Opowieści o ziemskich Aniołach. A Maciek tańczy. Taka Miłość.

oto cd opowieści o życiu mojej pierwszej bratowej „A Maciek tańczy. Taka Miłość” z cyklu ” Opowieści o ziemskich Aniołach ” …….

Nie mogę się powstrzymać by nie wrzucić tego zdjęcia Grażyny o której opowiadam.. Przysłała mi je niedawno- a ma teraz i na tym zdjęciu ok.  77 lat…..Dla mnie Niezwykłe…..Wszystko Niezwykłe….

Ona teraz niczego nie żałuje, tych mężczyzn dookolnych nią zainteresowanych, tego życia banalnego , nie żałuje. Bo ma syna. Nie zwykłego chłopaka, który dawno by od niej poszedł do swojego życia. Który wracałby nad ranem do domu, może nietrzeźwy, może naćpany. Nawet jeśli nie byłby taki, ona i tak by stale drżała, że tak może być.

Ma syna, który jest Inny, Niezwykły bo Inny. Jest jej, tylko jej, ciało z jej ciała, krew z krwi.  Maciunio jest jej całym światem. 

     Niedawno zatrzasnęły się drzwi za jego ojcem i wtedy ona zapadła w ten letarg, z którego się teraz wybudziła. Ojciec dziecka, jej Maciunia, nie chciał takiego syna. Nie zaakceptował, nie chciał na niego patrzeć. Stawał się agresywny w dzień, nocami słyszała jak łka w poduszkę. Żyli obok, a dni były coraz bardziej ponure i  stawały się czarne jak noc. Atmosfera w domu była tak gęsta i mroczne, że gdy powiedział-  pojadę  do Ameryki, zgodziła się w milczeniu, jedynie skinęła swoją czarną czupryną zawsze krótko obciętą, modelującą smukły kształt jej głowy.

 Przedtem kupił stary dom , ładny wygodny, blisko morza, z dużym ogrodem, by Maciuś miał dobre warunki dla swojego życia, jakże innego niż życie tzw. zwyczajnych dzieci. A tak naprawdę, to kupił ten dom i ten ogród, by zza szczelnego ogrodzenia nikt nie oglądał jego syna. Wstydził się . Urządziła pięknie wnętrze ze smakiem i lekkością . Właśnie kupiła ten stół ze szklanym blatem, na przekór wszystkim którzy mieli dzieci i komentowali, przecież dziecko zaraz go stłucze. Po co ci taki stół? Się dziwowali. Ale ona trwała przy swoim, nikt nie rozumiał jak to możliwe, że dom wysprzątany i szklany blat nienaruszony. I ona zadbana, zawsze nowy ciuszek oryginalny, bo własnego pomysłu i zwykle własnego wykonania, w dodatku uśmiechnięta. Przychodzili i stale przychodzą młodzi przyjaciele, pary młodych, na ciasto jej pyszne i kawę. Urządza przyjęcia, bo to lubi. Lubi ba, nawet kocha ludzi…

Dlatego też ich zaprasza, lubi gdy ją odwiedzają liczni znajomi. Zawsze  udają, że nie widzą Maćka, co ją może i boli a może nie boli. Zresztą Maciek wtedy znika w swoim pokoju i medytuje po swojemu. Ona wie, że jej syn wędruje swoimi myślami po swoim świecie, może z kimś tam się spotyka , bo bywa, że nagle zamruczy i się uśmiechnie. cdn….

 

A Maciek tańczy ( 2 ). Z cyklu Opowieści o ziemskich Aniołach.

Jeśli Ktoś zajrzał tu po raz pierwszy i nie wie, to powtarzam  wstęp wyjaśniający do pierwszej części tej opowieści.

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

 

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

 

A Maciek tańczy. Taka Miłość (2).

Z cyklu  moich „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

 

(…) Już wtedy,  gdy nosiła go w brzuchu, jak zwykle zwiewnie i lekko, tak jak pierwsze dziecko, czuła jednak że  jest inaczej, ruchy płodu nie były zbyt energiczne, ale myślała- jego ojciec Emil jest takim łagodnym spokojnym człowiekiem, więc nic dziwnego że jego syn będzie taki jak on. Tak, myślała wtedy, będzie tak doskonałym architektem jak ojciec. Może malarzem, bo takie zdolności widywała w członkach swojej rodziny Lubańskich no i u siebie naturalnie. Więc gdy urodził się syn, obydwoje z Emilem byli dumni ze szczęścia, bo któż się nie raduje z urodzin pierworodnego. Wprawdzie  ktoś powiedział tuż po porodzie, że radość bo syn, ale ma jakoś za bardzo skośne oczy. Wtedy Emil się roześmiał- to przecież oczy jego matki- Grażyny, mojej ukochanej.  Piękne, podłużne, barwy ciemnego miodu i lekko skośne. Ponoć jej babka była Włoszką i stąd fascynująco egzotyczna uroda mojej żony…cieszył się nią i nazywał Darem od Opatrzności, bo wszystko wskazywało, że zostanie starym kawalerem, choć jeszcze stary nie był.

