Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Wstęp autorki bloga.

Kochani,  od dziś mam wielką przyjemność gościć w tym blogu moją Niezwykłą   Koleżankę z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, Wielce Szanowną i Poważaną panią doktor  Marię Jolantę Nowakowską, pediatrę, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego w Kępnie .  

Na marginesie tylko muszę dodać, że nie zapamiętałyśmy siebie nawzajem z czasów studenckich ( zresztą w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, o czym już w blogu wielokrotnie pisałam). Nasza znajomość i moja  fascynacja tą Dziewczyną  wybuchła nagle , zupełnie niespodziewanie. Ale po kolei.

Jeszcze niedawno, bo w maju tego roku,  Jurek Marcinkowski (JTM), którego pamiętnik  niedawno tu zamieściłam , napisał do mnie w kilku słowach ,  że nasz rok właśnie wraca z corocznego, odbywającego się od 25 lat zjazdu- wycieczki koleżeńskiej do Olsztyna i okolic i że siedzi w autokarze obok Marioli, z którą sobie mile gawędzi. Wprawdzie przebyła udar, ale jest w świetnej formie , choć twierdzi, że ma od tego czasu dziury w głowie.  Wtedy też  nic mi to nie mówiło- fajnie, że sobie gawędzą- a to ciekawe określenie, którego użyła też nie otworzyło we mnie żadnej klapki w mózgu- choć mi się spodobało. Bo spostrzegłam , że ma dystans do siebie i jakieś otwarcie na innych. Nie każdy tak ma. Bywa, że ludzie zamykają się w sobie, zwłaszcza po chorobie lub urazie. To, że wzięła udział w męczącej koleżeńskiej wyprawie też nie zapaliło we mnie żadnego światełka.   Nie kojarzyłam Dziewczyny. Obojętność, zamknięcie we mnie i tyle.

Potem , gdy  JTM stworzył ze swoich znajomych ( jak mówił , przypadkowo) grupę na Messengerze, zauważyłam, że jest tam też Mariola. Zapytałam więc Irenę, czy to Ta, z naszego roku- potwierdziła. Nadal zero zainteresowania z mojej strony. Mariola czasami się odzywała w Grupie, ja też coś wrzucałam. Było to raczej takie zwykłe ble- ble, jak kiedyś się mawiało. Ptaszki, kwiatki, niebo malowane stale inaczej. W mojej głowie, nieustannie krążył podtekst,  że wszystko to, co piękne na świecie to jest dzieło  Kogoś na górze i że jest celowo ułożone …Więc czasami wrzucałam taką myśl, która przechodziła w tym towarzystwie bez echa. Aż nagle…..stało się ….poczułam jak przysłowiowy grom z jasnego nieba” spadła” na mnie i zaistniała w moim życiu niezwykle intensywnie – Mariola,  do tej pory mi zupełnie obojętna . A stało się to za sprawą tego, co napisała , po moim lakonicznym –  wierzę w życie po życiu.  Poprosiłam o opowiedzenie. Po chwili dostałam tę krótką odpowiedź:

„No to było tak z udarem – zawsze byłam „ szkiełko i oko” a nie „ czucie i wiara” i nie wierzyłam w opowieści o zaświatach, a tu po udarze gdy byłam nieprzytomna, co wynikało z opowieści kolegów,  widziałam obok swojego łóżka szpitalnego wszystkich zmarłych kolegów i koleżanki ze szpitala- rysy znane ale przezroczyste- równo ubrani w jakieś zwiewne opończe, uśmiechnięci, ręce wyciągnięte po mnie dodawali mi otuchy- zaczęłam podnosić się by iść z nimi i spojrzałam na kolegę którego bardzo lubiłam ale nasze poprzednie , gdy jeszcze żył , rozmowy wyglądały na zaczepki. Widząc go teraz, też powiedziałam- odczep się nigdzie z tobą nie idę…Wtedy wszyscy uśmiechnięci odsunęli się w bardzo jasną świetlistą smugę- drogę . Gdy byłam w lepszej kondycji zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać o takich zjawiskach i wiele razy powtarzało się, że bliscy przeprowadzają na drugą stronę zmieniło mnie to trochę i nie jestem już taka ostro na NIE no i jeśli  tak jest   to nie ma się czego bać…………… „

Dotarło do mnie tak nagle, wyraziście,  jakby zobaczyła Anioła, że „stoję” przed  Świadkiem, jedynym jakiego znam, który dotknął Drugiej Strony Życia . Bo czytałam opowieści różnych ludzi, o podobnych doznaniach, które niektórzy tłumaczą zwykłym wytworem niedokrwionego mózgu .….a ja wierzę, że jest inaczej, że te opisywane przez wszystkich, którzy wrócili do naszego świata,  podobne doznania, obrazy i odczucia są prawdziwe , bo towarzyszyłam umieraniu trzech najbliższych osób, w domu- byłam przy Nich sama……ale to inna opowieść…..

            Teraz, po wielu mailach , które do mnie  napisała Mariola , wiem, że  jest  Osobą Pogodną, z Poczuciem Humoru, z dystansem do siebie , empatyczną i ma bardzo dużo do opowiedzenia. Pytana przeze mnie a  nawet nie-  wrzuca   historie ze swojego życia, które układają się w Pamiętnik – spisując je  na gorąco,  bo jak mówi-  otwierają się  klapki w Jej mózgu 🙂 trochę pozamykane przebytym udarem, ale też zwykłą naturalną ludzką-  często gdzieś ukrytą , przycupnięta, czekającą na ujawnienie- pamięcią zdarzeń…..

Dziękuję Ci, Mariolu, że pojawiłaś się w moim życiu i zechciałaś gościć tym blogu…..

Dziękuję też Jurkowi, bo  od Niego Wszystko się zaczęło i że jest  naszym Przywódcą  🙂

Zdjęcia własne.

 

 

„Anioły spotykają się o Brzasku „z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 5 )


zdjęcie własne….

Ale kiedy ja już byłam umarła na tym świecie.

Nieprawda, żyłaś ze mną, czułem jak bije twoje serce . Było trudno, ale widziałem tylko tamtą dziewczynę z podwórka, której,  kiedyś gdy już ją zauważyłem, położyłem głowę na kolana.

Ożywiła się, niemożliwe że pamiętasz. To było tak dawno. Pamiętam, to co było z tobą,  wszystko pamiętam. Tak Mileńki, siedzieliśmy na trawie pod tą topolą i wyjmowałam z twojej czarnej czupryny topolowy puch.

Poczuł dreszcz, bo pamiętał tamten dotyk wybierania puchu topolowego, muśnięcia długich palców, nieśmiałe i zalotne w okolicy swojego ucha. Tak, czuł wtedy jak jego męskość którą już poznał wcześniej , ale sam musiał się z nią uporać, jak jego męskość pragnie zaspokojenia. I tylko widział ją, swoją jedyną kobietę w życiu, tylko ją tak czuł i tylko jej pragnął. Ale wtedy nic nie powiedział, bo wtedy o takich sprawach nie rozmawiano, tylko stłumił w sobie chęć nieomal gwałtu, stłumił pożądanie wielkie  i pokornie położył głowę na jej udach, gdzie już pachniało kobietą.

