Losy moich Rodziców. Rozmowa w Wilnie.

Gdy Wacek przybył do domu na święta Wielkanocne, postanowiliśmy, że sama pojadę do Wilna na rozmowę w sprawie pracy.

Może tylko ja postanowiłam, nie pomnę.

Chyba z reguły kobiecie  bardziej zależy  na podtrzymaniu żaru domowego ogniska.

I tak któregoś dnia zebrałam się w sobie, wzięłam dwa dni urlopu załatwiając z koleżanką, że mnie zastąpi w szkole, Zenona zostawiłam u teściów i wybrałam się w drogę.

Po wielu godzinach dotarłam do Wilna.

Nawet nie spotkałam się z Wackiem, bo był w pracy.

Od razu udałam się do kuratorium i poprosiłam o bezpośrednią rozmowę z Inspektorem. Miałam trochę szczęścia, gdyż był on na miejscu.

Przyjął mnie po kilku minutach.

Wyłuszczyłam moją prośbę.

Miałam przygotowany tekst, w którym logicznie uzasadniałam swoją prośbę.

Wysłuchał.

Potem westchnął i odpowiedział, że niestety nie ma wolnych etatów nauczycielskich w Wilnie i bliskiej okolicy.

W tym momencie nie wytrzymałam.

I ja, dzielna, odważna i zamknięta kobieta pękłam.

Zalałam się łzami i z gniewem i rozpaczą ponownie rozpoczęłam błaganie.

Chyba się wzruszył.

W końcu byłam młodą, niebrzydką kobietą, a może był wrażliwy na damskie łzy. Nie wiem.

Ale widząc, że nie ma szans, bym opuściła jego gabinet, rozpoczął gorączkowe myślenie.

Sprawdzał jakieś dokumenty, gdzieś dzwonił.

I po pewnym czasie zakomunikował, że prawdopodobnie niedługo zwolni się etat dla nauczycielki w Smorgoniach, bo jest tam osoba, która niebawem odchodzi na emeryturę.

Obiecał, że mnie zawiadomi w najbliższym czasie.

Powiedziałam, że będzie się dowiadywał o tę posadę mój mąż.

Opuściłam jego gabinet z mieszanymi uczuciami.

Czyżby mój upór i łzy zadziałały?

Myślę, że on miał  w zanadrzu  jakieś wolne etaty, ale nie chciał, bym opuszczała Raków.

To miasteczko było położone na głębokich  rubieżach Rzeczpospolitej i ze złą a właściwie żadną komunikacją z innymi miastami. Z tego powodu pewnie niewielu było kandydatów do pracy w tym zapyziałym miejscu.

Wyszłam i jak na skrzydłach popędziłam do Wacka, który wynajmował tutaj mieszkanie. Właśnie wrócił z pracy i po wysłuchaniu mojej opowieści wydawało się, że jest zadowolony.

 

 

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na wycieczkę do Wilna.

Wilno. Zatrzymane w kadrze lata 1935- 1937. Oglądam te zdjęcia z albumu rodzinnego, Rodzice są młodzi, pełni energii. Zwracam też uwagę na styl ubierania się ludzi w tamtych latach i starannie dobrane dodatki…..

 

 

 

 

Mama jeszcze pracuje w Rakowie. Wycieczka do Wilna. Od lewej strony Tato, Mama i jej kolega nauczyciele.

 

 

 

Odwiedziny w Wilnie. Od lewej Mama , Zenon.Na zdjęciu po prawej Rodzice z Zenonem. Zenon ma kożuszek specjalnie uszyty dla niego w Żywcu- biały, wyszywany.

 

 

 

 

 

 

W Wilnie z koleżankami. Na zdjęciu po stronie lewej Mama w środku. Na prawym, Mama po prawej.

 

 

Losy moich Rodziców. Emocje na drodze do Warszawy.

W czasie podróży Zenon bardzo się zaprzyjaźnił z panem siedzącym obok.

Ucinali sobie pogawędki, tak jak to trzylatek i poważny pan potrafią.

Podróż mijała spokojnie.

Ale w pewnej chwili sąsiad ów wyjął  pudełeczko, a w nim dorodne truskawki.

Był to niewątpliwy rarytas.

Zenonowi zabłysły oczęta, skwapliwie skorzystał z propozycji poczęstowania się.

Zjadł kilka owoców, a gdy pan zamierzał ułożyć to pudełko na półce nad głową, Zenon zaprotestował.

Oznajmił, że on wprawdzie się najadł, ale jego mamusia na pewno też ma ochotę na te smakołyki.

Mamusia wprawdzie się krygowała, ale w końcu zjadła jedną truskawkę, dziękując wylewnie. Po godzinie zauważyła na buzi synka czerwone grudy, których liczba niezwykle dynamicznie wzrastała.