Podbiegła do Maciunia, który nawet nie odwrócił wzroku od obiektu swojego wypatrywania, bo jak już mówiła, miał on  swój świat, wzięła go na ręce, jej smukłe delikatne palce o paznokciach w kształcie migdała  oplotły jego ramionka i  wtedy on się przytulił. Tak jak nigdy nikt.

Jest teraz tego pewna, żaden mężczyzna nie potrafił się tak do niej przytulać. Wszyscy pragnęli seksu wszyscy chcieli ją posiadać na własność. I sobie poszli. Załkała, wreszcie po latach rozpłakała się jak mała dziewczynka, którą ktoś bardzo skrzywdził. Maciunio trwał w przytuleniu, niczemu się nie dziwił ale czuła że on wie co  czuje ona, jego matka.

KTOŚ , ten Najwyższy  kto go przysłał i zasiał w jej łonie, obdarował dodatkowym chromosomem pary nr 21 –  wiedział co robi. Teraz i ona wie.

Bo lekarze mieli wątpliwości. Może bali się jednoznacznego wyroku, wysyłali do Warszawy do dwóch instytutów na badania. Więc jechała ona i jej mąż, ze swojego Świnoujścia , długo pociągiem, jechali po nadzieję. Więc jechali tam z optymizmem, który stopniowo umierał.

Co przeżywali, jak się z tym czuli, ona chyba już nie pamięta, albo wyparła to z umysłu, bo nie chciała pamiętać. Nie chce pamiętać tego milczenia pomiędzy nimi, rodzicami, ciężkiego jak kamień który teraz czuje w piersi, tego milczenia które zabiło ich miłość. Miłość piękną i delikatną z zachwytami i nocami przegadanymi miłośnie. Umarła ich miłość gdy urodził się Maciek….cdn.

 

Grażyna, moja pierwsza bratowa, bohaterka tej opowieści…właśnie taką Ją poznałam w roku 1959….zdjęcie wykonała mój Tato- Wacław Łukaszewicz

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. A Maciek tańczy…

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

Rok 1962. Mam 15 lat i jestem zauroczona moją pierwszą bratową- Grażyną o której będzie poniżej….zdj wykonał mój Tato, na balkonie mieszkania przy ul. dawnej Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie Wlkp., gdzie przyszłam na świat i skąd wybyłam po maturze….

Z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

Zofia Konopielko

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

A Maciek tańczy. Taka Miłość….

Zbudziła się z długiego letargu. To nie był zły sen, to jest rzeczywistość, uświadomiła sobie. Skulona w kącie kanapy trwała w jednej pozycji nie wiadomo jak długo- może lata, może miesiące, może tylko kilka godzin. Straciła poczucie czasu, zdrętwiała , czuła swoje serce, biło, ale kamieniem zalegało w piersiach. Piersi miała piękne, nie za duże, nie za małe. Mężczyźni jej powtarzali, że jest cudem natury. Śniada, smukła, długonoga zwinna jak kobieta z plemienia Masajów. Miała w sobie coś z tajemnego cudnego zwierzęcia , za uśmiechem wiecznej dziewczyny, za soczystymi wargami kryła jakąś tajemnicę. Jednym słowem była zjawiskowa, powtarzali. Teraz wszystko jej się plącze, gdy się wybudza z letargu, z odrętwienia ciała i serca.

Dookolną ciszę  raczej  poczuła niż usłyszała.  Bo nagle sobie przypomniała, że ma syna. Wystraszona zerwała się ze swojego wytwornego legowiska- wszystko w jej domu było wytworne, starannie dobrane meble, które sama projektowała bo wszak była tzw. plastyczką. Okrągły duży stół ze szklanym blatem, na niskich metalowych cieniutkich, jakby muchy, nogach gdzieś tam kupiła- nie pamięta już gdzie. Bo to było w jej poprzednim życiu.

Ojej, czy Maciek nie rzucił czegoś ciężkiego na ten szklany stolik , wprawdzie nigdy tak nie było. Ale trzeba uważać, bo jest Maciek.

