Śladami mojego Taty. Rok 1874 i Staśka

 

I tak w roku 1874 przyszła na świat moja Babcia- Stanisława, nazywana przez wszystkich Staśka. Jej rodzice, a moi pradziadkowie musieli być ludźmi wyluzowanymi i bezpretensjonalnymi, gdyż tak można odbierać używany przez nich  skrót imienia córki. Ich wyczekiwana pierworodna  była dla wszystkich po prostu Staśką .

Stanisława była bardzo ruchliwa, ale niska i drobna. Przenikliwe oczy wypatrzyły każdy drobiazg zagubiony w domu. Ojciec często zabierał ją na spacery, ale najchętniej sadzał na swoich kolanach i opowiadał o swoich rodzicach, jej dziadkach,  których nie miała szczęścia poznać, o wielkim  ciekawym świecie.

Gdy była starsza, ojciec opowiadał jej o Polsce. O tym , że może  być dumna, że jest Polką. I że ta Polska nie umarła, a tylko śpi. I niedługo już przyjdzie czarodziej, który ją odczaruje. Ale na razie nie można o tym opowiadać, bo gdy dowiedzą się źli ludzie ( w domyśle ruscy), to nie pozwolą na odczarowanie śpiącej Polski.

Stasia lubiła chodzić z ojcem do kościoła, gdzie  były interesujące organy i tato tak pięknie grał. Ale szybko się nudziła w tym miejscu, wolała biegać z koleżankami po sadzie i bawić się z ukochanymi psami.

 Niebawem jej mama, Michalina poczuła, że jest w kolejnej ciąży. Cieszyli się z Bolkiem, że rodzina się powiększa. I tak było za każdym razem, gdy rodziło się kolejne dziecko, wtedy było wielkie święto w domu.

Na medycznej ścieżce. Koleżanki z czasów poznańskich.

Przez wiele lat nie wracałam myślami do czasów poznańskich. Przeszłość stała się  zamkniętą kartą a moja  księga życia stale była otwierana  na kolejnych , niezapisanych jeszcze stronach .

Teraz, gdy mam 65 lat, jestem na emeryturze i tylko trochę pracuję,  nadszedł czas powrotów.

I oto jestem tam, w Poznaniu. Młoda, z zapałem w sercu, radosna i przejęta studiami. Siedzimy wokół stołu sekcyjnego , zamknięci w Sali w Collegium Anatomicum,  drżąc ze strachu i dzielnie stawiając czoła emocjom, tak trudnym do udźwignięcia w naszym młodym wieku. Zakuwanie, odpytywanie, system ocen, zajęcia sekcyjne to była nasza codzienność w niezapomnianym 1965/1966 roku.

Widzę nas wszystkich, dokładnie pamiętam miejsca, które każdy zajmował   przy wspólnym stole służącym do rozkładania książek tj podręczników anatomii pod red Bochenka, popularnie zwanych bochenkami, bardzo przydatnymi skrótami anatomii pod red Krechowieckiego i ogromnymi atlasami anatomicznymi. Na szczęście były wówczas ładne, dobrze opracowane i co najważniejsze, niedrogie atlasy rosyjskie pod red Sinielnikowa.

   Naprzeciwko mnie siedziała drobniutka blondynka o różowej cerze, która ze strachu tak ładnie oblewała się krwistym rumieńcem i trzepotała rzęsami. Nazywała się wtedy Krysia Graduszewska . Spotkałam ją po wielu latach, gdy już pracowałam w CZD. Niewiele się zmieniła, mimo, że już miała duże dzieci. Była  uznanym w Bydgoszczy kardiologiem dziecięcym i w czasach, gdy ECHO serca było wykonywane przez pionierów, ona prowadziła taką pracownię. Do CZD przybyła na kurs kardiologiczny. Wyściskałyśmy się radośnie, ale potem każdy wrócił do swojego poprzedniego życia i już więcej się nie spotkałyśmy.

    Niedaleko Krysi siedziała Alicja. Wydawało się, że jest twardą, spokojną, pewną siebie dziewczyną, uczyła się pilnie. Chyba nie udało się jej zaliczyć pierwszego roku studiów, co wiązało się z koniecznością opuszczenia uczelni. Jak potoczyły się jej losy, nie wiem.  

