi Twardoch , jakich używa zabiegów, że bohaterowie pomimo swoich okrutnych czynów nie budzą wstrętu, ba nawet człowiek im czasem kibicuje. Coś dziwnego…

      Jest to niezwykle dynamiczna opowieść o Warszawie  1937 roku, Polsce tonącej w  gąszczu frakcji politycznych, o ich przekładankach , dwuznacznościach, o słynnej Berezie Kartuskiej, o tyglu wrzącym. …

Nie wiem co by się dalej działo z naszym krajem, gdyby nie  wybuch wojny.

Aż strach porównywać dzisiejsze czasy z tamtymi, chociaż cisną się w głowie paralele…Brr, lepiej nie myśleć. Bo od myślenia głowa boli , jak mawiali moi pacjenci….

    W trakcie lektury nie mogłam się nadziwić, skąd Szczepan Twardoch,  młody człowiek , w dodatku  Ślązak z krwi i kości,   zna tyle faktów z historii i skąd zainteresowanie nimi. Potem przeczytałam w necie ( Wyborcza- Książki) wywiad z tym autorem . Opowiada on, że zainspirowała go pewna powieść z lat 60 ( jak mówi- nudna) o czasie międzywojnia w Polsce, a potem zebrane przy pomocy dobrego człowieka  artykuły prasowe z tego okresu. Doznania bokserskie , które tak starannie i dosadnie przedstawił w książce są jego własnymi doświadczeniami pogłębionymi na użytek tej powieści .

    Twardoch nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził bohatera  fantastycznego i jednocześnie niemego komentatora zdarzeń .  W „Drachu” jest to smok, a tu Litani – wielki kaszalot pojawiający się  warszawskim niebie. Jego wygląd,  zachowanie, żywe reakcje na to co widzi  przyprawiają o dreszcze i mogą powodować lęk przed naszą przyszłością. A może posunęłam się za daleko w tej interpretacji…..Również zastanawia  tytuł powieści. „Król” który po lekturze brzmi gorzko, dramatycznie, przekornie rzekłabym. Jaki król? Jeśli król, to czego? Na koniec autor zamieszcza takie słowa głównego bohatera:  

„ ….A teraz jeszcze jesteśmy nad Warszawą. Nad Nalewkami, Tłomackiem, nad Miłą, nad Gęsią i placem Kercelego, nad moim królestwem…..    

       Wyglądam przez okienko samolotu i widzę szary łeb kaszalota. Jego oczy płoną.

      Patrzy na mnie , otwiera zębatą paszczę i śpiewa swoją pieśń myśliwego”

       A teraz , kończąc poprzednie wywody, chcę wytłumaczyć,  dlaczego ta powieść stała  mi się  bardzo bliska.

Dla czytelnika nie związanego z Warszawą, nie znającego wymienianych w książce ulic, przeżycie  lektury może  być niepełne. Bo tak odbieram powieści Chwina z Gdańskiem czy Sopotem w tle czy wrocławskie wędrówki Krajewskiego. Nie znam tych miast, nie jestem z nimi związana emocjonalnie, więc umyka to, co jest solą powieści.

    Ale  tam, gdzie gros akcji „ Króla „ na starych błotnistych wówczas bardzo biednych żydowskich ulicach Warszawy  w nowoczesnych blokach mieszkają moje dzieci.

Bywam tam często, ba, nawet bardzo często. Przemierzam nieistniejące dziś ulice, zachowane jedynie z nazwy. To nie są jedynie puste nazwy, każda kryje wielki kawał historii i zamyka minione życie. Zawsze to czuję gdy tamtędy człapię. Ale  teraz dodatkowo towarzyszy mi   „Król” .

Najpierw wolno wędruję  z dworca WKD Ochota ulicą Okopową ,  – lubię piechotą, by opuszczając Ochotę, powoli zanurzać się w Woli, oddychać jej zapachem, nurkuję w Grzybowską, oglądam ocalałe domy ze śladami po kulach.

Po prawej pulsuje utajonym życiem plac zwany Kercelakiem . Oczywiście już go nie ma, ale teraz go czuję specjalnie , bo tak plastycznie, wyraziście ożywił go Twardoch.  

Potem po obwodzie tegoż targowiska, zawijam w prawo Lesznem i powstałą dopiero po wojnie słynną trasą W-Z.  To opisana w powieści  trasa pochodów robotników komunistów, akcji faszystowskich falang i policji. I chyba teraz widzę tamte sztandary twarze szare zniszczone i żar w oczach i zda się że zaraz zaświszczą kule….

Potem jest  Żelazna i Chłodna ( tam osobne doznania) i znowu Żelazna w miejscu gdzie przychodzą na świat nowe pokolenia, bo jest tam szpital położniczy im. św Zofii.

Zawsze się zatrzymuję przy zaznaczonych na chodniku obrysach oczywiście dawno zburzonych  murów getta.  Nie stawiam stopy  na ten pas bo i tak się czuję jakbym deptała po trupach mieszkańców, nie tylko po ich śladach. Ilekroć  tam bywam zawsze  odnoszę wrażenie, że otaczają mnie czarne duchy.

Gdy wracając , docieram na Żytnią, cieszę się, że nie jestem samochodem, bo nigdzie nie ma wolnych  miejsc parkingowych . W pobliżu usadowiła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji,  zagarnęła przeciwległy chodnik i razem z Radiem Józef też tam mieszkającym, spokojnie sobie patrzą na śmieci walające się na wąziutkim trawniczku.

Dawna ulica Nalewki pozostaje jedynie w zapiskach historycznych, chociaż zachowano jej maleńki  fragment, który nosi teraz nazwę Bohaterów Getta.  100 m dalej jest wprawdzie miniuliczka o  nazwie Nalewki , lecz zajmuje ona koryto głównej część dawnej Gęsiej. Ale w czasie wędrówki czuję te  dawne Nalewki są gdzieś tutaj, ukryte pod niewywiezionym gruzem z getta, bo się nie dało wszystkiego wywieźć, więc pobudowano domy na tym, co pod spodem….Wszystko się wymieszało, splątało i powstało nowe.

