Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 6 )

Pan Profesor Witold Ramotowski w swoim ogrodzie nad Bugiem- jak już pisałam kiedyś- na pewno rozmyśla o nowym wynalazku ortopedycznym…zdj. własne Z.K.

Wiosna w ogródku Pana Profesora…szkoda, że nie sfotografowałam romantycznej ławeczki oczywiście własnej konstrukcji ( jest ukryta w krzewach w pr. górnym rogu zdj). Pod  migdałowcem , centralnie ministrzelnica- z tarasu domku Pan Profesor Ramotowski celował do tarczy z jakiegoś sprzętu strzelającego ( wiatrowki ?) -takie chłopięce zabawy w czasie gdy samotnie spedzał czas nad Bugiem….

Pan Profesor Witold Ramotowski od lat szczenięcych, jak opowiadał, miał pasje konstruowania. Jego dziadek toczył pięknie z drewna, sam rzeźbił ule, a mały Wituś mu towarzyszył. Potem , gdy już nauczył się czytać, czytywał stareńkiemu Sienkiewicza i inne klasyczne powieści polskie, bo dziadek był ciekaw świata, a wzrok mu już zamierał. Nastolatkiem będąc, gdy Witold mężniał, bo wyrósł z niego kawał chłopa, wynosił starowinkę na rękach z domu i sadowił w jego ulubionym miejscu nieopodal domu.  Tak, ważne są nie tylko genetyczne zdolności, ale też ktoś kto poprowadzi za rękę. Chłopię o którym piszę,  wychowywane na rodzinnym folwarku , w rodzinie pana dziedzica nie mogło się bawić z dziećmi ludzi z czworaków. Jakże z tego powodu cierpiał, wspominał często. Wobec tego, dopóki się nie urodził Jego młodszy o 4 lata brat,  był skazany na własne pomysły. Gotowych zabawek raczej nie było, więc je sam konstruował. Ciekawy był mini młyn wodny generujący prawdziwy prąd na zasadzie dynamo. Wynalazek ten budził zaciekawienie cioć i wujków. Nieco lepszym pomysłem było przywiązanie do ogona kota własnoręcznie wyrzeżbionego samochodziku w celu sprawdzenia jak takie toto czyli kotosamochód będzie się poruszał. Oczywiście jak należało się spodziewać, kot wpadł w przerażenie i szał wybiegając z domu przez zamknięte okna, wybijając trójwarstwowe szyby. Na szczęście kot i wynalazca jakoś przeżyli 🙂

Pan Profesor Witold Ramotowski przed własnej konstrukcji sławetną altanką , którą nazwał Azylem. Wszystko tam było- sam doprowadził prąd, przekopując się przez duży kawał działki- więc i lampeczki działały i opisany ekspres do kawy, który w sezonie tu wędrował…zdj. własne Z.K.

Po lewej fragment „miniakweduktu ” własnego oczywiście pomysłu i wykonania po górskiej i greckiej wycieczkowej naszej wspólnej inspiracji 🙂 

A na tym zdj.  za akweduktem lśniąca wstęga Bugu…

O słodkie niezapomniane ale” bywsze” czasy…

dobrze chociaż, że je złapałam w obiektyw….

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 5 )

Pierwszy domek od ” cofki” Bugu….zd.j satelitarne z netu.

Moi Mili!

Otóż dzisiaj raniutko spotkałam pod bramą naszego nowego młodego sąsiada Ziemka, który wracał  ze spaceru , ale nie samotnie jak ja, lecz ze swoim dużym łagodnym ( chociaż mnie obszczekał, ale chyba w wyrazie powitania) psem o niecodziennym jednolitym ciepłym kolorycie nie tylko całego ciała ale również i oczu, i  o  równie niecodziennym imieniu Koń. Sąsiad jest niezwykły, gdyż w swoim domku pozwala buszować myszom, gdyż jak twierdzi jest to ich teren. Jednie ustawia pułapkę – klatkę, do której one czasem zaglądają. Wówczas to uroczyście owa klatka z myszką lub dwiema, a nawet czterema wędruje do lasu, gdzie są wypuszczane na wolność ku radości Ziemka, Jego Dziewczyny no i oczywiście głównych bohaterek. Trochę się krępowałam, jak to ja, poprosić Z. o pomoc w ożywianiu laptopa, który zamilkł przed trzema dniami. Ale się przemogłam i  pożaliłam . Ten niezwykły i przeuroczy młody Człowiek przejął się bidulą emerytką a może nawet gdybym nie była emerytką, też by przybiegł  pomocą, bo On tak ma…i oto jestem przed Wami, Kochani i ukochanym oknem na świat, czyli laptopem. Niech żyje Młodość, szczególnie tak uczynna i mądra…Niech Wam się darzy….