   O Monice Brzezickiej  pisałam już wcześniej. Była ładna, przystojna , mądra i zawsze pełna pomysłów . Jej trochę udziwniona osobowość  od początku mnie fascynowała i przyciągała, do tego stopnia, że wielokrotnie starałam się ją naśladować, dodając oczywiście swoje , wcale nie małe fanaberie. Spędziłyśmy razem wiele czasu i ten czas był niezwykły.  Nasze wspólne wyprawy nad morze nadal pachną słoną  bryzą, tak jak kiedyś….Straciłyśmy kontakt i myślę z żalem , że bezpowrotnie.

Z tamtych czasów pozostała mi tylko jedna koleżanka, nadzwyczajna postać  i  stale mi bliska . Ale ta znajomość zasługuje na odrębne wspomnienie.  To Małgosia Krajewska, obecnie Walasek. Profesor genetyki w Centrum Zdrowia Dziecka.

 

 

 

 

Śladami mojego Taty. Moja przyszła Babcia.

 

Michalina szybko wróciła do dawnej formy i niebawem krzątała się po pokojach podśpiewując pod nosem. Mała ssała jej pierś łapczywie i zapałem. Rosła jak na drożdżach, czyniąc postępy w rozwoju. A że była drobna i ruchliwa, niebawem rozpoczęła samodzielne zwiedzanie domu, zawzięcie raczkując .

Wiosną w Rakowskim kościele ksiądz Eustachy udzielił małej chrztu świętego i nadał jej imię już wcześniej wybrane przez rodziców. Odtąd nosiła imię Stanisława.

 I wtedy  wcale się nie spodziewała, że w przyszłości zostanie  matką mojego Taty, Wacława.

Bolek był najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, gdy patrzył na swoją piękną żonę i śliczną córeczkę.

Kiedyś , gdy wracali w rozmowach do tematu porodu, Michalina powiedziała, że nigdy za zapomni jak ważna  dla niej była wtedy  obecność męża .

To jeszcze bardziej ich związało ze sobą.

Byli jak jedno ciało i jedna dusza…..

Na medycznej ścieżce. Opuszczam Poznań. Dygresja o moim ” czasie”

Jak już pisałam wcześniej, po trzecim roku medycyny wyszłam za mąż.

Wiązało się to z koniecznością przeniesienia się do Warszawy.

 

Opuściłam Poznań bez żalu.

Miałam naturę człowieka, który nie ogląda się wstecz, nie wyobraża sobie co może go spotkać w przyszłości , tylko intensywnie żyje dniem codziennym .

Dopiero z upływem bardzo wielu lat , przyszedł okres w naszym życiu, że z dużym wyprzedzeniem planowaliśmy wspólne wyjazdy.

Nasze dzieci były już dorosłe, a  Mirek, mój mąż miał za sobą liczne przygody zdrowotne . Moi Rodzice , którzy wtedy jeszcze żyli, mieszkali w sąsiednim mieszkaniu wspólnego bloku w Warszawie przy ul. Broniewskiego 22 , jeszcze funkcjonowali wspierając się nawzajem.

Łapaliśmy więc oddech , ciesząc się wolnością i wówczas miłe było rozmyślanie o podróżach.

Lubiłam  przeglądać katalogi różnych biur podróży,  wybierać ciekawe miejsca, oceniać oferty i wcześnie rezerwować interesujące wyjazdy zagraniczne.

To było jakby zaklinanie  rzeczywistości, że nic się nie wydarzy w czasie oczekiwania . Ale oczywiście zawsze brałam pod uwagę możliwość konieczności rezygnacji.

Jeśli z jakiś powodów wyjazdy nie dochodziły do skutku, po wędrówce” katalogowej” i długim planowaniu czułam się tak, jakbym tam już była.

Tak więc w tym okresie praca i te podróże , czasem tylko wirtualne, pochłaniały mój czas. Istniała tylko teraźniejszość i przyszłość.