Na Nowolipkach bywam u stomatologa ale przede wszystkim  oglądam cudem ocalały jedyny obiekt terenów getta zamienionych w rumowisko po powstaniu w gettcie- kościół św. Augustyna, mam w oczach tamto zdjęcie. A po wojnie to tam  , wielokrotnie  gromadzili się mieszkańcy wierząc, że na wieży pokazuje się Matka Boska . Ileż to władze miały z tym problemów, parokrotnie wieżę malowali, rusztowaniami zastawiali, aż ucichło…No i czasem  spotykam tam  także Dziewczęta z Nowolipek , stale młode jak kiedyś….

 Idąc po starszego wnuka do szkoły, jestem blisko Miłej, która kojarzy mi się najbardziej z pięknym wierszem Broniewskiego ….

Gdy zmierzam do przedszkola młodszego wnuka, przechodzę przez Okopową, by na jej rogu z Lesznem wskoczyć do delikatesów. Tu gdzieś była knajpa, którą polubili bohaterowie „Króla”. Tyle tam się działo….

Zanim odbiorę wnuka z przedszkola, zaglądam na tyły gromady wysokich bloków już starych, bo chyba z lat 70 ubiegłego wieku by się znaleźć przy króciutkim teraz początkowym fragmenciku dawnej , kiedyś ładnej i długiej ul. Gęsiej..

I wtedy zawsze patrzę na wysoki mroczny mur cmentarza żydowskiego  i dalej na wschód, w kierunku pobliskich  Powązek, gdzie śpią wiecznym snem  świadkowie dawnych lat a mur mi mówi, że pamięta. Zatrzymany   czas……

Tak,  Szczepan Twardoch  spowodował, że te ulice z których pozostały już tylko nazwy teraz żyją życiem bohaterów ” Króla „ nie tylko moją wyobraźnią zawsze uruchamianą i tym dreszczem na plecach …..

     Bywa, że bohaterowie tej powieści opuszczają te najbiedniejsze żydowskie ulice Warszawy. Ci gangsterzy w swoich pięknych samochodach ( któryś z recenzentów zarzucił Twardochowi, że wówczas na ulicach Warszawy nie było takich wielkich i barwnych samochodów, że raczej opis przypomina lata 90 ubiegłego wieku w Polsce, ale mnie to nie przeszkadza, bo czy to ważne? ) , więc ci gangsterzy jadą na południe od Alej Jerozolimskich, gdzie jest jakby drugie miasto i wytworne ulice tudzież kamienice bogaczy. To właśnie tam ,  u zbiegu Pięknej i Koszykowej faktycznie mieścił się  słynny w Warszawie burdel prowadzony przez autentyczną Ryfkę de Kij.

I ona znalazła się w powieści” Król”.

Ryfka Kij jest dla mnie najciekawszą , najpiękniej wyrysowaną przez Twardocha , najciekawszą, najbardziej ludzką i najbardziej pełnokrwistą postacią . Jest silna , życie ją zdrowo przećwiczyło, ale przetrwała, zwyciężyła i ocaliła swoją chyba jedyną miłość. Miłość na całe życie. Ta mocarna kobieta , wg mnie,  zasługuje na imię królowej.  

.      Powieść „Król” stała się  dla mnie kamieniem milowym w wędrówkach po Woli . Do tej pory ponosiła mnie tylko własna wyobraźnia, nieco podparta wiadomościami ale to Szczepan Twardoch  spowodował, że te miejsca ożyły życiem bohaterów ” Króla „

     I dlatego na koniec tej mojej pisaniny tak sobie pomyślałam, a nawet się rozmarzyłam, by Was zaprosić, kochani.  Może kiedyś wybierzemy się tam razem, skrzykniemy, niech będzie tak nowocześnie bo np. na facebooku J i  dopóki jeszcze noszą nogi powędrujemy ulicami warszawskiej Woli, tym starym magicznym  szlakiem z przewodnikiem  „Królem „ 

A gdy nadejdzie kres tej wędrówki, w Szwajcarskiej przy ul. o wymownej nazwie Wolność kupimy ulubione przez wnuki bułeczki z francuskiego ciasta nadziewane szpinakiem albo jabłkiem , bo wszak wałówa się przyda.

I udamy się na Dzielną ( znów ta nazwa!) , gdzie plac zabaw.

Usiądziemy na ławce, nawet wiem na której, bo ją lubię , wyciągniemy obolałe nogi , twarz wystawimy do słońca, „ Króla” schowamy  do torby by nazajutrz oddać go innym do czytania, zapomnimy o pobliskim Pawiaku i o całym złym świecie.

Posłuchamy jak ptaki się skrzykują a dzieciaki piszczą.

A może wtedy przyjdzie do nas  optymizm i wiara, że „jutro będzie dobry dzień”

 

 

wychow, witon, o3.2011.JPG Zdjęcie sprzed kilku laty. Nowe pokolenie na Dzielnej……Optymizm? Wiara w lepsze jutro? 

” Ptasia telenowela na Bielanach”

Zupełnie inny temat zamieszkał w mojej głowie i długo się mościł. Już prawie było gotów do urodzenia, gdy nagle dzisiaj:

 

SAM_1260.JPG

 

W dzisiejszej ( 31.lipca.2015)Wyborczej znalazłam ciekawą historyjkę. Być może znaną już wszystkim, ale może nie. Zapisuję sobie, cytuję, streszczam pewnie poczytam wnukom, zajrzę pewnie nieraz, bo nie jest to zwykła opowieść.

Otóż Jakub Chełmiński w dodatku Magazyn Stołeczny zamieścił artykuł pt.

 „Ptasia telenowela na Bielanach”.

 

„ On, to typowy warszawiak: mieszka w bloku z wielkiej płytą , ale lubi czasem skoczyć do centrum pokręcić się nad placem Defilad. „

To piękna zajmująca historia o pewnym mieszkańcu Warszawy, sokole.