Maciuniu, gdzie jesteś zawołała przerażona, nie widząc syna w zasięgu wzroku. Nie odpowiedział, bo on przecież nic nie mówił. Wydawał tylko nieartykułowane dźwięki, które ona jedna jedyna na tym świecie rozumiała.

A Maciuś siedział spokojnie w kącie i wpatrywał się przez szyby drzwi wiodące na taras , wpatrywał się w przestrzeń, nieruchomo, tak potrafił, godzinami wpatrywać się w coś co tylko on sam widział. Nikt nie docierał do jego świata. Poza nią….. cdn.

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 9 ).

Zaciszny Barek z Magicznym Szerokokątnym Lustrem ….na ścianie podkładki do szklanek z piwem, zbierane także przez nas, na wspólnych licznych wyjazdach….wszystko jest dziełem Pana Profesora i już odeszło w przeszłość….jak wszystko w życiu…..zdj. własne Z.K.

I jesteśmy w domku Pana Profesora. Jak zwykle popołudniami .

Bo jak pewnie wspominałam, Pan Profesor  ściśle przestrzegał planu dnia, który sobie ułożył. A więc poranna praca w ogródku, potem śniadanie, potem nasza wspólna południowa kawa we własnoręcznie skonstruowanej magicznej   Altance o równie magicznej nazwie Azyl. Gawędzimy, słuchamy opowieści Profesora, jego dykteryjek sypanych jak z rękawa, czy tekstów Wiecha, których mnóstwo zna na pamięć. To od Niego przejęłam zachwyt Wiechem, bo kiedyś wydawał mi się nudny a może w ogóle nie czytałam, nie pomnę.

Rozchodzimy się nasyceni tym spotkaniem i działamy …

późnym popołudniem a właściwie przed wieczorem ponownie zdążamy w kierunku rzeki, gdzie czeka nas Pan Profesor i wspólne miłe chwile czekają. I jesteśmy w domku Pana Profesora …Więc najpierw opisany już wieczór muzyczny, potem telewizyjny seans, jakaś nalewka, naparstek zaledwie, bo tak lubimy. Wyleguję się na tzw. narożniku, panowie w fotelach zatopieni w wiadomościach telewizyjnych. Jest tak, że powtarzam sobie- chwilo trwaj….wracamy do naszego domku, zaledwie kilkadziesiąt kroków….Profesor zostaje u siebie, kolację już zjadł, zawsze była wczesna.

I tak mijają nasze wspólne niezapomniane dni, kiedy to żyć się chce, bo to pełnia życia i jego piękny smak….a dookoła las nam szumi swą odwieczną pieśń i żaby śpiewają w Bugu , tylko Bug milczy zasłuchany

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 8 ) .

Wspominam i rozmyślam nad przemijaniem, urodą życia i  dookolnego świata- a Bug płynie, tak jak od wieków ….ukochana nasza i Pana Profesora rzeka…..

Moi Mili. Minęło sporo czasu od kiedy rozpoczęłam opowieść o Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim, nestorze ortopedii polskiej i  naszym sąsiedzie znad Bugu ,  Przyjacielu. Po dłuższej więc przerwie z powodu wakacyjnych wyjazdów i wtrętów innych tematów zapraszam do nas, na działkę która wychowała czwórkę nasze dzieci- bo gdyby nie ona, być może pozabijalibyśmy się w małym mieszkaniu w bloku na Żoliborzu. Tu wypuszczane na wolność, wybiegały jak zerwane z miejskiej smyczy do lasu, nad Bug, by pływać w spokojnej wodzie tzw. cofki, czyli fragmencie starorzecza. Na samym jej krańcu niby w zatoce było wejście do wody, ostre muszle na dnie i po metrze  może dwóch przepastna głębia. Jak mawiali miejscowi, którzy pamiętali czasy wojny- Niemcy próbowali  wydobywać z jej dna czarne dęby… Dzieciak, by nie kaleczyć stóp o ostre muszlowe brzegi , wchodziły do wody w starych tenisówkach- bo któż w tamtych latach 80 ubiegłego wieku myślał o specjalnych eleganckich butach do pływania- może już były- ale my mieliśmy uniwersalne tenisówki. Potem w dziwny sposób same się nauczyły tam pływać. Oj, dawne to czasy, które wspominam. Jakoś teraz nikt z nas nie ma ochoty na kąpiel w rzecznych odmętach- ale tedy? Wtedy to był nasz raj w upalne dni. Może pamiętacie to uczucie z młodości, rozkosz zanurzenia w chłodnej wodzie jeziora czy rzeki? Oj, powiało mi młodością , zapachniało szuwarami, liliami wodnymi i wiatrem gdy nieopodal mruczał wielki las sosnowy….Fajne czasy, i dobrze że były- to szczęście- myślę sobie- dobrze że były takie czasy, że dane było je przeżyć i teraz wracać…uśmiecham się więc do wspomnień, choć teraźniejszość też raduje, pomimo chmurnych i deszczowych jesiennych krótkich dni…..Wracam więc do podstawowego tematu, bo czeka a ja krążę- wracam….Już dawno nie ma takiego domku Pana Profesora, jaki opisuję, bo w życiu wszystko się zmienia- ale są wspomnienia i to jest sedno. Dopóki żyjemy, opowiadamy…..łapiemy tamte chwile w sieci sieci 🙂 .

