Śladami mojego Taty. Po ślubie.

 

 

Czas ślubu minął jak mgnienie oka.

Po mszy młodzi dość długo pozostali na swoich klęcznikach. Nie wiemy , o czym  rozmawiali z Bogiem, jakie modlitwy  Mu zanosili.

A może nie modlili się w ogóle,  a jedynie  potrzebowali  chwili milczenia, skupienia. Zawsze lubili takie wspólne milczenie.

W końcu podszedł do nich ojciec Michaliny, szepnął coś Bolkowi do ucha , a ten natychmiast się podniósł, zbliżył się  do Michaliny, delikatnie ujął jej rękę . Podniosła się wolno, jakby była urodzoną aktorką świadomą swej urody, z uśmiechem i gracją unosiła  welon i długą suknię . 

Wierni , trochę zniecierpliwieni długością modlitwy, odetchnęli z ulgą i wpatrywali się w młodych , zadowoleni z widowiska.

Chór odśpiewywał swoją najpiękniejszą pieśń. Gasły świece, ludziska rzucili się tłumnie za młodą parą , by nie stracić żadnej chwili spektaklu.

Przed kościołem już czekali ludzie grzecznie ustawieni w kolejce, by tak, jak kazała odwieczna tradycja, składać życzenia młodym i rodzicom. Trwało to długo, bo każdy chciał uścisnąć nowożeńców i rzucić kilka słów mniej lub bardziej oryginalnych , których i tak nikt nie zapamiętał.

W pewnej odległość od młodożeńców  stała grupka dzieci, o zadziwiająco czystych buziach i wysmarkanych nosach, każde trzymało jakąś zabawkę . Gdy już wszyscy dopełnili powinności wyściskania młodych , Michalina spojrzała przytomnie na ową grupkę , ależ ona ma kondycję, pomyślał Bolek.  Podbiegła do dzieciaków , objęła  te, które stały najbliżej . Po chwili wszystkie przytuliły się do jej sukni. Gdy to zauważyły  ich matki,  szybko zaczęły odciągać swoje pociechy od śnieżnej sukni Michaliny, jednak już zauważyły na niej pięciopalczaste brudne ślady.

Teraz to  nie było ważne, suknia miała za sobą  najważniejszą uroczystość i  już nigdy nie miała być  używana .

Bo suknia ślubna żyje jak motyl, tylko przez jeden dzień….jeden najpiękniejszy dzień w życiu

 

zdjęcia własne

Na medycznej ścieżce. Badanie klatki piersiowej.

W tych czasach nie było żadnych filmów szkoleniowych  ani nagrań  z utrwalonymi  odgłosami słyszalnymi  podczas opukiwania granic płuc czy serca lub dźwiękami poszczególnych tonów serca.

Uczyliśmy się więc od Pana Profesora, który opowiadał i pokazywał . Potem każdy z nas powtarzał poszczególne elementy badania.

Byliśmy przejęci, młodzieńczo wrażliwi i staraliśmy się wchłonąć całą wiedzę, przekazywaną nam w czasie zajęć z propedeutyki medycyny.

Nie zapomnę  drżenia swojego serca , gdy usłyszałam bicie serca obcej, chorej osoby.

Ten moment stał się elementem przełomowym w dalszym życiu medycznym.

Poczułam niezwykłą więź z drugim człowiekiem, który powierzał  mi swoje największe tajemnice.

To było przekroczenie zaklętego kręgu intymności.

Śladami mojego Taty. Ślub

 

Para młoda w chmurach.Zdjęcie własne.

 

 

Myśli Bolka jeszcze przez chwilę żeglowały  po nieznanym niebiańskim świecie, gdzie przebywali jego rodzice.

I wtedy z zadumania wyrwał go gest Michaliny.

Wyczuła przyczynę zamyślenia, wyciągnęła rękę i ze wszystkich sił objęła jego ramię. Jakby chciała powiedzieć, nie jesteś sam miły, jestem przy tobie, jestem z tobą.

Czuł ciepło jej ciała i  zrozumiał, że najważniejsze jest to, co tu i teraz. Odrzucił więc myśli o tym co było i nigdy nie wróci , a całkowicie oddał się chwilom szczęścia.