„ Franek to sokół wędrowny, choć ze stolicy się nie rusza. Wykluł się w 2008 roku u Grzegorza Dzika, sokolnika pracującego na  lotnisku na Okęciu. Wypuszczony na wolność, obrał kurs na Żerań, ale po drodze spodobały mu się Bielany, a konkretnie jeden balkon na osiedlu Ruda.”

    Gdzieś poznał narzeczoną, która urodzona na prowincji wybrała się do stolicy pewnie na podryw. Razem więc z nią, Jolą postanowili uwić sobie gniazdo na owym balkonie. Ludzdzy mieszkańcy mieszkania z tymże balkonem , położonego na ostatnim piętrze bloku pozwolili tam zamieszkać ptakom. To rzadkość, bo z reguły większość przepędza natrętne gołębie, które również gustują w zakładaniu gniazd na balkonach. Pan Franciszek i pani Jolanda właściciele mieszkania, którzy nazywają siebie falkofanami,  nie tylko udomowili sokoła, ale też zgodzili się na zamontowanie tam kamery. I dzięki temu internauci mogą od kilku już lat śledzić telenowelę o bielańskich sokołach.

Tak więc wszyscy mogli oglądać, że niestety Franek czasami bywał smutny, bo jego partnerka, Jola często gdzieś wyfruwała. Na pewno podejrzewał jakieś jej pozamałżeńskie związki, był zazdrosny, ale niezmiennie radosny, gdy wreszcie wracała. Ich życie seksualne też nie było różowe. Przez kilka lat nie doczekali się potomstwa.

W końcu ornitolodzy, opiekujący się tym gniazdem zdecydowali się na eksperyment. Podrzucili do gniazda 25 dniowe pisklę sokoła urodzone w hodowli. Jednak wyrodna partnerka, Jola nie zainteresowała się dzieckiem i uciekła w siną dal.

I o dziwo Franek podjął się samotnego tacierzyństwa i okazał się super tatą . Sumiennie karmił malucha, obserwował jak dorasta i potem wyprawił młodego w świat.

Troskliwego samotnego tatę obserwowała inna sokola pani, nosząca szumne imię Leśna. Urodziła się w czeskiej niewoli, wypuszczono ją potem w małej wiosce pod Olsztynem . Ornitolodzy „sugerowali” jej, by  zasiliła leśną populację sokołów na Warmii. I dlatego nadano jej imię- Leśna. Jednak Leśna była ciekawa wielkiego świata i nie zainteresowana Warmią pofrunęła do Warszawy.

Na Bielanach wypatrzyła Franka i wkrótce z nim zamieszkała.

25 marca tegoż roku o godzinie 2.43 i 35 sek  z dumą „pokazała” fanom śledzącym przez 24 godziny w Internecie to gniazdo, „pokazała „ swoje pierwsze jajo. Jakaś internautka  natychmiast zakomunikowała o tym na forum, inna zrobiła zdjęcia, które pomknęły w świat. „Był to pierwszy w historii udokumentowany przypadek , żeby sokoły wędrowne doczekały się potomstwa, żyjąc blisko ludzi”.

Wkrótce  pojawiły się kolejne jaja. I oto od tej pory trójka młodych- Bielan, Argo i Ada stała się  bohaterami kolejnych odcinków telenoweli. Internauci oglądali z zapartym tchem jak porastały w piórka, uczyły się latać. Wszyscy przeżywali, gdy Argo został przez kogoś zraniony ale na szczęście trafił do szpitala w ZOO. I jakaż była radość, gdy wyleczony wrócił do gniazda . Pierwsza opuściła gniazdo Ada, pewnie poleciała szukać sobie nowego balkonu. Mieszkańcy Bielan jeszcze widzą przelatujące pomiędzy blokami młode sokoły. To Bielan i Argi, bracia Ady.

Tatuś Franek już ma dużo wolnego czasu, może odpocząć. Ale stale kuszą go samotne wyprawy do Śródmieścia. Przylatuje do centrum i zwyczajowo siada  na Pałacu Kultury. Ogląda swoje miasto , pewnie sprawdza, czy wszystko w porządku, jak ludzi się zachowują, czy może już się polubili? …..niektórzy uważają, że dyskretnie obserwuje też swoją pojawiającą się tu partnerkę. Widać, że jest wierny i zakochany. Ciekawe jak będzie wiosną. Byle do marca…..

 

Sokoły na żywo można śledzić na http://webcam.peregrinus.pl/pl/warszawa-bielany-podgląd i dyskutować na forum peregrinus.pl

 

Tadeusz Konwicki zaprasza.

 

Tadeusz_Konwicki_by_Kubik.JPG

zdj z Wikipedii

 

Najbardziej zapamiętałam piękny jak sen  film „ Kronika wypadków miłosnych” wg scenariusza Tadeusza Konwickiego. Lubię czytać jego książki.  Lubię też jego chrypę , wileński zaśpiew  , sentyment do tamtych stron który towarzyszy moim uczuciom związanym z tą odległą rodzinną krainą.

Ale chciałam napisać o Konwickim, niedawno przez mnie odkrytym- Konwickim  rysowniku. Otóż  wypożyczyłam w miejscowej bibliotece jego książkę pt. „ Nowy Świat i okolice”. Ukazała się w 1986 r. po 10 letniej nieobecności w oficjalnych wydawnictwach. A tam  poza świetnymi tekstami opowiadań  znalazłam ryciny wykonane ręką autora. Do tej pory jakoś nie dotarło do mnie, że też rysuje. Fajne są te rysuneczki, klimatyczne. Zrobiłam ich zdjęcia i wrzucę na zakończenie tego wpisu. Jednak tytułem ogólnej informacji o autorze chcę wspomnieć jego sylwetkę, którą oczywiście wygrzebałam w necie.

