To zdjęcie małej Mariolki, czyli oficjalnie Marii J. Nowakowskiej już było, ale fajna z Niej była Dziewczynka i…..taka sama została …..radosna z czarującym , choć troszkę przekornym uśmiechem i wdrapująca się na kamienie – dla mnie to symbol – pokonywanie przeszkód, wspinanie się ….. 🙂 czy przyznasz mi rację , Mariolko ?
czy dalej lubisz śpiewać i robisz to z takim samym przejęciem i pasją ? zademonstrujesz na Zjeździe Koleżeńskim ?
Po pamiętnikowych opowieściach o omdleniach – Jurka , Leszka i trochę moich, zapytałam Mariolkę jak to z nią było ?
Po krótkim czasie dostałam od Niej maila z następującą opowiastką . Jak zwykle historyjka się fajna „ wkręciła” …. Masz polot Dziewczyno !!!:
witaj kochana
pytasz o ważne rzeczy – zajęcia w Anatomicum, pierwsze operacje
na zajęciach byliśmy spięci, przerażeni i próbowaliśmy to oswoić żartami
moim sąsiadem był laborant który wydawał kości – przynosił mi do domu to co było akurat potrzebne i mieliśmy pomoc do nauki – Bochenek i kości razem pomagały w zakuwaniu tej niezliczonej ilości nazw
ale i żarty z tym się wiązały
przyjechała babcia, siadamy do obiadu bez rodziców a ja przypominam jej o DOKŁADNYM umyciu rąk
babcia wychodzi – przy jej nakryciu układam dłoń od sąsiada 🙂
po powrocie babcia przestraszona krzyczy a my oczywiście w śmiech …
….. praktykę miałam w ortopedii u Degi
uprosiłam wejście na salę w czasie zabiegu
dzielna byłam do momentu gdy w ruch poszła piła – dźwięk okropny, dziwnie słodki zapach – nie trwało długo i kolana stały się miękkie
opuściłam salę i już wiedziałam że zabiegowcem na pewno nie będę ….
….. w trakcie wędrówki z zakupami po moich Michałowicach, siadam na ławeczce w miniparczku , czytam to, co napisała i drążę temat – piszę do Autorki pamiętnika – oczywiście na naszym Messengerze 🙂
Fajny tekst z rączką kościotrupa i babcią
Jak zareagowała Babcia ?
Napisz w mailu ok ?
Mariola odpowiada natychmiast :
babcia przestraszyła się początkowo ale że miała duże poczucie humoru to po kilku dniach odwzajemniła nam się – podała na talerzach surowy groch zalany wodą – prawdziwy obiad był schowany
Bomba – napisałam – wyobrażając sobie pierwsze kęsy czegoś takiego w buziach , być może nawet połamane zęby, plucia na odległość i te minyprzy wytwornym stole eleganckiego poznańskiego mieszkania Marioli 🙂
Teraz wiem po kim masz naturę żartownisi
Mariola na to :
coś w genach się przenosi – sama o tym najlepiej wiesz, prawda 🙂
ooo Mariolka „ „pije” do moich wspólnych korzonków z Marią Rodziewiczówną , pomyślałam i poszłam do domu ….. 🙂
Ponownie to samo zdjęcie które zamieściłam w Pamiętniku Jurka – może to my , młodzi – jako te ” brzydkie kaczątka” ?
Leszek Milanowski z Wnukiem zajęci pracą , głowa w głowę …. piękne, klimatyczne to Wasze zdjęcie …. Dzieci, Wnuki to najcenniejszy Dar otrzymany od Życia – kontynuacja …. .
Jerzy T. Marcinkowski, chyba w Bangkoku, z twarzą zwilżoną złotą wodą ?. To może stąd ta wyśmienita kondycja ? Może kiedyś nam opowiesz o tej swojej wyprawie …. oczywiście zdjęcie jest własnością JTM. 🙂
Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.
Może mi wybaczycie, lub po prostu czytać mojego nie będziecie . Ale muszę zwyczajowo pogadać, a może też chcę oddalić to co „ najsmaczniejsze”- podać na końcu- jak najbardziej wysmakowany deser – tak mam – gdy czytając bardzo ciekawą, inspirującą myślenie i malującą w głowie obrazy – książkę – czynię to wolno, coraz wolniej – bo żal ją odłożyć na półkę ….
A więc zaczynam raz jeszcze :
Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.
Najpierw miałam przyjemność „ wrzucenia” pamiętnikowej opowieści Jurka Marcinkowskiego i przez cały dzień sobie „ fruwałam „ z tej radości – wprawdzie malutkiej – ale wszak z małych Radości składa się życie…
Byłam najnormalniej szczęśliwa, że Nasz Profesor Dostojny Jurek , choć czasem żartobliwy, ale w gruncie rzeczy chyba introwertyk – uchylił nieco „ przyłbicę” – czy jak się TOTO zasłaniające twarz nazywa w szermierce którą to uprawiał we wczesnej młodości ( nawet był mistrzem polskich juniorów ) ?.
Dzień sobie trwał, na naszym Grupowym Messengerze dziewczyny gadały przeszkadzając Ewie w pracy a Leszek odzywał się tylko czasami – choć raczej lakonicznie – głównie milczał i nie zgłaszał się do telefonu – jak zdążył napisać – był mocno zajęty operacjami w tej swojej Anglii . Jurek podobnie wędrował po meandrach licznych zajęć i zaglądał do mess rzadko.
Ogólnie więc, było spokojnie, ba, nawet pogodnie nudnawo.
Tradycyjnie poszłam spać” z kurami” i wstałam przed świtem…
O tej porze, jak zawsze Cisza była dookolna i we mnie spała jeszcze Cisza – ale tym razem spała krótko. Bo niecierpliwy smartfon tak kusił i nęcił , jakby tylko czekał na ” zaopiekowanie „ i wzywał tak, że po chwili tuliłam i ogrzewałam go w dłoniach, jak bliskiego przyjaciela 🙂 . Gdy zajrzałam do tego, co chciał mi powiedzieć , najpierw smuta, że nie odebrałam późnego jak na mnie, telefonu od Leszka ale niebawem, gdy tylko „przekroczyłam progi” Messengera „poderwałam się do lotu”.
Odkryłam bowiem późnowieczorną rozmowę Leszka z Jurkiem. ….
Leszek, pomimo tego, że praca kradła Mu czas 🙂 , zdążył przeczytać ostatnią , tu zamieszczoną , „ kartkę” z Pamiętnika Jurka Marcinkowskiego. I w dodatku napisać swoje. Nie tylko zdążył nam tyle opowiedzieć, momentami żartując ( tak, po latach człek nabiera dystansu do siebie i nawet tzw. czarny humor przefiltrowany przez nr Peselu – po prostu cieszy) ale też wysnuć mądry, choć odwiecznie prawdziwy wniosek . Dzięki Leszku …..
A oto ta rozmowa – opowieść, kopiuję w całości, wrzucając ( może niepotrzebnie ?) jedynie swój „ uśmiech „ i wykrzykniki :
Leszek :
Ciekawa opowieść Jurka o omdleniu.
A jeszcze cenniejsze reakcja Jego Ojca.
Kiersz był głupi. ( to ad wspomnianego w Pamiętniku Jurka naszego asystenta na anatomii prawidłowej – przyp. Z.K.)
Po pierwszym roku praktykę odrabiałem w Kutnie u Ojca na chirurgii. Pozwolił mi stanąć na czwartego do cholecystektomii. Wystarczyło trzymać ręce na stole. Po ok 45 minutach nagle ciemno przed oczami i walnąłem głową o posadzkę (to od tego uderzenia jestem zwariowany). 🙂
Ojciec nie komentował – jak następnego dnia znów stanąłem i znów walnąłem. Ojciec tylko kazał jednej salowej uważać – co by za mną stała – bym więcej nie niszczył posadzki. 🙂
Obok przygotowany był wózek na który mnie kładli z uniesionymi nogami. 🙂
Oczywiście pełnia śmiechu i kompromitacja (?) dla ordynatora.
Ich śmiech kazał mi pokazać. Że się nie dam.
Po kilku dniach przeszło i się nie powtórzyło nigdy….
Nie zapomnę kilkugodzinnej trepanacji czaszki w czasie tej praktyki i zakładania koleżance z klasy gipsu na złamaną miednice. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem żywą kobietę i to jeszcze pięknej budowy. 🙂 To będzie inna opowieść …
Na złość losowi musiałem zostać chirurgiem.
W czasie operacji najlepsze jest to, że nic więcej Cię nie obchodzi.