Radośnie przytulając  łokieć Michaliny do swojego boku, wyprowadził dziewczynę za próg domu i pomógł przy wsiadaniu do wielkich sań . Konie ozdobione specjalną świąteczną uprzężą oddychały mroźnym powietrzem, tworząc wielkie kłęby marznącej pary .

 Wszystko było bajkowe.

Wyjrzało słońce a cienie drzew kładły się błękitem na świeżym śniegu.

Ruszyli z kopyta i niebawem zniknęli za lasem, tylko długo było słychać dźwięk dzwonków..

Kościół był wypełniony tłumem ludzi. Chyba zebrało się  tam całe miasteczko. Uwielbiali  takie uroczystości, a Michalina była oczkiem w ich głowie.

Wokół ołtarza tłoczyły się perkatonose dzieciaki, dopiero kościelny musiał tam zrobić porządek i ustawić je w pewnej odległości, by stworzyć przestrzeń dla młodej pary.

Na chórze czekali ludziska, którzy śpiewali w miejscowym, słynnym na całą okolicę chórze. Powoli intonowali jakieś pieśni, a głosy mieli dźwięczne , bo  nawet ich mowa była miękka i śpiewna. Takich głosów jak na tych wschodnich rubieżach nie miała żadna inna okolica Królestwa Polskiego.

Ławki kościelne i ołtarz późnym wieczorem dnia poprzedniego udekorowano kwieciem wyciętym z doniczek, bo wszak w ten dzień grudniowy nie było polnych kwiatów.

Dla utworzenia specjalnego klimatu uroczystości, wcześniej zapalono kadzidło. Teraz najstarszy ministrant zapalał świece przy ołtarzu.

I wkrótce orientalny zapach mieszał się ze swojską wonią dymu świec i kwiatów skutecznie neutralizując  różne zapachy oddechów , odzieży i ciał wiernych . Niektórzy już poprzedniego dnia tęgo popijali, zagryzając kiełbasą gęsto nadziewaną czosnkiem, a ich kożuchy wydzielały prawdziwe bukiety woni. Kresowa higiena nie zawsze dorównywała czystości serc, urodzie myśli i pięknu mowy.

W zakrystii  miejscowy ksiądz  usiłował gawędzić z  opiekunem  Bolka, ale ten, siwy jak gołąbek , sztywno zamknięty w nowej sutannie, był chmurny i zamyślony. O czym myślał  ksiądz Eustachy można się było tylko domyślać.

Po chwilach oczekiwania na młodych, nagle tłum zafalował . Przez cały kościół przeleciał szmer przekazywanych informacji, że właśnie nadchodzą. Wszyscy wyciągali szyje , zwracając głowy w kierunku wejścia do kościoła . Zapanowała cisza, nieomal wstrzymywano oddech, w oczekiwaniu na spodziewany widok .

A oni powoli wyłaniali się ze światła słonecznego, przedostającego się z wysokich okien i wolnym majestatycznym krokiem zmierzali  do ołtarza.  Pan młody,  szczupły i wyprostowany  z chmurą ciemnych włosów odbijającą się od jasnej twarzy z wielką atencją  prowadził pannę młodą, drobną blondynkę o dziewczęcej urodzie, zawiniętą  w chmurę śnieżnej bieli.  Długi welon znaczył ich drogę i był silnym akcentem ich wyglądu.

Po chwili podniósł się szum głosów, dookoła szeptano. jaka piękna para .

Rozpoczęła się uroczystość zaślubin.

Chór śpiewał najpiękniej jak umiał.

Wyszli księża w ozdobnych ornatach poprzedzani  gromadką małych ministrantów w białych sukienkach.  

Miejscowy ksiądz wspólnie z księdzem Eustachym celebrowali mszę . W czasie słów ślubowania, ksiądz Eustachy przecierał chusteczką oczy.

Mama Michaliny popłakiwała a ojciec dziwnie poruszał wąsami.