Tadeusz Konwicki urodził się 22 czerwca 1926 r w Nowej Wilejce. Mieszkał z rodzicami w Kolonii Wileńskiej. Edukację w wileńskim Gimnazjum im. Zygmunta Augusta przerwała mu II wojna światowa w czasie której pracował jako robotnik kolejowy uczęszczając równocześnie na tajne komplety w czasie  których zdał maturę. Był żołnierzem AK, brał udział w akcji „ Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej. Po wojnie studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, później na Uniwersytecie Warszawskim.

Debiutował w 1946 roku jako reportażysta, krytyk literacki i filmowy a także jako  rysownik. Na przełomie lat 40 i 50 XX wieku stał się jednym z literatów i publicystów socrealistycznych . Krótko pracował jako robotnik przy budowie Nowej Huty.

Jednak już w pierwszej połowie lat 50 odchodził od nurtu socrealistycznego i w swoich tekstach wielokrotnie podejmował problematykę wolności słowa.

Poza publikacjami zajmował się twórczością filmową, początkowo jako scenarzysta. Po przełomie październikowym( 1956 r.)  który był dla niego wstrząsem, kręcił filmy przepełnione nastrojem egzystencjalnym.

Od lat 60 ubiegłego wieku narastał jego konflikt z komunistami. Wielokrotnie podpisywał listy protestacyjne w obronie praw człowieka za co został usunięty z PZPR. Publikował wtedy najczęściej w  wydawnictwach tzw. II obiegu i londyńskich.

Od 1947 roku mieszka w Warszawie na tyłach Nowego Światu , skąd ma widok na Pałac Kultury i okoliczne życie towarzyskie i kulturalne.

 Był stałym bywalcem słynnego lokalu w podziemiach redakcji” Czytelnika „ przy ul. Wiejskiej a potem zajmuje nieodmiennie ten sam stolik w kawiarni  Bliklego . Razem z  Andrzejem Łapickim i Gustawem Holoubkiem stanowili nieodłączne trio rozdyskutowanych i rozbawionych przyjaciół. Odchodzili kolejno. Stolik pustoszał.

Widywałam ich tam czasem, zaglądając przez uchylone drzwi pachnącego słynnymi pączkami lokalu. Któregoś dnia ujrzawszy, że nie ma tam tych Wielkich , zajęłam ich miejsce wypiłam bardzo smakowitą kawę , chłonąc atmosferę tego miejsca. Jeszcze wtedy żyli.

Tekst ten napisałam całkiem niedawno, a dzisiaj już ta słynna Trójka pewnie znalazła  odpowiedni stolik w klimatycznym lokalu pod bokiem Pana Boga, bo gdzieś muszą kontynuować swoje niekończące się dysputy.

Jest nadal w tym samym miejscu owa słynna kawiarnia gdzie pewnie czasem zaglądają Ich duchy świetliste a my możemy  zanurzyć się w atmosferze innego świata, Nowego Świata a potem spojrzeć na  Warszawę  oczami Tadeusza Konwickiego…bo jak pisze Piotr Bratkowski „ z brzydkiej Warszawy zrobił miasto mityczne. Sprawy banalne przekuwał w dramaty egzystencjalne. Umeblował nasze głowy taj, że wciąż żyjemy w Polsce Konwickiego.”

Spotkajmy się u Bliklego na Nowym Świecie nasyceni lekturą Jego książek, z obrazami filmowymi pod powiekami i spróbujmy polubić to, co nas otacza. Liczę na takie spotkanie, kochani….

 

 

SAM_6157.JPG

 

 

SAM_6179.JPG

 

 

SAM_6173.JPG

 

 

SAM_6160.JPG

 

 

SAM_6180.JPG

 

 

SAM_6169.JPG

 

a poniżej wileński sen

 

SAM_6175.JPG

 

 

SAM_6166.JPG

 

 

SAM_6160.JPG

 

 

SAM_6159.JPG

Dwa w jednym.

 

 

0.JPG

I w tym wirtualnym mieście pojawiła się połowa mojego wiejskiego  domku …

 

1.JPG

I moje kwiaty widzę….

 

 

 

Niedawno wróciłam z centrum stolicy. Smętny tam widok domów oblepionych szmatami , szumnie i cudzoziemsko billboardami zwanych ( ale też opisywanych po „ Polsku” jako bilbordy ) , zanurzony w wielkim ruchu samochodów, hałasie, biegu tłumów.

Oj , to nie jest ta Warszawa sprzed ponad 40 lat. Wtedy jej centrum może też nie było zbyt ładne, ale przynajmniej oglądane  młodymi oczami. Teraz już nie te oczy i nie to miasto. Rozmawiam ze znajomymi, którzy może dlatego że też się zestarzali, postrzegają to teraźniejsze miasto tak jak ja.Może…

Jedno jest pewne, że w czasie tego półwiecza przybyło mnóstwo samochodów i ostatnio bardzo wiele osób  przyjeżdża tutaj do pracy. Znam ludzi, którzy codziennie dojeżdżają z Radomia czy Łodzi . No cóż, wielkie przemiany polityczno społeczne w naszym kraju zmiotły istniejące tam zakłady, a ludzie często lądowali na przysłowiowym bruku, zbyt często ….tak, dużo się tu ostatnio zmieniło ….tempo życia jest inne, nieznane nam kiedyś wyścigi szczurów się pojawiły,  pościg za modą, młodością, do pełnych półek w sklepach licznych marketów . Tak, ludzie gnają przed siebie, depcząc innych a duża część społeczeństwa coraz bardziej się zapada , często sięgając przysłowiowego dna.  Jak długo jeszcze będzie nakręcała się ta spirala ? nie wiem, pewnie w nieskończoność. No cóż, to cena przemian, po prostu” taki mamy klimat „….

     Tymczasem ja uciekam z centrum stolicy, uciekam  tam gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, a właściwie na moją wieś , gdzie pieprz jedynie w miejscowym sklepiku kupić można.

