Śladami mojego Taty. Zamiłowania linqwistyczne Taty.
Tato lubił się uczyć.
Pokazywał mi zeszyt przywieziony z obozu koncentracyjnego, gdzie współwięźniowie nauczali go angielskiego . Oglądałam starannie wypełnione Jego pięknym drobnym, kaligraficznym pismem strony . Jakiego to wymagało samozaparcia, by w warunkach ciężkiej pracy i głodowym życiu, mieć jeszcze takie potrzeby. Może to właśnie dało mu siłę przetrwania.
Tak więc w obozie poznał język niemiecki i angielski w stopniu umożliwiającym swobodne porozumiewanie się i korespondowanie. Francuski przerabiał w szkole i ten język obok oczywiście rosyjskiego, który wchłonął z racji dzieciństwa spędzonego na kresach, miał opanowany doskonale.
W naszym warszawskim domu- a właściwie dwóch sąsiadujących mieszkaniach w bloku stale przewijali się młodzi ludzie z różnych stron świata. Motorem tych wizyt była zwykle Ewa, która uwielbiała kontakty z ludźmi , sama wyjeżdżała do pracy na tzw. Zachód i potem pojawiali się jej nowi znajomi. Bywało, że spali na matach w naszym przedpokoju, który na szczęście był duży, w odróżnieniu od pokojów. W największym, 19 m 2 mieszkaliśmy my, tam tez była jadalnia, bawialnia oraz moje miejsce pracy( nauka , czytanie literatury fachowej i pisania doktoratu) w godzinach nocnych, gdy już pokój wszyscy opuszczali. W kolejnym 11 m2 początkowo mieszkali Rodzice a gdy otrzymali mieszkanie na tym samym piętrze był to pokój Pauliny i Justyny . I w najmniejszym, bo 8 m2 rezydowała Ewka i Marcin. Potem Marcin zamieszkał w maleńkim pokoiku u Rodziców.
Gdy przybywali do nas młodzi ze świata- z Francji, Anglii, Niemiec i Polacy pracujący na misjach w Afryce np. Andrzej z Kamerunu, Tato był w swoim żywiole. On swobodnie konwersował z nim, oprowadzał i potem korespondował.
Gdy już był stareńki, ale stale dziarski, przesiadywał w swojej ciupkiej kuchni i tam rozkładał podręczniki kontynuując edukację lingwistyczną. Zapisywał słówka, montował listy etc.
Jednym słowem mógł imponować….
Opowieści mojej Mamy. Wątpliwości Stefy czy jest kochana przez rodziców.
Stefa po lewej.
14 kwietnia 1907 roku w Godziszce, dużej Beskidzkiej wsi , przychodzi na świat pierwsze dziecko Marianny i Michała Jakubców.
Niestety jest to kolejna dziewczynka. Nadają Jej imię Stefania, Stefa.
Ma duże intensywnie błękitne oczy , w których, do Jej ostatniego dnia życia , niespodziewanie rozjarza się radość i ciekawość wszystkiego co dookoła .
Gdy zaczyna dorastać , myśli, że jest niekochana. Wychowywana bez czułości . Bo tak było w tym domu , bo dzieci w domu dużo i rodzice zapracowani.
Lubi przesiadywać na wysokim progu przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat .
Czasami pylistą drogą przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim wytwornie ubrana kobieta.
Pewnego dnia powóz zatrzymuje się przed domem, kobieta wysiada i pyta dziewczynkę o jej ojca. Wchodzi do izby . Rozmawiają . Kobieta mówi że jest bezdzietna , że od dawna obserwuje to dziecko. Dziewczynka jej się podoba się i chce ją adoptować a wychowa tak jak zechce ojciec.
I dziewczynka słyszy słowa ojca- ja nie mam dzieci na rozdawanie.
Od tej pory już wie , że jest kochana.
Na medycznej ścieżce. Wielka pozamedyczna pasja Profesora Tadeusza Orłowskiego.
Jak dobrze, że wspominając zajęcia w klinice pana profesora Tadeusza Orłowskiego zajrzałam do Internetu . I dopiero teraz dowiedziałam się, że był jednym z najwybitniejszych polskich taterników, odkrywcą wielu tras i przejść w Tatrach, m.in na Galerii Gankowej czy zachodniej ściany Łomnicy.
Był w tej dziedzinie indywidualistą, zwykle chodził sam w góry, unikając licznych grup.
Niesamowite to dla mnie odkrycie- zmieniające – ocieplające koloryt światła, w którym zapamiętałam profesora.
W Internecie znalazłam taki tekst, który cytuję z całości. Niestety miałam trudności ze znalezieniem nazwiska kobiety, która go napisała. Może szukałam niestarannie, może jednak pominięto je w opracowaniu internetowym.