Sam najdłuższą robiłem 13 godzin. Redakcja żuchwy z dnem jamy ustnej i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi. Oboje przeżyliśmy. J Inna historia o której napiszę. Trzeba walczyć do samego końca. ( !!! )
A najdłuższa, do której asystowałem w Warszawie to 25 godzin resekcja po kawałkach wątroby i częściowo trzustki z rekonstrukcją nowych dróg żółciowych motocyklisty z Kutna zresztą. Nie został dawcą organów. ( !!! )
Jerzy
O, Leszku, ale piękna ta Twoja opowieść!!!
Leszek
Jurek, Twój Ojciec zrobił to samo co mój. Pozwolił Ci pokonać samego siebie.
Jerzy
No widzisz Leszku, podobnie nam się przytrafiało
Leszek
Dla mnie wniosek jak wychowywać swoje dzieci by same dawały sobie radę w życiu.
Niedawno Ewa Brykalska z naszej Grupy messengerowej, która jest wierną Czytelniczką Pamiętników, zapytała – kiedy napisze coś Pan Profesor Marcinkowski – bo dawno nie było kartki z Jego Pamiętnika. Znają się chyba od dawna z racji służbowych sanepidowych i innych spotkań, chyba bardzo lubią – bo zwracają się do siebie ciepło w tej naszej Grupie, utworzonej przypadkowo przez Jurka . To fajne, gdy ludzie się lubią i dają temu wyraz. Zosia – Klarka to uwielbia 🙂 I dziś się stało – czary mary – Jurek napisał 🙂
Jerzy T. Marcinkowski .
Wczoraj dostałam na pocztę do moderacjikomentarz Jurka dotyczący wspomnienia Mariolki z anatomii patologicznej. Jak to Jurek – zawsze dodaje swoje – choć nie kadzi gospodyni bloga – czego łaknę jak „kania dżdżu” 🙂 – ale zawsze znajdę coś ciekawego w tym co napisze. Tym razem był to list do nas – nie tylko do mnie – po upewnieniu się, że mogę zamieścić go w blogu – czynię to teraz, w całości, jak zwykle bez ingerowania redakcyjnego (bo któż by śmiał ingerować w teksty sporządzone ręką Redaktora Naczelnego wielu czasopism naukowych) 🙂 , tylko pogrubiam litery, by odróżnić od mojego pisania, którego z pewnością będzie dużo (chyba raczej za dużo). Ale tak mam i już. Temat uruchomił we mnie lawinę myśli i obrazów Chłopaka, którego kiedyś miałam okazję troszkę poznać na tych naszych pierwszych dwóch latach studiów w Poznaniu.
I widzę, Cię, Jurku – z tamtego czasu – masywny, z wyrzeźbionymi sportem mięśniami, wysoki już wtedy, choć 17-letni – a chłopaki w tym wieku jeszcze rosną – zresztą dziewczyny też – ja osiągnęłam wzrost 168 dopiero po urodzeniu 3 dziecka 🙂 – małomówny, jakby tłumiący emocje, choć z pięknym tajemnym uśmiechem czającym się nie tylko w wydatnych, namiętnych (dopiero teraz, przypominając tak myślę 🙂 wargach, ale też w głębokim błękicie oczu…
Jerzy T. Marcinkowski.
To tyle tytułem wstępu, bo analizy przyczyny dlaczego tak było, jak opisałeś, może przyjdą później:
Oto komentarz- list Jurka Marcinkowskiego:
Drogie i Przeurocze Koleżanki!
Drodzy Koledzy!
Ponieważ coraz więcej pojawia się tutaj wspomnień o ćwiczeniach i seminariach z okresu jak studiowaliśmy medycynę to dodam moje, co mi się przytrafiło i czego być może już nikt nie pamięta. Otóż na samym początku studiowania anatomii prawidłowej, kiedy byliśmy jeszcze przy osteologii, nagle zrobiło mi się słabo – na pewno nie ze stresu, pewnie ogólnie źle się czułem tego dnia.
Jak się sam pozbierałem, to dr Andrzej Kiersz, który razem z ówczesnym doktorem (późniejszym profesorem) Witoldem Wożniakiem nauczali nas anatomii prawidłowej, zaprowadził mnie na dół, tj. z pierwszego piętra, gdzie były sale anatomii prawidłowej, do przyziemia, gdzie był w Zakładzie Medycyny Sądowej mój śp. Ojciec wówczas docent.
To co wówczas dr Andrzej Kiersz powiedział Mojemu Ojcu dowiedziałem się dopiero po studiach – bo taki właśnie był Mój Ojciec: bardzo ważył słowa!
A co wówczas powiedział Mu dr Andrzej Kiersz? „Panie Docencie, Pana syn nie nadaje się do studiowania medycyny, niechaj mu Pan poszuka innych studiów!!!”
Raz jeszcze podkreślam: żadnego stresu psychicznego nie odczuwałem wówczas na anatomii prawidłowej.
Później kojarzyłem fakty: dlaczego mój Ojciec zaczął mnie, zaledwie studenta I roku, prowadzać na sekcje sądowo-lekarskie? Po prostu chciał mnie uodpornić na takie stresujące widoki.
I uodpornił, ale medycyny sądowej jednak nie wybrałem, chociaż niemalże codziennie przeprowadzam w Zakładzie Medycyny Sądowej badania sądowo-lekarskie jako biegły z dziedziny neurologii. Potwierdza się stara prawda: „Nie daleko pada jabłko od jabłoni”!
Jerzy T. Marcinkowski.
Jurku !
Wybacz nieco medycznego „mędrkowania” – ale my medycy tak mamy, jak zresztą doskonale wiesz
1. Dlaczego nagle zrobiło Ci się słabo?
1.1. Być może, że było jak piszesz – od rana już czułeś się źle – niewyspanie, jakaś infekcja – najczęściej jelitowa, czy wreszcie skumulowanie wrażeń – wymarzone studia, pierwsze dni. To napięcie nerwowe chyba każdy z nas odczuwał, tylko inaczej sobie z tym radził.
1.2. Nie wiem czy wtedy stałeś czy siedziałeś – w ogóle tego wydarzenia nie pamiętam – może coś mglistego – że nagle wyszedłeś – a przecież siedzieliśmy przy jednym anatomicznym stole! Wszyscy byliśmy pewnie zbyt skoncentrowani na kościotrupie, asystencie i wiedzy, którą mieliśmy wtłoczyć z dnia na dzień (ok. 200 stron z 7-tomowej „Anatomii prawidłowej” pod Red. Bochenka).
O tyle to jest ważne, bo w młodym wieku dłuższe stanie, lub nagłe zerwanie się z pozycji siedzącej, czy leżącej – może powodować to, z czym teraz możemy mieć też do czynienia – z nagłym spadkiem (ortostatycznym) ciśnienia.
Dlatego opisałam we wstępie Twoją sylwetkę – chyba jednak byłeś w okresie intensywnego wzrostu, kiedy to pojawiają się lub nasilają opisane problemy.
Doświadczałam tego w klasie licealnej, mając uczucie omdlewania – oczywiście klasycznie w kościele.
No i raz – gdy Rodzice, przeciwni mojej medycynie – jeszcze w LO – poprosili sąsiada – ordynatora ortopedii z Gorzowie – dr Wiesława Kaczmarka, by zabrał mnie na salę operacyjną. Dzielnie znosiłam zapach eteru, widoki, ale gdy rozpoczął nawiercanie i piłowanie kości jazgoczącą przenikliwie maszyną i leciały dookoła wióry kostne – wyszłam na miękkich nogach. To doświadczenie zupełnie nie wpłynęło na moją decyzję wyboru studiów i – jak mniemam – może nawet uodporniło na widoki nie jak z bajki 🙂
Dlatego namawiałam Ciebie, byś umożliwił Wnuczce właśnie taką „przygodę z medycyną” … to dobrze robi…
2. Tego typu doświadczenia – przecież mógłbyś się załamać – przestać wierzyć w siebie – nie wiem – może tak nie czułeś. Jedno jest pewne, że „wszystko jest po coś”, jak mawia moja najmłodsza córka – psycholog. Jakieś „progi” w życiu tylko nas umacniają. „Co nas nie zabije to wzmocni” – powiedzenie pewnie stare jak świat
– powiedział ktoś mądry – nie pomnę kto – „siłą człowieka nie jest jego brak słabości, ale pokonywanie słabości”…
No tak, Jurek, teraz wiem dlaczego jesteś takim „twardzielem” 🙂 i z taką konsekwencją idziesz przez życie zawodowe, zdobywając wszystko co da się zdobyć 🙂
A może to iluzja – bo może tak wielce opanowujesz swoje emocje, ukrywasz się za maską – że tak bywasz czasem postrzegany – „twardziel” z wielomównym uśmiechem …..