 Było więc tak : Idziemy sobie otuleni miękkością  modrzewi zamykających się nad głowami, okalających drogę nad Bug. Posadzone przed 39 laty, były patyczakami, w teraz – jak bujnie nam wyrosły- ale nie myślimy o upływie czasu, bo czeka na nas Pan Profesor  i  Jego muzyka.  Wchodzimy do domku Pana Profesora jak zwykle co wieczór, na wspólne chwile przed zmrokiem, przed uśpieniem świata, przed ukołysaniem do snu.

Właśnie jest wieczór muzyczny, jakich wiele, bo muzyka często towarzyszyła naszym spotkaniom. Wieczór po upalnym dniu przynosi chłodek a właściwie to dar Bugu, który meandruje niedaleko domku. Oddala się co roku od swojego brzegu, co sprawdzamy mierząc odległość od lustra wody metalowego palika, zainstalowanego tam przed laty przez Profcia.  Służył do przywiązywania Trepa, czyli jachtu który Pan profesor samodzielnie zbudował w garażu swojego domu w Warszawie ( kiedy miał na to czas- nie wiem) i nim odbywał długie samotne wakacyjne wyprawy po Mazurach, potem Nidą, Narwią i w górę Bugu. O nich pisze w swoim pamiętniku, i mam zamiar kiedyś zacytować słowa Tego Niezwykłego człowieka. Ale na razie jesteśmy w Jego domku, oglądamy regalik z taśmami magnetofonowymi. Sam go w tym celu skonstruował, umieścił specjalną listwę na górze , wywiercił ciupkie w niej okienka, a za nimi świeciły kolorowe chyba cztery światełka.  Regalik, jak inne sprzęty samodzielnie wykonane lubił nam pokazywać z dumą i czułością a my podziwialiśmy szczerze- bo nikt z nas nie miał ani krzty talentów w tym kierunku. Piękną muzykę nagrywał z radia przed wielu wielu laty – mówi, często nagrywał jadąc  samochodem . Opakowania taśm, starannie ponumerowane, skatalogowane wg rodzaju muzyki stały sobie równiutko , grzbietami do widza , zawsze równiutko i należało wykorzystaną taśmę włożyć w to samo miejsce. Pan Profesor czuwał też i nad tym, dobrotliwie zwracając uwagę, gdy ktoś nie spełniał zaleceń. . No cóż staranność i precyzja. Precyzja i staranność chirurga, przekładała się  na życie codzienne. Lubiliśmy sobie wyobrażać jak stoi pod wielką reflektorową lampą Sali operacyjnej, w tych ołowianym fartuchu- gdyż zawsze była kontrola radiologiczna w czasie skomplikowanych operacji – lampa nieomal parzy- bo nikt w tamtych czasach   nie słyszał o tzw. klimie- więc wyobrażamy sobie wszystkich chirurgów świata jak skupieni operują w tak trudnych warunkach – bo Profesor jest dla nas przedstawicielem tego zawodu – najbliższym, którego dłonie dotykamy i który dotyka nasze dłonie w domku nad Bugiem, gdy słuchamy muzyki. Jak dalece owa moja  romantyczność doznań się przeniosła na naszego syna nie zdawałam sobie sprawy, dopóki. Dopóty syn nie powiedział- gdy chodzę  nocami po korytarzach swojego szpitala, czuję tam obecność Profesora Ramotowskiego-  chodzę Jego śladami- ……

Muzyka koi nasze często rozedrgane serca, przynosi swoją ulotność , podrywa nogi do tańca. Tańczymy. Profesor mówi, lubię patrzeć jak tańczycie z Mirkiem. Czasami tańczę z Profesorem. Pysznie prowadzi, ma wyczucie rytmu bo i Jego słuch muzycznie absolutny.