Kiedyś zauważyłem na podwórku nie dzieciaka ze strzechą włosów tylko małą kobietkę.

Tak tak, pamiętam jak podszedłeś do mnie, i powiedziałeś, że mam oczy jak dwa jeziora. To było długo po tym jak całowałeś się z Julką.

Przecież ja się z nią nie całowałem, no może dotykaliśmy się ustami, wtedy nic nie wiedziałem o całowaniu. A najpewniej to ona zaczęła. Wiesz jakie są dziewczyny.

O tak, tak, wiem. Ja nigdy nie zaczynałam pierwsza. Tylko podglądałam zza krzaków albo ze śmietnika. Byłam od ciebie młodsza, no może trochę, ale w tym wieku to przepaść. Aż nagle postanowiłam stamtąd wyjść, porzucić dziecięce śmieszne  zabawy w ciuciubabkę albo skakanie na skakance.

Oooo skakankę dobrze pamiętam.

No pewnie, odebraliście ją nam, bo była wam potrzebna do trenowania sprawności, aż poskarżyłyśmy się mamom i wtedy musieliście oddać

Ech, kupiliśmy sobie nową, bo każdy miał jakieś groszaki odłożone, a wtedy wszystko było tanie, tylko w sklepach nie zawsze można było łatwo kupić, bo sklepy były pustawe.

AAA co ty tam wiesz, pustawe sklepy były dopiero potem, gdy już byliśmy małżeństwem, a wtedy wszystko było. Powiedz raczej, że woleliście zabrać tę skakankę nam, małym dziewczynkom.

Opowiedz lepiej jak mnie dostrzegłeś.

No więc było tak. Jeszcze nie rozpoczęliśmy treningu bokserskiego bo właśnie wiązałem sznurówki trampek.

Ooo pamiętam te twoje ze śmiesznym gumowym brudnoszarym kółkiem przy kostce.

Aż dziw, że pamiętasz.

Nie dziw się, przecież byłeś najładniejszym i najsprawniejszym chłopakiem na naszym podwórku. Od pewnego czasu obserwowałam ciebie , bo czułam się kobietą.

Ale ja dopiero wtedy gdy zawiązywałem sznurówki złoszcząc się  jak zwykle, że kokardka wychodzi z zza długimi wąsami, nagle zobaczyłem obok siebie zjawisko. Smukłe, dwie, szczupłe w kostkach, opalone i kolana . Zauważyłem nogi które od razu zadziałały mi na zmysły i wyobraźnię .
Stałam przy tobie blisko, faktycznie miałam gołe nogi i bardzo opalone. Nie wiedziałam, że zrobiły na tobie wrażenie, aż takie wrażenie.

Bo ja wtedy po raz pierwszy zauważyłem kobietę która stała tak blisko, że czułem jej zapach i słyszałem jak oddycha.

Ale nie podniosłeś głowy, by spojrzeć wyżej, na to co nad kolanami, a miałam bardzo krótką  szeroką spódniczkę, pod którą właśnie wpadł  wiatr i zdmuchnął prawie  na głowę tak, że chyba mogłeś zobaczyć moje majtki.

Ooo, szkoda, ale  słyszałem szum jakiś nad sobą, i nie miałem odwagi spojrzeć do góry, na ciebie,  bo bałem się że zjawisko umknie. Byłaś już wtedy moim Aniołem. Bo myślałem że to Anioł Stróż o którym tyle opowiadała mi mama i obrazek z tym opiekuńczym duchem wisiał nad łóżkiem siostry , chociaż równocześnie czułem że jesteś kobietą.

Tak Mileńki byłam kobietą która do ciebie przyszła.

Tak ukochana byłaś kobietą Aniołem, który zszedł do mnie na ziemię i zostałaś ze mną.

Nie, pokręciła smutno głową, to o tobie mówili że jesteś szaleńcem albo Aniołem trwając przy mnie przez te lata kiedy moje ciało było puste.

Bo nie patrzyłem na ciało, patrzyłem wtedy na niebo i stamtąd docierał do mnie twój anielski głos , więc wiedziałem, że twoje puste ciało z tętniącym przecież sercem,  muszę pielęgnować aż do końca, jak przyrzekałem w kościele i dopiero wtedy odejdę, by być z tobą, tam w górze.

Pokazał wymownie palcem na Niebo, a ona, piękna jak nigdy w jasno błękitnej sukience ze sznurkiem maleńkich pereł na szyi i oczami jak dwa jeziora , odstawiając filiżankę z resztką kawy i już nie patrząc na słońce które już dawno przetarło oczy i stało w zenicie,  popatrzyła na niego, swojego odwiecznego jedynego, na swojego męża , wzruszyła ramionami i rzekła a ….po co nam niebo, niebo jest w nas mój Mileńki, mój ty Aniele…..

 

 

 

„Anioły spotykają się o Brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 4 )

Parafia Archikatedralna w Przemyślu pw. Świętego Jana Chrzciciela i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zdj. własne, 2018

 

I wtedy ona, siedząc z nim przy tym stoliku przystawionym do parapetu z kwiatkami które razem kiedyś sadzili i o dziwo jeszcze rosły, pijąc kawę i patrząc jak słońce właśnie przeciera oczy, położyła mu dłoń na ramieniu. Potem powoli i bardzo delikatnie zsuwała ją aż do łokcia, aż poczuł dawny znajomy dreszcz przywołujący tamtą rozkosz.

Tak, twoja dłoń Aniele była niebiańska. Może źle że tak wtedy myślałem o twojej dłoni, że niebiańska  bo sprowokowałem twoją chorobę, chorobę  zapomnienia o naszym świecie.

Niczego nie sprowokowałeś Mileńki. Tak miało być. Nie dałam rady i lekarze nie pomogli gdy demon mnie zaatakował i było jak było. I ze smutkiem obserwowałam z góry, gdzie już była moja dusza,   moje pozostawione prze tobie ciało, bezwładne nieświadome niczego,  puste, bez  żywych soków widzenia świata i poznania za to pełne szatańskiego białka w mózgu . Tak, widziała moja dusza z Nieba to  ciało  szarpane agresją i zapomnieniem swoich bliskich . Widziałam jak jest Tobie Mileńki  z tym moim ciałem ciężko, i siłą woli którą zsyłałam z góry, namawiałam naszych synów, by ciebie przekonali albo przekonali twojego doktora, bo na ciebie już nikt nie miał wpływu ,  byś mnie oddał, tam gdzie pielęgnują takie puste ciała. A ty mnie ubierałeś w śnieżne suknie, i układałeś w bielutkiej pościeli i karmiłeś i przewijałeś. Nie wiesz, jak bardzo cierpiała moja Dusza, która już mogła wielbić Boga a nie mogła Tobie, Ukochany pomóc. I wszyscy nieustannie ciebie namawiali przekonywali, że nie dasz rady, że to nie ma sensu, mówili, przecież ona nawet was na zdjęciach nie rozpoznaje. A ty nie chciałeś mnie nigdzie oddać …

Nie chciałem, dobrze wiesz mój Aniele, nie chciałem i nie mogłem, bom przysięgał tobie przed ołtarzem i panu Bogu wierność i że ciebie nie opuszczę  aż do śmierci. cdn.

zdj. własne

 

„Anioły spotykają się o Brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 3 )


Poruszyła się , poczułem zapach jej perfum. Ulubionych, zawsze tych samych. Próbowałem przywozić inne z podróży służbowych, ale ona wracała do tamtych pierwszych.