Nie zdarzyło się nic, co w nocnych majakach wyobrażał sobie Bolek. Zresztą zdążył już o tym zapomnieć. Był rozluźniony i opiekuńczy, tylko w czasie składania przysięgi wpatrywał się w oczy ukochanej tak głęboko i namiętnie, że potem nie mógł sobie przypomnieć tego momentu w ogóle. Nawet nie bardzo kojarzył w jaki sposób  powtarzała te słowa Michalina. Zapamiętał jedynie piękną melodię jej miękkiego głosu.

A potem opowiadano , że obydwoje mówili z wielkim przejęciem, ale płynnie i zdecydowanie…

 


Zdjęcie własne

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsze zajęcia kliniczne.

Na trzecim roku medycyny,  rozpoczęliśmy upragnione zajęcia kliniczne, nazywane na tym etapie edukacji propedeutyką medycyny.

Nasza grupa miała szczęście  odbywać zajęcia z propedeutyki interny w II klinice Chorób Wewnętrznych . Kierował nią Prof. Jan Roguski. Był znaną postacią w świecie medycznym,  cieszył się wielką estymą wśród personelu nie tylko  tej kliniki.

Pan Profesor był  niewysoki , szczupły , miał szlachetne rysy twarzy, zawsze był starannie i elegancko ubrany. Emanował spokojem, wewnętrzną równowagą, imponował opanowaniem. Był też niezwykłym nauczycielem. Uczył nas nie tylko medycyny, ale przede wszystkim zachowań przyszłych lekarzy.

Zapamiętałam pierwsze uwagi Profesora, by np.  nie  trzymać  rąk w kieszeni w czasie obchodu a także w czasie rozmowy z pacjentem. Taki luzacki styl bycia mógłby być  źle odebrany przez chorego, jako wyraz nonszalancji i lekceważenia. 

Pacjenci zawsze byli informowani o tym, że będą uczestniczyli w szkoleniu studentów.  Jednak zawsze pytano ich o zgodę , pozostawiając ostateczną decyzję woli tych chorych. Większość z nich się zgadzała bez oporów, byli nawet dumni z wyróżnienia i chętnie opowiadali o sobie i swoich dolegliwościach.

 

W czasie badania, należało zachować szacunek dla terytorium pacjenta, jakim było jego łóżko szpitalne.  Nie wolno było na nim siadać , a należało przysunąć stołek jak najbliżej chorego i z tej pozycji ,  z pewnego dystansu, rozpocząć rozmowę i badanie.

 

Potem  Pan Profesor, krok po kroku,    instruował nas , a raczej demonstrował  na konkretnych przykładach,  jak rozmawiać z pacjentem, wysłuchiwać skarg, ale równocześnie tak kierować rozmową poprzez umiejętne stawianie pytań by zbierać uporządkowaną wiedzę , którą nazwano już bardzo dawno wywiadami  lekarskimi .

Otrzymaliśmy też zalecenia, by od pierwszego kontaktu z chorym   przyjmować postawę przyjazną temu  człowiekowi , patrzeć mu w oczy, ale nie zapominać o równoczesnym  śledzeniu sposobu poruszania, wyglądu , szczegółów twarzy, kończyn.

Wszystkie spostrzeżenia należało  zapamiętywać i od razu wiązać dane z wywiadu z objawami widocznymi jeszcze przed podjęciem bezpośredniego badania.

 Potem przystępowaliśmy do badania lekarskiego. Wiedzę teoretyczną mieliśmy już opanowaną, teraz dotykaliśmy ciała chorego i to nie w zwykłych celach pielęgnacyjnych, jak bywało na praktyce studenckiej. Teraz mieliśmy  szczytne zadania, do których podchodziliśmy z wielkim przejęciem . Zdawaliśmy sobie sprawę , że uczestniczymy w niezwykłym misterium poznawania człowieka. Poznawania tego, co jest w nim podobne do innych ludzi i tego, co jest różne, jedyne , niepowtarzalne i często zaskakujące….

Śladami mojego Taty. Dzień ślubu- południe

 

 

 

Pocztówka z internetu- do rozpowszechniania. Nazwiska autora nie podano.