Przejście na emeryturę, a co za tym idzie,  poszerzenie  mojej „wolnej strefy czasowej” i co tu mówić, pewnie naturalna kolej rzeczy- starzenie się, spowodowało, że przyszły myśli o tym co było.

Dla swojego usprawiedliwienia, by nie szukać przyczyny w starzeniu się , znalazłam powód bezpośredni.

Otóż niewątpliwie moje pisanie w tym miejscu porusza pokłady wspomnień, do tej pory starannie przykryte grubą warstwą codzienności.

 

Śladami mojego Taty. Urodziny pierwszej córki- mojej przyszłej Babci.


Gdy nadszedł czas porodu, Bolek postanowił, że musi towarzyszyć  żonie w tak ważnym momencie. Miał wprawdzie wątpliwości, czy zniesie widok rodzącej kobiety, ale uczucie zwyciężyło. Oświadczył , że nie opuści pokoju rodzącej. Miasteczkowa położna popatrzyła na niego ze zdumieniem, ale nie protestowała.

Tak więc przyszły ojciec,  Bolek był przy Michalinie  przez cały czas porodu . A trwało to długo, wszak rodziło się ich pierwsze dziecko.

Troskliwie opiekował się rodzącą, trzymał za rękę, przytulał jej głowę, zwilżał usta, przemawiał łagodnie . Gdy nadchodziła kolejna  fala bólu ściskał jej dłonie, a ona z całej siły przywierała do jego ramienia. Czuła ciepło najbliższej osoby- męża, czerpała od niego energię . W kulminacyjnym momencie porodu starał się nie patrzeć na rozwarte uda żony, bał się omdlenia a może intuicyjnie nie chciał tego widzieć.

Gdy usłyszał krzyk noworodka oniemiał. To był pierwszy krzyk jego  dziecka. Ktoś powiedział- urodziła się śliczna zdrowa dziewczynka.

Wtedy nieomal oszalał z radości, ale gdy zerknął na unurzanego we krwi, pokrytego białą mazią noworodka  entuzjazm nieco opadł. .

Pewnie sobie wyobrażał dziewczynkę z kokardą we włosach a tutaj krzyczał miękki, bezradny  żwawy człowieczek z długą zwisającą pępowiną . Gdy dziecko na chwilę otworzyło wielkie granatowe oczy , wydało mu się, że popatrzyło na Bolka . To była jego córka. . …i wtedy przyszła ojcowska duma.

Na medycznej ścieżce. Szpitalna praktyka w Lidzbarku Warm.

 

Namówiłam Marylkę Durkiewicz, z którą mieszkałam w ciągu ostatniego roku w Poznaniu przy ul Sieradzkiej, na praktykę w Lidzbarku. Zalecono nam, by tym razem odbywała się ona w szpitalu powiatowym. Więc Lidzbark doskonale pasował, w dodatku miałam nadzieję, że moja Teściowa zgodzi się na zakwaterowanie Marylki w swoim domu. Byłam dziecięco naiwna i w ogóle sobie nie wyobrażałam, że może być inaczej. Gdy radośnie i beztrosko obwieściłam Teściowej , że przyjeżdżam z koleżanką, napotkałam na przysłowiową ścianę. Lodowatym tonem obwieszczono mi, że jest to niemożliwe, gdyż mieszkanie przy Mazurskiej jest za małe. Oczywiście , gdybym pomyślała rozsądnie, taki głupi pomysł nawet by mi nie przyszedł do głowy. Teściowie mieli dwa pokoje, ale wchodziło się najpierw do kuchni, potem do dużego saloniku i z niego do kolejnego pokoju . W takiej sytuacji Marylka zostawała na lodzie. Jednak Teściowa wyratowała mnie z kłopotu, gdyż załatwiła koleżance całkiem ładny pokoik na stryszku szpitalnym. Jednak od tej pory nasze kontakty z Marylką były już chłodnawe i potem się urwały.

Szpital w Lidzbarku Warmińskim był bardzo ładny. Budowla jeszcze poniemiecka, ale misterna, z wieżyczką i ładnym wnętrzem. Pierwsze wrażenie było przesympatyczne. Po nieprzytulnych klinikach , tutaj było kameralnie, czyściutko ,ładnie i przyjemnie pachniało.