<< Ludzie Tatr
Tadeusz Orłowski
Wraz ze śmiercią prof. Tadeusza Orłowskiego odchodzi cała epoka polskiego taternictwa. Tego sięgającymi jeszcze do lat przedwojennych. Taterników nie było wówczas wielu, przeżywali pełną harmonię z górami.
Dawne czasy poszły w dal…
Tadeusz Orłowski był dla mnie legendą tych czasów, miałam go zaszczyt poznać osobiście sześć lat temu. Zgodził się wówczas napisać o swym taternictwie do „Pamiętnika PTT”, artykuł ukazał się w tomie 12 (2003) ss. 115–132.
W tych swoich fragmentach tatrzańskich wspomnień zawarł swoją filozofię uprawiania taternictwa. Gdy Orłowski rozpoczynał swą działalność taternicką, panowało już przekonanie, „że w Tatrach nie ma już możliwości zdobywania nowych „sensownych” dróg”.
Sam jednak stał się wkrótce autorem kilku wspaniałych pierwszych przejść – m.in. na Galerii Gankowej czy zachodniej ścianie Łomnicy.
W latach wojny Orłowski nadal uprawiał taternictwo, także bezpośrednio po wojnie, aż po rok 1957.
Był zarazem we władzach konspiracyjnego Klubu Wysokogórskiego PTT i redaktorem naczelnym „Taternika”.
Brał udział w powstaniu warszawskim, a po jego upadku wraz z Wawrzyńcem Żuławskim znaleźli się w Zakopanem. Stanisław Siedlecki zaproponował im schronienie się w Morskim Oku i tam doczekali się wyzwolenia.
W 1947 roku był uczestnikiem pierwszej powojennej wyprawy w Alpy.
„Nowe czasy” nie napawały entuzjazmem. indywidualisty Orłowskiego: „po wojnie sytuacja polityczna wymusiła na nas „usportowienie” działalności górskiej. W praktyce oznaczało to uprawianie taternictwa „stadnego” na odpowiednio zorganizowanych obozach i kursach i oczywiście całkowitą likwidację bezpośredniego osobistego obcowania z górami. Nie wspominam tych czasów z sentymentem”.
Gdy w 1957 roku ginie tragicznie pod Mont Blanc w akcji ratunkowej po Grońskiego i Jugosławian jego partner i najlepszy przyjaciel, Wawrzyniec Żuławski, ówczesny Prezes reaktywowanego Klubu Wysokogórskiego, Orłowski na krótko przejmuje ster klubowy w swoje ręce.
Coraz bardziej oddaje się jednak całkowicie swojej drugiej życiowej pasji – medycynie. Syn znanego profesora medycyny, Witolda Orłowskiego, na którego podręcznikach interny wychowały się całe pokolenia lekarzy tworzy wraz z prof. Janem Nielubowiczem podwaliny polskiej transplantologii. Problemów do rozwiązania było wiele, jak nowych dróg w Tatrach, bo to nie tylko kwestia przyszycia nowego narządu w miejsce schorowanego, nie mogącego dalej funkcjonować, lecz pokonanie bariery immunologicznej organizmu, któremu aplikuje się obce ciało w zamian za własne. Pracy naukowej w dziedzinie medycyny doświadczalnej i klinicznej oddawał się do ostatnich dni życia.
„Ulice Warszawy okazały się o wiele groźniejsze od najtrudniejszych ścian tatrzańskich; niestety cała seria wypadków na nich w praktyce mnie unieruchomiła”. W ostatnich latach miał kłopoty z poruszaniem się, ale codziennie instytutowy kierowca zabierał go do Instytutu i odwoził z powrotem.
Stronił od środowisk klubowych i wydawał się być przez to zapomniany. Wydawało mi się jednak, że z zadowoleniem przyjął moją propozycję napisania o sobie. Wiem, że kontakt z nim nawiązało także pismo „Góry”, na łamach których ukazał się wywiad z nim.
Nie zapominałam o nim, jako o seniorze, chociaż nie bywał na zlotach w Morskim Oku. Ale przed ostatnim odebrała córka jego telefon: prosił aby podziękować za zaproszenie i usprawiedliwić jego nieobecność złym stanem zdrowia.