 

 

Bolek  do tego stopnia oddał się czynnościom kuchennym , że  nawet nie  zauważył  słońca, które już stało wysoko na niebie. Nadchodziło południe.

Nagle  ktoś z domowników  przypomniał sobie o panu młodym . Nie było go w saloniku., sypialni, bibliotece ani w żadnym sensownym miejscu. Rozpoczęto więc nawoływania i zintensyfikowano poszukiwania.

Wreszcie ktoś wpadł na pomysł , by zajrzeć do kuchni, gdzie bulgotała zawartość garów skutecznie zagłuszając głosy poszukiwaczy Bolka.

I wtedy to odkryli, że przyszły pan młody  siedzi sobie najspokojniej w świecie w rogu kuchni , przy dużym stole pokrytym blachą  i systematycznie sieka migdały.

W tej sytuacji bracia Michaliny oraz inni chłopcy z ich rodziny wpadli  w popłoch, że  nie zdążą przygotować młodego do ślubu. Bolek popatrzył na nich z wielkim zdziwieniem, pozwolił się oderwać od owego siekania, mimo, że jeszcze nie zakończył pracy i całkiem biernie przeszedł do pokoju gościnnego, gdzie czekała odzież weselna.

Jednak po chwili „złapał wiatr w żagle”, ożywił się  i bez problemów , bardzo sprawnie się ubrał a nawet samodzielnie zawiązał fular.  

I niebawem  już pięknie wystrojony czekał na Michalinę.

Gdy wyszła ze swojej komnaty oniemiał.

To nie była dziewczyna, to był anioł.

Przyfrunęła do niego piękna i szczęśliwa.

Nie miał odwagi by wziąć ją energicznie w ramiona, jedynie przytulił delikatnie i kilkakrotnie obrócił . Dobrze, że tren jej sukni był tymczasowo przypięty do  pasa a welon uniesiony i upięty do włosów. 

Tymczasem już w progu pokoju stanęli jej rodzice i uroczyście błogosławili młodym.

Bolek miał łzy w oczach, bo przyszła bolesna myśl, że jest sierotą. 

Ale nagle sobie wyobraził zmarłych rodziców jak żywych , gdy ze swojego domu  w błękitnych zaświatach patrzą na ziemię i przesyłają swoje tajemne błogosławieństwo.

I wtedy odczuł spokój ….

Na medycznej ścieżce. O Sebastianie Kneippie i Vincentym Priessnitzu słów parę.

 

Sebastian Kneipp.

 

Ilustracja do publikacji S. Kneippa z 1894 roku.

 

 

Ponieważ doświadczyłam na własnej skórze, a właściwie nosie,  niezwykłej skuteczności metody leczenia wodą opracowanej przez księdza Kneippa, znalazłam w Wikipedii garść informacji na temat tego ciekawego człowieka.

Żył w latach 1821-1897.

W młodości był czeladnikiem tkackim, w 21 roku życia rozpoczął studia teologiczne i został księdzem katolickim .

Był spowiednikiem w klasztorze sióstr dominikanek.

W 1894 roku papież Leon XIII nadał mu tytuł prałata.

Ponieważ był człowiekiem chorowitym, a miał umysł badacza, obserwował  objawy swojej choroby, reakcje organizmu i wpływy przyrody na człowieka  .

Korzystał z wcześniejszych doświadczeń leczenia wodą, wprowadzonych przez Vincenta Priessnitza .

Ksiądz Kneipp początkowo praktykował w klasztornej pralni.

Ale wieść o jego sukcesach terapeutycznych  roznosiła się szybko po całej okolicy. Wkrótce zaczęli przybywać liczni  pacjenci, szukający pomocy. Przyjeżdżano nie tylko z rodzinnej Bawarii, ale z całych Niemiec i krajów ościennych . Liczba ludzi osiągała tysiące.

Miasteczko Worishofen, gdzie praktykował ksiądz pękało w szwach. Mieszkańcy z trudem nadążali z rozbudową miasteczka, by pomieścić tak liczną grupę przybywających kuracjuszy. W szybkim tempie rozrosła się też baza zabiegowa.  