A za oknem  meandruje Bug, w ciszy , od wieków. Ptaki układają się do snu, w maju słowiki szaleją, chętnie wijąc gniazda w wielkim dereniu, który przytula się do balkoniku domku Pana Profesora. Więc burza zieleni zagląda w szerokie okna balkonowe, ptaki kwilą i trwa ta chwila piękna i ulotna…..

I cóż z tego, że teraz mamy jesień- słotę za oknem- wczesny popołudniowy mrok, który sprzyja refleksjom, wspomnieniom, przynosi skupienie przed kolejną wiosną…

Regaliku nie sfotografowałam- ale Dłonie Pana Profesora tak…ileż istnień ludzkich uratowały….wszystko w życiu pewnie poznały…..Piękne Dłonie Cudotwórcy….

 

 

Odyseuszu, czy warto było…?

Podróş-Odyseusza.png

Trasa wędrówki Odyseusza. Spod Troi ( obecnie w Turcji) a potem dalej i poprzez Cieśninę Mesyńską ( pomiędzy Italią a Sycylią), gdzie mieszkają potwory Scylla i Charybda i Morze Jońskie – gdzie wiecznie śpiewają Syreny

 

Ten pobyt w Italii był dla mnie refleksyjny. Nawet usłyszałam zarzut, że wpisy o nim są pozbawione zwykłego mojego entuzjazmu . No, cóż, przyszła taka pora- pora na refleksje….

A więc kolejny wpis na ten temat….może potem wrócę na patetyczną falę- nie wiem.

Siedzę na kamykach plaży Morza Jońskiego, rozmyślam o błąkającym się kiedyś po jego wodach Odyseuszu. Kamienie przypominają mi moje górskie dzieciństwo- kamieniste strumyki i ziemia która rodzi kamienie. Stamtąd mam pełne czułości wspomnienia. Tak więc siedzę na kamieniach, jakże różnych od tamtych, bo kolorowych, różnorodnych, marmurowych, granitowych z lśniącymi blaszkami miki, bazaltowych oraz takich zwykłych jak w moich górach, bo z piaskowca i dumam. Gdzieś w dali śpiewają odwieczne Syreny igrające z falami i wiatrem . Jak bardzo ludziom potrzebny był ten mit. Uosabia on ludzki los, jak piszą w necie. Fakt. Wieczna wędrówka, oddalenie , błądzenie, uleganie pokusom i wreszcie powrót do domu, do ukochanych osób. Bo Penelopa i syn stale czekają. Odyseusz wraca, ale jest już stary i wkrótce umiera, a jego żona wychodzi za mąż. Odyseuszu, czy warto było wracać? – pytam. Nie odpowiada. Być może , że tak. Może dla tej jednej chwili spotkania z bliskimi warto poświęcić całe życie. Więc ten mit to jednak pewien optymizm, siła dla czekających i nadzieja…..

 

OdyseuszISyrenyFragmentWazyz 480-470 p.n.e..jpg

Waza grecka sprzed wieków- dla mnie przepiękna. Odyseusz przywiązany do masztu i Syreny…

 

IMG_20170901_181239.jpg

Tamte zdjęcia z netu. Tu moje, utrwalone tylko dzięki foto ślady stóp dziecka na barwnym tartanie….

Czy wierzycie w Mitologię ?

 

SAM_8136.JPG

 

 

 

Czy wierzycie w Mitologię ?

Zatrzymałam się w rozwoju, a może cofnęłam do późnego dzieciństwa, gdyż znajdując się niedawno w miejscach wypunktowanych przez wydarzenia zawarte w Mitologii greckiej, czuję wiatr historii, nawet tej nieprawdziwej. Ale któraż historia jest do końca prawdziwa? Zawsze jest to czyjaś interpretacja, modyfikacja wprowadzana przez piszących i czytelników, przez ich różne widzenie, odczuwanie, wrażliwość zmysłów.  

Jak już poprzednio wspomniałam , byłam w Kalabrii, czyli na samym czubku włoskiego buta- na palcach i części podbicia owego buta. To tu jak mawiają butni włosi, Italia kopie Sycylię, jak widać z tego pogardzaną przez nich….Wstępnie miejsce to miało być punktem wypadu pod Wezuwiusza a najbardziej do Pompei. Jednak ta wycieczka, jak i uroczej klifowej Tropei nie doszła do skutku z powodu niemożności Itaki.