Ale pisząc ten komentarz – na chwilę zdjąłeś tę maskę – choć próbowałeś łagodzić opowieść – dla mnie pokazałeś swoją Prawdziwą Twarz – piękną, uczuciową, wrażliwą – i to mnie wzruszyło – i za to Ci dziękuję …
Ale piszę głupoty – mityguję siebie – Zosiu – Klarko, lepiej analizuj siebie – tylko tu tego nie pisz, bo nikogo to nie interesuje 🙂
3. No i temat Twojego Taty – ówczesnego docenta Tadeusza Marcinkowskiego – który mnie najbardziej poruszył – jak bardzo w Ciebie musiał wierzyć – jak znał życie – może kiedyś też Ktoś Go wspierał – i wiedział jak ważne jest posiadania kochającego, wspierającego Ojca – tego się nie dowiemy… i jako Człowiek czynu podjął skuteczne działania – wprawdzie miał możliwość, by zabierać Cię na sekcje – ale poznałam trochę bijącą z Niego siłę – gdy patrzył na mnie w tramwaju, którym, bywało, jeździliśmy razem na Junikowo… gdyby nie miał takich możliwości – na pewno znalazłby inny sposób by Cię wspierać i tak zawsze było, kiedyś wspominałeś… Tak czuję… Waleczny Ojciec, Waleczny Syn….
Jerzy T. Marcinkowski pełen powagi.
Jerzy T. Marcinkowski – relaks i zamyślenie – czy ta jedność możliwa ? .
zdjęcie własne
zdjęcie własne
Wszystkie zdjęcia z sylwetką Jerzego T. Marcinkowskiego są Jego własnością .
Moi Drodzy ! Jak zauważyliście, kartki z Pamiętników naszych Kolegów ze studiów na AM w Poznaniu ( 1965- 1971) tu się nieustannie przeplatają. Ale tak ma być. One tak chcą, te nasze WSPOMNIENIA chcą się spotykać, rozpoznawać, czasem identyfikować i czule dotykać , po czym fruną w dal – podążając za NAMI – bo tak naprawdę mieszkają w NAS – tu są tylko jako te przelotne ptaki, które usiłuję złapać w blogowe sieci 🙂
Maria J. Nowakowska, czyli nasza Mariolka, w czasie Sesji Rady Gminy, Kępno, 1991 rok. Wielce skupiona, a może się czai z jakimś pomysłem jak uzdrowić swoje miasto ? Zdjęcie z internetu.
Ale teraz już wracajmy do Pamiętnika Mariolki, ponieważ Jej świetny tekst się bardzo niecierpliwi, czekał dość długo, więc widzę, jak przestępuje z nogi na nogę 🙂 tzn. ja mam poczucie winy, że jeszcze go nie wrzuciłam … –
A było tak, ponieważ z niecierpliwością wypatrywałam zdjęć od Autorki Pamiętnika – w którymś momencie zasugerowałam, żeby zrobiła zdjęcia ze zdjęć , nie czekając na czas wolny Syna – bo jak wiadomo młodzi czasu nie mają w ogóle. Za dobrze pamiętamy nasz czas intensywnej pracy zawodowej czy „tylko hodowania ” dzieci …
Mariola nieomal od razu tak odpisała – a co najważniejsze, rozwinęła opowieść, która nagle przyszła Jej do głowy – czym mnie , zresztą nie po raz pierwszy mile zaskoczyła :
witaj
dzięki za pomysł że mogą być całe strony – zaraz idę do fotografa by mi zrobił …
… ponieważ dzięki Tobie myślę o naszych wspólnych chwilach wpadło mi do głowy wspomnienie :
pierwsze zajęcia z anatomii patologicznej na Przybyszewskiego – prowadził doc. Łukaszewski ( pamiętam nazwisko bo przyjaciel Ojca i potem wiele mi pomógł w chorobie męża – sprowadził endoprotezę ze Szwecji bo u nas jeszcze ich nie było – oczywiście my musieliśmy zapłacić 1000 dolarów) …
…. no więc sala, stół a na nim zwłoki oczywiście nagie
zawołany jeden z kolegów ( oczywiście nazwiska nie podam ) zaczyna zestresowany referować ale zapomniał powiedzieć płci
docent go pyta : a płeć?
mężczyzna
nie – kobieta
nie – mężczyzna
cisza wielka – w końcu kolega podchodzi od strony stóp chwyta i siłą rozchyla nogi nieboszczyka i podaje płeć
rozbroił wszystkich – śmiech był gromki
takie głupotki zostają gdzieś w zakamarkach mózgu i nagle wychodzą …
Mariolko
Wyobraziłam sobie Was, co jest łatwe, bo sama przeżywałam podobne sytuacje – ciężka jak przysłowiowy ” topór „atmosfera powagi ale też przerażenia – może już nie takiego jak w czasie zajęć na pierwszym roku z Anatomii Prawidłowej – ale choćby z powodu stałego nas odpytywania, zaliczania – i poczucia, że czegoś nie doczytaliśmy ( bo np. fajf wieczorny zaburzył pochłanianie wiedzy ) – a w końcu i tak niemożliwe jest wiedzieć wszystko …
A tu nagle kolega uparciuch – w akcie odwagi a może tylko desperacji zdobył się na opisany przez Ciebie czyn – by udowodnić swoją rację – zaimponował mi – ciekawe czy potem został profesorem 🙂 ?
I jakby przy okazji dotknęłaś jeszcze jednego problemu – wieloletniej choroby Męża …. Ale pewnie to dla Ciebie bolesne wspomnienie, więc nie pytam …..
zdjęcie własne
Mariolko , prosimy o jeszcze – „ odwiedzaj „ swoje zakamarki mózgu jak najczęściej – czekamy na Twoje opowieści, każda z niespodziewanym , często humorystycznym „ zakrętasem „, jak nazywam Twoje nagle wrzucone do tekstu stwierdzenia, krótkie komentarze , „ odbicia” od tematu, które są jak najpyszniejsza przyprawa ….
Jak fajnie dziś nam się gadało przez telefon. Jesteś empatyczny, otwarty i dowcipny – zresztą taki jak kiedyś – takiego Cię zapamiętałam w tym naszym pamiętnym 1965 roku , kiedy rozpoczynaliśmy poważne życie z medycyną.
Miły gawędziarz z Ciebie.
Rozmawialiśmy więc o sprawach poważnych, bo o Twojej Córce Anuli – która tak pięknie do Ciebie napisała na FB w Dniu Ojca – skopiowałam i znajduje się w poprzedniej części pamiętnika. Dziewczyna to Niezwykła i zasługuje na odrębną tu opowieść; było też o Twojej pracy, planach, no i oczywiście o Pamiętniku. Po raz enty mówiłam, że moim marzeniem jest zostawić po nas ślad dla naszych dzieci – nie tylko dane personalne – że byliśmy i coś tam w życiu zdziałaliśmy – ale jakimi byliśmy ludźmi, jak nas postrzegano – jednym słowem marzy mi się opowieść o naszym Człowieczeństwie – nawet z wadami – do czego niełatwo się przyznać, doświadczeniami, zachowaniami w różnych sytuacjach i o tym kto był z nami blisko i dlaczego nas lubiano lub nie, kto był nam obojętny . A ponadto jak to wszystko się przełożyło na relacje koleżeńskie po przeszło pół wieku nieobecności w życiu ……….
Gdy gawędząc z Tobą dotarłam pod dom – na drodze właśnie ćwiczył mój mąż, który powiedział, by Cię pozdrowić. A Ty – jak zwykle żywiołowy – poprosiłeś o „ podanie go do telefonu „. Wasza rozmowa trwała chwilkę, ale wybuchaliście śmiechem, a moje ucho usłyszało jednym swoim kątem 🙂 Twoją odpowiedź, na zaproszenie do Michałowic – iż się boisz odwetu – bo masz chęć mnie porwać 🙂 . Może nie dosłownie cytuję, ale sens był taki.
Oj, Panowie, nie brakuje Wam dystansu do wieku, płci i siebie. Oczywiście i to mnie wprawiło w dobry humor, bo która kobieta nie marzy o porwaniu 🙂 , bo poza tym dzień zgodnie z moją wczorajszą zapowiedzią w Grupie zaczął się dobrze.
….
Ale wpis dzisiejszy , który” wpadł do mnie” o świcie miał być całkiem inny, bo o cykorii . Brzmiał tak :
Leszku Miły !
Pomysł dzisiejszego wpisu przyszedł do mnie rano.