Ja dostałam przydział na pracę w najpierw w oddziale chirurgii. Nie było to dla mnie szczególne przeżycie, bo miałam praktykę na chirurgii po pierwszym roku studiów. Tam widziałam bardzo dużo, przyjaźniłam się z pacjentami i tam zostawiłam moje serce.

Ale po tygodniu zostałam przeniesiona na oddział ginekologii i położnictwa. I tutaj nowe doznania, wrażeń moc. Ordynatorem był starszy wysoki przystojny i nobliwy lekarz- niestety nie zapamiętałam nazwiska. Emanował spokojem i powagą. Ale obok kręcił się śniady niewysoki, bystrooki młody doktor. On wprowadzał tam atmosferę ciepłą, a nawet zabarwioną pewnym seksualnym ożywieniem. Jego śmiejące się oczęta pewnie niejednej pacjentce mogły zawrócić w głowie, gdyby nie specyficzne okoliczności. Oddział pełen bidulek w białych koszulinach, które to koszuliny były zwykle rozpłatane od piersi do brzucha, ze zwisającymi smętnie tasiemkami, którymi usiłowano  sznurować owo rozpłatanie. Dziewczyny z wielkim brzuchami na patologii ciąży albo z niewiele mniejszymi, tuż po porodzie pewnie nie miały w głowie uwodzenia swojego doktora, ale kto ich tam wie.? Oczywiście trochę żartuję, ale faktycznie dr Zdzisław Ścisło, bo tak się nazywał ten młodziutki, ożywiał klimat tego oddziału.

Dni spędzałam na badaniu pacjentek, opisywaniu ich stanu w historiach chorób, ale przede wszystkim na sali porodowej.

I tutaj po raz pierwszy byłam świadkiem porodów. Razem z rodzącymi nabierałam powietrza i gdy one miały przeć, ja też parłam. Udzielał się ten nastrój walki o nowe życie. I wydawało się, że też w niej uczestniczę, a na pewno w ten sposób pomagam .

To wrażenie było silne, niezwykłe i właściwie brakuje słów dla określenia tego cudu, gdy w kroczu pojawiała się główka, a potem mały pędrak wydzierał się na stoliku do badań.

A potem wielka radość matki, gdy już po porodzie oddychała z ulgą i cieszyła się słysząc krzyk swojego dziecka.

Oczywiście wtedy rodzące miały nacinane krocza, więc długo trwało, gdy dr siedział pomiędzy nogami położnicy  i cerował to nieszczęsne krocze.

Mimo zachwytów nad cudem narodzin, nigdy nie miałam marzeń, by zostać położnikiem.

Popołudnia spędzałam u Teściów, których uwielbiałam długo przedtem , zanim poznałam swojego Męża. Ich domek był położony u podnóża cudnego parku nad przełomem rzeczki Symsarny. Wędrując zboczami wysokich wzgórz, po wygodnych ścieżkach, które jeszcze pozostawili Niemcy, wśród burzy zieleni, w dole widziałam połyskującą rzeczkę. I nasycałam wszystkie zmysły urokiem tego miejsca. Miejscami odsłaniał się widok na miasteczko leżące w dole, z nieproporcjonalnie wielkim zamkiem Biskupów Warmińskich i wielką wieżą kościoła. Miasteczko zatopione we wzgórzach i ogromnej zieleni. Przy tej zieleni, wzgórzach, zamku i kościele , domki mieszkańców wydawały się jak pudełeczka z czerwonymi dachami. Wracałam o zachodzie słońca.

Niezapomniane były te chwile .

W niedzielę przyjeżdżał Mirek i szaleńczo się robiło, mimo, że trochę marudził przy Mamusi- widocznie lubił, gdy ciepło się nim opiekowała. W ogóle miała w sobie ogrom ciepła, wystarczało dla wszystkich.

 

Śladami mojego Taty. Wspólne życie Michaliny i Bolka Rodziewiczów( moich pradziadków)

 

 

Rozpoczęło się codzienne życie, ich wymarzone wspólne życie.