 Może tak zdarzyło się specjalnie, bym miała czas na oglądanie horyzontu, kamyków na plaży, słuchania wiatru i morza, wypatrywania Odyseusza, który przez bardzo wiele lat błąkał się po tym morzu, które teraz się przede mną  otwierało, a było to Morze Jońskie,  ….i dostałam szansę rozmyślania o życiu. Najpierw z rozmyślań o życiu niewiele wynikało, bo toczy się swoim torem, ale za to cofnęłam się w czasie, do dzieciństwa gdzie wszystko było barwniejsze, intensywne zachwycające bo nowe , bo oczy i wszystkie zmysły wyostrzone, bo ciekawość wszystkiego ogromna ….nie chcę powiedzieć, że teraz jest inaczej. Jest podobnie, choć bardziej anemicznie, proporcjonalnie do peselu. Ale ogólnie nie jest źle….

Gdy byłam podrostkiem, uwielbiałam Mitologię . Świat baśni, wymyślony przed wiekami zachwycał pomysłowością, pobudzał wyobraźnię choć człek sobie zdawał sprawę, że była to fikcja. Choć nie wszystkim tak się wydawało i jest to urocze. Otóż . przed kilkoma dniami rozmawiałam o tym z Synową, która powiedziała, że do tej pory pamięta swoje zdumienie i wielki żal, gdy się dowiedziała, że to co czytała w mitologii nie zdarzyło się nigdy….

Czyżby się nie zdarzyło ?

A może jednak ?

Może tak było a pieśniarze układali o tym pieśni, które spisał Homer? Nic nie wiemy, jak mawiał Sokrates, choć w innym kontekście- scio non scio, czyli wiem, że nic nie wiem. Oto prawdziwa mądrość, stałe otwarcie na myślenie, bo poznawać….. 

A może starożytni po pierwsze chcieli też wierzyć w te wymyślone historie, pewnie były im potrzebne dla ubarwienia monotonii życia, a może obserwowali przyrodę i na podstawie różnych zjawisk wysnuwali zdarzenia czy wrażenia. Ale jak piszą mądrzejsi , mity czyli opowieści o bogach i herosach wyjaśniały człowiekowi jego miejsce na świecie, ustalały granicę, której śmiertelnik przekroczyć nie może, próbowały uporządkować wiedzę o funkcjonowaniu świata i historię. Jednocześnie nie stanowiły „ prawdy objawionej” tylko otwierały możliwości polemiki i krytyki. Stały się źródłem natchnienia wielu artystów pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy i muzyków. Następujący po Grekach Rzymianie przejęli ich tradycję pielęgnowania mitów .Weszły one do dziedzictwa kultury europejskiej i są nadal obecne w różnych przejawach życia społecznego. Czerpią z niej np. New Age, astrologia, horoskopy, kult i współczesne ruchy religijne, a nawet można się dopatrzeć paraleli wydarzeń opisywanych w naszej religii z tamtymi, starożytnymi mitami….ale to temat odrębny, ciekawy, choć dla wielu obrazoburczy….

Fajnie jest wierzyć, że  może faktycznie postaci mitologiczne kiedyś istniały, a może nadal istnieją, tylko nie ogarniamy ich naszymi zmysłami….

Tak, człek potrzebuje podniet, fascynacji, tajemnicy, bo wtedy życie jest barwniejsze, „ fruwające”- jak to nazywam. „ Bujanie w obłokach…”

 

SAM_8137.JPG

 Zdj ze zdjęć z ap foto w smartfonie, bo tam jest za duży format i nie chciały wejść . Muszę spróbować zmienić opcję w telefonie, ale na razie nie umiem 🙂

Łzy Syren z Morza Jońskiego

 

SAM_8062.JPG

Łzy Syren z Morza Jońskiego. Moje zbiory….

 

 

I to co miało być przygodą i spotkaniem z Pompejami i Wezuwiuszem skończyło się na lotnisku Okęcie, dwa dni temu. Gdy wydobyliśmy się z wielgaśnych tłumów stojących w przeróżnych kolejkach, zaskoczyła nas cisza domku w Michałowicach. Jednak przez ostatnie lata tak bardzo wzrosła liczba lotów, że Okęcie bardziej przypomina halę targową czy dworzec kolejowy w porze szczytu komunikacyjnego. Odstaliśmy swoje w kolejkach zawijających się co najmniej pięciokrotnie przez całą wielką przestrzeń poczekalni ale byliśmy dzielni , więc wytrwaliśmy i oto jestem.

