Na medycznej ścieżce. Pacjenci….

Już kiedyś pisałam o zajęciach na Akademii warszawskiej. Od 4 roku studiów dominowały zajęcia kliniczne.  Czuliśmy się coraz bardziej związani z zawodem, pacjentem. Jednym słowem można to nazwać aktywnym zaangażowaniem. Tak , czuliśmy jak pochłania nas życie innych ludzi i ich problemy . Jeszcze po zajęciach zawzięcie dyskutowaliśmy na różne medyczne tematy, próbując znaleźć własne złote  rozwiązanie diagnostyczno- terapeutyczne. Może to brzmieć śmiesznie, zwłaszcza po tylu przebytych latach w zawodzie, kiedy już wiadomo, że takiego złotego rozwiązania nie ma- zawsze są wątpliwości, które w dodatku się piętrzą….ale byliśmy bardzo młodzi , przejęci i ufni.

Już wtedy czułam, jak oplata mnie tajemna nić , która łączy i przywiązuje mnie do moich pacjentów. Myślę o nich często, widzę ich twarze, dłonie, czasami bezradne ciała, wracam do ich problemów i losu który pokierował ich życiem. …

 

Śladami mojego Taty. Niezwykły gen opanowania w jedzeniu i piciu….

Tato był delikatnego zdrowia, ale to były pozory, gdyż przetrwał lata dzieciństwa, gdy  chorowano bez pomocy i umierano często. Dwaj jego bracia zmarli w okresie wczesnego dzieciństwa. Tato też często chorował, ale nadspodziewanie szybko wracał do zdrowia.

Nie lubił tłustych dań, tak popularnych w stronach kresowych. Nawet z szynki starannie odpreparowywał tłuste elementy .

Wydaje się ,że to było tak niedawno, nieomal wczoraj, gdy Rodzice jeszcze żyli , a przecież od śmierci Mamy  28 sierpnia tego roku minie 12 lat a Tato odszedł w grudniu 2002 roku. Obydwoje osiągnęli tzw. piękny wiek, gdyż zmarli mając  ponad 90 lat.

I widzę Tatę, jak siedzi  przy stole w kuchni ostatniego mieszkania Rodziców  w warszawskim żoliborskim bloku ( ul Broniewskiego 22 m 121) .  

Szczupły, z całkiem sporą resztką falistych starannie uczesanych włosów  wyprostowany jak struna, mimochodem demonstruje swój  piękny profil  i z namaszczeniem konsumuje. Robi to bardzo wolno,  dostojnie, i starannie przeżuwa każdy kęs, tworząc  właściwie misterium konsumpcji.

Nigdy nie  jadł łapczywie, byle jak i nie zjadał byle czego .  

Zawsze mówił, że wstaje od stołu z uczuciem niepełnego nasycenia i z łatwością mógłby zjeść jeszcze jedną porcję .

To było niezwykłe u człowieka urodzonego na wileńszczyźnie. Tam jadano wielkie , ociekające tłuszczem posiłki, np. jego brat potrafił skonsumować bez zmrużenia oka  jajecznicę z 50 jaj.  

Ciekawe od kogo mój Tato dostał w spadku takie cechy, kto mu wpisał taki gen opanowania  w jedzeniu i piciu.  Tego się nie dowiemy.  Ale we wspomnieniach rodzinnych tak zapamiętano  mojego Dziadka- Tomasza Łukaszewicza.

Niestety nie odziedziczyłam tych wartości. Jem byle co i byle jak , a często w nadmiarze.

 

 

 

 

 

Opowieści mojej Mamy. Moje ciotki góralki.

Moje ciotki, góralki

Gdy przyjeżdżaliśmy do Godziszki , zawsze się spotykaliśmy z  ciotkami z pierwszego małżeństwa Dziadka.

Rozpoznawałam z daleka, jak nadchodziły drogą swoim lekkim tanecznym krokiem.  Wiotkie i szczupłe, zwiewne ale i silne , odważne kobiety .  Gdy tak szły, ich szerokie spódnice zebrane w cienkiej talii  szerokim paskiem  porywał  gwałtowny beskidzki wiatr, zwany tutaj wiatrem „ od Orawki” a będący odpowiednikiem zakopiańskiego halnego.