Dość szybko okazało się, że dziewczyna jest świetną gospodynią, niezwykłą czułą żoną i właściwie ona przejęła stery w rodzinie.

Bolek z radością oddał palmę pierwszeństwa ukochanej żonie. Zarabiał dość dobrze, grając w kościele. Mieli ogród i niewielkie gospodarstwo, gdzie  wkrótce pasła się krowa oraz ulubiony koń, wykorzystywany jedynie do  ulubionych przejażdżek pani domu. Wszystko było tak, jak wymarzył Bolek. Michalina była wspaniałą żoną i czułą idealną kochanką. Pewnie była to duża zasługa księdza, który przedtem pouczył Bolka, jak należy postępować będąc u boku żony.

Bardzo się cieszyli, gdy Michalina poczuła pierwsze ruchy dziecka. Bolek z czułością dotykał jej brzucha, snuli marzenia o przyszłości dziecka. Samotny przez całe życie, tak bardzo pragnął mieć dużą szczęśliwą rodzinę.

Na medycznej ścieżce. O naszym ślubie.

 

W żoliborskim Urzędzie Stanu Cywilnego.Za nami od lewej: mój Tato, moja Mama i Teściowie. Za Teściową fragment głowy Grani.

 

Ten rozdział miał się znaleźć w planowanym opisie naszego wspólnego małżeńskiego życia, ale jest mi tak miły, że chcę się teraz podzielić swoimi wspomnieniami.

 

Różni chłopcy pojawiali się w moim życiu. Ale żaden nie budził mojego zainteresowania. Po prostu nie przychodziła miłość.

Aż nagle, w grudniu 1967 roku, mój świat zawirował.

Bo spotkałam Mężczyznę swojego życia. Kiedyś o tym opowiem, bo ta historia zasługuje na odrębny rozdział.

Zaplanowaliśmy termin ślubu, tym bardziej, że był już mężczyzną dojrzałym do małżeństwa. Ponieważ uczelnie poznańskie kończyły zajęcia w końcu maja, by zwolnić akademiki dla gości targowych , ostatni egzamin miałam 27 maja. Była to farmakologia, wielka kobyła, mnóstwo materiału do zrozumienia i wkucia. Ale poradziłam sobie bez problemów, zdałam na 4, co dało mi szansę zwolnienia z zajęć na uczelni warszawskiej gdzie nauka tego przedmiotu w odróżnieniu do akademii poznańskiej trwała nie jeden rok, a 2 lata.

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłam do pociągu , którym już jechała z Gorzowa moja Mama , i wylądowałyśmy w Warszawie. Ślub miał się odbyć za 4 dni, tj 1 czerwca 1968 roku.

W ogóle nie była przygotowana do tej ceremonii, która wprawdzie była tylko tzw cywilna , tj przed urzędnikiem.

W ogóle się tym nie przejmowałam, a przecież nawet  nie miałam sukienki, butów etc. Chciałam tylko być razem i obok mojej Miłości.

Dobrze, że Grażyna – Bratowa Mirka, mojego przyszłego Męża, stanęła na wysokości zadania i przejęła opiekę nade mną, beztroską gapą .

Do tej pory , gdy wspominam ten okres, dziwię się sobie i jestem wdzięczna Grani.

Przez kolejne dni szlifowałyśmy warszawskie bruki, odwiedzając liczne sklepy, gdzie ja zachowywałam się jak beznadziejna ale radosna ofiara.

W rezultacie moja opiekunka zdecydowała, że pomarańczowa sukienka z pięknej żorżety , którą wypatrzyła w Modzie Polskiej, najelegantszym wtedy sklepie , będzie odpowiednia. Potem jeszcze wybrała buty w sklepie przy ul. Chmielnej, zamówiła najlepszego w Warszawie fryzjera, Gabriela .

Nie wiem co Grażyna sobie o mnie myślała, ale nie zasłużyłam na pochwałę.

I tak , w pomarańczowej sukience, z gerberowym bukietem  i lokach na głowie stanęłam u boku Mirka w Żoliborskim Urzędzie Dzielnicowym przy ul. Słowackiego.