Pewnie dostałaś je ode mnie?

I znowu ta pamięć męska . Kupują kobietom prezenty i nawet nie pamiętają jakie której, pomyślała . Przywiozłeś mi z Paryża Antylopę. Perfumy jakich w kraju nie było. I stale ich używam, gdy chcę ciebie zwabić.

AAA coś mi świta, tak Kochany Aniele przywiozłem ci z Paryża Antylopę. Oczywiście pamiętam, że gdy wchodziłaś do pokoju i wnosiłaś z sobą ten zapach,  od razu ogarniało mnie wielkie pożądanie.

O, śmieje się ona do tych wspomnień. I turlaliśmy się po dywanie…

Było rozkosznie, przyznaje on.

Ale tedy na podwórku , zaczyna ona

No już nie mów

Nie będę już o rudej Julce, ale chcę powiedzieć, że ciebie uwielbiałam. Byłeś taki zręczny silny bojowy z tą swoją czarną czupryną. Inni chłopcy to ciamajdy. Mówili, tata nie pozwolił się boksować. Bo można potem chorować na głowę. A ty się tylko śmiałeś.

I jak widzisz głowę mam do tej pory zdrową,

Nie to co ja, spochmurniała na chwilę. Ale to przez to białko w mózgu. Nie wiem skąd się wzięło, pewnie jakiś demon podrzucił złośliwie.

Tak tak Aniele, wokół tak dobrych Aniołów zawsze kręcą się złe demony bo czują że warto zarazić swoją czarcią mocą , warto złamać najlepszego z Aniołów tu na ziemi jakim niewątpliwie  byłaś.

I mnie złamał, niewiele pamiętam, bo żyłam już w innym świecie. Ale nawet stamtąd widziałam jak się ze mną męczysz, pielęgnujesz, pokazujesz jak trafić do łazienki i dotykasz dłonią, bym się uspokoiła.

O nie mów Kochany mój Aniele, dłonie to ty miałaś niezwykłe. Nie zapomnę twojego dotyku. cdn.

 

„Anioły spotykają się o Brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach ” ( 2 )

Rozmyśla teraz o swoim życiu. Bo ma czas. Wreszcie ma go dużo. A ile mu jeszcze zostało do spotkania z Ukochaną która już uwolniona od ziemskich cierpień , niemo  wzywa go  do siebie ? tego nikt nie wie. Tylko lekarze mają tajemnicze miny i milczą. Więc jest źle, myśli. A może dobrze, bo wreszcie spotkam swojego ukochanego na wieki Anioła.

I będzie pięknie tak jak dawniej . Zapomina o tym, co zdarzyło się później, gdy jednoznacznie powiedziano mu, pana żona choruje na Alzheimera, bo na szczęście pamięć tego co niedawno ucieka od niego ,  dobry Bóg mu zabiera tę pamięć złą a potem Ją, Anioła zabiera do siebie , a wtedy tylko zostaje tamta piękna część ich życia….

Siedzą więc razem w tym samym co zwykle ulubionym pokoju z widokiem na wschodzące słońce. Ona mówi, patrz już słońce przeciera oczy i wszystko powoli jaśnieje.

Piją kawę, tak, czuje zapach tamtej kawy i widzi, stale widzi jej twarz usta nos, włosy gładko od czoła i spięte nad karkiem w duży węzeł. Albo jej włosy na poduszce rozrzucone gdy są razem jednością jaka jedna tylko na tym świecie.

Ona teraz pyta- czy pamiętasz?

Tak tak przyznaje bez namysłu, chociaż nie wie o co jej chodzi . Pamiętam. Tak ma zawsze, tak było zawsze, przyznawał jej rację wpatrując się w jej oczy przepastne jak dwa jeziora. Bo ona była jego przewodnikiem po świecie uczuć i czułości.

Czy pamiętasz, ona drąży. Wreszcie on pyta – ale co Kochany mój Aniele ? Zawsze tak do niej mówił.

Czy pamiętasz nasze podwórko?

Od razu ma w oczach ten niewielki obszar pomiędzy niewielkimi  domkami rodzinnymi, a każdy z pięknym dwuspadowym dachem, tak, ma zapamiętany w oczach ten teren gdzie pachniało wolnością i który był tylko dla nich, dla dzieci. Okoliczne wielkie topole strzeliste, bo włoskie, ona mówi,  śnieżyły wiosną puchem. Tak tak i kichałeś, bo chyba miałeś uczulenie na ten puch. Nikogo nie było na naszym podwórku, nikogo tak walecznego.

A skąd ty wiesz Mój Aniele , pyta on ? Przecież przesiadywałaś na wielkiej górze piachu , chyba tam, bo tam wszystkie dziewczyny lepiły pączki z mokrego błota , gdy już przefrunął nad nami wielki  deszcz.

Śledziłam was zza krzaków, bo dziewuch nie chcieliście, gdyż  uprawialiście męskie rozrywki.

AAA dziewczyny nas nie interesowały, tylko boks.

AAA dziewczyny nie interesowały? A ruda piegowata Julka z którą się całowałeś pod śmietnikiem?

A TY, Aniele skąd to wiesz? Zmyślasz chyba.

Nie nie zmyślam, bo w śmietniku siedziałam wtedy i płakałam ze ściśniętymi kolanami widząc jak ją lubisz.

Żadnej Julki nie pamiętam, tym bardziej rudej

Ha trudno, o wy mężczyźni nawet nie pamiętacie swoich dziewczyn,

A one pamiętają wszystko. Każdy szczegół.

No tak Aniele, może i tak jest. Ale czy teraz to ma jakieś znaczenie?

No, może nie ma, ale widziałam was pod śmietnikiem gdy robiło się ciemno. I dlatego lubię tylko poranki, kiedy jeszcze wszystko wstaje i jest świeże dziewicze nie skażone.

Tak, wiem Aniele, i dlatego siedzimy w  naszym pokoju, pod tym oknem które patrzy na wschód. cdn….

zdjęcia własne.

„Anioły spotykają się o brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 1 )

Moi Mili, wybaczcie, że wstęp będzie typowy : Najpierw muszę po raz kolejny przeprosić Wszystkich, którym zdarzyło się zajrzeć do starych wpisów tego blogu. W czasie przeprowadzki na to miejsce, pogubiły się zdjęcia. Jestem na etapie korekty, ale droga długa i żmudna- bo braki są liczne….

Ale ad rem….