Gdy zauważyłam Twój nocny komentarz ( będzie na końcu tej opowieści – dla mnie BOMBA ) pod moim zdjęciem cykorii , które zamieściłam na Facebooku zupełnie zaskoczona, roześmiałam się nieomal w głos . To zjawisko do tej pory występowało u mnie raczej rzadko – ale od czasu, kiedy Was ponownie spotkałam – gości we mnie coraz częściej. Wszyscy tj. Mariolko, Jurku i Leszku a także przybyli niedawno spoza naszego kręgu studenckiego – internetowi przyjaciele – Elu i Ewo jesteście Kochani, Niepowtarzalni i odkrywacie Siebie tak pięknie, aż chce się żyć …..
Oto ja, z Mamą , tj. Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz. Chyba już wtedy budziły się we mnie pasje podróżnicze 🙂 . Potem już nigdy nie siedziałam na motocyklu. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu.
A więc zwyczajowo – po kolei. Może „ pojadę” kuzynką Babci – Marią Rodziewiczówną – no cóż mam w sobie odrobinę tamtego genu ….. 🙂
Był koniec wczorajszego dnia, wrześniowy wieczór nadchodził wielkimi krokami . Słońce wreszcie poszło spać. Jednak jak rozkapryszone dziecko przedtem uprawiało szalone krwiste igry na niebie, potem łagodząc tamte obrazy zostawiło nam łagodne pastelowe obrazy pod powiekami – dokumentacja się dokonała i zdjęcia zostały wysłane w wirtualny świat , tj. do „naszego „Messengera ….
I wreszcie wtedy, zaspokojona widokami, wróciłam do naszego michałowickiego domku, gdzie gościła cisza. Tylko cisza była z nami, choć zza okna wdzierały się ostre dźwięki balangi muzycznej u sąsiadów, u nas tylko WIELKA CISZA – dwie lampki – pod jedną Mąż czytający książkę , pod drugą ja – przed laptopem, z otwartym Messengerem – ale w tej cichości miotana mnogością uczuć.
Miejsce akcji przeniosło się do internetu , który bezszelestnie i cierpliwie przenosił nasze myśli. Bo wszystko się działo pomiędzy Jurkiem , Leszkiem i mną. Reszta naszej messengerowej Grupy gdzieś zniknęła….
W tym samym czasie , Jurek Marcinkowski być może ( przecież dokładnie nie wiem, ale kiedyś wspomniał o Domowych zwyczajach ) ogrzewał się ciepłem poznańskiego domowego Ogniska, przesiadując nieopodal Żony, w dużym pokoju, a nie w swoim gabinecie, Oczywiście był włączony telewizor i komputer, może miał słuchawki na uszach ( nie wiem jakie – może poproszę Go o zdjęcie ) , może też rozlewał białe wino, które właśnie kupił w okolicznym, mającym się likwidować – Tesco – gdzie poza zakupami można poczytać aktualną prasę.
W tę domową sielankę wczoraj wkraczałam dość stanowczo i jak to ja- za nerwowo – za co bardzo Go przepraszam – nieustannie coś pisałam na mess oraz czasem wysyłałam fragmenty korespondencji z Leszkiem. Oczywiście Jurek grzecznie wrzucał jakieś zdawkowe słowo, ale miałam wrażenie, że opędza się ode mnie jak od natrętnej muchy. Pewnie jednocześnie słuchał i oglądał wiadomości różnych telewizji, pochłaniając informacje i szlifując znajomość wszystkich języków świata – oto nasz cały Jurek. Potrafi równocześnie wykonywać kilka czynności – zadziwiająco panując nad sytuacją (czego doświadczyłam niedawno , gdy pisaliśmy wspólne artykuły). Napisałam, zadziwiająco – bo trochę Pesel nam podrósł 🙂 , ale przed ponad 50 laty Jurek też tak miał – dobrze pamiętam , gdy coś do Niego gadałam w czasie zajęć a On nie tylko odpowiadał – ale skrzętnie notował treść wykładu 🙂 .
Też mam podzielną uwagę, ale jednak, gdy zajmie mnie jakaś sprawa poświęcam się jej cała .
Wczoraj byłam pełna emocji – gdyż nawiązałam kontakt z Leszkiem ( oczywiście na Messengerze). Problem dotyczył pamiętników – moich pytań o to, co mogę z Jego listów do mnie zamieszczać, a czego – nie. Ale gdy zaczął pisać o literówkach i właściwie nie odpowiedział na pytanie – ja jako osoba Nadwrażliwa 🙂 ( definicja w necie – jeśli Ktoś ciekaw ) od razu pomyślałam, że nie jest zadowolony a może w ogóle chce się wycofać. I właśnie wtedy przyatakowałam Jurka – o czym było powyżej. Jednak potem się okazało, że Leszek „ wrócił „ do mnie po przeprowadzeniu ważnej dyskusji politycznej na FB i wszystko już było ok.
Jedno tylko mam na usprawiedliwienie – pomysł pisania naszych Pamiętników oraz połączenie nas w Messengerze – był Jurkowy – więc niech „spija wino, które sam uwarzył „ 🙂
Jerzy T. Marcinkowski ze swoją piękną siostrą Ewą Collony – Walewską ( też lekarką ). To bardzo ciepłe zdjęcie otrzymałam od Jurka .
A dzisiaj o świcie, po wykonaniu zdjęć budzącego się dnia , zerknęłam do FB, gdzie wczoraj wrzuciłam fotografię cykorii i rozpoczęła się tam krótka i niewiele znacząca dyskusja.
Ale teraz nagle zauważyłam , że Leszek wrzucił coś swojego pod zdjęciem mojej cykorii. Przeczytawszy – zaniemówiłam , po czym wpadłam w doskonały , a nawet szampański humor….
….
No, ale dość gadania, bo dotarliśmy do tytułowej cykorii.
Pozwoliłam sobie skopiować całą stronę z FB
Poniżej podpis, zdjęcie wykonane na łąkach nadbużańskich i komentarze :
Cykoria podróżnik jeszcze uśmiecha się nieśmiało …
zdjęcie własne.
Komentarze :
Jerzy Marcinkowski Nauczyłem się rozróżniać cykorię podróżnika od chabrów 🙂
Klara Klon Można dodawać do sałatek kwiaty i młode zielone liście choć tylko w małych ilościach
Jerzy MarcinkowskiCzyli jak się podaruje kobiecie bukiet kwiatów polnych to może stać się tak, że ona z tego bukietu zrobi pyszną sałatkę 🙂
Leszek MilanowskiJeśli Cię tym nakarmi to znaczy że obie strony dają z siebie co najlepsze, byle kwiaty polne nie były dawane z intencją zrobienia sałatki. Smacznego.
Czy przeczytaliście dokładnie ?
Czy wiecie dlaczego byłam najpierw zaskoczona a potem rozweselona ?
Odpowiem od razu.
Bo Chłopaki mnie zauroczyły ….
Ale Leszek głębią swojej, rzuconej jakby mimochodem, myśli spowodował, że „popłynęłam” z nią dalej aż pojawił się we mnie taki oto obraz :
Otóż wchodzę na moją nadbużańską łąkę i zauważam w dali jakby znajome sylwetki – to Leszek i Jurek myślę z uciechą – rozsiadam się więc wygodnie na tej pięknej, dziewiczej wonnej trawie przetykanej cykoriami, chabrami i usianej późnymi makami – czekam i marzę. A już Leszek nadbiega z kierunku angielskiego a Jurek z poznańskiego . Każdy z bukietem barwnych polnych kwiatów .
Jurek rzuca swój bukiet ze sprawnością szermierza – od lewej strony – bo leworęczny, jak kiedyś napisał – trafia na moje prawe udo – a Leszek ze sprawnością chirurga plastyka wrzuca bukiet bezpośrednio na mój podołek okryty szeroką barwną spódnicą.
Jest piękny młody nasz czas , wszyscy zauroczeni sobą i tacy jeszcze niewinni.
Ale każdy myśli – chyba nie wtedy – a dopiero teraz , myśli swoje – bo już doświadczenie i życie smakowane wielokrotnie i wiedza. I ja myślę – który z Nich marzy tylko o sałatce zdobnej kwiatami ? , a który chce tylko „dawać z siebie” ?
Tego nie wiem – i nigdy się nie dowiem. Bo kwiatów od Nich nie dostałam i już nie dostanę 🙂
bo ta nasza pierwsza młodość gdzieś w dalekiej dali – choć jest – tylko trochę inna – bo jesteśmy od niedawna razem i tętni w nas to samo serce i te same uczucia płoną – nic to – że już dojrzałe jak te jesienne kwiaty z bukietów …..
Kochani ! Po trzydniowej przerwie, aż trzydniowej J spowodowanej brakiem dostępu do swojego laptopa, szybciutko wracam do Pamiętników Kolegów .