Zapamiętałam doskonale ich wielkie roześmiane jasne oczy ocienione gęstymi czarnymi rzęsami.

Wszystkie miały gładko uczesane ciemne włosy a na szyi krwiste korale. 

Gdy na nie patrzyłam, przychodziło mi na myśl , że są tak piękne jak prawdziwe  artystki-  a może tylko śliczne młode Cyganki .

Ich wielka radość życia i witalność świadczyła, że były dorodnymi owocami  miłości swoich rodziców.  

Na medycznej ścieżce. Razem na tej ścieżce….

 

My w 1968 roku. Zdjęcie wykonane przez mojego Tatę- Wacława Łukaszewicza.

 

 

Jak już pisałam wcześniej od 1968 roku na mojej medycznej ścieżce pojawił się mężczyzna. I od tej pory stale Go tam spotykałam (*-*). Dzielił ze mną wszystkie, no nieomal wszystkie, trudy medycznego zawodu.

Ten mężczyzna to Mirek Konopielko który został moim mężem 1 czerwca 1968 roku, czyli wtedy, gdy byłam w połowie studiów medycznych.

Data ta była znamienna, bo oznaczała równocześnie Dzień Dziecka. Co nomen omen stało się prorocze, gdyż stworzyliśmy rodzinkę z czwórką dzieci.

Mirek dzielnie znosił moje wieczne uzupełnianie edukacji, nieobecności w domu w czasie gdy pełniłam dyżury i w ogóle tolerował to, że chcę pracować zawodowo i to z wielkim zaangażowaniem sił.

 Był tylko jeden warunek dla trwania w tej tolerancji, niepisany zresztą i nie omawiany nigdy. Musiałam funkcjonować w domu , gdy już w nim byłam, tak-  by wszystko grało. Mirek nie znosił obecności obcych ludzi w domu, więc nie zgadzał się na osoby, które mogłyby pomóc w pracach domowych. Nie lubił  stołowania  się poza domem i w tym temacie też nie ulegał moim wielokrotnym sugestiom.

A wobec tego po powrocie z pracy stawałam się samodzielną gospodynią domową na pełnym etacie. Wszyscy się domyślają, co oznacza termin samodzielna:-).

Śladami mojego Taty. Mój Tato i koleje żelazne…

 

 

 

 

Mój Tato, jeszcze we wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych i mostach. Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W jego rodzinnym miasteczku nie było kolei, należało dojechać 12 km, by znaleźć się na dworcu. Ale gdy był małym chłopcem już pierwszy raz jechał pociągiem. Zapamiętał tę podróż. Często opowiadał  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu . Bestia ta miała koła wyższe od małego chłopca, poruszały się przy udziale poprzecznych metalowych nibyłap. Przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, który od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach. Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno. W tym momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę.

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt jego zaślubin z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej miłością pierwszą- taką z trwającym zachwytem do ostatnich swoich dni.

Ta miłość była tak silna,  że wbudował ją sobie w genotyp, przekazując mi tę fascynację, która trwa we mnie od wczesnego dzieciństwa do dziś. A przecież lat mam niemało a i koleje wyglądają teraz już inaczej. A moja fascynacja  i zachwyt drogami żelaznymi nie umiera(*-*)

Opowieści mojej Mamy. Narodziny mojej Mamy.

 

Deszczowa Godziszka

 

 

Niebawem  okazuje się  , że Marianna jest w ciąży.

Może nawet Michał się cieszy, że dziewczyna jest płodna. Na pewno spodziewa się , że urodzi mu upragnionego syna. Ciąża mija dość spokojnie. Czas płynie na oczekiwaniu. Marianna wraca myślami do swojego Boga , pokornie błaga o syna.

Jej przybrane córki  patrzą ze swojego kąta i pewnie proszą swojego Boga o kolejną siostrę. Urodzenie brata , dziedzica ziem , nieomal następcy tronu, oznaczałoby odsunięcie dziewczyn na drugi plan.

 

Któregoś dnia zaczyna się poród. Pierwsze dziecko rodzi się długo. Już mijają kolejne wschody słońca nad Babią Górą i krwiste zmierzchy nad Skalitem. Wreszcie słychać krzyk noworodka. Kobiety, które pomagają rodzącej oznajmiają ojcu, że dziecko jest dorodne i zdrowe. Nie jest tym zainteresowany, czeka tylko na informację, czy doczekał się syna.