Wracam więc do opowieści o naszych dawnych wieloletnich  spotkaniach z Profciem, czyli z Panem Profesorem Witoldem Ramotowskim….

I znowu „żeglujemy” wspomnieniami do domku nad Bugiem.  Właśnie jest wieczór muzyczny, jakich wiele, choć muzyka zawsze towarzyszyła naszym spotkaniom. Wieczór po upalnym dniu przynosi chłodek a właściwie to dar Bugu, który meandruje niedaleko domku. Oddala się co roku od swojego brzegu, co sprawdzamy mierząc odległość od lustra wody metalowego palika, zainstalowanego tam przed laty przez Profcia.  Służył do przywiązywania Trepa, czyli jachtu który Pan profesor sam zbudował i nim odbywał długie samotne wakacyjne wyprawy. O nich pisze w swoim pamiętniku, i mam zamiar kiedyś zacytować słowa Tego Niezwykłego człowieka. Ale na razie jesteśmy w domku, oglądamy regalik z taśmami magnetofonowymi. Sam go skonstruował, by umieścić opakowania z taśmami. Piękną muzykę nagrywał z radia przed wielu wielu laty – mówi, często w samochodzie. Wszystkie taśmy są ponumerowane, ułożone starannie grzbietami w kolejności , jak trzeba, skatalogowane.  Precyzja. Precyzja i staranność chirurga. Muzyka koi nasze często rozedrgane serca, przynosi swoją ulotność , podrywa nogi do tańca. Tańczymy. Profesor mówi, lubię patrzeć jak tańczycie z Mirkiem. Czasami tańczę z Profesorem. Pysznie prowadzi, ma wyczucie rytmu bo i Jego słuch muzycznie absolutny. A za oknem  meandruje Bug, w ciszy , od wieków. Ptaki układają się do snu, w maju słowiki szaleją, chętnie wijąc gniazda w wielkim dereniu, który przytula się do balkoniku domku Pana Profesora. Więc burza zieleni zagląda w szerokie okna balkonowe, ptaki kwilą i trwa ta chwila piękna i ulotna…..

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 4 )

 

Bug.JPG

Widok z balkonu domu Pana Profesora Ramotowskiego. Starorzecze Bugu, ” cofka” zwana przez mieszkańców….zdj własne

 

Przynoszę Panu Profesorowi wiatr znad Bugu. I gdy trzymam Go za piękną śniadą rękę, która uratowała tyle istnień ludzkich, czuję Jego wielkość i  mówię, nie jestem kobietą, jestem wiatrem znad Bugu….

Siedzimy przy stoliku w holu , otwieram laptopa i  czytam to, co w blogu o Nim  opowiadam a potem to co o czym mam zamiar napisać. Profesor się wzrusza i my też. Bo właśnie już siedzimy , jak kiedyś,  w Jego nadbużańskim domku i wraca tamten piękny czas, który minął, ale dopóki żyjemy jest w nas. W naszych oczach , sercach i pamięci. 

 I  tak oto  jesteśmy w naszych domkach nad Bugiem. Fajnie jest wspominać, bo to są takie kolorowe mieniące się wszystkimi barwami wspomnienia i pozwalają na chwilę zapomnieć o tym co tu i teraz.      Opowiadam o naszych dawnych  spotkaniach, Mirek ożywiony a Profcio ( pozwólcie, że będę używała tego określenia, które jest nasze . Ale tu, w tej opowieści wszystko wolno) a więc Profcio teraz dorzuca swoje historyjki .

I jest dobrze, ciepło i serdecznie….więc rozmowa jest o tym jak panowie grywali w szachy w domku Profcia, a  ja się wylegiwałam na tapczanie zwanym narożnikiem i oglądałam kominek, wielkie jelenie rogi, które kiedyś dostał od znajomego i makatkę wiszącą nad kominkiem. Profesor chcąc go rozpalić, finezyjnie przy użyciu własnej konstrukcji zwijał makatkę . Wszystko zresztą w tym domku było i jest Jego konstrukcji. Własnoręcznie położona podłoga z desek i terrakota w jadalni, kuchni i łazience, urocza nisza barek z całym wystrojem i wiele innych mebli. Na ścianach wisiały obrazy Jego córki, absolwentki ASP . Kiedyś wisiały….bo dzisiaj domek zmienił wystrój. Ale mam w oczach tamten, gdzie tyle radości było i przyjaźni i Niezwykłego Ducha Profesora….   