 Pomysł  opowieści o ludziach i losach niezwykłych podrzucił mi w zeszłym roku Jurek, którego pamiętnik niedawno tu zamieściłam. Pisał prosto- był taki ktoś- kilka słów o nim – i zachęta- napisz o tym po swojemu.   Temat ten we mnie zasiany, jakoś kiełkował,  by nagle wyrosnąć w opowieść- wszystko się działo poza mną, poza moim umysłem, myśleniem …..powstało kilka opowieści , których cykl nazwałam  Opowieści o ziemskich Aniołach . Jurek przedstawił je  na corocznej białostockiej konferencji pt. ” Życiodajna śmierć ” – nawet nie wiem jak zostało to przedstawione i odebrane- JTM powiedział tylko, że dobrze 🙂 . Na przezroczach były fragmenty na tle moich zdjęć przyrody a całość niby w materiałach konferencyjnych….zresztą nieważne…….

 

 Opowiedziane przez Jerzego T. Marcinkowskiego  a poszerzone o fantazje i opracowane przez  Z.K.

Anioły spotykają się o brzasku z cyklu Opowieści o ziemskich Aniołach  ( 1 )

Spotykają się codziennie nad ranem, o tej swojej ukochanej  godzinie gdy noc usypia a  budzi się  brzask i przynosi nowe i tajemne chwile w życiu. Każdy wstający dzień witają razem i nieustannie odkrywają jego smaki.  Tak więc i teraz przychodzą  do swojego  ulubionego pokoju z dużymi oknami nieustannie patrzącymi na wschodzące słońce. I nic to, że w ich domu mieszkają już inni , może obcy ludzie. Oni tu wracają bo to ich pora, ich pokój i ich godzina spotkania. Jednak od niedawna nie dążą każde z innej „planety” na to spotkanie, przybywają tu razem, zawsze razem, na wieki….

Siadają po dwóch stronach niewielkiego stolika, naprzeciwko siebie by móc patrzeć sobie w oczy. Stolik przylega jednym bokiem do parapetu  z kwiatkami które kiedyś , dawno dawno temu sadzili.

Ona jak zwykle zwiewna, w błękitnej sukience i perełkami na szyi. Tak, zawsze lubiła drobne perełki. Kupił je kiedyś na długim wyjeździe. A ona zawsze czekała. Wychowywała dzieci dbała o porządek w domu i tęskniła. Nazywała go Odyseuszem i żartując mówiła, uważaj na Syreny , mój Mileńki. A on myślał, że jest jak Penelopa wierna i zawsze czeka, czeka cierpliwie , przyjmuje  bez słowa wyrzutu, że on swobodny a ona dom dzieci, bez podejrzeń co robił przez te długie miesiące. Przyjmowała go zawsze taka sama,  ufna i stęskniona.

Czy nie grzeszył w tym czasie? Być może, nawet dobrze nie pamiętał  tamtych kobiet, bo przyfruwały i znikały o świcie z jego życia. Potem szybko zapominał, no nie, nie zapominał, ale stopiły się w jeden obraz szaleństw bez uczucia , po prostu wyżycie zmysłów i tyle .  Czy to były zdrady? cdn.

Opowieści o ziemskich Aniołach. Przeprosiny za bałagan w rozdziale. Kati…

Na wstępie chciałam przeprosić Wszystkich, którzy  niedawno zajrzeli do tego rozdziału. Dopiero dziś, przypomniawszy o jeszcze jednym opisanym już ,  ale nie obecnym tu Aniele, zauważyłam  wielki bałagan- powielane teksty, brak zdjęć. Złapałam się za głowę- no cóż, muszą to jakoś posprzątać.  A cykl Opowieści o ziemskich Aniołach był mi szczególnie bliski- bo tam moje wzloty myślowe- a właściwie nie myślowe- tylko jakieś imperatywy by wrzucać na klawiaturę to, co jakby ktoś poza mną dyktował- chyba nie umiem prosto opisać tego procesu który bywa we mnie w czasie pisania….

Pomysł  opowieści o ludziach i losach niezwykłych podrzucił mi w zeszłym roku Jurek, którego pamiętnik niedawno tu zamieściłam. Pisał prosto- był taki ktoś- kilka słów o nim – i zachęta- napisz o tym po swojemu.   Temat ten we mnie zasiany, jakoś kiełkował,  by nagle wyrosnąć w opowieść- wszystko się działo poza mną, poza moim umysłem, myśleniem …..powstało kilka opowieści , których cykl nazwałam  Opowieści o ziemskich Aniołach . Jurek przedstawił je  na corocznej białostockiej konferencji pt. ” Życiodajna śmierć ” – nawet nie wiem jak zostało to przedstawione i odebrane- JTM powiedział tylko, że dobrze 🙂 . Na przezroczach były fragmenty na tle moich zdjęć przyrody a całość niby w materiałach konferencyjnych….zresztą nieważne…….

Moje trzy  Opowieści o ziemskich Aniołach już są w tym blogu, choć jak wspomniałam panuje tam bałagan…..pozostał jeszcze jeden Anioł tu, nieobecny- i właśnie miałam zamiar” go wrzucić”- ale powyższy tekst wyjaśnienia wszedł mi na klawiaturę, siadł okrakiem i domagał się obecności w blogu 🙂

Gwoli wyjaśnienia przyczyny tegoż bałaganu maleńkie objaśnienie :  Otóż bałagan wziął się z przeprowadzki blogu , która miała miejsce w marcu tego roku. Opowieści z tego cyklu  zamieściłam w  swoim blogu,  który prowadzę od 2011 roku, ale w poprzednim miejscu, które polubiłam czyli na Wirtualnej Polsce.  Gdy zawiadomiono wszystkich blogowiczów, że platforma blogowa WP będzie likwidowana w marcu tego roku, padł na nas blady strach- bo nie dano nam klucza- odpowiedniego programu umożliwiającego skopiowanie i ew. przeniesienie na inne miejsce. Na nic się przydały masowe protesty, petycje- odpowiadano nam, że musimy zrobić to we własnym zakresie. Ale jak. Pomysłów było wiele, a to własnoręczne kopiowanie, a to wynajmowanie studentów, którzy nawet chętnie, ale za sowitą opłatą. I wówczas zwróciłam się o pomoc do Andrzeja de Flassilier, syna mojej byłej szefowej – po której z czasem przejęłam stery zostając kierownikiem wielkiej Poradni Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego w Centrum Zdrowia Dziecka. Fantastyczny to , jak Go nazywam Jasny Chłopak, nieodrodny syn swojej Matki, dr Anny Salińskiej- de Flassilier, która zawsze wszystkim spieszyła z pomocą- „stanął na głowie”, uruchamiając wielu znajomych i wspólnymi siłami blog został przeniesiony. Jestem Mu ogromnie wdzięczna,  dziękuję po raz kolejny, bo to miejsce jest jeszcze fajniejsze w obsłudze a i czytanie ( jeśli ktoś zechce ) 🙂  wydaje się łatwiejsze- bo jest przejrzysty układ strony…

A dziś, po tym przeprosinowym wstępie  nagła wiadomość zza kanału La Manche – na messengerze w naszej rodzinnej grupie – napisał tata naszej liczącej sobie 6 miesięcy i 12 dni- prawnuczki Kati, Łukasz –”dziś nasza Córeczka powiedziała ta-ta” ” i pięknie się uśmiechnęła” – dodała Weronika.