Wkrótce na terenie Niemiec i w sąsiednich krajach powstały liczne zakłady leczące metodą księdza Kneippa.

Wymyślił też specjalną  przewiewną i zdrowotną bieliznę a także wprowadzał do codziennego życia najprostsze zabiegi higieniczne , jak codzienne mycie się , spacery .

Zadziwiające była jego aktywność na polu wymyślania i propagowania uniwersalnych metod prozdrowotnych. Do nich należało też propagowanie zasad zdrowego odżywiania.

Wynalazł kawę słodową, tzw. kawę Kneippa oraz był autorem receptury chleba ziarnistego, zwanego chlebem Kneippa. Te produkty są wytwarzane do tej pory.

Swoje idee rozpowszechniał  także za pomocą napisanych przez siebie książek.

Są to pozycje: 

 „ Moje leczenie wodą”, wyd 1886

„ Jak żyć potrzeba”

 „ Mój testament dla zdrowych i chorych”, : kodycyl do mojego testamentu dla zdrowych”

W ten sposób stał się jednym z najbardziej znanych na świecie zwolenników hydroterapii ( leczenia wodą), ziołolecznictwa oraz racjonalnego sposobu odżywiania się, dobieranego na podstawie osobowości chorego.

Wszystkie jego pomysły są nadal aktualne, nawet na chwilę zapomniane lub nie uznawane przez aktualną medycynę, wracają do łask i są podstawą sukcesów terapeutycznych , jak choćby płukanie zropiałego nosa słoną wodą.

Lekarzy, którzy leczą zgodnie z prawami natury, a nie tylko wierzą w preparaty farmakologiczne jest wielu.  Niektórzy z nich należą do aktywnie działającego  „Związku Lekarzy Kneippa”, który liczy ponad  1000 członków  oraz  tworzą „Konfederację Kneippa”  skupiającą około  250 tys. członków.

 Ale w blaskach sławy księdza  Kneippa  nie można zapomnieć o jego poprzedniku, na którym się wzorował słynny ksiądz. Korzystał on bowiem z wcześniejszych doświadczeń  Vincentego   Priessnitza.  Żył on w latach 1799-1951 . Urodził się  w Lazne Jesenick, na terenie obecnych Czech.

Był analfabetą.

Gdy spadł z konia i doznał urazów wielonarządowych, sam zaczął się leczyć z dobrym efektem, okładami nasączonymi zimną wodą .

Do tej pory funkcjonuje nazwa” okładów Priessnitza”.

W 1826 roku w swojej miejscowości założył dom kuracyjny leczenia wodą , który działa  do tej pory.

V. Priessnitz  został nazwany „ wodnym lekarzem”.

O tym człowieku nie powinniśmy zapominać, gdyż od jego nazwiska pochodzi  nadal używana  nazwa – prysznic.

A teraz, po przeczytaniu tych wszystkich informacji z wielkim entuzjazmem idę pod prysznic, może nawet zimny, nakładam zdrowotną odzież a po śniadanku składającym  się  z kawy słodowej Kneippa i ziarnistego chlebka  wybieram się na długi ożywczy i zdrowotny spacer…..z hasłem na ustach- żyjmy dłużej !!!

 

 

Vincent Priesnnitz

 

 

 

 

Śladami mojego Taty. Dzień ślubu- przedpołudnie.

 

 

W dniu swojego ślubu Bolek zbudził się bardzo wcześnie .

Zszedł na dół, zajrzał do kuchni, a ponieważ jeszcze nikogo tam nie było, usiadł pod oknem.

Był trochę zaspany i nastrój miał refleksyjny. Obserwował  wielkie gawrony, które spokojnie  wydłubywały spod śniegu jakieś robaki i myślał o życiu ptaków .  Zawsze mu się wydawało się, że nie mają takich problemów jak ludzie, ale  dzisiaj pomyślał, że właściwie to nic o nich nie wiemy.  A może tak jak my, mają swoje troski i zmartwienia. Ale na pewno  są obdarzone większą niż my wolnością , bo  nie muszą uczestniczyć w  specjalnie urządzanych , trochę sztucznych uroczystościach .