Orłowski dużą wagę przywiązywał do przestrzegania zasad bezpieczeństwa w górach, był także w szeregach Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Udziela nam porad w swoim artykule: „Żelazną zasadą jest nieustanne pamiętanie, że w praktyce czym teren łatwiejszy, tym jest – paradoksalnie – bardziej niebezpieczny. W nim – zwłaszcza bezpośrednio po wyjściu z trudności – bardziej należy uważać przy zmianie każdego chwytu i nie odbiegać od zasady utrzymywania 3 mocnych punktów podparcia. Jeśli bowiem jeden z nich niespodziewanie się wykruszy, dwa pozostałe uratują życie na ogół nie asekurującemu się w takim terenie wspinaczowi. Nieprzestrzeganie tej zasady było przyczyną śmierci niejednego wybitnego taternika. W czasie mojej działalności górskiej przebyłem ponad 1000 dróg wysokogórskich. Ale dzisiaj brak mi przede wszystkim nie wspinaczki lecz możliwości bezpośredniego przebywania we wnętrzu gór, biwakowania w ich kolebach oraz możliwości swobodnego poruszania się po ich pięknych graniach i ścianach. To wszystko jest już niestety całkowicie na zawsze stracone i to nie tylko dla mnie. Tatry mojej młodości już nie istnieją”.
Czy tylko dla Niego?
Tadeusz Orłowski o sobie,
górach i wspinaniu…
Moje taternictwo nigdy nie miało charakteru sportowego, lecz raczej kwalifikowanej turystyki wysokogórskiej. W istocie stanowiło realizację potrzeby bezpośredniego obcowania z Tatrami. Są to bowiem góry unikalne, w tym sensie że łączą w sobie skały, jeziora, potoki i wieczne śniegi oraz obfitą, zawsze żywą florę. Dlatego stroniłem od schronisk – z wyjątkiem Roztoki, a po wojnie Morskiego Oka czy Kieżmarskiej Chaty, które traktowałem jako swoisty „obóz główny”.
Pierwsze lata powojenne nie sprzyjały uprawianiu nawet niekwalifikowanej turystyki na terenie Tatr. Początkowo przy schodkach zejściowych do Morskiego Oka znajdował się posterunek wojskowy, który zatrzymywał do chwili powrotu znad jeziora dowody osobiste turystów. Granica była zamknięta i dla jej przekroczenia należało dysponować paszportem, którego w praktyce nie można było uzyskać. Pozostawało zatem jedynie ryzykowne i grożące w owej sytuacji politycznej poważnymi polityczno-karnymi sankcjami nielegalne jej przekraczanie. Wskutek tego schronisko w Roztoce straciło swoje zasadnicze walory. Głównym ośrodkiem taternickim stało się schronisko w Morskim Oku, sprawnie i niesłychanie życzliwie zarządzane przez Wandę i Czesława Łapińskich. Dziunia Łapińska z powodzeniem zastąpiła „Mamę Grabowską” i stała się najpopularniejszą osobistością w ówczesnym polskim światku taternickim. Każdy czuł się w M. Oku jak we własnym domu.
Już sama konieczność przebywania na bazie w schronisku była dla mnie trudna do zniesienia. Na obozach spotkałem się po raz pierwszy z trzema próbami współzawodnictwa sportowego; z dwóch wyszedłem obronną ręką. Z trzeciej nie – nawet nie wiedziałem, o jej zaistnieniu. W żadnej z nich nie miało ono wpływu na moje plany.
Chciałem być w górach sam, a nie w towarzystwie dwustu osób. Zresztą miałem za złe Żuławskiemu i Wojsznisowi upowszechnianie taternictwa. Uprzedzałem ich: podcinacie gałąź, na której sami siedzicie. Tatry mogą pomieścić tylko około czterdziestu taterników, tak żeby nikt sobie nie deptał po nogach.
Obowiązki służbowe sprawiły, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miałem szereg zobowiązań międzynarodowych i nie mogłem odwiedzać Tatr. Potem wpadałem w nie czasem tylko na parę dni, zazwyczaj deszczowych i błąkałem się samotnie po okolicach Doliny za Mnichem, Pięciu Stawów Polskich, Pańszczycy czy Piarżystej. Czasami wyskakiwaliśmy z Wandą Henisz-Kamińską na nietrudne wspinaczki w okolicy Hali Gąsienicowej i Morskiego Oka. Próbowałem włóczyć się samotnie po południowej stronie Tatr Słowackich. Niestety próby dostania się w głąb niezagospodarowanych dolin nie powiodły się,Tatry stały się po obu stronach granicy całkowicie niedostępne dla bliskiego bezpośredniego kontaktu. Tak więc moje prawdziwe przygody tatrzańskie, rozpoczęte w 1936 roku biwakiem w białczańskiej kolebie zakończyły się po 18 latach pod namiotem rozbitym u stóp mojego ulubionego Żabiego Szczytu Wyżniego.