Pokazują mu niemowlę. Wstrzymuje oddech i patrzy. Patrzy długo , aż odrywa zimny , zły  wzrok i mówi lodowatym głosem. Mam kolejną córkę….

To dziecko urodzone 14. kwietnia 1907 roku otrzymuje imię Stefania.

 Pierwsze dziecko Marianny jest moją przyszłą  Matką….

 

 

Na medycznej ścieżce. Ślub Helenki i zabawne wydarzenie z Mirkiem w roli głównej.

Ze ślubem Heleny i Wojtka wiąże się trochę zabawne wydarzenie,  z Mirkiem w roli głównej. A było tak.

Zaproszono nas na ich ślub przed południem cywilny a po południu kościelny. Poranny ślub odbył się w odpowiednio poważnych nastrojach . Po ceremonii  w Pałacu Ślubów, który wówczas mieścił się na Placu Zamkowym, wszyscy grzecznie poszli do domów. My wróciliśmy do naszej kawalerki, gdzie czekała kilkumiesięczna nasza córeczka Justynka. Mirek wpadł w dobry zabawowy nastrój. Pracując w ciągu tygodnia zwykle do późnych godzin, na zabawy z dzieckiem miał niewiele czasu. Tak więc teraz wykorzystał wolne chwile i rozpoczął igraszki na dywanie.  Dziecko raczkowało, a Mirek ganiał za nią na czworakach. W pewnej chwili wpadł na oryginalny pomysł. Przyłożył sobie do czoła zabawkę, która była kulą z paciorkami w środku i miała długą nóżką zakończoną przyssawką. I właśnie tę przyssawkę przyłożył sobie do czoła, a ona łapczywie wessała się w podłoże. Mirek bojowo potrząsał głową, w zabawka huśtała się na jego czole, grzechocząc przeraźliwie  powodując wielką radość Justunki. Ogólnie nastrój był radosny. Przypomnieć muszę ,że wszystko się działo na naszych 28 metrach kawalerki, gdzie jeszcze mieszkała z nami opiekunka Justunki- ciocia Wiera Leoszko.  W tym galimatiasie, zwykle zasiadałam w obecnie kultowym fotelu o kształcie muszli, odwracałam fotel tyłem do pokoju, mając przed oczami jedynie ścianę i oczywiście podręcznik. Ponieważ w takich warunkach świetnie mi się uczyło, zwłaszcza, że Mirek uwielbiał dodatkowo włączać radio . Rzadko tylko uczyłam się w wc, siedząc wygodnie na desce klozetowej, czując pod plecami rurę kanalizacyjną i opierając się o brzeg wysokiej krótkiej wanny zakuwałam do kolejnych egzaminów.

Ale jak zwykle wpisuję dygresje, które same się cisną pod klawiaturę. Proszę o wybaczenieJ

Wracam zatem do owego sobotniego popołudnia, kiedy to mieliśmy się zjawić na ślubie kościelnym  Heleny i Wojtka.  Gdy nadeszła pora, by się przygotować do uroczystości, Mirek przerwał wesołą zabawę z pierworodną. I wówczas odkleił z czoła przytwierdzoną tam wcześniej zabawkę. Z sykiem mlaskaniem i pewnym trudem owa przyssawka się odkleiła czyli odessała  od jego czoła. I wówczas wszyscy zobaczyliśmy to, co się pokazało.

A pokazała się pięknie centralnie położona na czole Mirka wielka okrągła krwistoczerwona plama o bardzo regularnych kształtach. Próbowaliśmy ten krwiak posypywać jakimś pudrem, ale na nic się to nie zdało. Ja w takiej sytuacji chciałabym się zapaść pod ziemię, i w żadnym razie nie poszłabym „do ludzi”. Ale Mirek, który miał zawsze wielkie poczucie humoru, dystans do siebie i całkowity brak wstydu, lęku przed śmiesznością. jednym słowem  był i jest facetem całkowicie pozbawionym kompleksów, wystroił się w najlepszy garnitur, starannie dobrał krawat i po chwili był gotów do wyjścia. Patrzyłam na niego z obawą i niejakim wstydem. Ale jeśli on nie miał wątpliwości, to powiedziałam sobie; a niech tam….i poszliśmy, tzn pojechaliśmy autobusem 122. Weszliśmy do przedsionka kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży jak zwykle, z niewielkim opóźnieniem. Miałam nadzieję, że staniemy gdzieś z tyłu , a wszyscy będą zainteresowani jedynie młodą parą i nam się upiecze.

