
Zawsze razem. Leza z synkiem. Czas przed jej operacją .
Dzisiaj na chwilę przerwałam wędrowanie po Japonii, bo zadziwił nas mały Polo. I teraz rozmyślam nad domowymi pupilami i ich zachowaniem w trudnym dla kogoś czasie.
Nigdy nie mieliśmy w domu zwierząt, poza jednodniowej obecności w gorzowskim domu kota. Jak to było, już kiedyś opowiadałam. I pewnie żal, że nigdy nie doświadczyłam zwierzęcej przyjaźni. Za to teraz z uwagą neofity i rozrzewnieniem śledzę różne zachowania zwierząt świadczące o ich wielkich sercach. Miło, że w końcu tego doświadczam, jak widać nigdy nie jest za późno na naukę.
Najpierw wciska mi się w głowę powiedzenie: pieskie życie. Nie wiem skąd się wzięło.
Pewnie dotyczy tych biednych, porzuconych, błąkających się po okolicy i czekających na tego, który zabierze, przygarnie i pokocha.
Ale te, które mają szczęście by przebywać u boku dobrych ludzi są wierne, oddane i dają z siebie ogrom ciepła, przyjaźni. Nie sposób nie kochać swoich zwierzątek.
Pomnę spotkanie z umierającą kobietą, której kotek w czasie naszej wizyty uciekł na górne szafki kuchenne. I tam krążył nad swoją panią z zadziwiającą delikatnością omijając wazony i inne szklane przedmioty tam ustawione. Opowiadała, że gdy nasilały się dolegliwości, kot układał się na niej dokładnie w miejscu które było najbardziej bolesne. I wtedy czuła się znacznie lepiej. Może tak działało ciepło jego ciała, może jakieś prądy a może tylko zwykła bliskość, której ta kobieta łaknęła jak nigdy w życiu….
A teraz o pieskach. Było to przed laty, kiedy to Fortaleza, zwana skrótowo Lezą , miniaturowy biały sznaucerek miała może pół roku. Dzieci zostawiły ją u nas na czas wyjazdu na narty. Przywieźli jej posłanie, na którym od razu się ułożyła do snu. Jednak w nocy zauważyłam, że się przemieściła. Cierpiący po radioterapii gospodarz, często wstawał do łazienki i musiał omijać śpiącego przy jego łóżku pieska. Piesek zrywał się i czekał na powrót pana. Dlaczego tak zrobił. Nie wiem. Ale nie wybrał swojego posłania, ani też, jak potem zawsze bywało, nie spał obok mojego tapczanu. Jest tylko jedna odpowiedź. Leza współczuła i chciała pomóc …
Wspominam ten czas dzisiaj, gdy właśnie wczoraj Ewa zadzwoniła i opowiedziała jeszcze jedną historię. Otóż Leza pół roku temu urodziła synka- jedyne jej późne dziecko. Jest starą, bo 9 letnią matką. I z uwagi na niebezpieczeństwo kolejnego macierzyństwa oraz grożącego ropomacicza, właśnie wczoraj miała operację. Baliśmy się, że żywiołowy jej synek- Polo będzie ją jak zwykle zaczepiał, atakował zachęcając do zabawy. Jest bardzo młodym pieskiem, właśnie skończył pół roku. Ale stało się coś dziwnego.
Gdy Leza wróciła od lekarze i zawinięta w koc leżała na kanapie, źle się czuła, miała dreszcze i pewnie bóle , tłumione lekami które otrzymała. Jej synek wbiegł z podwórka i bacznie obserwowany przez moje dzieci czy nie zaatakuje swoim zwyczajem, wszystkich zadziwił.
Podszedł powoli bardzo powoli do legowiska Lezy, nie wskakiwał na matkę, wspiął się jedynie na krawędź kanapy i zaczął delikatnie lizać jej nos. Potem gdzieś pobiegł , czegoś szukał a po chwili przyszedł ze swoją ulubioną piłeczką i bardzo spokojnie położył ją obok pyska matki. Było to tym bardziej zadziwiające, bo do tej pory nikomu nigdy nie oddawał tej piłeczki.
Jestem do dziś zdumiona i jakieś ciepło w sercu zagościło…..