Idąc tam, zauważyłam kątem oka, że na sąsiednich drzwiach wisiała tabliczka- rejestracja zgonów. Ale w ogóle się tym nie przejęłam, tak zresztą jak i ceremonią ślubną.

Grażyna i Mundek Niedziałek byli naszymi świadkami, i poza naszymi Rodzicami Mirek zaprosił paru swoich kolegów.

Przedtem wybraliśmy w ORNO ( kultowym wtedy sklepem , zakładem produkującym niepowtarzalne wyroby ze srebra) dość grube srebrne obrączki , które teraz założyliśmy sobie nawzajem i tym samym przypieczętowaliśmy nasz związek. Pewnie miały magiczny wpływ, bo przetrwaliśmy już razem 44,5 lata!!!

Potem wylądowaliśmy w Restauracji Hotelu Europejskiego, miejscu wytwornym, ale ogólnie dostępnym.

Szczęśliwie wydzielono nam ustronne miejsce i zasiedliśmy przy wspólnym stole.

Tańce odbywały się na parkiecie, gdzie tańczyli już inni ludzie.

Ale nam się zdawało, że jesteśmy tylko my i dla nas grają. Przytulałam się do Mirka, który był bardzo poważny i tańczył tylko ze mną.

Myślałam, że zawsze tak będzie. Ale szybko się przekonałam, że mój mąż jest osobą bardzo zabawową i towarzyską , lubi bawić się z różnymi kobietami.

Po początkowych dąsach, szybko się nauczyłam też takiego stylu zabawyJ .

A to niezwykłe zachowanie mojego męża w czasie bankietu ślubnego zrozumiałam po latach. Wtedy, gdy się przyznał, że bardzo źle się czuł z powodu ropnia na pośladku.

Chyba nie spędziliśmy typowej  nocy poślubnej, bo w jednym pokoju, który posiadał M. spali moi Rodzice. Ale potem nadrobiliśmy zaległości.

Następnego dnia pojechałam do Lidzbarka, gdzie rozpoczęłam praktykę studencką. Zadano nam bowiem takie zajęcia w szpitalu powiatowym. Wybrałam więc Lidzbark, gdzie mieszkali moi Teściowie, których znałam od dawna i uwielbiałam….

 

Śladami mojego Taty. Historia teatrów lalkowych.

 

Szopka, Służew. Zdjęcie z internetu.

 

Fakty historyczne potwierdzają , że sztuka ta pojawiła się w Indiach w VI wieku p.n.e. Rozwijała się tam w dwóch kierunkach- był to teatr, w którym występowały trójwymiarowe marionetki oraz taki, w którym pokazywano płaskie lalki teatru cieni.

W okresie renesansu i baroku pojawili się lalkarze, którzy tworzyli własnych bohaterów komedii dell arte. Tak powstały typowe postaci tego teatru w swoich krajach.We Włoszech takim bohaterem był Pulcinella, we Francji- Poliszynel, w Anglii- Punch,a w Niemczech- Hanswurst i Kacperek , itp.

Ponieważ zainteresowanie dla tego teatru rosło, wielcy romantycy pisali  na ten temat sztuki i traktaty dydaktyczne, utrwalając i powodując rozwój tej sztuki. Do nich należeli  m.in. H. von Kleist, J.W. Goethe, G. Sand.

W połowie XIX wieku zauważono możliwości dydaktyczne i wychowawcze teatru lalek i rozpoczęto tworzyć repertuar adresowany do dzieci. Tak więc w Monachium w 1858 roku powstał pierwszy stały teatr dla lalek dla dzieci J. Schmida i F. Pocciego.

Początki polskiego teatru lalek sięgają XV wieku i wiążą się z szopką. Pierwszym wymienianym polskim lalkarzem jest Waśko z Wilna. Na ziemiach polskich między XVI a XIX wiekiem działało wiele zespołów lalkarskich, zarówno polskich jak i cudzoziemskich. Np. w XVIII wieku działały stałe teatry lalek na dworach magnackich w Białej Podlaskiej, w Słucku u H. Radziwiłła.