Przygoda w Kalabrii nie była pełna, gdyż z powodu małej liczby chętnych, wycieczki się nie odbyły. Nie tylko my, ale wielu przybyłych miało za to pretensje do Itaki. Może jest dobrym sprawdzonym biurem, ale organizatorem wycieczek fakultatywnych na poziomie zerowym. Na pytanie, czy nie można by wynająć mniejszego busa by dotrzeć do Pompei, rezydentka odparła że nie można. Tak więc pomimo trudów podróży Pompeje będą nadal mnie zachęcały do kolejnej wyprawy, jeśli Wezuwiusz nie wybuchnie, bo się szykuje i jeśli …wiecie co mam na myśli, więc nie rozwijam…..

Ale całym tym zgiełku odbytych i nie odbytych wypraw jedno okazało się cudowne. Otóż spędziłam ten czas w towarzystwie samego Odyseusza. Ale o tym później. Na razie zaczęło się od Syren i sąsiadki leżakowej plażowej. Dziewczyna okazała się niezwykła , nie tylko ważna lekarka, ale pełna pomysłów na życie i w dodatku z piętnem choroby, o której wspomniała, gdy się okazało, że jesteśmy tej samej profesji. To ona pokazała mi pierwsza Łzę Syren. Nigdy nie zwracałam uwagi na szkiełka na plaży a tu się okazało, że jest to cud nad cudy. W dodatku w necie pełno o nich informacji- jest moda na zbieranie i tworzenie z nich biżuterii. Szkiełka na plaży w Kalabrii być może pochodzą nie ze zwykłych rozbitych butelek, ale np. z Wenecji, która słynęła z pięknych szkieł. Tak, to jest pewne, że szkiełka na tej plaży pochodzą stamtąd, a morze przez tysiąclecia pięknie je oszlifowało. Ponoć żaden szlifierz nie potrafi tak pięknie ich wymodelować. Tylko morze- słona wielka fala. Od tej pory sama rozpoczęłam zbieranie Łez Syren, zaraziwszy kolejnych przybyłych wczasowiczów. Bo cóż znaczyły kamienie marmurowe ( słynne kalabryjskie marmury!) w porównaniu ze szkiełkami. Tak więc szybko do kolekcji marmurowych kamieni a także porfirowych, bazaltowych oraz innych granitowych ze lśniącą cudnie miką przybyły syrenie łzy. Ach Syreny……kolejny wątek będzie później…..

 

SAM_8063.JPG

 

SAM_8060.JPG

Dziewicza Kalabria czeka…

 

 

KalabriaMapaWłoch.png

Zdj z Wikipedii. Na czerwono oczywiście Kalabria!!!

 

Kochani !

Ogłaszam chwilową przerwę w opowieściach o naszych czasach pięknych i ulotnych spędzonych z Panem Profesorem Witoldem Ramotowskim, gdyż dzisiaj lecimy do Włoch. Powrót 13września, czyli 15 dni przed końcem mojego 69 letniego bardzo długiego ciekawego choć wielokrotnie mozolnego , ale pięknego i pełnego smaków i zapachów życia  .

A było tak. Mirkowi bardzo się chciało jeszcze raz sprawdzić jak wyglądają teraz lotniska i samoloty, chociaż ostatnio po przemaglowaniu w halach odlotów i przylotów, wśród spoconych tłumów, postanawialiśmy zwiedzać tylko Polskę. Ale biorąc pod uwagę nasz wiek, trzeba łapać chwilę  i każdą ochotę która przychodzi brać w ramiona,  wybrałam ofertę Itaki. Tak więc lecimy do Kalabrii. Region ten kusił mnie od dawna, bo obejrzeć pobliskie Pompeje było moim marzeniem. O wrażeniach opowiem po powrocie, choć zabieram  mój laptop.  Bo jakież jest blade życie  bez tego okna na świat….

A teraz słów parę o Kalabrii, znalezionych w necie . Jak piszą w portalu Turystyka. wp- jest to najpiękniejszy region Włoch i zapraszają na wakacje we Włoszech do dziewiczej Kalabrii. Natomiast w portalu Podróże  kolejna zachęta po poprzednim super dla mnie  określeniu – dziewicza – „ W Kalabrii istnieją miasteczka zamieszkane jedynie przez wiatr, chwasty i zagubione kozy…”

Czyż nie cudnie, smakowicie to brzmi?

Kalabria leży sobie romantycznie na samym czubku, a właściwie spodzie stopy buta Półwyspu Apenińskiego i poprzez Cieśninę Mesyńską sąsiaduje z Sycylią.