Jeśli czegokolwiek żałuję w swoim życiu, to tylko tego, że za mało przebywałem w górach. Niczego więcej! Po śmierci Żuławskiego, kiedy wróciłem z Wietnamu, namówiłem Bolka Chwaścińskiego na zorganizowanie wyprawy w Hindukusz. Przebywając za granicą nie mogłem należycie zaangażować się w jej organizację. Kiedy jednak dotarłem do Kabulu, okazało się, że zmuszony jestem już wracać do Polski, gdyż kończył mi się urlop. Musiałem wybierać: praca albo góry, czyli nie miałem praktycznie żadnego wyboru. Potem próbowałem jeździć jeszcze w Tatry, Pireneje i Dolomity – jednak za każdym razem trafiałem na niepogody. Ostatnią swoją drogę zrobiłem w 1980 roku wraz Arno Puškašem, z którym, nawiasem mówiąc, bardzo się przyjaźniłem. To był najlepszy taternik, jakiego znałem.
Ostatnie moje samodzielne szlaki taternickie przebyte w towarzystwie Arna [Puškaša] to pierwsze wejście od pd.-zach. na Szarą Ławkę – łatwo i bez asekuracji – a z niej graniami na Skrajne Solisko oraz bardzo trudny wariant na pn. ścianie Popradzkiej Kopy. Planowanemu turystycznemu wyjściu na Sławkowski Szczyt zapobiegł świeży obfity opad śnieżny. Musiałem wracać. Pozostały za mną wspaniałe białe Tatry skąpane w słońcu. Jednak jeszcze w 2001 i 2002 roku udało mi się wyjechać kolejką na Łomnicę i na Łomnickie Ramię. Moi słowaccy przyjaciele już nie żyją. Jednak głęboko pragnę wyjechać jeszcze choćby raz na Łomnicę oraz złożyć kwiaty na grobie Toni i Arna.
Przy atakowaniu nowych trudnych dróg zawsze trzeba się liczyć z możliwością odpadnięcia od ściany. Ono jest bowiem jedynym pewnym dowodem, że w konkretnej sytuacji miejsce to jest nie do pokonania. Zanim udało się znaleźć właściwą drogę zdarzało mi się odpadać przy pierwszych przejściach np. na Galerii Gankowej, w Kominie Świerza, czy na Żabim Szczycie Niżnim. Takie „zaplanowane” i odpowiednio ubezpieczone odpadnięcia nie są groźne. Zdarzały się jednak i niezaplanowane, lub źle przygotowane. Z każdego z nich można było wyciągnąć odpowiednie wnioski. Już na samym początku nauczyłem się jednego: nigdy nie należy być biernym, lecz maksymalnie wykorzystywać każdą sekundę lotu. W praktyce zawsze dojdzie do zetknięcia się ze ścianą. Za wszelką cenę należy więc w czasie całego wypadku zachować pozycję pionową i nie dać się obrócić głową w dół. No i – oczywiście – należy mieć tą odrobinę szczęścia.
Nigdy nie bałem się w czasie swoich wspinaczek. Ściana wygląda strasznie z daleka, ale jak się podjedzie blisko, wszystkie stromizny się „kładą”. Ja zresztą nigdy nie bałem się rzeczy, które ode mnie nie zależą. Nie dotyczy to tylko wspinania, ale także zdarzeń z okresu okupacji czy stalinizmu. Jednak czasami miewam silne lęki, ale tylko we śnie. Śniło mi się, że wspinam się w cholernie kruchej skale, bez możliwości asekuracji, ale wie Pan, to są sny tego rodzaju jak np. zaraz mam maturę, nic nie umiem, a przecież jestem profesorem.
Góry nauczyły mnie tego, że nie ma rzeczy niemożliwych. Proszę sobie wyobrazić: wszyscy wokół mnie twierdzili, że Galeria jest nie do pokonania, a mnie się to udało. Czterdzieści lat temu zacząłem wprowadzać transplantologię do Polski. Byłem internistą, ale zdawałem sobie sprawę, że jest to jednak zadanie trochę o podłożu immunologicznym. Zwróciłem się, więc do immunologów o pomoc, a oni powiedzieli: Panie Profesorze, niech pan sobie tym głowy nie zawraca, naukowo udowodniono, iż jest to niemożliwe. Pomyślałem sobie wtedy – skoro Galeria była możliwa, to i z tym sobie poradzę…
Nie potrzebuję wiele, by czuć radość z gór. Dwa razy byłem w Nowej Zelandii i dopiero za drugim razem udało mi się zobaczyć Mt. Cook. Poszedłem do doliny, położyłem się i patrzyłem na tę przepiękną górę. To są tak naprawdę piękne chwile. Nic mi więcej w życiu nie potrzeba.
