Śladami Mojego Taty. Staśka Rodziewicz i Tomasz Łukaszewicz mają się ku sobie.

 Jest rok 1894 .

Staśka ma już 2o lat, więc jest panną na wydaniu. Poważny i odpowiedzialny Tomasz Łukaszewicz jest dobrą partią dla dziewczyny, mimo, że pochodzi tylko z  zaściankowej szlachty. Nawet ich herb rodzinny Łuk , jest taki sam jak Rodziewiczów, ale gdzież im do wysoko ustawionej w hierarchii rodziny Rodziewiczów. Rodzina Staśki to dworzanie, ich przodkowie służyli we dworze królewskim. Ale teraz o tym nikt nie myśli, chociaż w duchu Michalina marzyła pewnie o zięciu z jeszcze wyższych sfer. Może nie marzyła, nie wiem. Ale ten temat chyba się przewija w ich domu, bo nawet dużo później moja Mama usłyszała o tej dysproporcji pochodzenia, nawet się mówiło, że Staśka popełniła mezalians. Odnoszę wrażenie, że jednak Rodziewiczowie byli trochę zarozumiali, a Tomasz , który był wrażliwym człowiekiem mógł czasami to dotkliwie odczuwać . W tej opowieści mojej Mamy o moich dziadkach a jej teściach czułam cień goryczy. Może była specjalnie wyczulona na tematy pochodzenia , gdyż sama wywodziła się z prostej  góralskiej rodziny chłopskiej.

Jednak póki co, młodzi byli zakochani w sobie, Tomasz był lubiany przez przyszłych teściów i poważany za sumienność w prowadzeniu wytwórni serów swojego ojca i rozprowadzaniu ich po okolicy bliższej i dalszej. Praca organiczna była doceniania przez społeczeństwo, które po okresie romantycznych wzlotów , nieudanych powstań- kościuszkowskiego, listopadowego i styczniowego musiało się pogodzić z faktem, że Polska pozostała zniewolona i skupiło się na pracy u podstaw.

 

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

 

 

Taką ją zapamiętałam. Marta Argerich – zdjęcie z 1962 roku ( z Wikipedii )

 

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 

Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .

I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.

By ją lepiej poznać, zajrzałam do Wikipedii. I oto co tam przeczytałam.

 

Marta Argeritch jest pianistką argentyńską. Urodziła się 5 czerwca 1941 roku w Buenos Aires.

Pierwsze koncerty dawała już w 8 roku życia.

Nie wyobrażam sobie, jak małe dziecięce dłonie opanowały klawiaturę. Przecież wówczas grała cały I Koncert fortepianowy C- dur op.15 Ludwiga van Beethovena.!

Gdy miała 9 lat wykonywała XX Koncert fortepianowy d-mol Wolfganga Amadeusza Mozarta oraz Suity francuskie Jana Sebastiana Bacha.

W 1955 roku przeniosła się do Europy. Odbywała studia w Wiedniu, Genewie. Międzynarodową karierę rozpoczęła na konkursach fortepianowych w Bolzano, w Genewie.

Potem przez kolejne cztery lata nie koncertowała, lecz szkoliła się pod kierunkiem Stefana Askenazego.

 W 1965 roku wygrała VII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz zdobyła nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków Chopina.

Właśnie wtedy byliśmy z kolegami na jej koncercie. Otoczona glorią wydawała się boginią, która zstąpiła do nas z nieba.  Z Kajtkiem – kolegą z roku, o którym wspominałam, wbiegaliśmy za kulisy a ona  łaskawie składała swój podpis – autograf  na programie.

W 1966 roku wydała pierwszą płytę z nagraniami utworów Chopina, Brahmsa, Ravela, Prokofiewa i Liszta po debiucie w Stanach Zjednoczonych w nowojorskim Lincoln Center. 

W 1980 roku słynny był skandal , który wywołała opuszczając jury X Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina na znak protestu, gdy wyeliminowano Ivo Pogorelica z półfinałów konkursu.

 

W tym czasie zdążyła trzykrotnie wyjść za mąż. Dwaj pierwsi są kompozytorami i dyrygentami, a ostatni pianistą . Posiada dwie córki z różnych małżeństw….

 

Zamykam komputer, ale pod powiekami mam tę niezwykłą kobietę naszych czasów….i słyszę muzykę

 

Śladami mojego Taty. Jeszcze powrót do Rakowa….

Śladami mojego Taty. Święta.

I wracamy do Rakowa, rodzinnego gniazda mojego Taty na dalekich kresach. Cofamy się w czasie.