Jednak było inaczej. Otwieramy wielkie skrzypiące kościelne wrota i nagle widzimy skłębiony w kruchcie tłum. Słysząc hałas otwieranych drzwi, wszyscy jak jeden mąż, odwracają głowy w naszą stronę i  wtedy ktoś wybucha śmiechem. Powoli dołączają inni. Gęsta ponura atmosfera w tej kruchcie pęka jak świeży lód na rzece, jest wesoło, radośnie i czuje się jak zaczyna panować  wszechogarniający luz.

A jak bardzo był ten luz potrzebny to osobna historia.  Otóż okazało się, że organista się zapił i nie dotarł o określonej porze do kościoła. Wobec tego ceremonia nie mogła się zacząć. Panowała konsternacja, ktoś pognał szukać innego organisty, ksiądz się pocił w swoich szatach w zakrystii, para młoda tężała w kruchcie, goście coraz bardziej stłoczeni w przedsionku czuli się niepewnie i odczuwali niejaki dyskomfort. A wejść do kościoła przed parą młodą się nie godziło. Nasze przybycie i oczywiście niezwykła ozdoba czoła Mirka spowodowało ogólne rozluźnienie atmosfery. Wspominamy to wydarzenie nieomal przy każdej okazji, zaśmiewając się radośnie.

Oj nie ma to jak facet, który zupełnie się nie liczy i nie peszy tym co ludzie powiedzą. Tak ma przez całe życie. Podziwiam , to jest bardzo fajna cecha…

 

Śladami mojego Taty. Matka Boska Ostrobramska…

 

Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej teraz. Zdjęcie z Wikipedii

 

 

Wizerunek Madonny Miłosierdzia został namalowany na deskach dębowych techniką temperową . Obraz ma wymiary 200×160 cm. Został umieszczony na zewnętrznej ścianie bramy i jest oświetlany przez światło padające z położonego naprzeciw dużego okna  z którego widać wileńską starówkę.

Autor obrazu jest nieznany. Niektórzy autorstwo przypisują Łukaszowi, artyście krakowskiemu, który namalował podobny obraz w 1624 roku dla Kościoła Bożego Ciała w Krakowie. Wg legendy Matka Boska ma rysy Barbary Radziwiłłówny.

Wg prof. Marii Kałamajskiej- Saeed oba obrazy są wzorowane na innym, autorstwa flamandzkiego malarza Martina de Vosa, namalowanego ok. 1580 roku w dwóch wersjach graficznych, różniących się układem rąk. Pierwsza z wersji, przeniesiona potem do obrazu wileńskiego przedstawia Matkę Boską ze skrzyżowanymi na piersi dłońmi a na drugim jej dłonie są złożone w geście modlitewnym. Oba obrazy rytował Hieronim Wierix.

Obecnie postać Maryi zakrywa błyszcząca złotem sukienka. Widoczna jest tylko wyrazista twarz i skrzyżowane na piersiach dłonie.

Pod metalową sukienką Ostrobramska Pani ubrana jest w czerwoną tunikę z podwiniętymi rękawami. Szyja okryta jest szalem, a głowa białą chustą. Całą postać okrywa zielonkawo-błękitny płaszcz zarzucony na głowę i ramiona. Tło obrazu ma odcień brązu.

Obraz został wystawiony w XVII wieku  na Ostrej Bramie.

Szczególny kult wizerunku rozpoczął się  w 1655 roku, kiedy Moskale dokonali najazdu na Wilno.

W 1671 roku, przy bramie zbudowano drewnianą kapliczkę, która spłonęła w 1711 roku. Ocalał wówczas jedynie cudowny obraz. Podobno w ostatniej chwili wyniósł go młody zakonnik, narażając swoje życie. Wyszedł jednak z ciężkich poparzeń, co również traktowano jako cud. Wówczas też Wizerunek Matki Miłosiernej został  zasłonięty srebrną, złoconą sukienką.