Wypowiedzi T. Orłowskiego pochodzą z Fragmentów wspomnień tatrzańskich („Pamiętnik PTT” 2003, nr 12) oraz wywiadu udzielonego W. Kurtyce Góry pod powiekami (GÓRY 2004, nr 7–8). >>
Przeczytałam i zamyśliłam się….surowy profesor w odwiecznych okularach z czarnymi oprawkami a ile ciepła w narracji… szkoda, że już nie można być bliżej, może posłuchać, zapytać. Życie uciekło …..
Śladami mojego Taty. Charakter mego Taty.
W pierwszym rzędzie od lewej Jania, córka brata ojca- Witolda, mój Tato i obok jego matkaBabcia Staśka. Nad Babcią żona Witolda.
Tato
Wacław był czwartym dzieckiem Stanisławy z domu Rodziewicz i Tomasza Łukaszewicza. Niebawem urodził się jeszcze jeden chłopiec- Antoś. Różnica wieku pomiędzy rodzeństwem nie była duża. I pewnie dlatego Tato nie demonstrował zachowań egoistycznych, nie lubił dominować.
Ale pod pozorami łagodności, uległości i miękkości ukrywał duże ambicje .
Posiadał cechę , którą mozna najkrócej określić- siła spokoju.
Zresztą pewnie dzięki tym cechom charakteru nie miał wrogów, bo sprawiał wrażenie osoby łatwo poddającej się.
A tak naprawdę , to dziergał własny życiorys wg swojego scenariusza- spokojnie i konsekwentnie.
Opowieści mojej Mamy. Siostry mojej Mamy.
Spośród licznych moich górskich ciotek , córek Babci Marianny najbardziej lubiłam ciemnooką i ciemnowłosą Hanię i jaśniejszą Elę. Obie były bardzo podobne wewnętrznie , z wyraźnym podobieństwem do opisanego wujka Michała. Ciche, o skoncentrowanym nieśmiałym spojrzeniu, ale z widocznym obrazem silnej osobowości w oczach.
Gdy cała rodzina gadała, one milczały uśmiechając się tajemniczo.
Życie ich nie oszczędzało, ale dzielnie sobie radziły i stanowiły wielką podporę dla bliskich.
Na medycznej ścieżce. Dane oficjalne mojego profesora interny z czasów studenckich…
Tadeusz Orłowski urodził się 13 września 1917 roku w Kazaniu nad Wołgą.
Był synem jednego z największych polskich internistów- Witolda Orłowskiego o którym napisałam poprzednio.
Studia medyczne ukończył w czasie okupacji na Tajnym Wydziale lekarskim Uniwersytetu im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie.
Od 1945 roku pracował w warszawskich klinikach internistycznych, w 1963 , rok po otrzymaniu tytułu profesora, został kierownikiem I Kliniki Chorób Wewnętrznych.
W 1975 roku utworzył w Akademii Medycznej Instytut Transplantologii, który stał się wiodącą placówką w zakresie przeszczepiania nerek w Polsce.
.
„Bez wątpienia zasługi Profesora Tadeusza Orłowskiego stawiają go w gronie najwybitniejszych polskich lekarzy XX wieku. Dzięki olbrzymiej wiedzy, talentowi organizacyjnemu stworzył polską szkołę interny, był również pionierem nowoczesnej nefrologii i transplantologii klinicznej. Pierwsza dializa w Polsce odbyła się w 1958 roku w Poznaniu, drugim ośrodkiem była warszawska Klinika, w której na początku 1959 roku rozpoczęto dializy przy użyciu sztucznej nerki Alwalla. W 1966 roku, po kilkuletnich badaniach doświadczalnych, uruchomił wraz z profesorem Janem Nielubowiczem program przeszczepiania nerek w Polsce. Uczestniczył w pierwszym udanym zabiegu przeszczepienia nerki 26 stycznia 1966 roku.”
Po przejściu na emeryturę nadal aktywnie pracował naukowo, kierując pracownią izolacji wysp trzustkowych dla celów transplantacji. W kwietniu 2008 roku zapoczątkowane przez Profesora badania zostały uwieńczone pierwszym w Polsce przeszczepieniem wysp trzustki u człowieka .
Nie wymieniam już jego działalności w międzynarodowych towarzystwach lekarskich, ani licznych podręczników jego autorstwa.
Zachowano go w pamięci jako człowieka o pięknej karcie podziemnej działalności okupacyjnej- od tajnego kształcenia studentów medycyny do udziału w Powstaniu Warszawskim w Batalionie Szturmowym” Odwet” oraz pracy jako lekarza w szpitalach powstańczych.
Zmarł 30 lipca 2008 roku. Został pochowany w Warszawie na Cmentarzu Powązkowskim.
opracowałam na podstawie Wikipedii oraz informacji zamieszczonej w Pulsie- gazecie Izb Lekarskich
Śladami mojego Taty. Starość moich pradziadków- Bolesława i Michaliny Rodziewiczów.