Jakie to szczęście Rodzina, wszyscy razem ze wspaniałą Córeczką….niech im się darzy i Miłość , Szczęście towarzyszy ….to najpiękniejszy cel życia pradziadków- nie doktoraty, zaszczyty, stanowiska- ale Rodzina- piękna, silna i wspierająca się….

Kati, powiedziała ta-ta i uśmiechnęła się porozumiewawczo i rozbrajająco do swojego ojca……

Wszystkie zdjęcia własne….rodzinka nasza… nie wszyscy tam byli :)…Wiktor i Patryk w czasie prac kuchennych :)….ostatni kwiat dla pana Andrzeja za założenie tego miejsca i przeniesienie starego blogu…..z podziękowaniem …

 

Miałam sen…..

O Niesamotności w Samotności i Młodości w pędzie ku Starości….

 

Rozmyślania dziś mi przyszły, w ten wtorkowy,   wczesny, słońcem  nieśmiałym jak na razie, ubarwiany poranek. Rozmyślania o  Samotności przekuwanej w Niesamotność, bo  z przyrodą, bo nasycanie wszystkich  zmysłów , bo podróże we śnie krótkie , lecz  soczyste jak dojrzała gruszka….

Samotność w tłumie, jakże częsta….zagubieni wśród pędzącej szarej lub barwnej- wszystko jedno, bo nie widzimy- masy ludzkiej , z Peselem, coraz bardziej ciążącym  w plecaczku, drepczemy ulicami miast, czasem oglądamy jakąś elewację a może drzewo lub ptaki,  które  szukają czegoś na wydeptanym trotuarze . To zauważamy nagle,  gdy np. zadyszka zmusza do zatrzymania się. Ale nawet wtedy, bywa, że tylko  wsłuchujemy się w nierówne bicie naszego serca i skoncentrowani na sobie, nad czasem bolesnym biodrem, czy dłonią zniekształconą, która już nie może objąć akordu na ukochanym pianinie- czujemy że to już zmierzch naszego życia…a obok nas przepływa Młodość, której już nawet nie widzimy, bo jest magmą – jesteśmy poza tym dynamicznym nurtem , zamknięci jak w skorupie w swoim upływającym za szybko czasie….Samotni w tłumie….

Samotność to stan ducha, którą można Cudem przemienić w Niesamotność. … Niektórzy , licząc na ten Cud , próbują pokonać Samotność- chcą  gadania z przyjaciółmi , spotkań częstych, wspólnych wyjazdów. Może wtedy  gubią swoje czarne myśli, myślą, że uciekają od  swojej Samotności , nasilonej lękiem spowodowanym tym, co zieje z publikatorów-  co osacza, napiera zewsząd – fałsz i kłamstwa polityków i polityki , słowa brutalne , ciężkie od brudu, rozsiewane z trybun nie tylko sejmowych, inwazje w świecie, wróg podnoszący łeb na Wschodzie ale i na Zachodzie…. Ale bywa, że ta  ucieczka  okazuje się  niemożliwa  – bo nagle ktoś  poruszy ten właśnie temat i  wtedy jest jeszcze gorzej – bo do Samotności, Lęku dołącza się  Bezsilność wobec zła tego świata. A to jest okropne uczucie, które zamula myślenie i nic z niego nie wynika. Także dalekie podróże, tylko dla podróży i powiedzenia znajomym- tam byłem-  nie przynoszą ukojenia, bo mury miast, choć najpiękniejsze, zabytki, muzea ,   wycieczki wycieczki wycieczki- nie dla bycia sam na sam z inną kulturą, odmienną przyrodą czy zanurzeniem w dawnych czasach-dla pozbierania myśli- są puste.  Wraca się do tego co tu i teraz a  w bliskiej przyszłości już czeka….Może szukanie grup, towarzystwa nieustannie otaczającego,  zamknięcia wśród murów miast, szlifowanie chodników czy wreszcie pęd wielki rowerowy , motocyklowy czy samochodowy to lek na Samotność, Lęk i Niemoc – nie wiem.

Nie jest mi to dane. W tłumie gubią się moje myśli, które lubią być wolne, nie mącone czyimś pustym dla mnie gadaniem, gubią się moje spojrzenia na dookolny świat, znikają piękne chmury czy małe kwiatki rosnące nisko nad ziemią….rozpraszają się  doznania zdmuchane czyjąś niepotrzebną obecnością. Lubię być sama, nie Samotna, bo  z Przyrodą, która we mnie wnika i koi-  jestem Niesamotna w mojej Samotności . Tak mam….

I dalej snuję swą opowieść-  może ktoś siebie w niej odnajdzie i powie- też tak czuję….może nie….nieważne…

Ale czasem, czasem czujemy jak unoszą nas Marzenia, które gdzieś drzemały i nagle obudzone potężnieją. I wtedy jest dobrze. Marzenia to Młodość i Niesamotność. Śnijmy więc te sny na jawie, Piękne i Dobre, jak ten mój ….

I nagle wyłaniają się przed oczami zda się  zapomniane już dworce, skąd pociągi w różnych kierunkach-  dawne świeże,  nastolatkowe sny z ulubionym wiaduktem nad torami w Poznaniu, w dawnych studenckich czasach-i  pomimo szumnej młodości zatrzymanie tam, spoglądanie w dół i myślenie dokąd pędzą, w jaką romantyczną podróż mkną ci ludzie zamknięci w pudełkach wagonów – aż w końcu  dym z komina parowozu zamyka ten obraz…

I wtedy  właśnie łapiąc taki uciekający z czasem obraz, otwierając ten zamknięty kadr w naszym sercu i myślach – nagle zbieramy się w sobie, wybieramy miejsce , choć tak bliskie, a tak nieznane, sprawdzamy rozkłady jazdy pociągów (tak,  tylko pociągów) , jakieś noclegi zamawiamy i w drogę.     Czujemy jak przypływa ożywczy wiatr do naszych serc i umysłów, jak przewiewa wszystkie zgnuśniałe zakątki, jak unosi nas na swoich skrzydłach.  To wraca Młodość , moi mili….tak właśnie wraca Młodość….

Och, za patetycznie ci wyszło Klarka , za patetycznie. Toż tego nikt i tak nie będzie czytał.

Oooo, jeśli tak, to mogę sobie gadać bez konsekwencji, komentarzy czy złośliwych uśmieszków pod wąsem- dialog taki sama ze sobą prowadzę czekając w moim śnie  na peronie, który uwielbiam od dzieciństwa.