Gdy więc zupełnie  przemielona, skotłowana  tumultem  miasta, zostaję wyrzucona z kolejki WKD na michałowickie bezdroża, widzę domki otulone ogródkami, przemierzam małe uliczki pod koronami starych drzew i oczy napawam zielenią i wielką ciszą i wielkim błękitem nad głową.

Tu pełen spokój , bilbordów nijakich nie widać, ludzi niewiele, równina mazowiecka jeno.

Aż zabrzęczała zadzwoniła w uszach ta  cisza, nieliczni przechodnie gdzieś pod ogrodzeniami przemknęli jakiś spóźniony samochód przejechał.

Oj, wsi spokojna, uśpiona , za tobą przecież już zdążyłam zatęsknić. Mam ciebie w genach, we krwi półwiejskiej przecie, półgóralskiej, półwileńskiej i Bóg sam wie jakiej jeszcze .  Ale urodzona w mieście jak na owe czasy dość dużym, bo w chyba 100 tysięcznym Gorzowie, hodowana w wielopiętrowych kamienicach a potem przez 40 lat hodująca własne dzieci  w bloczydle żoliborskim zostałam zarażona miejskim bakcylem.

I dlatego też  będąc na wsi tęsknię za miastem i odwrotnie. Jednym słowem stoję w dużym rozkroku , przestępując z nogi na nogę.

    I posiedziawszy na mojej wsi , zrobiwszy zdjęcia wszystkiego co kwitnie w ogródku, zająwszy się oglądaniem aparatu fotograficznego, nagle napotkałam w nim jakiś program , który okazał się całkiem zabawny.

W ramach zabawy skorzystałam z niego i teraz mam dwa w jednym : 

Jakieś duże miasto do którego zawsze tęsknię i obrazki wiejskie.

Miasto jest piękne i pięknie milczy na moje szczęście , tłumy gdzieś zniknęły.

I jest super…..

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 moje kwiaty wylądowały na bilbordach…

 

 

1.JPG

 

 

 

Tak było wczoraj, gdy Trzej Królowie przynieśli młodzieńczą radość na ulice Warszawy.

Od pochmurnego poranka tego dnia w mojej duszy zda się minęły wieki.

Bo nagle coś się  wydarzyło, co rozjaśniło mroki, przepędziło ponure poważne myśli a także spowodowało, że ulice Warszawy, tak jak wielu innych miast w Polsce rozbłysły nowym światłem. I może nawet naiwnie uwierzyłam, że tak może być jeśli nie stale to przynajmniej częściej.

     Właśnie zegar pokazuje  południe a kalendarz – 6 stycznia 2014 roku.

To apogeum Święta Trzech Króli. Święta zapomnianego w mrokach komunizmu, może celowo zapomnianego. I już pozbyłam się myślenia o pretensjach do naszego sejmu, że dzień wolny od pracy zafundował. I teraz wstydzę się uśmiechu politowania, a nawet dookolnych kpin, gdy przed laty prezydent Łodzi- pan Kropiwnicki apelował o przywrócenie tego święta….

    Pora na obejrzenie transmisji z Królewskiego Orszaku.

Zasiadam przed telewizorem i chłonę i coraz bardziej się wyluzowuję, i czuję jak unosi mnie  ta wielka barwna fala.

I jest pięknie.

Ogromna liczba  młodych ludzi, którzy przez wiele miesięcy przygotowywali się do tego spektaklu dziś wyległa na ulice . Nie banda to przebierańców, ale  starannie przygotowywane przez wiele miesięcy barwne klimatyczne odzienie na głowach i grzbietach i sceny i korowody i wszędzie tylko płomienna radość…

    Bez polityków, władz , zjednoczona ponad dotychczasowymi podziałami  i wyzwolona młodość. Więc serce rosło i nawet rodziła się nadzieja, że może oni , ci młodzi kiedyś trwale zmienią nasz kraj. I raj się stanie zamiast narzekających rozeźlonych i nie uznających racji drugiego człowieka obywateli naszego pięknego przecież kraju. Pewnie to nadzieje płonne, ale postanowiłam być optymistką. Może się jednak uda….

    Tymczasem na ekranie monitora telewizyjnego tłumy, tłumy młodych wypełniające Plac Zamkowy, aż król Zygmunt ze swojej wysokiej kolumny oczy przeciera, dziwuje się też Zamek Królewski  a okoliczne kamienice wpadają w zachwyt. Potem św. Anna w swoim kościele wiruje w tańcu a nawet Adam Mickiewicz  marzy o zejściu z pomnikowego piedestału. A młodzi idą, po drodze zatrzymują się przy kolejnych scenach . A to wizyta w szałasie pasterzy, a potem u króla Heroda, do którego poselstwo Mędrców dociera szukając miejsca,  gdzie narodził się Ten, który ma zbawić świat a Herod zaczyna się niepokoić, bo przecież nie w jego pałacu. Potem wizyta w gospodzie gdzie odmówiono miejsca rodzącej Matce Boskiej i wreszcie stajenka uboga….

   A Plac Piłsudskiego długo czekał i nasłuchiwał co się dzieje pod Zygmuntem, na Krakowskim Przedmieściu aż wreszcie się doczekał i niecierpliwie wybiegł naprzeciw i cały ten kolorowy tłum przyciągnął a nawet przytulił do jakże smutnego Grobu Nieznanego Żołnierza. A cóż, że taka radość w tym miejscu może nie przystała. Niech się młode Żołnierzyki cieszą, bo nie dane im było doczekać, bo gdzieś na bezdrożach zostawili swoje ciała, a potem wrócili z ziemią tak licznych, rozrzuconych po świecie pól bitewnych. Dość już w tym Miejscu pompatycznych Wart Honorowych,  stukania wojskowymi butami, przemówień patriotycznych i dotychczasowych uroczystości nadętych. Przecież Wam, Żołnierzykom Kochanym, coście  życie dawno stracili,  o taką właśnie Polskę chodziło- wolną i radosną….