Jest koniec XIX wieku. Staśka, moja przyszła babcia, urodzona w roku 1874, ma już kilkanaście lat i bardzo pomaga swojej matce, Michalinie, w obowiązkach domowych. Bo dzieci przybyło. Już jest na świecie Walerka, Mania, Aleksandra i Edward.

O dalszych dziejach rodzeństwa mojej babci pisałam niedawno.

 

Codzienne życie Michaliny, Bolka i ich dzieci jest  ciekawe. Bo czas jest zorganizowany i wypełniony po brzegi zajęciami.

Wczesnym świtem rozpoczynają się  zabiegi higieniczne. Najstarsza, Staśka ( moja przyszła babcia) zagania rodzeństwo, jeszcze niewielkie dzieciaki na podwórko, pod studnię. Tam ustawiają się grzecznie w kolejce według wieku, nie protestują, bo trochę się boją swojej siostry.

Ale po przełamaniu porannej niechęci, wkrótce już pluskają się z radością w metalowej wanience, do której Staśka stale dolewa świeżej wody. Te nawyki wcześnie ukształtowane, pozostały w nich do późnej starości. Mój Tato, jak tylko sięgam pamięcią był zawsze bardzo zadbany, świeżo pachnący i dbał o porządek wokół siebie. Niestety nawyku utrzymywania porządku nie odziedziczyłam po nim w pełni – a szkoda:)

Potem każde z dzieci otrzymywało przydział grządki do wypielenia, nawet te najmłodsze pod wodzą najstarszej siostry uczyły się odróżniać maleńkie listki warzyw i kwiatów od pospolitych chwastów.

Ale chętnie wykonywały swoje prace, bo potem mogły brać udział w zajęciach, które uwielbiały.

Zajęcia które prowadziła Michalina, to była prawdziwa szkoła i przedszkole.

Wkrótce stryszek wypełniał się rakowskimi dziećmi w różnym wieku i tam uczyły się pierwszych liter, malowania, lepienia z gliny, szycia i wymyślały bajki.

Ich rodzice mogli  spokojnie odbywać swoje prace gospodarskie, rzemieślnicze  i różne inne. Rosły kolejne pokolenia dzieci, którymi najpiękniej jak potrafiła, zajmowała się Michalina. Powoli obowiązki te przejmowały jej córki.

Dzieciaki rakowskie pięknie śpiewały, więc mój pradziadek – Bolek Rodziewicz, który był nadal organistą w miejscowym kościele przywoził im śpiewniki. Nawet miały śpiewnik domowy Moniuszki. I poza zajęciami plastycznymi, Michalina zabierała je na dół swojego domu, do salonu, gdzie gromadziły się wokół fortepianu, Michalina grała, a one śpiewały z radością i zapałem.

Takie to były niezapomniane chwile w domu moich pradziadków na dalekich kresach …

Na medycznej ścieżce. Muzyka i Kajtek.

A miało być o muzyce…

Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.

I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna,  może tylko trochę inaczej…

Po koncertach Kajtek  zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.

Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem  wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…

Śladami mojego Taty. Stare zdjęcia…

 

Dziadek Tomasz Łukaszewicz. Kuzyni: Po lewej Tadeusz Rutkowski ( syn Antoniny-siostry mojego Taty- Wacława ) , po prawej Jania ( córka Witolda- brata Taty)- o jej losach na zesłaniu pisałam niedawno.

 

 

Jania z mężem Włodkiem Piwowarczykiem i córką Ewą. (ok. 1980 roku)

 

 

Mój kuzyn – Witek z żoną Kazią i córeczką Małgosią- moją chrześniaczką – obecnie lekarzem w Sydney. Ok. 1980 roku

 

Na medycznej ścieżce. Malowane pończochy.

Gdy piszę te słowa o moich ” paradnych „ kreacjach w 1965 roku, to jednak nagle przypominam sobie, że nie zawsze tak było. Nie zawsze było byle jak, zgrzebnie i bez fantazji.

Otóż miałyśmy z Moniką jako chyba nieliczne w Poznaniu studentki, niezwykłe pończochy.

To Monika a może jej starsza siostra – Baśka, studentka 3 roku AM, kiedyś wymyśliła, by tzw. patentki najzwyczajniej w świecie pomalować. Były one z natury bawełniane, zwykle miały cudaczny szew, skręcający się na łydce i „znakomity”, zawsze ten sam beżowobury kolor.

Ale od czego była fantazja i sklepy z farbami. Odkryłyśmy tam cudny świat. Kupiłyśmy farby różnego koloru i zapaćkałyśmy całą łazienkę w domu Moniki.

Dobrze, że jej mama, chodząca łagodność nawet tego nie komentowała.