Wybaczcie, że się powtarzam aż do znudzenia – ale może Ktoś tu zajrzy po raz pierwszy – więc krótkie wyjaśnienie . Otóż z Autorami zamieszczonych tu Pamiętników razem studiowaliśmy na Akademii Medycznej w Poznaniu od pamiętnego 1965 roku ( ja do 1968 – bo potem zmieniłam uczelnię na warszawską ) .
Już jest tu Pamiętnik Jurka Marcinkowskiego – przy okazji – Jurek – mam nadzieję, że jeszcze coś napiszesz 🙂 . Przecież znaliśmy się z Tobą dość dobrze, gdyż na drugim roku studiów uprawialiśmy wspólne marszobiegi po okolicach Poznania. – nie wiem czy pomnisz ? Jurek mieszkał w swoim rodzinnym domu przy ul. Dziewińskiej – którego nigdy nie widziałam – ale sobie wyobrażam jak musiał być piękny – skoro budowali go dla siebie i swojej trójki potomstwa , Jego Rodzice – ja na stancji – naprzeciwko Cmentarza – z gorzowską podwórkową ( ul. Kosynierów Gdyńskich 106 ) – przyjaciółką – Bajką. Napisałam, że Jurka znałam dość dobrze- oczywiście to iluzja tylko – bo kto zna dobrze Jurka ? – nie wiem – trudno się przebić poza jego wieloznaczny, zresztą uroczy wirtualny Uśmiech, którym obdarowuje zamiast odpowiedzi na pytanie ….
Co innego Leszek Milanowski – podaje nam siebie „ na tacy” – swoje serce i myśli na dłoni nam podaje . A może to też iluzja ? Nie wiem.
Jest też z nami na Messengerze, choć jak na razie ( mam nadzieję, że na razie ) nie chce tu gościć ze swoimi opowieściami z życia – Irenka z domu Dąbrowska – Dziewczyna –„ solistka Arii ze śmiechem „ – taką Ją pamiętam z Anatomicum – teraz czasem trochę złośliwości wrzuci – by nas „ ustawić do pionu „ – ale serce potrafi wielkie okazać – wiem – doświadczyłam – a życie miała nielekkie …..
I oczywiście Mariolka, czyli Maria J. Nowakowska, którą poznałam dopiero teraz i z tego powodu unosi mnie radość …
A na marginesie tego co napisałam, jeszcze podsumowująca myśl, która teraz do mnie przyszła i zmusiła bym ją też zamieściła – poznać Kogoś dogłębnie jest niemożliwością – bo nawet siebie zdefiniować jest trudem – tyle kompleksów , uczuć niespokojnych czy lęków, postaw wobec życia , sposobów dźwigania trudów , cieszenia się dniem – a nawet widzenia świata – prawdopodobnie każdy ( ja na pewno ) w sobie nosi – więc może lepiej nie „ rozdrapywać” i żyć pełnią danego nam kolejnego dnia, cieszyć się, że Ludzie dookoła są, żyją , można pogadać i jest fajnie.
Fajny jest każdy darowany wschód i zachód słońca i zieleń odradzająca się co roku i złoto rozsypująca jesienią ….
Z albumu Rodzinnego Marii J. Nowakowskiej – oto nasza Mariolka w całej okazałości – ta Dziewczynka stojąca na kamieniu z uniesionymi łapkami –
” zobaczcie jaka jestem duża ” i poniżej , już studentka z czasów, które opisuje ( wykadrowałam ) – w lewym dolnym rogu – choć nie sposób Jej nie rozpoznać – ta burzą jasnych włosów i Uśmiech !!! i w grupie kolegów na jakiejś wyprawie – chyba w górach – też z łatwością można Cię rozpoznać, Autorko Pamiętnika 🙂
Mam nadzieję – że po raz kolejny – Mariolko mi wybaczysz, że zajęłam tyle miejsca w Twoim Pamiętniku – a teraz ad rem – 🙂
Któregoś, pewnie następnego dnia – bo nasze listy wędrowały z szybkością światła – gdy zapytałam Mariolę, gdzie mieszkała w Poznaniu ( bo ja na stancjach ) – wpadła jej odpowiedź i cała świetna historia :
na studiach zazdrościłam wszystkim mieszkającym w akademiku
dlaczego ? mogli wracać kiedy chcieli, mieli swoje pieniądze
a mieszkając w domu (rodzice pracowali) słyszałam : dzisiaj ugotuj na…..
kup…..
….. dzisiaj nic nie planuj bo mamy pralnię na godz….
kieszonkowe dostawałam w ograniczonej ilości – przecież jedzenie masz w domu a bilety na koncerty w Filharmonii, do opery – tata ci załatwi
no to należało brać się do roboty
w naszej grupie była Jadzia Szpaderska – felczer która mieszkała na Rycerskiej blisko mnie (Grochowska) a pracowała też na Grochowskiej w gabinecie leków silnie działających
praca, ćwiczenia trochę kolidowały z zajęciami więc podszkoliła mnie i czasami wyręczałam ją w tej pracy albo w gabinecie albo też jeździłam do domów ….
…. z grupą studentów starszych lat jeździliśmy też do Lechii ( zakłady kosmetyczne – jak pomnę ) na Starołęce ok. 20 każdego miesiąca i zapisywaliśmy się do pracy na zmiany jakie nam pasowały ranne lub popołudniowe
praca polegała na „przeginaniu ” kartoników
kartony do proszku przychodziły mocno sprasowane w paczkach po 1000 należało z nich zrobić odpowiednie pudełka które maszyna stojąca za nami brała, podawała do tej która sypała proszek
po przyjściu do domu mydła nie potrzebowałam – pieniłam się cała a spłukanie tego z włosów było nie lada wyzwaniem
DAŁAM RADĘ
za pierwszą pensję kupiłam sobie płaszcz na Wrocławskiej
a w sezonie wiosna – jesień, kiedy tylko mogłam sędziowałam mecze LA ( oznaka sędziego leży w mojej szufladzie nadal )
wtedy startowała Szewińska, Kłobukowska, Sidło
czyli czas miałam bardzo wypełniony …
Mariolko kochana !
1. Ciekawe to o czym piszesz , bo ja np. w tym okresie nic nie robiłam poza studiowaniem – byłam zwyczajnym „pasożytem „ – wprawdzie potem to obijanie się nadrobiłam w trójnasób ( na 5 i 6 roku studiów rodziłam córeczki – więc mąż, dom, gotowanie , etc. ) , ale po raz pierwszy podjęłam pracę zawodową dopiero po studiach …
Brawo Mariolko Tobie ale też Twoim Rodzicom – za sposób wychowania – przecież pewnie byłoby Ich stać na tzw. kieszonkowe – ….. ciekawe, czy Twoi Bracia też pracowali ? ….i czy Twoje Dzieci wychowywałaś podobnie ?
2. Ależ mi zaimponowałaś tę odznaką Sędziego !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
A to specjalnie dla Leszka – panorama Kutna – może się wzruszy i coś nam opowie o mieście swojego urodzenia , gdzie nadal trwa pamięć o Jego Rodzicach – Tata lekarz, Mama uczyła historii w LO ….
zdjęcie własne, może to my dawni jako te łany kwiatów ? 🙂
Jurek Marcinkowski przysłał mi to wielomówne zdjęcie 🙂 . Jednym słowem , cała prawda o naszych chłopakach 🙂
Leszek Milanowski teraz, zdjęcie z Facebooka . Fajnie wyglądasz, włos zachowany, okulary a za nimi Twój dawny uśmiech trochę przekorny i dobre oczy ….
a to Wasza koleżanka, Zosia , wtedy Łukaszewicz, może 16 letnia , a teraz nieposkromiona gaduła i gospodyni tego blogu 🙂
Jakoś dzisiaj mi śpiewa Sława Przybylska . „ Gdzie dziewczyny z tamtych lat…” i parafraza tytułu : „ Gdzie chłopaki z tamtych lat „ …. wprawdzie piosenka o czasach wojennych i o innych dziewczynach i chłopakach , ale cóż mogę na to poradzić. Ta piosenka weszła mi w głowę, i już … I jest rok 1965 i widzę nas przy stole w Anatomicum, i na korytarzu czy siedzących na schodach szerokich zawijających się pięknie . Nie mam zdjęcia tych schodów, kiedy będę w Poznaniu , nie wiem, może już nigdy. Ale ktoś mądrze powiedział Nigdy nie mów nigdy. Więc nie mówię i wierzę , że jednak kiedyś … a może tymczasem Jurek popełni fotografię i ją do mnie przyśle – bo bywa w Zakładzie Medycyny Sądowej – ale tak zajęty, że nie śmiem Go prosić o zdjęcie, tylko jedno zdjęcie schodów z drewnianą poręczą – na której kiedyś jakiś nasz kolega zjeżdżał ( może pamiętacie który ?, bo ja nie ) .