     A tymczasem w telewizorni  widzę jak Orszaki Królewskie idą  nie tylko w Warszawie, ale też w Lublinie, Zakopanym  i kaszubskiej wsi- Dziemiany. Zabrakło relacji z innych miast, pewnie w dzienniku będą migawki. Bo przecież  ta młodziutka, bo zaledwie istniejąca u nas od kilku lat fala Orszaków  Trzech króli rozlała się na około 200 miast Polski.

 Ulice Warszawy tętniły młodością, barwami, śpiewami, i zaczęły żyć pełną piersią, odetchnęły od tych licznych smętnych roszczeniowych marszów . No może sobie przypomniały niedawny marsz Niepodległości z Prezydentem Państwa na czele, który nieco radości wnosił.  Ale ten Orszak jest nieporównywalny, jedyny taki.

Doprawdy moje starawe  serce rosło…..pewnie się powtarzam, ale co tam! Doprawdy warto się powtarzać…

    Zdjęcia z monitora  w wielkim zapale robiłam, by utrwalić i w chwilach refleksyjnych  obejrzeć ku pokrzepieniu serca.

Ale doszłam do wniosku, że mimo wad technicznych wrzucę je tutaj.

Może ktoś nie oglądał tego największego w roku i najbardziej radosnego jedynego takiego ulicznego spektaklu . A nawet jeśli ktoś tam był, albo oglądał w TV może obejrzy ze mną .

I na chwilę będziemy razem…. I stanie przed nami Polska, inna bo wreszcie roześmiana…

Zapraszam moich wszystkich Bliskich a także tych, którzy w innych państwach i na innych kontynentach mieszkają …

 

 

.

 

ZamekPoPrawej.JPG

 

Plac Zamkowy, Zamek Królewski po prawej. Za chwilę wyruszy Orszak Trzech Króli

 

 

 

 

AnnaŚwKościólLewa.JPG

 

Już idzie młodość z Placu Zamkowego. Kościół Św.Anny po lewej

 

 

ZygmuntZdziwiony.JPG

Postój przed jedną ze scen. A w tle Król Zygmunt spogląda ze swojej kolumny z wyraźnym  zdziwieniem

 

 

MickiewiczSię Dziwuje.JPG

Adam Mickiewicz chciałby zejść z cokołu i dołączyć się do Orszaku

 

 

scenaPasterze1.JPG

Jedna ze scen. Anioł pasterzom mówił….

 

 

Smok.JPG

Hotel Europejski po lewej

 

 

PlacPiłsudskiego.JPG

Już Plac Piłsudskiego gdzie stajenka

 

 

KrĂłlowieDaryMatka.JPG

I Trzej Królowie przybyli z darami dla Maleńkiego…

 

 

Hołd.JPG

 

 Przybysz z Afryki oddaje hołd …

Losy moich Rodziców. Poszukiwanie miejsca na ziemi.

Poszukiwanie miejsca na ziemi

 

Rodzice od razu rozpoczęli dyskusję co dalej począć.

Tato już miał propozycję pracy w Warszawie, gdyż tam przybył bezpośrednio po wojnie jego pomagier w pracach projektowych, pan Balicki, który został wiceministrem komunikacji.

Któregoś dnia Mama się zebrała, załatwiła zastępstwo w szkole i pojechali do Warszawy. Jak wyglądała stolica tuż po wojnie nie muszę pisać.

Gdy Mama ujrzała straszliwie zniszczone miasto, od razu rzekła, że ma w sercu ruinę i mieszkać w ruinach nie chce. Tata też się nie kwapił, gdyż była tylko możliwość niezłej pracy, ale żadnych widoków na mieszkanie.

Dość podobnie wyglądał spalony Wrocław, który obejrzeli podczas kolejnej wyprawy w poszukiwaniu miejsca na ziemi. Tam już mieszkali kuzynowie taty- Dzierżyńscy z matką- Walerką, starszą siostrą Staśki, matki Ojca. Oni jakoś się tam już zaadoptowali, mieli nawet ładne duże mieszkanie, ale Rodzice nie chcieli tam mieszkać.

Pojawiła się kolejna propozycja – nie wiem dokładnie, kto proponował. Może to Nowiccy- tak to na pewno oni się odezwali z Gorzowa. MaryniaNowicka była jedyną córką siostry mojej Babci- Staśki, czyli kuzynką Taty. Nowiccy przybyli do Gorzowa wcześnie, zajęli ładne mieszkanie a właściwie pół poniemieckiej pięknej wilii , mąż Maryni- Władek, pracował w urzędzie, który się zajmował dysponowaniem poniemieckich mebli. Oczywiście sobie zorganizował też niezłe. Potem się dowiedział o możliwości pracy dla Ojca, oczywiście na ukochanej kolei i zaprosił Rodziców do Gorzowa. Jak długo trwały te wszystkie przymiarki, nie wiem. Jednak chyba i tak krótko jak na tamte czasy, gdzie sposób komunikowania się ludzi polegający chyba jedynie na korespondencji listownej, ale może jednak już były czynne telefony.

W efekcie Rodzice wylądowali w Gorzowie już w końcu 1946 roku.

Na medycznej ścieżce. To co było pomiędzy Sienną i Śliską.

 

 

Artykuł z wczorajszej Gazety Wyborczej

 

 

 

 

 

 

 

Od kilku dni  przebywam duchem w niepowtarzalnej atmosferze mojego dawnego , nieistniejącego już Szpitala Zakaźnego im. Dzieci Warszawy, dawniej nazywanego od nazwisk fundatorów Szpitalem Bersonów i Baumanów.

I wczoraj, dziwnym zbiegiem okoliczności,  znajduję w Wyborczej wiersz o ostatnim dramacie dzieci żydowskich i ich opiekuna- Janusza Korczaka.

Poeta wymienia dwie bardzo mi bliskie i znajome ulice: Sienną i Śliską.

Gdy czytam, serce bije żywiej i fala wzruszenia ściska za  gardło.

Idę śladami , które zaznacza poeta.