Po kilku chwilach dziecko wyglądało jak wielka truskawka.

Mama wpadła w panikę.

Nigdy czegoś podobnego nie obserwowała u Zenona.

Na szczęście jeden z panów zajmujących miejsce w tym samym przedziale okazał się lekarzem. Wyjaśnił, że na pewno mały ma uczulenie na truskawki i wydobył jakiś lek- prawdopodobnie wapno- , który komisyjnie rozpuszczono w wodzie wydobytej z butelki wiezionej przez moją zapobiegliwą Mamę.

Po jakimś czasie wysypka zaczęła blednąć.

Wszyscy odetchnęli.

W tak to urozmaicony sposób minął czas podróży  i niebawem zakomunikowano, że pociąg zbliża się do celu.

Mama wiedziała, że ma teraz przesiadkę do Bielska.

Już kiedyś pisałam, że pociąg z Wilna docierał na stację Warszawa Wileńska, która znajdowała się za Wisłą.

Należało przemieścić się na drugą stronę rzeki i pokonać kawał miasta do Dworca Warszawa Główna. Z tego dworca odjeżdżały pociągi do różnych miast polskich położonych po lewej stronie Wisły , w tym do Bielska.

Ponieważ Mama już miała opracowany plan podróży, więc bez emocji, po wytoczeniu się na peron  wezwała dorożkę .

Pewnie pomogli jej usłużni panowie, towarzysze podróży.,

Po ulokowaniu bagaży oraz syna Mama zasiadła w eleganckim pojeździe .

 

Zenon był wniebowzięty, gdyż koń i pojazd budził jego wielki zachwyt.

Postanowił podróżować stojąc na stopniu-  progu pojazdu.

 I żadne łagodne perswazje Mamy  nie pomagały.

Ale w końcu pan dorożkarz przejął władzę . Siedział przed nimi na wysokim koźle. Nagle odwrócił się i pokazał marsową minę. Nie musiał nawet nic mówić, bo wszystko zadziałało jak należy.

Mój braciszek zamilkł i potulnie jak baranek usiadł obok Mamy .

Po chwili był już tak zajęty obserwowaniem jadących obok samochodów , że zapomniał o swoim pomyśle.

I tak to w wytworny sposób przemierzyli miasto stołeczne.

Losy moich Rodziców. Mimo upływu czasu i odległości uczucie nie zamiera.

 

Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu, opisane ręką Ojca. Tato jest po lewej, w drugim rzędzie zwrócony profilem.

 

 

Od pamiętnego wieczoru wigilijnego Stefa zaczęła częściej bywać w rakowskim domu rodziców Wacława.

Czas płynął. Gdy nadeszła piękna wonna wiosna, ogródek przydomowy Łukaszewiczów zapłonął wielobarwnymi kwiatami. To było królestwo matki Wacława. Stefa wielokrotnie opowiadała, nawet w późnej starości, o tym cudzie ogródkowym. 

Ojciec Wacława, Tomasz, rzadko bywał w domu. Ale jeśli był, to witał Stefę  łagodnym i dobrotliwym  uśmiechem. Lubił jak na jej smagłej góralskiej twarzy wykwitał delikatny rumieniec. Była taka świeża i dziewczęca. Zachowała tę urodę do końca swojego życia. To było niezwykłe nawet dla mnie, Jej córki.

Mijały lata.

Mama przybyła do Rakowa w 1925 roku.

Tato ukończył Szkole Techniczną w Wilnie w 1930 roku.

Potem jeszcze przez dwa lata służył w wojsku, w Suwałkach.

Nie miał problemów z pracą.

Otrzymał w Wilnie taką, o jakiej marzył.

Pracował w Oddziale Drogowym PKP.

Mimo rozłąki ich uczucie trwało. Jak widać ani czas ani odległość nie stanowiły przeszkody.

Ale w końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję…..

Losy moich Rodziców. Jedyny taki karnawał Roku Pańskiego 1926.

Przy granicy z Rosją drzemie małe polskie miasteczko , a groźni bolszewicy czuwają za miedzą.

To Raków. Miejsce urodzenia pradziadka-Bolka Rodziewicza i Babci-Stanisławy Rodziewicz i Tomasza  Łukaszewicza i ich syna, mojego Taty- Wacława.

Ta podwileńska gałąź moja mocno się trzyma swojej ziemi. Czerpie z niej miłość do ojczyzny, nienawiść do zaborców, poetyckie wzloty i romantyczne spojrzenia.  

W tym  miasteczku wszyscy się znają i wydaje się, że są zamknięci w swoim kresowym świecie i może nawet nie czekają na jakieś nadzwyczajne wydarzenia. Chłopcy mają swoje krasne dziewczyny, miłe i znajome.