Właśnie nadchodzi Jurek Chłopak o sylwetce aktywnego sportowca, ważący słowa, chyba trochę nieśmiały, a może rozważający czy warto i do kogo warto coś powiedzieć . I wpada niewysoka energetyczna Irenka o migdałowych oczach wnosząc do Sali przygasającą wobec powagi miejsca falę swojego pięknego zaraźliwego śmiechu , którym na przerwach częstuje wszystkich , aż oni się chichrają, bo śmiech tam bardzo potrzebny jako przeciwwaga wszystkiego co się dzieje w Anatomicum . I oto chyba najbardziej spóźniony Leszek teraz wyciszony, ale nieustanny Wiercipięta – jasny chłopak z promiennymi rozjarzającymi się nagle oczami . I pewnie w innej grupie, w innej Sali Mariolka ze świetlistą burzą blond włosków – której nie zapamiętałam, ale poznałam teraz i jestem szczęśliwa.
Jesteśmy, żyjemy, żyją nasze słowa tu zapisane – w Pamiętnikach Jurka, Mariolki i Leszka oraz dawno temu wrzucone tu przeze mnie .
I nasze myśli wymieniamy i poznajemy się nawzajem. Chyba. Chyba się poznajemy. I dotarła do Grupy na Messengerze Ewa z Opola, która pokazuje nam urodę swojego miasta i z nami gawędzi jak z równymi, choć wiekiem jeszcze niedojrzała do emerytury nawet.
Wszystko między nami się dzieje w wirtualnej rzeczywistości. Czy tylko wirtualnej ? Nie, wszystko o czym sobie piszemy dzieje się w naszych sercach i umysłach. Bo znamy się od 18 roku życia – tylko Los nas porozdzielał – ja wyszłam za mąż i zmieniłam uczelnię po 3 roku studiów , czyli w 1968 ( już o tym wielokrotnie pisałam, więc nie chcę za dużo wyjaśniać ). Inni też pewnie na chwilę odeszli od siebie, bo już inne grupy, inne plany zajęć, czy wreszcie nowe sympatie, zauroczenia, problemy bo życie dynamiczne i stale podniecająco ciekawe ….
Ale ad niedawne nasze spotkanie – jedno muszę oznajmić – wprawdzie nikt z kolegów mnie nie poszukiwał, ba, pewnie nawet nie pomyślał ale to ja znalazłam Leszka na Facebooku bo nagle zatęskniłam za kolegami 🙂 i jakiś wewnętrzny imperatyw nie dawał mi spokoju i stało się. I znowu jesteśmy razem, jeszcze bardziej może niż kiedyś, bo każdy z plecakiem które życie napełniło. A co najważniejsze z wiedzą jak może być – bo doświadczenia życiowe nas nie ominęły, licznych ludzi spotykaliśmy na drodze – złych i dobrych, kochanych i obojętnych, i chyba już umiemy rozpoznać z kim nam jest dobrze. Zwyczajnie, dobrze.
I gdy widzę te przebłyski młodości w Waszych wypowiedziach – bo przecież wciąż jesteśmy młodzi choć trochę inaczej… raduje się moje serce ….
Hamuj, Klara, czyli Zosia muszę się skarcić, bo znowu się rozgadałaś, a miało być o tym, co napisał mi Leszek.
Po tej reprymendzie, której sama sobie udzieliłam, wracamy na ” tory” z Leszkiem w roli głównej .
Przed paroma tygodniami było tak. Jurek na naszej wspólnej „ platformie” messengerowej rzucił tajemnicze zdanie do Leszka oznajmiając, że czegoś się od Niego mógłby nauczyć. Oczywiście nastawiłam uszy zaciekawiona . Nie z powodu bym spodziewała się jakiś plotek, które mnie nie interesują – ale nauczyć się ? oj, ja też bardzo chętnie 🙂 I wtedy zapytałam Leszka , bo Jurek i tak by nie miał czasu wyjaśniać, czego się Jurek od Ciebie mógłby się nauczyć ? No i Leszek pofrunął z opowieścią :
Co do Jurka. Nie widzieliśmy się od studiów. Do 4-go roku byliśmy bardzo serdecznym przyjaciółmi. Jako prezes Chóru AM poprosiłem Go, aby został kierownikiem naszego obozu w Łagowie z ramienia ZSP. Oczywiście pieniędzy na wyżywienie było za mało, więc znalazły się „martwe dusze” które się zapisały, lecz na obóz nie pojechały. Jedliśmy za Nich. JUREK bardzo serio i odpowiedzialnie przejął się swoją rola i zabronił mi to rozliczać. Ja uważałem że skoro komuna nas oszukuje to ja mogę też dla dobra członków Chóru (40 osób). JUREK był legalistą, zresztą Jego Ojciec był kierownikiem Katedry Medycyny Sądowej. Z prawem za Pan brat. Nasze drogi się rozeszły. Spotkaliśmy się po pół wieku na pogrzebie mojej Cioci, prof. Kazimiery Milanowskiej, byłego Krajowego Konsultanta Rehabilitacji. Akurat szedłem z moimi obydwiema ( z obydwiema się rozwiodłem – pediatra i anestezjolog) byłymi Żonami pod ręką. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe. Potem na stypie siedział w Ich towarzystwie i zobaczył, że można się wzajemnie szanować. Chyba dlatego teraz napisał, że czegoś się mógłby się ode mnie nauczyć.
Leszku Kochany !!!
1. Ponieważ w Twoim liście pojawiły się dwa wątki , najpierw ad pierwszy …
kopiuję fragment Twojej zamieszczonej tu opowieści :
Ja uważałem że skoro komuna nas oszukuje to ja mogę też dla dobra członków Chóru (40 osób).
Fajna filozofia życiowa, bezkompromisowość , logiczne uzasadnienie i działanie na rzecz innych – ciekawe, ile tamtego Leszka w Tobie zostało ? oj, sądząc po Twoich wypowiedziach jesteś taki sam jak wtedy….. to Piękne i Radosne…..
2. A na temat zadziwiającej nawet Jurka harmonii Rodzinnej i aktualnie już pozarodzinnej Leszka . Coś w tym jest – rozmyślam, czy to wielka praca Leszku, by byłe Żony mogły się zaprzyjaźnić – czy tak było kiedyś , gdy byłeś z tą Drugą ? – znałam taki przykład – ale – to chyba „ najwyższa szkoła jazdy” – nie chować urazy, ocalać prawdziwą Przyjaźń i oddzielać od „ złamanego serca” , nie wiem czy wybaczać – bo to najtrudniejsze, ale żyć i cieszyć dniem wspólnym który jest i tym który przychodzi, nie oglądając się wstecz ….
To nauka, którą nam przekazałeś Leszku, za którą dziękuję . Nauka Twoja Pierwsza, bo będą jeszcze inne. Ale też poparłeś to niezbitymi dowodami obserwowanymi przez Jurka na wspomnianym pogrzebie a także zamieszczonym w pierwszym rozdziale Twojego Pamiętnika przejmująco Pięknym i Czułym listem od córki …. Jesteś Wyjątkowy , Leszku – rozdajesz ludziom swoją energię i umiłowanie życia ….
3. A na koniec, po raz któryś tam przepraszam za gadulstwo. Ale tyle tematów mi się pootwierało za sprawą Kolegów i wszystkie chciały tu się znaleźć ….
Jeśli Komuś się nie podobało, albo zasnął w czasie czytania tego co „ wydziergałam „- niech napisze i Klarce czyli Zosi „ zmyje głowę „ 🙂
zdjęcie własne i własne podziękowania za to, że jesteście……
Maria J. Nowakowska z Teresą Tulecką …. zdjęcie z Jej albumu rodzinnego. Ukochane przeze mnie z powodu filuternej ale też refleksyjnej minki Marioli no i oczywiście …. butów … 🙂
Kochani, jeśli Ktoś już tu zajrzał przed dzisiejszym świtem, może się zdziwić, bo poprawiłam swoje komentarze i wreszcie udało mi się wprowadzić zdjęcie Mariolki z kolegami …proszę więc o wybaczenie i zapraszam ponownie …..