Szukam w  necie.

Potwierdza się to, co opowiadano w moim  szpitalu, że w latach 1903- 1912 pracował tutaj Janusz Korczak. Bezpośrednio po ukończeniu studiów stawiał na Siennej swoje  pierwsze kroki w pediatrii . To niesamowite, że chodziłam tymi samymi przepięknymi szpitalnymi schodami, uczyłam się tutaj pediatrii i nieomal kontaktowałam się z  wyraźnie nadal żyjącymi  duchami…

Ale w swoim wierszu poeta wspomina o innym miejscu, także zamkniętym tymi magicznymi ulicami – Sienną i Śliską. Tam w ostatnim czasie przed ostateczną zagładą, mieścił się sierociniec  prowadzony  przez Janusza Korczaka. Stąd  wyruszył ze swoimi dziećmi w ostatnią podróż .

Obecnie  jest tam Pałac Kultury i Nauki i jedynie tablica przy mieszczącym się w nim Teatrze Lalka przypomina o dawnych czasach …

Oba odcinki tych ulic – mój, wolski i tamten- śródmiejski przedziela utworzona po wojnie oś ulicy Jana Pawła.

To zupełnie niesamowite ile stron historii, uczuć, dramatów ludzkich zamykają te dwie jakże mi bliskie  ulice Warszawy- Sienna i Śliska.

Pewnie niedługo mój stary szpital zniknie z horyzontu Warszawy.

Ocalić od zapomnienia mogę tylko tym wpisem.

Zostaną tylko słowa….nie zwyczajne i nieomal puste, ale nabrzmiałe od wspomnień i wzruszeń

Na medycznej ścieżce. Pani od francuskiego, książki i glany..

Ale poza opisanymi przypadkami, praca w przychodni przynosiła mi też możliwość poznania wielu  ciekawych osób.

 O jednej z sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek już pisałam wcześniej.

Była też rodzina pp Drobczyńskich.

Pani była nauczycielką francuskiego.

Miała nieco orientalną urodę. Była drobna, szczupła miała niewielki nosek i ogromne czarne jak węgiel , żywe oczy z długimi rzęsami . Emanowała energią i radością.

Wyobrażałam sobie, że podobała się uczniom i że musiała być ogólnie lubiana.  

Czasami tylko przychodziła do przychodni z powodu jakiś banalnych infekcji, które nakładały się na zawodową chrypkę.

Po latach spotkałam ją w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefanii Sempołowskiej w Warszawie. Szkoła ta była położona blisko domu i  wybrała ją  trójka naszych dzieci.

Najstarsza córka ambitnie uczęszczała do  odległego od nas, ale najwyżej notowanego  w rankingach LO im. Lelewela.

Ucieszyłam się, gdy stwierdziłam, że  w pobliskim  LO im. Sempołowskiej naucza Pani Drobczyńska.

Tak się nawet zdarzyło, że  była wychowawczynią Marcina.

Było mi miło, że nasza znajomość sięga dawnych czasów. Myślę, że ona też czuła podobnie. Ale poza tym miała bezpośredni sposób bycia, w kontaktach z ludźmi nie tworzyła sztucznych barier.

Dzięki niej mogłam być spokojna, że ona czuwa nad moimi i nie tylko moimi dziećmi i natychmiast reaguje, gdy zauważy coś niepokojącego.

Telefony interwencyjne od niej na szczęście zdarzały się  rzadko.

Dzieciaki mieściły się w średniej zachowań , uczyły się dobrze.

No, może Marcin dostarczał więcej emocji. Nie z powodu zachowania, ale z powodu zmienności ocen.  Gdy się nie przygotował,  zdobywał dwóje ( jedynek wówczas nie było) ale zaraz potem otrzymywał piątki. Tak więc ostatecznie wypadał  dobrze.  

Po latach powiedział, że w czasach licealnych rozwijał się intelektualnie, kosztem wiedzy podstawowej. Faktycznie, bywał w kinach, teatrach, na koncertach, ale przede wszystkim czytał.

Czytał bardzo dużo, czasami zawalał noce .

Pod urzędem Dzielnicowym Warszawy Żoliborz były kioski z różnymi wyrobami. Tam właśnie mieścił się jego zaprzyjaźniony antykwariat. Zawarł znajomość z panem, który prowadził ten punkt. Marcin dostawał, tzn. kupował za przysłowiowe  grosze prawdziwe smakowite kąski literackie.

Bywało, że wracał do domu z workiem książek, tak szczęśliwy , jakby złapał Pana Boga za nogi.

Na wywiadówkach starałam się być, czasami jedynie przemieszczałam się do różnych gabinetów gdyż równocześnie były zebrania w klasach Marcina i Ewki. Dopiero potem kontynuowała tradycję uczęszczania do tej szkoły nasza najmłodsza, Paulina, młodsza o 6 lat od Marcina.   

Lubiłam zebrania z panią Drobczyńską. Były rzeczowe, pogodne.

Potrafiła  odróżniać prawdziwe problemy, nie koloryzowała, nie przesadzała, a nawet czasami pewnie nie o wszystkim mówiła rodzicom, radząc sobie z młodzieżą , która ją bardzo lubiła. Miała styl kumpeli a jednocześnie trzymała dystans.

Oczywiście na wywiadówce siedziałam trochę spięta, bo jednak coś tam mogło wypłynąć na powierzchnię, jakiś grzeszek mojego synka. Ale właściwie nigdy nie było większych uwag.

Jedynym problemem z Marcinem, o którym wspominała p. Drobczyńska to  była zmiana butów.

To całkiem fajna historia.

Mianowicie w tamtych czasach w szkole obowiązywała zmiana butów, w których się chodziło po ulicy na specjalne, szkolne. Te szkolne, były  bardzo „wytworne” , nawiasem mówiąc obrzydliwe, sztywne, płócienne sznurowane. Nosiły dumną nazwę – juniorki.

Trudno się dziwić, że młodzież ich nie cierpiała i starała się ominął ów nakaz.