Oczywiście takie rozmyślania  były sprowokowane lękiem przed dzisiejszym dniem zaślubin. Obawiał się , czy wszystko się uda tak, jak zaplanowali.

Chyba nie spał tej nocy w ogóle, bo gdy  przewracał się na wąskim łóżku ,  przychodziły mu  do głowy  możliwe niespodziewane przypadki, np. wypadała mu z dłoni obrączka zanim włożył ją na palec ukochanej, nagle czuł suchość w jamie ustnej paraliżująca mowę w porze  powtarzania słów przysięgi małżeńskiej albo  przydeptywał długi welon Michaliny w momencie odwracania się od  ołtarza.  Aż dziw, że takie myśli miał organista, nawykły do występowania w kościele , wśród tłumów . Ale cóż, widocznie był nadwrażliwy , zwłaszcza, gdy chodziło o najważniejsze wydarzenie w jego własnym życiu.

Po chwili w kuchni zajaśniało. To wpadła Michalina, ożywiona i radosna. Podbiegła do zasępionego Bolka, rozejrzała się po kuchni, sprawdzając czy są sami i nagle przysiadła mu na  kolanach, przytulając się całym ciałem do jego piersi. Wtedy poczuł błogi spokój i odpłynęły wszystkie lęki. Jednak trwało to zaledwie jedną chwilkę, bowiem dziewczyna się zerwała,   pospiesznie wypiła kubek mleka i zniknęła  w swoim pokoju. Po pewnym czasie przyszły dwie kobiety z sąsiedztwa i zamknęły się w tym samym pokoju .

 Bolek przeszedł do salonu, usadowił się na małej kanapce w narożniku, wziął do ręki książkę i próbował czytać. Tak go zastała przyszła teściowa , przywitała się z nim i była  trochę zdumiona stoickim spokojem Bolka. Ponieważ od razu pomyślała, że to tylko pozory, krzątając się po kuchni, kątem oka spoglądała przez otwarte drzwi do salonu, obserwując  Bolka . A ten co chwilę  podrywał się ze swojej narożnikowej kanapki , siadał przy  fortepianie , zaczynał grać. Ale tym razem muzyka go nie uspokajała , może dlatego, że wybierał rzewne nokturny Chopina. Po chwili przerywał grę , wracał na swoją kanapkę i po raz kolejny otwierał książkę.

Widząc takie zachowanie chłopaka, mama Michaliny zaprosiła go na herbatę do siebie, do  kuchni. Poszedł tam chętnie, tym bardziej, że stamtąd buchał  wspaniały zapach ciasta drożdżowego. Ten zapach przyniósł mu dalekie przypomnienie domu rodzinnego, domu który już dawno nie istniał….

W ogóle to lubił kuchnię, jej zapachy, umiał i często pichcił sam różne potrawy, czym zachwycał się ksiądz Eustachy . Tak więc ochoczo przyjął zaproszenie a mama Michaliny widząc ożywienie chłopaka   wyznaczyła mu jakieś niezwykle pracochłonne zadania, któremu oddał się bez reszty.  Jak zwykle ta praca organiczna przyniosła mu  natychmiastowe uspokojenie…

 

 

zdjęcia własne

Na medycznej ścieżce. Pierwszy medyczny sukces.:)

Ponieważ katar czuł się dobrze w moim nosie, postanowiłam walczyć z nim dalej.   Przypomniałam sobie metodę leczenia wodą opracowaną przez księdza Kneippa, o której kiedyś opowiadała Monika. Jej siostra w ten sposób , wyleczyła sobie zapalenie przydatków.

Chyba gdzieś poczytałam na ten temat, resztę opracowałam sama.

Po pierwsze, odrzuciłam krople na katar.

Następnie wsypywałam do szklanki ciepłej wody łyżeczkę soli  i starannie mieszałam zawartość, by sól uległa rozpuszczeniu.

Potem przystępowałam do płukania nosa.

Musiałam wypatrzyć moment, gdy wszystkie koleżanki z naszej kołchozowej ul. Sieradzkiej dokonały ablucji i zostawiały łazienkę do mojej dyspozycji.