Istniały też teatry uliczne, np. „ chodzenie z szopką”, która czasem spełniała funkcje polityczne, jak np. szopka Baraniego Kożuszka z 1794 roku, ścinająca na gilotynie głowy zdrajców z Konfederacji Targowickiej…..

To tyle informacji, które wyczytali Bolek i Michalina w swojej księdze.

Ponieważ dla mnie,  prawnuczki Michaliny i Bolka temat okazał się  ciekawy, przytaczam jeszcze kilka danych na temat dalszych losów teatrów lalki.

Otóż w Warszawie , w 1900 roku powstał pierwszy Teatr Lalek M. Weryho. 

Swoistą odmianą szopki stały się lalkowe  programy satyryczne , m. in przedstawienia  Zielonego Balonika w Krakowie w latach 1906-1912 oraz  Cyrulika Warszawskiego w Warszawie w latach 1922-1939.

Duże zainteresowanie teatralną lalką wykazywali moderniści, futuryści. Pisali oni dla tego teatru dramaty, szukając w nim idealnego aktora. Do nich należał mi. In  M. Maeterlinck, F. Wedekind, E.G. Craig, W. Briusow , W . Meyerhold.

Na początku XX wieku wykorzystaniem lalki w teatrze zainteresowali się plastycy i architekci. I tak  w 1914 roku E. Mutant wraz z żoną, aktorką L. Larą założyli tetar Art. et Action.

W 1929 na zjeździe w Pradze powstała Międzynarodowa Unia Lalkarska (UNIMA).

Gdyby nie spisywane tutaj wspomnienia o naszej  prababci Michalinie, nigdy bym nie zajrzała do Internetu i  pozostałabym w niewiedzy o tej ciekawej dziedzinie sztuki.

A tu proszę, proszę, nasza prababcia znalazła się w gronie świetnych osób, które odkryły uroki teatru lalkowego, a nawet sama taki stworzyła, przynosząc uciechę sobie, rodzinie i rakowskim dzieciakom . Super, mieć  prababcię z taaaaką wyobraźnią. ;-(

 

Szopka z Hiszpanii. Zdjęcie z internetu.

 

 

Na medycznej ścieżce. Rok 1968- początek lat warszawskich

Gdy po 3 roku studiów wyszłam za mąż , przeniosłam się do AM w Warszawie.

Ta uczelnia różniła się od poznańskiej. Zresztą tak jak różni byli mieszkańcy tych miast.

 Poznaniacy, mieszkający w swoim mieście od pokoleń, byli uporządkowani i  przewidywalni  . W czasach moich studiów, myślałam o nich- straszni mieszczanie w strasznych mieszkaniach. Wtedy uporządkowany Poznań wydawał się nudny.

Prawdziwi warszawiacy zginęli w Powstaniu albo zmienili miejsce zamieszkania. Klimat obecnej Warszawy tworzyli przybysze , którzy  niedawno opuścili swoje wsie i miasteczka.  I w atmosferze panującego w tym mieście ogólnego chaosu ,   zaczęłam doceniać walory mieszkania i studiowania w spokojnym stabilnym mieście i na uporządkowanej uczelni. Byłam zdziwiona , bo podczas gdy terminy kolokwiów i egzaminów w Akademii Poznańskiej były znane dużo wcześniej i nie ulegały zmianom, tutaj  do ostatniej chwili nie znaliśmy tych terminów . Nierzadko zdarzało się , że wreszcie ustalone terminy były zmieniane dosłownie w ostatniej chwili.

W czasie zajęć w klinice w Poznaniu , uczono nas, by nie siadać na łóżku badanego pacjenta , a w czasie obchodu nie trzymać rąk w kieszeni. Tutaj już w czasie pierwszych zajęć klinicznych zauważyłam, że dopuszczalne jest nie tylko siedzenie na łóżku chorego , ale wręcz nieomal wylegiwanie się obok.:) oczywiście trochę  teraz przesadziłam, ale ten fakt przejmował mnie niechęcią . Jednak powoli się przyzwyczajałam.