Jadzia Lisowa z domu Majewska i Halinka Barczyszyn- córki siostry mojego Taty- Broni w latach 80 ubiegłego wieku odwiedziły grób pradziadka Bolka Rodziewicza w Rakowie. Na zdjęciu Jadzia i nagrobek w trakcie remontu, który zorganizowały. Nie wiemy kiedy zmarła Michalina i gdzie została pochowana. Powinniśmy się wybrać do Rakowa i spróbować odnaleźć ślady. Może kiedyś nasze dzieci to uczynią….
Jeszcze jeden powrót do dziejów Michaliny i Bolka, moich pradziadków. Oto ostatnia rodzinna opowieść :
Mimo tak wielkiej rodzinnej , starannie ukrywanej tragedii, jaką było wyklęcie
jedynego syna Edwarda, Michalina i Bolek starzeli się pogodnie.
Wg opowieści rodzinnej, która przechodziła z pokolenia na pokolenie goście odwiedzający ich Rakowski domu, zwykle mogli zauważyć taką scenkę:
Na powitanie gościa nikt nie wybiegał na ganek. Bo dzieciaki opuściły już dom rodzinny a ich rodzice?. Rodzice byli bardzo zajęci…sobą….
Ponieważ drzwi do domu nigdy nie były zamykane, więc przybysz słysząc głosy wchodził śmiało do salonu.
A tam najspokojniej w świecie siedzieli sobie Michalina i Bolek i nawet nie zauważali , że przybył gość.
Moja przyszła praBabcia Michalina siedziała sobie w swoim dużym fotelu, a Pradziadek Bolek na stołeczku u jej stóp .
Michalina była drobna ale smukła o ładnej twarzy wesołej staruszki i miała zupełnie siwe włosy upięte na karku w niewielki koczek. Bolek wpatrywał się w nią , potrząsając zadziwiająco jak na jego wiek, bujną czupryną.
Przybysz stanął w drzwiach i sobie myślał- jak oni się ładnie zestarzeli…
A oni tymczasem nie zwracając uwagi na to co się dzieje dookoła, stale żywo rozmawiali , każde z nich coś opowiadało i po chwili obydwoje głośno rechotali .
Widziano też jak mój przyszły Pradziadek głaszcze i przytula kolana Prababci .
Zbudowali sobie swój własny ciekawy , ciepły i uśmiechnięty świat.
Na pewno nie było łatwo, ale pierwsze zauroczenie trwało przez całe życie.
To niezwykłe …
Opowieści mojej Mamy. Wujkowie z gór.
Godziszka widoki na Beskid Żywiecki( Pilsko, Romanka)
Marianna, moja przyszła Babcia nieustannie jest w kolejnych ciążach i rodzi z wielkim trudem 9 dzieci.
Dzieci są duże, mają szerokie ramiona , podobnie jak ich ojciec. Matka jest drobna, ma wąskie biodra co nie ułatwia dźwigania dużego dziecka w łonie i porodu. Wiem, że najmłodsza jej córka – ciocia Ela urodziła się przy użyciu kleszczy. Chyba były źle założone, bo pozostawiły na jej policzku długą bliznę, którą nosi do tej pory . Jednak na szczęście wszystkie pozostałe dzieci były zdrowe , bez śladów uszkodzeń okołoporodowych.
Radość pojawiania się na świecie kolejnych potomków burzy fakt, że niestety rodzą się głównie dziewczyny. Pierwsza jest moja Mama. Nadają Jej imię Stefania, potem kolejne- Bronisława, Maria, Hanka.
Jest tylko 4 chłopców, z których dwóch umiera we wczesnym dzieciństwie. Ci, którzy przeżyli do późnej starości i dobrze ich zapamiętałam to Szczepan i Michał. Byli zupełnie różni. Szczepan masywny ciemnooki, despotyczny, dużo i mądrze opowiadał , czytał podręczniki hodowli zwierząt i magazyny rolnicze. W czasach , gdy poznałam rodzinę mojej Mamy, jej rodzice , czyli moi dziadkowie już nie żyli, a całym majątkiem ojcowskim zarządzał wujek Szczepan.