Zapytałam Mariolkę o to, jak wyglądała wspomniana w poprzedniej opowieści Jej przyjaciółka – Teresa Tulecka, bo nijak nie kojarzyłam. W dodatku zaciekawiłam się jeszcze bardziej czytając króciutki liścik od Leszka Milanowskiego ( zamieściłam w pierwszej części Jego pamiętnika ) , gdzie jakby czując o czym pisze Mariolka, bo nie czyta tego blogu ( chyba ) , pisze, że był żywo zainteresowany wspomnianą Tereską i dodaje ( cytuję słowa Jego listu do mnie, już zamieszczone w pierwszym odcinku pamiętnika Leszka ) – „Przyznam się, że byłaś moją pierwsza fascynacją ( to tylko kurtuazyjny skłon w moją stronę, bo bardzo się lubiliśmy, fakt, ale nie sądzę, bym Leszka fascynowała – ale niech będzie – oboje byliśmy sobą wtedy zafascynowani 🙂 . Potem przyszła Tereska, która nigdy się że mną nie umówiła a zawsze spotykaliśmy się w towarzystwie Marioli, która wcale dla mnie nie była przeszkodą. Wręcz przeciwnie. Wnosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie 🙂 .. ” – ot, cały nasz Leszek, zresztą w tym 18 roku życia pewnie wszyscy chłopcy myślą tak samo – zdobywać świat złożony z samych pięknych dziewczyn 🙂
W odpowiedzi na moje pytanie Mariola napisała najpierw krótko , ale zaraz wysnuła się z Jej pamięci świetna opowieść z puentą ale też wraca do niej przypomnienie o zdjęciu. Zamieszczam ten list w całości, bez zmian” redakcyjnych” , bo jest pisany ” na gorąco” , nie cyzelowany, nie przetwarzany , tylko naturalny – dla mnie jest bardzo fajne podążanie za myśleniem Marioli – to taka ciekawa ” wycieczka ” , prawda moi Mili ? …
zdjęcie z albumu Rodzinnego Marii J. Nowakowskiej. Mariolę każdy rozpozna, choćby po wielkiej jasnej” burzy” na głowie 🙂 a Teresa Tulecka – w toczku na głowie, jak oznajmiła właścicielka zdjęcia …
Mariola pisze ( jak wiadomo już z poprzednich moich wyjaśnień, Jej oryginalną opowieść podaję pogrubioną czcionką )
Teresa jest niską czarnulką – wysłałam Jurkowi moje i jej wspólne zdjęcie z wojska – powinien mieć … ( zdjęcie nie dotarło jeszcze , ale jest za to inne, fajne , pewnie z opisanego poniżej obozu, które właśnie udało mi się ” wkleić” – bo miałam trudności techniczne- nagle pojawiało się tu w pozycji” leżącej ” na boku 🙂
z nią też taka historia
byliśmy na obozie medyczno – sportowym organizowanym przez Preisnera na Śnieżniku
wybrałam się z nią i Staszkiem Parchimowiczem w dół do miasta
w drodze powrotnej złapała nas potężna burza, więc Staszek chwycił nas za ręce by pomagać nam wejść
z naszej trójki ja byłam najwyższa
i co zajmowało mnie ???
pytanie co powiem ich rodzinom gdy piorun W NICH trafi!!
dostało mi się po wejściu co niemiara – za głupie myśli i za brak wiadomości z praw fizyki: piorun strzela w najwyższy punkt i w takim przypadku giną wszyscy
oj nadokuczało mi towarzystwo do końca obozu
ale prawa fizyki pamiętam do dziś 🙂
i tu wraca myśl o zdjęciach 🙂
chyba Jurek ma te zdjęcia
jeśli nie to zrobi mi ktoś zdjęcia z tego obozu też – mam w wklejone w albumie więc nie wiem jak zrobić odbitki a wyrywać nie chcę
pomyślę a może ktoś mi pomoże
no i znowu Jacek ( syn) jest mi potrzebny
wracają w niedzielę wieczorem to muszę czekać
Mariolko !!!
1. Wzruszyłam się, czytając, że w czasie burzy w górach martwiłaś się tylko o kolegów – to nie nieznajomość praw fizyki, lecz troska o innych – tak czuję ….
2. Jak ładnie Leszek Ciebie scharakteryzował – Mariola w czasach studenckich ” Wnosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie 🙂 .. ”
Mariolko, my też tak Ciebie postrzegamy – dajesz nam uśmiech, świeżość i jednocześnie normalność …. jesteś Niezwykła … a mnie po prostu ” zawróciłaś w głowie ” 🙂
2. niestety fotografii Marioli i Teresy w mundurze wojskowym nie dostałam – ani od Jurka, ani od właścicielki zdjęcia 🙂
3. czekam cierpliwie , bo też moja historia – niezapomniane mundury, prześmiewanie się z nas na ulicy „ o idzie dziurawe wojsko” …..a my człapałyśmy w przydługich szynelach z berecikiem – „naleśnikiem „ i śmiałyśmy się do ludzi….och, ta nasza młodość…..
Pewnie zauważyliście tytuł. Oto rozpocznie się kolejny rozdział tego blogu . Pamiętnik Mariolki będzie przeplatany opowieściami Leszka Milanowskiego, bo Ona wywołała temat wczorajszym tu wpisem. Od opisywanego w nim momentu losy Marioli i Leszka niejako splatają się ze sobą , ja jestem trochę z boku, ale gdzieś w tle widoczna, choć mglista …. ale po kolei – było tak :
Wczorajszy dzień zapowiadał się nieciekawie. Po wieczornej wielkiej burzy ( cudnej) i całonocnej ulewie, rano było szaro i nieustannie płakało niebo. Gdy jak zawsze wędrowałam leśnymi drogami dzierżąc niewygodny parasol ( wprawdzie sosny szumiały cudnie) ogólnie było minorowo. Tym bardziej, że mieli przybyć Bratanek Mirka z ciężarną żoną i dwoma dużymi psami. Więc pichcenie, porządkowanie etc. Około południa towarzystwo zajechało i zaludniło nasz mały domek, więc uciekłam ponownie do lasu. Las jest moim przyjacielem, opiekunem i pocieszycielem – zawsze przegania czarne myśli i ładuje energią. Potem wprawdzie były miłe telefony, ale jeszcze nic nie zapowiadało niemiłego zgrzytu ale potem wieczornej radosnej, młodzieńczej eksplozji.
Towarzystwo zalegało w jedynej dużej izbie chałupki, piesy cichutko obok swoich właścicieli ( pozytywne), Magda piękna, eteryczna z krągłym brzuszkiem ( 8 miesiąc ciąży- fenomenalnie wygląda choć nosi w sobie Izabellę ), Janek opiekuńczy , szczebiotali w tonacji miłej dla mojego ucha, czasem coś krótko opowiadałam – o odnowionych kontaktach z dawnymi kolegami i wielkiej z tego przyjemności, o pisaniu, czasem wtrącałam opowiastkę z przeżyć przychodniano – szpitalnych. Było fajnie, domowo, rodzinnie.
Zgrzyt nastąpił, gdy gawędząc z młodymi, jednocześnie trzymałam laptopa na kolanach i nagle przeczytałam maila, wprawdzie nie do mnie adresowanego, ale przysłanego z innymi – bo gmail kompresuje całą korespondencję pomiędzy danymi osobami – i ją w takiej formie wysyła – przeczytałam więc przypadkowo to co nie było do mnie i dowiedziałam się, że osoba, której oferowałam pomoc – nie zrozumiała moich intencji – a adresat nie uważał za słuszne by zająć stanowisko w mojej sprawie – może jestem przeczulona – pewnie tak uważa, ale była to dla mnie przykrość – poczułam się intruzem – „ przybłędą „ – postanowiłam odciąć się od sprawy, pomimo tego, że interesował mnie temat i już zaczęłam swoje myślenie i działanie włączać – więc – odpisałam tej nieznanej mi osobie- przed którą nawet trochę otworzyłam serce ( och ta moja dziecięca naiwność – jestem stale „niewyuczalana ” w tym temacie ) – mail ten dałam do wiadomości adresatowi – przerywając ciąg tzw. dobrych uczynków. I stale w tyle głowy słyszałam i słyszę słowa mojego nieodżałowanego przyjaciela z okresu pracy w CZD – śp. Jurka Kryńskiego „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później”.…..
Potem jednak, jakby na otarcie łez – czy w nagrodę zaczęło się dziać, oj zaczęło. Wszystko rozpoczął Jurek – pamiętniki – moje wspomnienia zamieszczone tu przed laty, wysłane – etc. Ale bezpośrednio teraz rozpoczęło się od Marioli 🙂
Otóż w poprzednim tekście pamiętnika tu zawartego opisała wydarzenie z poznańskich, studenckich czasów. Użyła pełnych imion i nazwisk naszych wspólnych kolegów, początkowo skopiowałam i zamieściłam w oryginalnej mariolkowej takiej wersji i nagle – doszłam do wniosku, że może osoby wymienione nie życzą sobie podawania danych.