Jednak poza zapaćkaną łazienką, nasze zwykłe pończochy przeistoczyły się w inne, bajkowe zjawiskowe wytworne .

Moje miały łagodnie spływające w dół pasy, rozmazujące się nieco, ale o nieprawdopodobnych kolorach. Były na nich wszystkie kolory ziemi. Od ciemnego brązu, poprzez odcienie rudości i cudną zgniławą zieleń.

Monika wybierała ostre barwy jak czerwień, żółć i granat które układała pędzlem  w geometryczne wzory .

Okazało się, że po wyschnięciu całość naprawdę była piękna.

Paradowałyśmy po Poznaniu z dumą , a nawet zaczepiały nas jakieś dziewczyny z uniwersytetu, które były wyroczniami mody studenckiej, z pytaniem, skąd pochodzi nasza zdobycz.

Już wtedy niektórzy wyjeżdżali za granicę, skąd przywozili piękne ciuchy, ale takich pończoch nigdzie nie widziały…

Śladami mojego Taty. Bardzo stare pocztówki.

Jaką drogę przebyła ta pocztówka, by się znaleźć w moich dłoniach?

 

Oglądam te stare pocztówki, ogrzewam w dłoniach. Ale ich nie trzeba ogrzewać, bo promieniują własnym stuletnim ciepłem. Napisał je własnoręcznie Witold, brat mojego Taty, ojciec Witolda urodzonego już po śmierci ojca na Kazachstanie do swojej babci, a naszej prababci Michaliny Rodziewicz z domu Dowhopouł. O tej babci i Bolku Rodziewiczu napisałam już wiele.

Teraz mam dowód, że była, z krwi i kości, najprawdziwszą na świecie babcią, ukochaną przez najstarszego wnuka – syna Staśki – Witolda. Ile tam czułości można wyczytać – czułości w kilku zaledwie słowach…

 

Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.

Śladami mojego Taty. Decyzja Kazi…

Gdy do Witka dotarło, że żona i córki już nie wrócą, przeżył swój wielki dramat. Jak wielki, to tylko on sam wie.

Byliśmy przerażeni i bezgranicznie oburzeni takim postępkiem Kazi. Co nią kierowało? Czy nienawiść do Witka, czy ślepa miłość do żonatego kolegi? Obie rodziny się przyjaźniły, bywali u siebie na przyjęciach. W tej rodzinie było trzech synów. Teraz Kazia wybrała się córkami a on z dwoma synami na wycieczkę do Austrii. W Zielonej Górze został samotny Witold i żona przyjaciela z trzecim synem.

Gdy chłopcy dowiedzieli się w Austrii o decyzji ojca wyjazdu na stałe do Australii , jeden z synów postanowił wrócić do matki. I podobno przepłakał całą drogę powrotną, jechał sam ich fiatem, a miał zaledwie 17 lat. Jak można było zgotować dzieciom taki los. Trudno zrozumieć decyzję tych dorosłych przecież ludzi.

Po latach już dorosłe córki nawiązały kontakt z Witkiem.Okazało się, że matka nie dawała im listów od ojca, więc myślały, że o nich zapomniał. A on pisał, dużo i często i tkliwie i wysyłał do nich listy. Dopiero niedawno te listy dziewczyny odzyskały. Matka jednak je przechowywała i tłumaczyła decyzję ukrywania ich przed córkami dbałością o to, by nie zaburzać córkom spokoju w okresie gdy dorastały.

Obie ukończyły studia w Sydney. Małgosia jest lekarzem, a Joasia uznanym tam architektem. Mają swoje rodziny. Odwiedzają ojca, nawet chciały, by pozostał z nimi w Australii. Ale nie potrafił się wpisać w tamtejszy pejzaż. Pozostał w Zielonej Górze, otoczony dawnymi znajomymi – przeważnie kolegami żony, lekarzami, którzy go nie opuścili i pomagają w potrzebie. Poza tym w Zielonej Górze jest Włodek Piwowarczyk, z żoną Janią, siostrą Witka, o któej już pisałam. Mieszkają wspólnie z synem i jego rodziną w pięknym domku. Niedawno ich odwiedzaliśmy, jest u nich przyjemnie i czuje się , że tworzą  bardzo ładną rodzinę. We Włocławku mieszka Basia, która jak tylko może pomieszkuje w Zielonej Górze, opiekując się Witkiem. Basia jest wierną towarzyszka ostatnich dziesięcioleci Witka. Niestety nie mógł się z nią ożenić, gdyż Kazia nie wyraziła zgody na rozwód kościelny. A dla Basi tylko taki się liczył.

Jakże trudno zrozumieć ludzkie zachowania…

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. Ale nie  należał do naszej grupy. Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam.

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze żyje. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….