Kiedyś stanowiła część tzw. Wielkiej Grecji antycznej. Tu urodził się poeta Enniusz. Warto o nim poczytać w Wikipedii- niesamowity Człowiek…

Będziemy gdzieś w tzw. pipidowie, hotelu pomiędzy górami a morzem , ale nabrałam ochoty by wpaść do Tropei. Jest ponoć najpiękniejszym miastem Kalabrii i perłą Morza Tyreńskiego. Usadowiła się na 40 metrowej wysokości klifie. Tu marzę, by obejrzeć z morza- tak jak ludzie pierwotni oglądali dalekie lądy. Domki bajkowe, przytulone do siebie a pomiędzy nimi wąskie uliczki. Już czuję ten upał, i zanurzenie w chłodzie tego miasteczka….i już mam w oczach te widoki i słony od morza smak na ustach ….

O reszcie opowiem, gdy zobaczę i może przynajmniej na chwilę  zapomnę o całym zgiełku świata….

 

KościólWyspaTropea.jpg

 Kościół na wyspie , obok Tropea wyłania się z Morza Tyreńskiego, zdj. poniżej- Tropea…( zdj. z Wikipedii). 

 

KlifTropea.jpg

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 7 ).

Pierwszy patent Pana Profesora Witolda Ramotowskiego.

Jak nam opowiadał, jeszcze gdy był asystentem w Klinice Ortopedii AM w Warszawie, którą kierował też już legendarny prof. Gruca, widząc trudności przy odpowiednim ułożeniu pacjenta do zabiegu operacyjnego, uznał, że rozwiązanie jest proste. Nie na darmo pokazałam w pierwszym wpisie nt. Pana Profesora Jego zdjęcie, gdy kroczy zamyślony po swojej działce. Zawsze wracał po rozmowach na dowolne tematy do swoich pomysłów, objaśniał zasady i snuł nowe. Przecież miał umysł politechniczny, jak mówi w cytowanej poprzednio rozmowie radiowej Jego godny następca, Pan Prof. Kotela.  Chciał zdawać egzaminy na politechnikę, ale idąc na uczelnię spojrzał na plakat zawieszony na drzwiach Medyka. Stanął zafascynowany bo tytuł Biochemika mięśnia sercowego przyciągnął Jego uwagę. Połączenie politechniki i medycyny, to jest to. Należy wspomnieć, że Jego Ojciec , który w tym czasie był więziony we Wronkach za pomoc AKowcom i po 6 latach pobytu zmarł, bardzo chciał by syn został lekarzem. Może i wtedy, gdy Prof. a wtedy jeszcze kandydat na studia rozmyślał o Politechnice,  Ojciec z wysokości niebiańskiej wskazał mu ten plakat? Oczywiście to tylko takie moje rozważania, ale fakt pozostał faktem, że młody Witold zamiast egzaminu na   Politechnikę, zdał na medycynę . I wkrótce rozpoczął żmudną wędrówkę po meandrach zawodu. Już w czasie studiów pracował w Zakładzie Anatomii, gdzie potem został asystentem i nauczał neurologii. Moim zdaniem była to jedna z najtrudniejszych dziedzin anatomii, bo jak barwnie opowiedzieć o mózgu z jego wszystkimi strukturami mnóstwem detali oraz o całej sieci nerwów. Wierzę, że  Profesor to potrafił, bo zawsze ubarwiał nawet blade treści swoją inwencją i wyobraźnią. Jednak pragnął pracować z pacjentem, jak prawdziwy lekarz. Będąc w klinice u Prof. Grucy, medycyna jawiła Mu się jako muzyka której podkładem była technika . Oczywiście to moja przenośnia, wysnuta jedynie na tym jak Prof. o sobie opowiadał. Zawsze chciał coś udoskonalać. I tak oto wymyślil i zaprojektował ortopedyczny stół operacyjny. Umożliwiał on zabiegi na kończynach pacjenta z użyciem w razie potrzeby  w trakcie operacji aparatury rentgenowskiej. Stół ten umożliwiał przesuwanie tułowia pacjenta w kierunku podłużnej osi stołu , przechylania go na boki wraz z elementami podtrzymującymi podudzia, a także zmiany wysokości stołu dostosowując ją do wzrostu operatora a także wszystkich elementów stołu do wzrostu pacjenta i długości jego kończyn oraz potrzeb operacji. I tu następuje szczegółowy opis rozwiązań technicznych które sprawiały że ten patent wprowadzał zupełnie nowe elementy do dotychczas stosowanych stołów . Dla ciekawych tematu podaję link do tego zgłoszenia patentowego, znaleziony w necie.. 

http://pubserv.uprp.pl/publicationserver/Temp/0n5giipgkr9eb9tn2kea103ma2/PL96771B1.pdf