Dotyczyło to Leszka Milanowskiego. Nie wiem, jak mogłam tak pomyśleć, ale może dlatego, że już kiedyś proponowałam Leszkowi by u mnie zagościł w blogu, ale wtedy nie chciał bym podawała jego personalia, przysłał tylko jedno wspomnienie i na tym się skończyło. No cóż, właściwie mało się znaliśmy przed 53 laty, gdy byliśmy razem na studiach medycznych Poznaniu i w jednej grupie na anatomii ( 1965-1968 rok) a i teraz jedynie z krótkiego epizodu intensywnych kontaktów telefoniczno messengerowo mailowych oraz z krótkiej wymiany myśli na Facebooku.
W związku z tym, jak może ktoś zauważył gdy przeczytał ostatni wpis Marioli wczoraj rano i po południu – nagle zniknęły nazwiska kolegów i pojawiały się jedynie inicjały a i to zmienione – gdyż Leszka nazwałam po prostu X. Odebrało to koloryt całej opowieści, która stała się bezbarwna i bezosobowa.
I późnym wieczorem doszłam do wniosku, że jednak napiszę do Leszka i zapytam co robić ? czy jednak się zgadza na pełną wersję Marioli . Rozmowa była żywiołowa, energetyczna, ciepła – jednym słowem przypominała gejzer ( choć nigdy nie byłam w Islandii – ale tak sobie wyobrażam – może widziałam na zdjęciach -na bezludziu – w monotonii krajobrazu – nagle bijące gorące źródło ) – bo taki jest Leszek – spontaniczny i czuły.
Oto skopiowana z Messengera nasza rozmowa :
Klara Klon ( to ja 🙂 ) Leszku Miły !!!
mam nietypowe pytanie
otóż Mariola opisała Ciebie, Teresę Tułecką z okresu studiów
zamieściłam w blogu tę opowieść, ale użyłam X zamiast Twojego imienia i nazwiska
co Ty na to ?
sob. 20:56
Leszek : Nie czytałem co napisała MARIOLA. Pięknie wspominam czasy z 1-go roku gdy razem z MARIOLĄ i Teresie Tułecką chodziliśmy m.in.na lodowisko przy Promienistej/Grunwaldzkiej. Były inne spacery i spotkania. ZOSIU, mam nadzieję, że nie zerwiesz ze mną kontaktów gdy coś Ci wyznam …
Klara : (drążę temat zgody na użycie danych w blogu )To zajrzyj do tekstu Marioli w blogu
Wyszukiwarka
zofiakonopielko.pl
I ten rozdział będzie
Przeczytaj o Teresie i Tobie
Ale Leszek nie podjął tematu, tylko kontynuował swoją rozpoczętą wcześniej myśl : ZOSIU, mam nadzieję, że nie zerwiesz ze mną kontaktów gdy coś Ci wyznam …
Mimo „zimnego” zachowania i wyglądu w środku do dziś jest we mnie „ogień” ( cały Leszek, tę opowieść już słyszałam od Niego, ale jestem zafascynowana tym, jak potrafi dawać ciepło swojej rodzinie – jak ją jednoczy i miłością obejmuje ) : Dwie Żony, pięcioro dzieci w tym jedno pozamałżeńskie, wszystkie kochane i traktowane jednakowo i wszystkie najbardziej kochane…
Klara : ( chcę przyspieszyć, przerwać myśl Leszka, choć przychodzi to z trudem ) : Czy może być Twoje imię i nazwisko bo tak napisała Mariola tylko ja bez Twojej zgody nie podam nazwisk Waszych !!!
A Leszek, pewnie nie czytając moich pytań , ciągnie dalej :
Przyznam się, że byłaś moja pierwsza fascynacja ( to tylko kurtuazyjny skłon w moją stronę, bo bardzo się lubiliśmy, fakt, ale nie sądzę, bym Leszka fascynowała – ale niech będzie – oboje byliśmy sobą wtedy zafascynowani 🙂 . Potem przyszła Tereska, która nigdy się że mną nie umówiła a zawsze spotykaliśmy się w towarzystwie Marioli, która wcale dla mnie nie była przeszkodą. Wręcz przeciwnie. Wynosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie 🙂 ..
A po drugim roku był obóz sportowy w Sierakowie, gdzie moi rodzice się „zaprzyjaźnili”. Tam spotkałem niesamowitą żywiołową „torpedę” z która o 4-tej rano chodziliśmy słuchać pierwszych śpiewów słownika i potem kilkumiesięczne codzienne pisanie listów na korze brzozowej z konsekwencjami możliwymi do przewidzenia…
Klara : Fajne, ( usiłuję ciągnąć swoje) tylko nie odpowiedziałeś na moje pytanie :czy mogę podać Twoje imię i nazwisko w tekście Marioli zawartym w moim blogu ?????
I wtedy nagle usłyszałam dźwięk messengerowego telefonu- wybiegłam z domku w czarność ogrodu, gdyż wieczory przychodzą już wcześnie – a w domku pełno ludzi – odebrałam – to Leszek video – radosny, wesolutki ucieszony – mówi, że chce mnie zobaczyć – nie widział od 53 lat – więc dobrze, że ciemność – mówię już ze śmiechem – ma zapamiętany mój obraz – jeśli ma – mnie młodziutkiej – a teraz – choć może coś dawnego by zobaczył w moich oczach – może nie – myślę – ja widzę – okularki – znam wizerunek z Facebooka, gdzie zamieszcza swoje zdjęcia – i pękam ze śmiechu, gdy mówi – o – muszę się uczesać – widzę – wyjmuje grzebyk i przeczesuje włosy po lewej stronie głowy – oznajmia – jak rozmawiam z kobietą – muszę być uczesany 🙂
Przeglądając zdjęcia i wpisy na Facebooku zawarte pod adresem Leszek Milanowski, zdjęcia sobie kopiuję ( te trzy zamieszczam teraz) , bo nie wiem kiedy mi przyśle swoje. Ale wzruszam się czytając tekst pod tą fotografią :
Najukochańszy Tatulk pod Słońcem!❤️ Dzień Ojca, czerwiec 2018
Dziękuje Ci za miłość, za wspaniałe przygody, za wycieczki krajoznawcze, za zwariowane wakacje, za spanie pod namiotem, za wszystkie cudne piosenki których nas nauczyłeś i z nami śpiewasz, za nigdy nie mówienie że jesteś zmęczony albo że czegoś nie można zrobić, a raczej namawianie nas do robienia tysiąc rzeczy na raz, za zawrócenie z połowy drogi z Kutna do Poznania po mojego liska który został u Babci i Dziadka, za wszystkie szalone pomysły, a najbardziej dziękuje Ci za moje ukochane Siostrzyczki i Braciszków, bo bez nich ten świat by nie miał sensu.
Wykadrowałam ze zdjęć przysłanych przez Mariolkę – Maria J. Nowakowska i wspomniana w tej opowieści Teresa Tułecka . Och, nasze czasy studenckie …
Gdy któregoś dnia Mariola zapytała w której grupie byłam na I roku studiów tj. w 1965 roku – nr nie pamiętałam, ale kolegów tak – więc wymieniłam. Na to Mariola przysłała list i kolejną opowieść :
no to świetną grupę mieliście
z Leszkiem Milanowski spotykaliśmy się bo mieszkał u cioci blisko nas czyli Teresy Tułeckiej i mnie – wspólne tramwaje a potem koncerty
no i śmieszna historyjka
ze mną do grupy chodził P. S.
mieszkał w akademiku na Grunwaldzkiej czyli blisko nas a wiodło mu się często różnie jak to studentowi
opowiadałam o różnych rzeczach w domu o jego sytuacji też
któregoś dnia przyszedł do mnie Leszek Milanowski (mnie w domu nie było)
mama myślała że to S. i nałożyła mu, mimo jego lekkich protestów to, co zostało po obiedzie
grzeczny Leszek zjadł wszystko
wróciłam do domu, załatwiliśmy co należy z Leszkiem i poszedł
mama opowiedziała mi całą sytuacje a ja pękałam ze śmiechu – wyobrażasz sobie wszystkie te godziny …. 🙂
a jak mówię o Leszku – to przychodził do nas potem często bo uczyłam się z Teresą Tułecką a Leszek podkochiwał się w niej mocno
często sprzeczali się – takie zaczepki
któregoś dnia Leszek mówi do Teresy : dlaczego my się kłócimy – moja ciocia z wujkiem żyją ze sobą tyle lat a nie kłócą się
Teresa zrobiła WIELKIE oczy i odparowała : ale przecież my ze sobą nie żyjemy!
było to przy moich rodzicach – wszyscy się roześmieli głośno i krążyła ta opowieść długo w rodzinie …
Czuprynka jak jasna chmurka , od wczesnego dzieciństwa, co widać na wszystkich zdjęciach no i te buty !!! 🙂