Uwielbiam wszystkie dworce i perony świata, bo otrzymałam to w pakiecie genetycznym od Taty, choć jak mniemam od jakiś innych przodków , bo Tata- Wacłąw Łukaszewicz, urodzony w 1908 roku w mieścinie oddalonej od kilkadziesiąt km od torów kolei żelaznej, tylko raz, jako dziecko  był z rodzicami w Wilnie i tej podróży pociągiem już nigdy nie zapomniał i zakochał się Miłością Pierwszą, taką na całe życie- w torach kolejowych, wiaduktach i mostach, które czekają na swoje  pociągi . Wracał do tej opowieści czasem, gdy Mama dała mu dojść do słowa- bo pod koniec życia sama chciała opowiadać- a miała o czym- zawsze opowieści te były kształtne z początkiem, rozwinięciem i puentą , często zaskakującą 🙂

Tak więc wracając do głównego toru ( i tu tor mi wszedł na klawiaturę : ) tej opowieści o wszystkim i o niczym właściwie- stoimy więc na peronie , czekając na swój pociąg- choć równie dobrze  mogę  wsiąść w jakikolwiek- do Krakowa Białegostoku czy  Berlina.

Ale czekam cierpliwie na swój – bo ten jest mi  pisany- zesłany jak list – imperatyw z nieba….

I jest i nadjeżdża z gwizdem oraz metalicznym stukotem  kół i zaprasza…. .i jedziemy….pejzaż ucieka w tył, krajobrazy się przewijają jak w filmie,  oko ucieszone zawisa spojrzeniem na domkach, gdzie ludzkie życie się toczy,  na dookolnych lasach, których już coraz mniej- chyba, że przy trasie do Zielonej Góry, tam ostatnio widziałam  , gdy mój pociąg z pędem zanurzył się w zielonej zachwycającej niezapomnianej bujności….

….a potem tylko Niebo przepastne, z chmurnymi malowidłami Pana Boga i Młodość wieczna i zachwyt dziecięcy ……

Zdjęcia własne, ilustrujące powyższy tekst…

 

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 15 ). Siła związku z koleżankami i kolegami z roku.

2018, Olsztyn i okolice, zdjęcia  Ewy Barabasz i Jacka Ratajczaka

8-12.06.2016. Na Wiśle k/ Torunia

28-30.05.2004. Bieszczady, Lwów.  Pod pomnikiem wieszcza w mieście, które już nie jest polskie…

2011, Lublin, Kazimierz n/Wisłą.

 

7-11.06.2017. Białowieża, Hajnówka

2015, pod Hotelem Edison, Baranów k/ Poznania, nasze 50 lecie rozpoczęcia studiów

Z Pamiętnika Jurka….:

Dwadzieścia lat po ukończeniu studiów, tj. w 1991 roku,  zostało po raz pierwszy zorganizowane spotkanie absolwentów naszego rocznika, które odbywało się w eleganckiej restauracji nad jeziorem Malta w Poznaniu. Było to przede wszystkim zasługą prof. Marka Tuszewskiego, który zajął się strategią organizacyjna tego przedsięwzięcia. Potem nastąpiła bardzo korzystna przemiana i od tego okresu zjazdy absolwentów naszego rocznika odbywają się corocznie. Po śmierci Marka Tuszewskiego obwołaliśmy naszą starościną koleżankę Alicję Michalewicz z d. Kaczmarek, której osobisty czar oraz duże zaangażowanie powoduje, że spotykamy się corocznie w gronie kilkudziesięciu osób – do około 100 osób. Jest to znaczący odsetek z naszego rocznika zbliżający się do ok. 50%.  I tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że jest grupa koleżanek i kolegów zawsze i prawie zawsze zjawiających się na naszych zjazdach, jest grupa przyjeżdżających okazjonalnie oraz grupa takich, którzy od ukończenia studiów nie pojawili się na zjeździe ani razu. I tutaj rodzi się pytanie: dlaczego? Pamiętam ze studiów kolegę Krystiana Lehmanna – bardzo uzdolnionego studenta, który szybko po ukończeniu studiów wyemigrował do Szwajcarii. Wielka szkoda, że od tego okresu słuch o nim zaginął wśród nas spotykających się na dorocznych zjazdach – ale ostatnio 24 maja 2018 r. Kryspin, którego adres mailowy odszukałem w Internecie, przysłał mi bardzo zabawny e-mail, który – ku rozbawieniu – cytuję:

„Guten Abend Jurek,
wczoraj późnym wieczorem czytałem ‚Głos Wielkopolski’ przez Internet. I co widzę? Dzisiaj zaczynają się JUVENALNIA!
I oto nagle wspomnienia:

Ihr naht euch wieder, schwankende Gestalten,

Die früh sich einst dem trüben Blick gezeigt
Versuch ich wohl,…..
Zuneigung, Faust I., JWG

Drugi semestr prawie skonczony, rok 1966, koniec Maja, moje/nasze pierwsze świętowanie jako juvenalia.
Wiele, dużo wspomnien, spotkań, przeżyć przewędrowało przed oczami… Dużo haseł, powiedzonek,
Aufforderungen, jedno z tych bardzo wielu nagle pojawiło się:

‚Umyj swoje Genitalia
I wez udzial w Juvenaliach!’

Koleżenskie serdeczne pozdrowienia

Kryspin”

Takich koleżanek i kolegów jest więcej i szczególnie interesujący jest los koleżanek, które w okresie studiów lub krótko po studiach wyszły za mąż za obcokrajowców, w tym Muzułmanów. Jedna z naszych koleżanek wyszła za mąż za Syryjczyka i mieszkała i pracowała w Syrii, bardzo doświadczanej w ostatnich latach przez wojnę. Zapewne dzisiaj byłoby by jej niezwykle trudno mówić o wszelkich nieszczęściach jakie niesie wojna. Ale dla nas bardzo interesujące byłoby dowiedzieć się o losach tych, którzy spędzili znaczą część swego życia w innej kulturze. Dzisiaj tak dużo mówi i pisze się o wielokulturowości i o konieczności wzajemnego poszanowania się, więc spotkanie z tymi osobami byłoby z całą pewnością dla nas bardzo interesujące. Inna osoba,  to profesor Jacek Wciórka – znany psychiatra, zajmujący się głównie schizofrenią, pracujący chyba od początku jak ukończył studia, w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Warto zajrzeć na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Wci%C3%B3rka

Jacek Wciórka miałby się czym pochwalić przed nami, bo ma przecież spore osiągnięcia, ale szkoda, że się na zjazdach nie pojawia…..

Na tym kończy się na razie pamiętnik Kolegi z wczesnych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, ale myślę, że będzie dodawał jakieś rozdziały do swoich wspomnień, bo przecież życie nadal trwa, ba, nawet pędzi do przodu przynosząc różne ciekawe wydarzenia. Oby tych pięknych, dobrych i interesujących było jak najwięcej. Tego życzy nie tylko Jurkowi, ale wszystkim kolegom- autorka bloga. Dziękuję, Jurku, że przyjąłeś zaproszenie i mogłam Cię tu gościć….

a na zakończenie pozwoliłam sobie wrzucić te trzy bardzo znane obrazy, choć nie z  epoki, ale ilustrujące nasze życie zawodowe …..od lekcji anatomii, poprzez kontakt z pacjentami i towarzyszenie im przy śmierci….