Drugi żyjący do starości brat mojej Michał był szczupły, delikatny .Miał wielkie błękitne oczy, w których odbijał się stan jego duszy. Można było tam odczytać radość smutek ale także niestety zamglenie alkoholowe, co mu się czasami zdarzało . Wodzem w Jego rodzinie była żona, ciocia Antosia. Była dużą, energiczną , pogodną i rezolutną kobietą. Nie wiem czy byli szczęśliwi. Z mojego punktu widzenia, tj dzieciaka kilkuletniego, w tym domu czuło się ciepło rodzinne, więc może się kochali.? Jednak moja Mama opowiadała, że w czasie II wojny światowej ojciec cioci Antosi podpisał volkslistę. Oznaczało to, że czuł się Niemcem, albo węszył jakieś korzyści z tego wynikające. Tego się nie dowiemy. Ale ten człowiek bardzo pomagał naszej rodzinie, szczególnie w trudnych czasach wojny. On pierwszy dowiedział się swoimi kanałami, gdzie się podział mój Tata, gdy zniknął 30 sierpnia 1939 roku, przymusowo jadąc do pracy w Poznańskie. O tym, że Tato wylądował w obozie koncentracyjnym, wiadomość uzyskaną od ojca Antosi, rodzina przekazała Mamie na Wileńszczyznę. Po namierzeniu adresu Ojca, wysłano do niego list, na który odpowiedział a potem tą samą drogą- tj przez wieś beskidzką Rodzice wymieniali pomiędzy sobą korespondencję. Zachowały się dwa obozowe listy Taty
Na medycznej ścieżce. O profesorze Witoldzie Orłowskim, ojcu Tadeusza- mojego profesora interny.
W poprzednim wpisie przypomniałam swoje czasy studenckie i zajęcia w Klinice którą kierował profesor Tadeusz Orłowski.
Wiedziałam, że był synem człowieka wielkiej sławy , również profesora medycyny- Witolda Orłowskiego( ur. w 1874 roku w Norwidpolu , zmarł w 1966 w Warszawie).
Niedawno przeczytałam w Pulsie, gazecie wydawanej przez Izby Lekarskie o niezwykłych jego losach. Oto najciekawszy moim zdaniem fragment tych dziejów związany z tworzeniem się nowego państwa Polskiego, który przedstawiam we własnej wersji redakcyjnej.
W czasie pierwszej wojny światowej władze rosyjskie wydały zgodę na tworzenie wojska polskiego w różnych regionach kraju. We wrześniu 1918 roku w Kazaniu nad Wołgą rezydował sztab niedawno utworzonej formacji wojska polskiego.
Prof. Witold Orłowski otrzymał wezwanie, by zorganizować u jej boku służbę sanitarną. Gdy dotarł tam z rodziną, niebawem bolszewicy ponownie zajęli to miasto i wówczas cofnęli zgodę na tworzenie tam wojska polskiego. W tej sytuacji sztab musiał opuścić Kazań .
Profesor pozostawił żonę z czworgiem dzieci w Kazaniu, gdzie ponoć mieszkali w bezpiecznym miejscu, a sam wyruszył z wojskowymi, w letnim płaszczu, mając jedynie 100 rubli w kieszeni.
Prof. pisze w swoim dzienniku „Zapewniono mnie, że gdy wojsko radzieckie w nocy wejdzie do Kazania, na pewno popije się, a wtenczas będzie wycięte. Tak się już stało w Syzraniu. Za parę dni zatem wrócimy” – wyjaśnia.
Ale do Kazania nie wróci już nigdy. Wędrują pieszo lub na zarekwirowanych koniach. Noclegi i żywność zdobywają, grożąc użyciem broni. Sterroryzowany naczelnik małej stacji kolejowej wystawia im pociąg do Ufy. Jednak tam zastają miasto z porozlepianymi afiszami, wzywającymi ludność do ewakuacji gdyż zbliżają się tam czerwonoarmiści.
Profesor postanawia jechać na opanowaną przez” białych” Syberię, do Tomska. Stacjonuje już tam polska dywizja, utworzona do walki z Niemcami.
Dzięki wstawiennictwu ministra w rządzie admirała Kołczaka, który zarządza Syberią profesor otrzymuje tam etat uniwersytecki. Przez 10 miesięcy , które spędził w Tomsku, sprawuje opiekę medyczną nad polskimi żołnierzami.
W sierpniu 1919 roku wyrusza do Irkucka z zamiarem utworzenia szpitala Czerwonego Krzyża dla rannych żołnierzy. Ale tam dociera do niego telegram od komisarza wojska polskiego przy admirale Kołczaku z informacją, że został mianowany profesorem zwyczajnym medycyny wewnętrznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisze: „Nie wierzyłem własnym oczom. Zostałem profesorem najstarszego uniwersytetu polskiego i jednocześnie otrzymałem pierwszą wiadomość o rodzinie”.
Rozważa różne możliwości wydostania się z Rosji do Polski.
Polski komitet narodowy w Irkucku próbuje zaangażować w te starania Romana Dmowskiego, który przebywa w Paryżu. Jednak po pewnym czasie Dmowski odpowiada, że mu się nie udało załatwić tej sprawy.