Po roku w tym samym miejscu wybudowano kaplicę murowaną. Umieszczono w niej ten sam obraz Madonny .

W 1794 roku przy Ostrej Bramie miało miejsce starcie oddziału wojsk rosyjskich szturmujących Wilno z obrońcami miasta, powstańcami Jasińskiego. Podczas tych działań, zarówno kaplica i jak i obraz uległy  uszkodzeniom, które naprawiono w tym samym roku.

W okresie zaborów a szczególnie w czasie powstania styczniowego w Ostrej Bramie miały miejsce patriotyczne manifestacje. Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej był elementem całego  ruchu niepodległościowego wymierzonego przeciwko władzom rosyjskim. Gdy doszło do  stłumieniu Powstania Styczniowego, obawiano się, że Rosjanie nie zaakceptują polskiego napisu pod obrazem. Brzmiał on tak  : „Matko Miłosierdzia pod Twoją obronę uciekamy się „  . I wówczas ktoś wpadł na pomysł by zmienić ten polski napis na  łaciński:

” MATER MISERICORDIAE , SUB TUUM PRAESIDIUM CONFUGIMUS”

Kult Maryi Ostrobramskiej został  trwale uwieczniony w literaturze pięknej. Adam Mickiewicz w inwokacji do swojego poematu „ Pan Tadeusz” zwraca się z prośbą do Matki Boskiej Ostrobramskiej o łaskę powrotu emigrantów do Polski.

W roku 1849 obraz otrzymał wotum, które stało się charakterystyczną ozdobą , akcentem zamykającym całość kompozycji. Jest to odwrócony sierp półksiężyca z wygrawerowanym napisem : „ Dzięki Tobie Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J. 1849 roku.         Ponadto na głowie  Pani Ostrobramskiej założono dwie korony ze złoconego srebra. Jedna została założona w okresie baroku i oznacza koronę Królowej Niebios, a druga rokokowa jest koroną Królowej Polski. Korony te zamieniono na złote w 1927 roku, kiedy to metropolita warszawski Aleksander Kakowski dokonał koronacji Madonny. W tej uroczystości uczestniczył Józef Piłsudski. Korony zostały ufundowane ze składek społecznych . Niestety oryginalne korony zaginęły w czasie II wojny światowej.

Wokół obrazu znajdują się liczne wota, m.in. tabliczka ofiarowana przez Piłsudskiego z tekstem : ” Dzięki Ci Matko za Wilno”

W 1993 roku odwiedził Wilno i był w Ostrej Bramie Jan Paweł II.

I tyle na temat Ostrej Bramy.

Przed wielu laty byliśmy w  Druskiennikach z zamiarem odwiedzenia Wilna. Odwiedziliśmy Matkę Boską. I tak jak kiedyś moi pradziadowie- Michalina i Bolek Rodziewiczowie , a po latach nasi  Rodzice,  w tłumie pielgrzymów wchodziliśmy po stromych schodach ze stopniami wyżłobionymi stopami wiernych. Niektórzy wchodzili tam na kolanach. I jak od wieków wszyscy nieśli  swoje ludzkie prośby.

Matka Boska była piękna, złotem lśniła i słońce igrało w witrażach.

Wpatrywaliśmy się w Jej oczy.

Patrzyła w dal – co widziała i co słyszała- nigdy się nie dowiemy.

Ale przynosiła nadzieję….

wiadomości z Wikipedii

Beskidzkie spotkanie z salamandrą plamistą.

 

Moja rozmówczyni na beskidzkiej drodze ku przełęczy Siodło wiodącej z Godziszki do Szczyrku

 

 

Nie lubię, jak mnie nazywają płazem ogoniastym. Wolę być salamandrą ale najbardziej jaszczurem ognistym lub jak mówili Persowie” żyjącą w ogniu” – powiedziała.

  Zwykła urządzać nocne imprezy ale tym razem wyszła na spacer w dzień. Może wiedziała, że się spotkamy…

Przypominała gumową zabawkę z mojego mglistego już dzieciństwa. Lśniła asfaltową czernią ozdobioną jaskrawożółtymi plamami na grzbiecie.