Wszystko jest ułożone , w jakiś sposób przewidywalne i oswojone.

I właśnie rozpoczyna się niezapomniany rok 1926.

Nadchodzi styczeń wlokąc za sobą syberyjskie wielkie mrozy . I przyfruwa radość z ferii szkolnych .

Nowa mieszkanka Rakowa, Stefa Jakubiec,  młodziutka nauczycielka urodzona na obcej ziemi, w dalekich górach  , która porzuciła rodzinne strony , od września 1925 roku pracuje w miejscowej szkole .  Jest tak zajęta nowym środowiskiem, swoją pracą i gromadzeniem funduszy na pomoc rodzinie, że chyba nawet nie myśli o sprawach swojego serca.

I wówczas do Rakowa wpada na ferie młodzieniec, Wacław Łukaszewicz, który jeszcze się uczy  w Szkole Technicznej w Wilnie. Właśnie się  grzeje w domowym ognisku, konsumując smakołyki, którymi raczy go Mama.  Gdzieś w Wilnie jest jego świat- kolorowy ciekawy ozdobiony pięknymi pannami, które krążą jak barwne motyle  wokół  wychowanków Szkoły Technicznej. Raków to tylko cicha, spokojna i miła rodzinna przystań.

Ale  teraz jest karnawał, czas potańcówek w miejscowym kasynie Wojsk Ochrony Pogranicza.

Zapraszane są miejscowe nauczycielki i różni miejscowi młodzi ciekawi chłopcy.

Stefa się ociąga, ale wreszcie namówiona przez koleżankę, jeszcze nieświadomie podąża ku przeznaczeniu.

Wacława chyba też wyciągają koledzy, mimo, że nie ma ochoty, bo zna miejscowe dziewczyny i żadna nie wydaje mu się dość ciekawa. Nie to co wileńskie panny, myśli, idąc ospale w stronę kasyna.

 

Śladami mojego Taty. Tato zdobywa zawód…

 

 

 

Po ukończeniu Szkoły Technicznej w Wilnie Tato przymusowo spędził dwa lata w wojsku, w Suwałkach. I o tym okresie niewiele wiem, gdyż Jego opowieści o późniejszym pobycie w obozie koncentracyjnym przykryły wszystkie inne. Pozostała jedynie ta fotografia. Oglądam ją z przyjemnością , bo podoba mi się ten młody wojskowy.

Nic dziwnego, że Mama się w nim zakochała…

 

I na tym chciałam zakończyć wpisy w tej części blogu, gdyż moi Rodzice rozpoczęli  nowe wspólne życie.. …Dalsze Ich dzieje będą zawarte w  rozdziale pt.  Losy moich Rodziców.

 

 

Jedziemy do Lwowa.

 

Losy naszych  rodzin nigdy nie były związane z tym miastem, ani regionem.

Mieliśmy swoje Wilno.

Potem powiedziano, że to już nie jest Polska. 

A więc nasi rodzice zajęli miejsca w wagonach bydlęcych i po wielu dniach podróży znaleźli się w obcych stronach ,  które teraz nazywano Polską.

Odtąd to było ich miejsce na ziemi.   

Przygarnęły nas dwa miasta:   Lidzbark Warmiński  ( Rodzice Mirka)  i Gorzów Wlkp. ( moi Rodzice ).

Te tereny  opustoszały po wypędzeniu dotychczasowych mieszkańców- Niemców.

Poznaliśmy smak mieszkania w cudzych domach.

Ludzie ludziom zgotowali los wysiedleńca, zwykły ludzki świat zamieniono w piekło.

Była wojna.

Oby już nigdy, jak mawiał mój Tata.

W moim Gorzowie spaliśmy w cudzych łóżkach, chodziliśmy po ulicach, które kiedyś pielęgnowali  Niemcy, my, dzieciaki, bawiliśmy się na przewróconych nagrobkach cmentarzach poniemieckich. Piękne kamienice miasta powoli umierały.

Minęło już tyle lat od czasu wysiedleń, urodziły się kolejne pokolenia w swoich nowych domach.

Czas pędzi do przodu.

Nikt nie chce wracać na stałe do dawnych miejsc .

Ale one są.

Pozostały.

Są naprawdę.

Tam mieszkają duchy naszych przodków.

 

Przyjechaliśmy do Horyńca Zdroju, by odpocząć, zażyć kąpieli siarczkowych i poznać Roztocze Wschodnie.

Ale nadrzędnym moim myśleniem było odwiedzenie pobliskiego Lwowa.

Tylko przeskoczyć bliską granicę z Ukrainą i dalej już prosta droga do tego kiedyś bardzo Polskiego miasta.

Lwów przyciągał nas swoją aurą , którą stworzyła historia i tęsknoty ludzi , dawnych mieszkańców….