Marcin w tych czasach zdobył upragnione wysokie czarne buty, zw. glany. Ojciec kolegi z klasy pracował w „ tramwajach” i były to ich służbowe buty. Za niewielką cenę sprzedawał  je wyrostkom szkolnym., dla których był to szczyt mody, luzu i prawdziwej zachodniej wolności…

Oczywiście pewnego dnia Marcin ostatecznie wywiercił nam przysłowiową dziurę w brzuchu i nazajutrz dumny i blady przyniósł takie buty do domu . Odbyło się niomal komisyjne przymierzanie.  Podziwiałam, z jakim uporem  codziennie je sznurował , wysoko, jak trzeba. Nawet lubiłam te jego glany, bo taki luzacki styl też mi pasował.

I wówczas Marcin zaczął paradować po szkole w tych swoich ukochanych glanach.

Pani Drobczyńska zwracała mu uwagę, że nie zmienia butów. Marcin wbijał w nią  swoje bardzo niebieskie oczęta i niewinnie obwieszczał, że on przecież buty zmienia. Wskazywał na swój worek, a którym spoczywały  juniorki i mówił, że z domu przychodzi w juniorkach i zmienia je na szkolne glany….fajny pomysł, z którego śmiała się jego wychowawczyni i rodzice. Oczywiście wkrótce opanowała naszego synka i bidulek się ugiął ….

Pani Drobczyńska uczyła francuskiego i chyba nieźle. Cała nasza trójka zdawała maturę z tego języka, z łatwością porozumiewała się z rodowitymi Francuzami, o czym mogłam się przekonać, gdyż w naszym domu często przebywała młodzież z tego kraju. Ewka poznała na obozie językowym dziewczynę z Lyonu i ta załatwiła jej pracę we Francji. Ewka a potem Marcin co roku wyjeżdżali tam do pracy , opiekowali się dziećmi , pomagali w pracach farmerskich i zawierali ciekawe znajomości. Gdy ktoś z tych znajomych przybywał do nas, bardzo się cieszył mój Tato, gdyż miał okazję pogadania w ich języku, którego uczył się w szkole średniej. Ogólnie mówiąc towarzysko brylował mój Tato.

Po latach zadzwoniła do mnie pani Drobczyńska, z jakimś problemem zdrowotnym syna. Był u mnie kilkakrotnie w CZD, ale okazało się, że problem był niewielki i szybko sam się rozwiązał. Potem spotkałam tego chłopaka w CZD, był już lekarzem i został zatrudniony w tym szpitalu. Nic dziwnego, bo był studentem bardzo dobrym , miał tzw. czerwony dyplom.

I tak przeplatały się nasze losy. …..

 

Losy moich Rodziców. Emocje na drodze do Warszawy.

W czasie podróży Zenon bardzo się zaprzyjaźnił z panem siedzącym obok.

Ucinali sobie pogawędki, tak jak to trzylatek i poważny pan potrafią.

Podróż mijała spokojnie.

Ale w pewnej chwili sąsiad ów wyjął  pudełeczko, a w nim dorodne truskawki.

Był to niewątpliwy rarytas.

Zenonowi zabłysły oczęta, skwapliwie skorzystał z propozycji poczęstowania się.

Zjadł kilka owoców, a gdy pan zamierzał ułożyć to pudełko na półce nad głową, Zenon zaprotestował.

Oznajmił, że on wprawdzie się najadł, ale jego mamusia na pewno też ma ochotę na te smakołyki.

Mamusia wprawdzie się krygowała, ale w końcu zjadła jedną truskawkę, dziękując wylewnie. Po godzinie zauważyła na buzi synka czerwone grudy, których liczba niezwykle dynamicznie wzrastała.

Po kilku chwilach dziecko wyglądało jak wielka truskawka.

Mama wpadła w panikę.

Nigdy czegoś podobnego nie obserwowała u Zenona.

Na szczęście jeden z panów zajmujących miejsce w tym samym przedziale okazał się lekarzem. Wyjaśnił, że na pewno mały ma uczulenie na truskawki i wydobył jakiś lek- prawdopodobnie wapno- , który komisyjnie rozpuszczono w wodzie wydobytej z butelki wiezionej przez moją zapobiegliwą Mamę.

Po jakimś czasie wysypka zaczęła blednąć.

Wszyscy odetchnęli.

W tak to urozmaicony sposób minął czas podróży  i niebawem zakomunikowano, że pociąg zbliża się do celu.

Mama wiedziała, że ma teraz przesiadkę do Bielska.

Już kiedyś pisałam, że pociąg z Wilna docierał na stację Warszawa Wileńska, która znajdowała się za Wisłą.

Należało przemieścić się na drugą stronę rzeki i pokonać kawał miasta do Dworca Warszawa Główna. Z tego dworca odjeżdżały pociągi do różnych miast polskich położonych po lewej stronie Wisły , w tym do Bielska.

Ponieważ Mama już miała opracowany plan podróży, więc bez emocji, po wytoczeniu się na peron  wezwała dorożkę .

Pewnie pomogli jej usłużni panowie, towarzysze podróży.,

Po ulokowaniu bagaży oraz syna Mama zasiadła w eleganckim pojeździe .

 

Zenon był wniebowzięty, gdyż koń i pojazd budził jego wielki zachwyt.

Postanowił podróżować stojąc na stopniu-  progu pojazdu.

 I żadne łagodne perswazje Mamy  nie pomagały.

Ale w końcu pan dorożkarz przejął władzę . Siedział przed nimi na wysokim koźle. Nagle odwrócił się i pokazał marsową minę. Nie musiał nawet nic mówić, bo wszystko zadziałało jak należy.

Mój braciszek zamilkł i potulnie jak baranek usiadł obok Mamy .

Po chwili był już tak zajęty obserwowaniem jadących obok samochodów , że zapomniał o swoim pomyśle.

I tak to w wytworny sposób przemierzyli miasto stołeczne.