 

Lekcja anatomii doktora Tulpa-   Rembrandt Harmenszoon van Rijn ( 1606-1669).  Dzieło powstało w 1632 roku . W tym czasie co roku , w Amsterdamie, odbywała się publiczna sekcja zwłok ( zwykle zgładzonych przestępców) – uczestniczyli w niej poza ludźmi związanymi z medycyną, liczni gapie….

Historia choroby- dzieło współczesnego malarza rosyjskiego, Andrieja Szyszkina

Śmierć – obraz olejny, namalowany przez Jacka Malczewskiego w 1902 roku.

Uwaga na koniec . Ponieważ dotarły do mnie echa, że zamieszczony tu obraz Malczewskiego sugeruje nasz koniec- śpieszę donieść, że powyżej wyjaśniłam myśl, która mi przyświecała gdy wybierałam te obrazy…powtarzam więc- to nasza droga zawodowa- od anatomii, poprzez trudy pracy z pacjentami a także towarzyszenie im w czasie śmierci….

a na koniec jeszcze inne  zdjęcia autora Pamiętnika….och,  gdyby można było od  Ciebie, Jurek,  czerpać  SIŁĘ, WYTRWAŁOŚĆ I UPÓR  …..fajnie, że jesteś właśnie taki…..

Na wszystkich zdjęciach Jerzy T. Marcinkowski- żartobliwy , z dystansem do siebie ( bo przysłał i takie zdjęcia, zgadzając się, bym zamieściła w tym miejscu ), oraz istny showman za katedrą – który nie tylko treścią, ale ekspresją na pewno  porywa słuchaczy :).

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 14 ). Polskie Towarzystwo Higieniczne.

no, cóż mili moi….powoli zbliżamy się do końca zapisków- profesora Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi z pierwszych lat studiów, które stały się dla nas bardzo silnym, jak widać, spoiwem. Stale postrzegamy siebie przez pryzmat naszych 18 lat, wspólnych przeżyć – mocnych, pierwszych – bo studia medyczne niosły pierwsze bezpośrednie kontakty  z tym, czego większość podświadomie się bała- z ludzkim kiedyś żywym, jak my w chwili wykonywania sekcji, ciałem- teraz bezbronnym i martwym …czy myśleliśmy wówczas o życiu tego człowieka ?- chyba nie- byliśmy za młodzi i za bardzo zajęci wkuwaniem, poznawaniem, odkrywaniem….dopiero teraz ….

Jerzy T. Marcinkowski w rozmowie – może biesiadnej, może tylko kawowej – choć zwykle i tak zmierzającej do problemów nauki , pracy, higieny …..

Po przydługim wstępie, a właściwie dygresjach, oddaję głos autorowi pamiętnika :