Gdy mnie zobaczyła, zachowała się jak zwykle. Nie uciekała. Znieruchomiała. Usiłowała  wtopić się w tło. Oczywiście na szarej drodze wiejskiej było to zupełnie niemożliwe. Zrobiłam zdjęcie.

Czułam się dziwnie, bo stale czułam jej wzrok.  Może usiłowała  mnie zahipnotyzować? Chyba jej się to udało, bo zaczęłam z nią rozmawiać…

– Jestem samotnym drapieżnikiem – powiedziała. – Wiem, że jestem piękna i niepowtarzalna. Na całym świecie żadna z nas nie ma takiego samego układu żółtych lub pomarańczowych plam. Mam rodzinę w różnych krajach Europy. Uwielbiamy Hiszpanię , Francję, Szwajcarię. W Polsce mieszkamy jedynie w niskich partiach nieomal wszystkich gór. Bardzo lubimy wilgotne lasy bukowe.

Nie lubimy podróżować, więc nie zapuszczamy się w północne okolice kraju. Zapytałam dlaczego, ale odpowiedzi nie otrzymałam.

Ale za to kontynuowała opowieść.

– Opowiadali mi dziadkowie, że Persowie nazywali mnie „ Żyjąca w ogniu”. Takie nazwy mi się podobają , podobnie jak nazwa jaszczur ognisty… Kiedyś polubiłam pewne miejsce pod Tatrami, w sąsiedztwie ciepłych źródeł. Miejscowi nazwali to miejsce Jaszczurówką. Jestem z tego dumna.

 W pewnej chwili ziewnęła szeroko i zobaczyłam  dwa rzędy drobnych zębów oraz zęby na środku podniebienia.

Przeciągnęła się. – Niedawno zbudziłam się z zimowego, dość długiego snu – oznajmiła.

– Jestem dość leniwa, nie poluję na ruchliwe owady, zadawalam się nagimi ślimakami.

Teraz dla ochłody zanurzę w wodzie strumyka  moje czteropalczaste przednie i pięciopalczaste tylne nogi. Nie umiem pływać, więc wybiorę jakieś płytkie miejsce na płaskich kamieniach…

 Chciałam się pożegnać. Wyciągnęłam dłoń. – Uważaj – powiedziała. – Moje gruczoły produkują jad. Dla ludzi nie jest groźny, ale może podrażnić skórę lub oko.

Mój jad podobno przyjemnie pachnie – rozmarzyła się. – Pachnie waniliowym ciastkiem. Moje toksyny mogą też pomagać w medytacji, ułatwiają wchodzenie w trans oraz powodują halucynacje.

 

Nie dotknęłam tej pięknej gumowej nibyzabawki, zjawiskowo kuszącej  asfaltową czernią i   żółtymi jaskrawymi plamami .

A może dotknęłam. Kto to wie? 

 

 

 

Opowieści mojej Mamy. Zawiść Teresy nie ma granic.

 

 

Pedantyczna Teresa dostrzega wszelkie, nawet najdrobniejsze, wady macochy, właściwie jej równolatki. Jest zazdrosna o serce ojca.

Gdy ten wraca z pola i zmęczony próbuje odpocząć, Teresa wyprawia rodzeństwo do łóżka. Przepędza z izby macochę – Mariannę, a gdy ta potulnie odchodzi , sączy w ucho ojca wszystkie wydarzenia całego dnia. Codziennie opowiada mu historie o niezaradności macochy.

Ojciec jej wierzy, może został w nim dawny sentyment do pierwszej zmarłej żony, który przelał na swoje córki z tego małżeństwa.  Albo jest tak sugestywna w swoich opowieściach, że w Michale narasta agresja do nowej żony.

A ona płacze w sąsiedniej izbie . I nikt tego nie widzi i nie słyszy .  

Dygocze pod pierzyną bo już wie. Wie, że niebawem nadejdzie zły i gwałtowny. Poznała smak gorzkiej miłości swojego męża.

Kto wpadł na pomysł, by to conocne  zniewalanie  , gniewne, milczące  dalekie i obce nazwać miłością. Dlaczego zły los się nią tak okrutnie zabawił . A ona czuje tylko ból.

Wszechogarniający ból ciała i serca i duszy.