Zamykałam się w tym pomieszczeniu i z powagą i przejęciem , wierząc święcie w skuteczność metody, zajmowałam się swoim zabiegiem.

Technicznie było to proste. A mianowicie napełniałam dłoń słoną wodą  a następnie wciągałam wodę jedną dziurką nosa .

Zatrzymywałam oddech, wykonywałam okrężne  ruchy głową, by woda docierała w różne zakamarki nosa i po chwili energicznie wydmuchiwałam zawartość z nosa.

Potem przychodziła kolej na drugą dziurkę.

Zabiegi wykonywałam systematycznie, dwa razy dziennie.

I jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach wydmuchiwana woda nie zawierała mojej nieomal odwiecznej ropnej treści.

Początkowo nie dowierzałam, ale ujrzałam na własne oczy to co ujrzałam i śmiało mogłam powiedzieć:

Mój katar ustąpił!!!

To było niezwykłe zawodowe doświadczenie.

 Jeszcze długo potem zalecałam  innym wykonywanie takich zabiegów  .

Zachwycałam się tą prostą i skuteczną metodą .

Jak dobrze, że kiedyś żyli ludzie , którzy potrafili obserwować przyrodę, człowieka , jego schorzenia i  odkrywali takie proste zależności- zalety zwykłej słonej wody.

Podziwiałam ich i w myślach składałam im hołd.

Dopiero po bardzo wielu latach , chyba około roku 1990 , uwierzyła w to zwykła medycyna.

I dzisiaj na szczęście  pierwszym zabiegiem w przypadku kataru jest nawilżanie i poprawianie ukrwienia śluzówki nosa poprzez miejscowe stosowanie słonej wody.

Przemysł farmaceutyczny poczuł bluesa  i  w aptekach możemy znaleźć wiele preparatów o tym składzie, pięknie opakowanych , o wymyślnych nazwach , i co jest niebagatelne – słonych cenach ….. 

Śladami mojego Taty. Jeden dzień przed ślubem.

 

Bolek wygrzebał się spod kożucha , wyskoczył z sań i podbiegł do dziewczyny. Przez chwilę stali naprzeciwko siebie, wpatrując się w oczy a potem Bolek szarmancko się ukłonił, ucałował jej dłoń z trudem opanowując chęć przytulenia. Ksiądz obserwował  zachowanie wychowanka i przyznawał w duchu, że chłopak ma klasę.

Michalina bez oporów przytuliła się do księdza, zupełnie go zniewalając tym gestem.

Rodzice Michaliny wyszli na powitanie, które odbyło się w sposób ciepły, chociaż oficjalny. Widać było, że wszyscy są przejęci nową sytuacją.

Ksiądz obserwował miny rodziców Michaliny i widział , że patrzą na Bolka z czułością i pełną akceptacją.  To było bardzo ważne, bowiem od tej pory mieli mu zastąpić prawdziwych rodziców.   Przecież chłopak już tak dawno został samotną sierotą  z jedynym opiekunem księdzem, który zdawał sobie sprawę, że nigdy nie dał mu czułości takiej jak rodzona matka czy ojciec.

Po chwili , gdy ustąpiło  zażenowanie i nieśmiałość, wszyscy poczuli się tak, jakby znali się od bardzo dawna.  Nawet na  odległość się wyczuwało , że młodzi pochodzą z bardzo podobnych rodzin, rodzin o dużych tradycjach rodzinnych i patriotycznych. Polska była wszędzie, w ich domu, w zachowaniach domowników i w ich sercach.

Po przywitaniu nastąpił jeszcze jeden nieprzewidziany moment. Otóż Bolek,  gdy przestąpił próg domu zupełnie odruchowo spojrzał na obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, którą czcili wszyscy Polacy na kresach.

 I wtedy mu się wydało , że Matka Boska przesyła mu uśmiech. Przez mgnienie oka  w oczach Madonny , ujrzał oczy swojej nieżyjącej matki. Padł na kolana i rozpoczął modlitwę. Zdziwieni domownicy, poszli jego śladem.