Profesor postanawia szukać okazji we Władywostoku, ale tuż przed wyjazdem zapada na dur osutkowy. Opuszcza Irkuck dopiero na początku lutego 1920 roku.
W tym czasie w placówce japońskiej w Czycie odbiera pismo z Ministerstwa Wyznań religijnych i oświecenia publicznego RP , zawiadamiające o nominacji na profesora UJ ( z 19.06.1919r) oraz list od żony, która pisze, że odnalazła go dzięki pomocy żony premiera Ignacego Paderewskiego- Heleny.
Wraca do kraju rosyjskim statkiem „ Jarosław” zarekwirowanym przez Anglików po wycofaniu się Rosji z wojny. Płynie z resztą polskiej dywizji syberyjskiej i rodzinami żołnierzy. Statek ten za caratu przewoził galerników z Odessy na Sachalin, więc były tam bardzo trudne prymitywne warunki a w dodatku były kłopoty z zaopatrzeniem w żywność. I wkrótce z zapasów pozostała sól i cukier. Pasażerowie stawali się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani.
Prof. Witold Orłowski jak zwykle starał się swoją aktywnością pobudzić lepsze nastroje wśród pasażerów. Organizował kursy i wykłady dla dzieci i dorosłych. A trasa była bardzo długa. Płynęli poprzez Hongkong, Singapur, Kolombo. Adem, Port said, Gibraltar, Londyn, Kopenhagę do Gdańska.
To co zobaczył tak opisywał:
„Miasta, które zwiedziłem, miały piękne dzielnice europejskie i brudne, ciasne tubylcze, w których mieściła się masa miejscowej ludności o pożałowania godnym trybie życia”
– pisze. – „Niemile uderzał stosunek białych do kolorowych. Kolorowi nie kryli się z nienawiścią do białych. Tylko nas, Polaków, traktowali inaczej”.
Wreszcie 1 lipca 1920 roku statek zawinął do Gdańska.
Profesor podejmuje pracę w Krakowie, Profesorowie Wydziału Lekarskiego przyjmują go życzliwie. Poza pracą kliniczną ma zajęcia ze studentami 4 i 5 roku, organizuje w klinice zebrania naukowe krakowskich internistów.
Po 5 latach przyjmuje propozycję objęcia katedry diagnostyki i ogólnej terapii na Wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Klinika ta wówczas mieściła się w Szpitalu św. Ducha przy Elektoralnej.
W 1927 roku obejmuje katedrę szczegółowej patologii i terapii chorób wewnętrznych w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy Nowogrodzkiej, którą prowadzi do 1947 roku. Dokonuje tam, ogromnych przeobrażeń. Wg obecnej opinii mądrych ludzi działa jak menadżer XXI wieku. Korzystając z pomocy wiceprezydenta miasta urządza oddział przemiany materii, który będzie obsługiwał wszystkich chorych szpitala. Organizuje znakomicie wyposażone pracownie biochemiczne, zdobywając fundusze od firm farmaceutycznych i Kasy Chorych oraz różne dotacje.
Stara się rozwiązać problem przewlekłej niewydolności krążenia poprzez rozpoznanie zaburzeń biochemicznych ustroju, które jego zdaniem wyprzedzają chorobę. Zauważyli to prof. z zagranicy a nawet prof. Gregersen z Nowego Jorku, ale miejscowi nie doceniali znaczenia badań swojego profesora. Dopiero po wojnie słysząc wykłady zapraszanych naukowców z zagranicy, zmienili zdanie.
Z Kasy Chorych otrzymuje pieniądze na urządzenie zakładu elektrokardiograficznego i dotacje na jego działalność. W rewanżu codziennie ma badać 6 chorych kierowanych przez kardiologów. Jednak zauważa, że żaden lekarz z Kasy Chorych nie skorzystał z tej oferty. …
Zapamiętano profesora z czasów okupacji, gdy z wielkim zaangażowaniem narażając się na niebezpieczeństwo zajmował się tajnym nauczaniem młodych kadr medycznych.
W latach 1928- 1948 był redaktorem naczelnym uznanego wydawnictwa :” Polskiego Archiwum Medycyny Wewnętrznej”
Otrzymał liczne tytuły doktora honoris causa m. in. Akademii Medycznej w Łodzi i Uniwersytetu Jagiellońskiego.
.
Napisał znakomity 8 tomowy podręcznik chorób wewnętrznych .
Kiedyś otrzymałam od dr Kaczmarka z Gorzowa te książki, wydane na nieciekawym szarawym papierze, pachnące starym kurzem. Budziły mój ogromny szacunek i wzruszenie. Gdy się zaczytywałam, treści wtedy wydawały mi się ponadczasowe…niestety ofiarowałam te tomiska młodej lekarce i poszły sobie w świat. A szkoda….