Polskie Towarzystwo Higieniczne  ( PTH) – muszę o nim więcej opowiedzieć, gdyż jak z nazwy i funkcji wynika, jest bardzo mocno związane z zakładami higieny i epidemiologii Uniwersytetów Medycznych oraz z Państwową Inspekcja Sanitarną. Stąd rekrutuje się największa liczba członków PTH. Na poziomie województw działają oddziały PTH  a mnie przyszło działać w oddziale poznańskim PTH od okresu, kiedy kierowała nim bardzo zasłużona pracownica PSSE w Poznaniu mgr Maria Gogolewska. Od niej się sporo nauczyłem i w tamtym to okresie wciągnąłem do działalności oddziału poznańskiego PTH pracującą w Zakładzie Higieny dr Anetę Klimberg – moją pierwszą doktorantkę.  Praca w oddziale poznańskim PTH szła nam bardzo dobrze, organizowaliśmy ciekawe zebrania naukowe. I na temat jednego z takich zebrań powiem coś nader ciekawego. Otóż wymyśliliśmy, że bardzo dobrze by się stało, gdyby pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznej  dowiedzieli się od psychologa, jak sobie radzić ze stresem powodowanym tym, ze oni prowadząc kontrole w różnych placówkach i zakładach pracy nie są witani z otwartymi ramionami ale wręcz przeciwnie, odczuwają ze strony kontrolowanych otwartą wrogość . Poprosiłem więc  o  wykład na ten temat mego kolegę dr psychologii klinicznej Ireneusza Ścigałę. Jego wykład był tak bardzo porywający dla słuchaczy, głównie kobiet, że dr Ścigała został przymuszony do wystąpienia na następnym zebraniu raz jeszcze. Oto, co znaczy być dobrym wykładowcą! Razem z mgr Marią Gogolewską zacząłem jeździć do Warszawy do siedziby PTH zlokalizowanej przy ul. Karowej 31. Ulica Karowa słynie z tego, że co jakiś czas organizowane są na niej wyścigi samochodowe. Warto spojrzeć na mapę i obejrzeć, jak kręta jest ta ulica, pokryta brukiem, przez to śliska, ładnie wygląda przez to, że znajduje się tam wiadukt im. Markiewicza – znanego przedwojennego higienistę. I co bardzo ważne, przy tejże ul Karowej 31 mieści się zabytkowy budynek, którego właścicielem jest PTH. Budynek jest ogromny i dlatego PTH wynajmuje większość powierzchni użytkowych tego budynku różnym firmom i instytucjom. Z tego tytułu PTH ma wpływy, które pozwalają organizować szereg konferencji naukowych na terenie całego kraju jak i wydawać 2 czasopisma naukowe. Są to: „Problemy Higieny i Epidemiologii” znajdujące się na stronie internetowej: www.phie.pl i „Hygiea – Public Health” na stronie: www.h-ph.pl. Jak już stałem się członkiem prezydium zarządu głównego PTH, to postarałem się, ażeby wydawane dotąd nieregularnie przez PTH czasopismo „Problemy Higieny i Epidemiologii” przekształcić w nowoczesny periodyk naukowy z wersją papierową i równocześnie z wersją elektroniczną. To miało miejsce w 2005 r. Natomiast w 2010 r. przekształciłem drugie z do tej pory nieregularnie wydawane czasopismo o nazwie Hygiea  w  Hygiea – Public Health. Ponieważ mój wkład w przekształcanie tych 2 czasopism został pozytywnie oceniony, uczyniono mnie  redaktorem naczelnym tych 2 czasopism. Czasopisma te w mojej ocenie drukują artykuły coraz większej jakości naukowej, przy czym należy podkreślić, że wszystkie artykuły są recenzowane. W tejże pracy redakcyjnej wspomaga mnie wspomniana dr Aneta Klimberg, która jest sekretarzem w obu redakcjach tych czasopism. W 2015 r. dr Aneta Klimberg wraz z informatykiem PTH, Panem Mirosławem Lisieckim stworzyli platformę redakcyjną czasopism PTH, znajdującą się na stronie: www.pth.pl w zakładce „wydawnictwa”. W dzisiejszych czasach jest wymóg, aby każde nowoczesne czasopismo naukowe posiadało taką platformę, na której autorzy się logują i wstawiają swoje artykuły, które następnie są poddawane recenzowaniu przez anonimowych recenzentów. Ponieważ recenzenci również nie znają personaliów autorów artykułów, to recenzje te staja się coraz bardziej ostre – i oto przecież chodzi w nauce, żeby jakość artykułów była jak najwyższa i ażeby nie drukować przysłowiowych bubli. Na rzecz redakcji tych czasopism działa m.in. Pani Edyta Kaminiarz, która prowadzi sekretariat Zakładu Higieny w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, gdzie znajduje się obecnie redakcja czasopism PTH. Pani Edyta odbiera znaczącą liczbę telefonów do redakcji i trzeba tutaj podkreślić – co może wielu zaskoczyć – że najczęściej telefonują autorzy słabych i bardzo słabych publikacji z pytaniami, kiedy ich artykuły zostaną opublikowane. Ci, którzy piszą najlepiej, z reguły nie telefonują. Bardzo ważną rolę dla czasopism ma wygląd czasopisma, jego okładka. Przyjęliśmy, że na ostatniej stronie ”Problemów Higieny …” będziemy zamieszczać rzeźby, obrazy z wizerunkami starożytnej bogini zdrowia – Hygiei, córki boga Asklepiosa. I cóż się okazuje? Mija 10 lat jak wydajemy ten kwartalnik i jeszcze nam nie zabrakło tych wizerunków Hygiei do zamieszczania. W sierpniu 2015 r., kiedy przebywałem na konferencji dotyczącej żywienia w Szanghaju, zauważyłem pomnik Hygiei przed jednym z luksusowych hoteli, wśród innych rzeźb zdobiących wejście o hotelu. We wrześniu 2015 r., kiedy byłem z pomocą humanitarną dla tamtejszej Polonii na Ukrainie, dostrzegłem pomnik Hygiei przed miejscowym uniwersytetem w miejscowości Dubno. Wspominam o tym dlatego, że tych pomników na świecie jest jednak sporo. I być może wystarczy ich nam jeszcze na wiele okładek. To świadczy również o tym, że myśl o profilaktyce o zachowaniu zdrowia przejawia się również i w taki sposób, że stawiane są pomniki Hygiei – bardzo różne, jeżeli chodzi o ich styl, wyraz artystyczny, ale zawsze mają atrybuty tejże bogini, jakimi są owijający się wąż na ręku bogini i czarka, z której karmi ona tego węża. Z kolei na okładce 2 czasopisma „Hygiea …” umieszczamy informacje wraz z ilustracjami o różnego rodzaju akcjach prozdrowotnych. Na przykład ogródki ziołowe, które przybierają różne formy. W Szwecji np. przywiązuje się do nich dużą wagę i komponuje się takie ogródki w środku miasta, po to, aby przechodzień mógł do nich swobodnie wejść, usiąść na ławeczce , odpocząć wśród delikatnych woni ,  ale jednocześnie  przyjrzeć się różnym ziołom, i poczytać zamieszczone przy nich tabliczki z dokładnym opisem rośliny. Ideą tych ogrodów jest  zachęta  mieszkańców do przyjrzenia się rosnącym tam  ziołom, przeczytania informacji, że wszystkie mają wielowiekową tradycję ich stosowania, nie tylko leczniczą ale także w celach kulinarnych jako przyprawy. Myśl przewodnia jest taka: „żyw się zdrowo, staraj się o to, aby twoje potrawy były podawane także estetycznie z ładnym przybraniem przez różne zioła mające znaczenie prozdrowotne, które przez wieki stosowały nasze matki, babki i prababki”. Nie musisz patrzeć daleko, szukaj blisko, na terenie, na którym mieszkasz. Jest przyjęte, i taka jest zachęta dla przechodniów, że jeśli są zainteresowani daną rośliną, to mogą się nią poczęstować nieodpłatnie a nawet wziąć fragment, aby posadzić u siebie w ogródku. I to jest taka przyjemna działalność z obszaru edukacji zdrowotnej, która rozwija się  na szczęście również i w Polsce. Jak żyć prozdrowotnie? To jest wielkie pytanie i raz po raz jesteśmy zaskakiwani czymś, co wydawało się dla nas oczywiste a raptem dochodzi do zmiany poglądów. Oto przykład: moja doktorantka Anna Edbom-Kolarz, która pracuje w Poradni Rehabilitacji Wzroku w Sztokholmie miała ostatnio przenosiny tejże poradni w nowe miejsce i w całkiem nowe warunki. Pracownicy przyszli i zdumieli się, że ich biurka są na innej wyższej wysokości i w zasadzie nie przewidziano krzeseł ani siedzisk. Otóż są argumenty na rzecz tego, aby w pracy zawodowej nie siedzieć a stać. Takimi argumentami może być to, że stojąc tracimy więcej kalorii, co jest korzystne, gdyż wielu z nas cierpi na otyłość i  tych otyłych jest coraz więcej. Ponadto , jak udowodniono, praca w pozycji stojącej jest bardziej korzystna dla kręgosłupa niż w pozycji siedzącej. Przeciwskazaniami dla pracy w pozycji długotrwałej stojącej są oczywiście zaawansowane żylaki kończyn dolnych. Oczywiście to wszystko wymaga dalszych badań i długofalowych obserwacji. A wspominam o tym głównie dlatego, że poglądy naukowe z obszaru profilaktyki mogą się wyraźnie zmieniać. Podobnie przecież jest w medycynie klinicznej. Znane są np. przypadki, że przez lata określony lek uważano za korzystny w określonej chorobie a po latach okazało się, że tak nie jest i że wskazania do danego leku trzeba zmienić albo też dany lek skreślić z listy leków dopuszczonych do obrotu.

Oddział Poznański PTH został dostrzeżony na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym PTH w Warszawie w 2006 r., co przejawiało się min. tym, że do prezydium zarządu głównego PTH została wybrana dr Aneta Klimberg a niżej podpisany został wybrany na w-ce prezesa zarządu głównego PTH; na prezesa zarządu głównego PTH wybrano wówczas dr medycyny Kazimierza Dragańskiego z Zakładu Higieny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W 2010 roku jednogłośnie wybrano mnie na prezesa zarządu głównego PTH i pełniłem tę funkcję przez dwie kadencje tj.  do 2018 roku . Jako  X prezes Polskiego Towarzystwa Higienicznego , starałem się kontynuować   tradycje tego Towarzystwa, co zostało docenione,  ale też  godnie reprezentować swój Poznań J . Zgodnie z założeniami statutowymi , w kolejnych wyborach już nie mogłem kandydować , zaproponowałem więc bardzo aktywnie działającą wspomnianą dr Anetę Klimberg, której osoba została przez większość zaakceptowana. W ten oto sposób nastąpił przełom w tradycji PTH- została pierwszą w dziejach Towarzystwa  kobietą – prezesem. cdn

Po zebraniu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Higienicznego, 2017 r.  W pierwszej linii ówczesny ( do 2018 r. )- X  Prezes- Jerzy T. Marcinkowski i obok dr Aneta Klimberg- która  jest XI Prezesem PTH…