Po chwili podnieśli się z klęczek i zapanowała zwyczajna domowa atmosfera. Ksiądz otrzymał pokój na górze domu, a w sąsiednim ulokowano przyszłego zięcia. Po rozpakowaniu bagażu, obaj zeszli na dół , gdzie czekał smakowity obiad.

I właśnie wtedy  Bolek wręczył przyszłym teściom prezent , zaznaczając, że jest to także podarunek od  księdza. Gdy matka Michaliny rozwinęła papier, ujrzeli wspaniałe dzieło Adama Mickiewicza, ” Pan Tadeusz”. Po raz pierwszy wydano je w 1843 roku w Paryżu , a w Polsce w 1858 r. 

To było tak niedawno, przecież teraz był rok  1873, więc upłynęło zaledwie 15 lat od polskiego wydania.

Matka Michaliny trzymała księgę z pobożną czcią, potem podała ją ojcu. Po chwili obydwoje zagłębili się w przeglądaniu, czytali na głos fragmenty. Potem wszyscy milczeli, pochyleni nad stolikiem, na którym leżało dzieło. Nie zauważyli, gdy zaszło słońce i stała się noc. Dopiero dopalająca się lampka przerwała skupienie…

Podziękowaniom nie było końca,  rodzice Michaliny od dawna marzyli o zdobyciu tej książki, ale nie było to proste i do tej pory się nie udało. 

To dzieło nabył , jak zwykle niezawodny, Ksiądz Eustachy ….

 I tak zakończył się ich niezwykły dzień, ostatni dzień przed ślubem Michaliny i Bolka, wspólny dzień na kresach.

A  dookoła szalał rosyjski terror a w polskich domach recytowano inwokację do „Pana Tadeusza „…

 

 

 

Pierwsze, paryskie wydanie ” Pana Tadeusza”, zdjęcie z Wikipedii

Na medycznej ścieżce. Mój katar.

 

 W nieomal kołchozowych warunkach kwatery  przy ul. Siewierskiej w Poznaniu, naprawdę czułam się znakomicie.

Jednak nękała mnie przewlekła przypadłość zdrowotna. Od ponad roku miałam uporczywy ogromniasty ropny katar. Wprawdzie nie towarzyszyły mu żadne inne objawy, jak np. stany gorączkowe( wprawdzie nie mierzyłam temperatury) ani nawet bóle głowy, ale dolegliwość była przykra. Niejednokrotnie podczas zajęć musiałam opróżniać nos, przerywając monotonny ton wykładu hałaśliwym trąbieniem. Do tej pory się dziwię, że wykładowca wykazywał niezwykłą tolerancję i nigdy nie otrzymałam polecenia opuszczenia sali wykładowej .  

Kilkakrotnie odwiedzałam laryngologa w Gorzowie, otrzymywałam antybiotyki, najczęściej modne wówczas tetracykliny, wkrapiałam do nosa różne krople. Ale ta terapia nie odnosiła żadnego efektu.

Któregoś dnia uznałam, że jest to na pewno zapalenie zatok. Powędrowałam więc po raz kolejny do laryngologa, przedstawiłam swój punkt widzenia i grzecznie, ale zdecydowanie poprosiłam o wykonanie punkcji zatok.

Laryngolog wprawdzie się trochę opierał, twierdził, że wg niego zabieg nie jest potrzebny. Ale widząc moją zdeterminowaną minę  widocznie poczuł się zagrożony, że nie opuszczę gabinetu. Przygotował długie druty, strzykawki. Siedziałam na fotelu  dumna, że  ustaliłam ostateczne rozpoznanie i spokojnie czekałam na manewry laryngologiczne.  Wkrótce miałam te wielgaśne druty w nosie , nie zapamiętałam bólu i po chwili laryngolog pokazał mi nerkę, do której w moim mniemaniu zbierał treść opróżnianych zatok. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam, że nerka była pusta.

Lekarz obwieścił , że jak sugerował wcześniej, nie stwierdził zapalenia zatok.

Wyszłam z gabinetu z mieszanymi uczuciami.

Wprawdzie nie potwierdziła się moja diagnoza, ale zabieg się odbył, więc jeden etap diagnostyczno- terapeutyczny miałam za sobą….