Jesteśmy więc w  domku Profcia nad Bugiem. Bywamy tam z Mirkiem nieomal codziennie wieczorami, ale obowiązkowo w porze wczesno południowej w altance, którą oczywiście sam zbudował i nazwał Azylem . Kawę  zaparza sam Profesor, osobiście. Bo to jest celebra. Najpierw wskazuje na solidnie zbudowany ekspres, z metalowym brzuchem i fajnym dzbanuszkiem , mówiąc ooo znalazłem go na śmietniku. Był porzucony. Był taki samotny i śliczny, że go zabrałem do domu. Ucieszył się, ja dodaję. No pewnie. Zajrzałem do jego wnętrza i okazało się, że naprawa była łatwa.  Jak dla kogo, dodaję wiedząc, że nie ma urządzenia, do którego by Profcio nie zajrzał i oczywiście naprawił. Tak Pan Profesor nie tylko naprawiał zepsute ludzkie kończyny czy kręgosłupy, ale naprawiał też stary sprzęt, dając mu drugie życie….

 

 

barek.JPG

Udało mi się ‚ zatrzymać czas” w tym kadrze…nieistniejący już barek Pana Profesora Witolda Ramotowskiego, własnoręcznie wykonany i ozdobiony. W lewym narożniku historyczny ekspres do kawy, o którym w tekście….

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 3 )

 

Powtarzam wyjaśnienie. Zanim się zdecydowałam na opowiadanie o Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim, przeżywałam chwile wahania. Czy się zgodzi, bo jest Człowiekiem bardzo Skromnym? i jakby w telepatycznej łączności ze mną łażącą samotnie po drogach leśnych , nie samotnie, bo z wątpliwościami, niespodziewanie zadzwonił Pan Prof. Dziękował za to, że Go odwiedzamy. Podjęłam dręczący mnie temat. Nieśmiało zapytałam, czy się zgadza na moje wpisy- opowieści  w tym blogu z użyciem Jego nazwiska oraz zdjęć.  Zgodził się bez wahania, nawet podziękował, co mnie wzruszyło. Wie jak piszę, czytywał mój blog i opatrywał cennymi komentarzami. Więc ma do mnie zaufanie.   I tak to za namową wieloletniej asystentki Profesora, dr Joasi Suchockiej i Mirka- dziergam swoją opowieść o naszych wspólnych czasach i o tym co usłyszeliśmy  z ust Pana Profesora- Legendy Polskiej Ortopedii, Człowieka Niezwykłego o wielu pasjach i kochającego ludzi…..

 

profcio,2009.JPG

Pan Profesor Witold Ramotowski, zawsze bacznie słuchający człowieka…zdj własne sprzed może 3 laty….

 

Warszawska ulica, jedna z wielu, a jakże inna,  dotychczas mi nie znana, zamknięta magiczną Chełmską , gdzie jak wspomniałam, Wytwórnia filmów i kawał życia Profesora. Ale filmach, które robił będzie kiedy indziej. Nie da się wszystkiego zmieścić w krótkiej opowieści ani tym bardziej zachować porządku chronologicznego. Tak więc będę opowiadała chaotycznie, to co mi akurat przyjdzie do głowy. Bo tłoczą się w niej takie ilości wspólnych chwil spędzonych z Profesorem i Jego opowieści, że  mogę wybierać jak rodzynki z pysznego ciasta pachnącego drożdżami.

A więc ostatni pokój po lewej . Cisza. Wchodzę. Jest poobiednia sjesta, Profesor na krześle przy  niewielkim stoliku. Na stoliku magnetofon, butelka z wodą i może jakiś drobiazg- nie pomnę. Widzę tylko Jego, naszego Przyjaciela. Ogolona głowa, bo tak higieniczniej przy wielkich upałach ,  zmienia Jego wygląd na starczy ale jednocześnie modern- wszak młodzi dziś też golą głowy. A może to wrażenie smuty, które mnie ogarnęło jest spowodowane tylko tym, że Profesor nie ma na nosie okularów i dlatego wydaje mi się taki nagi i bezbronny. Siedzi nieruchomo, wyprostowany, elegancko ubrany, wytworny, ma  słuchawki na uszach, i jest bardzo zasłuchany, skoncentrowany na tym co się dzieje pomiędzy słuchawkami a Jego rozumem czy wyobraźnią.  Ta refleksja o Jego wyglądzie trwa ułamek sekundy zaledwie, ale jest tak silna, że przedstawiony obraz mam zapisany w oczach. Zbliżam się, obejmuję  szerokie ramiona, lekko przytulam głowę do jego twarzy.  A On mówi, Zochna. Tak jak zawsze, zawsze tak na mnie mówi . Poznaje mnie  , nie wiem czy po głosie, czy dotyku, czy może zapachu. Tak, na pewno poznaje mnie po zapachu naszego Gulczewa, mojego wielbionego  lasu i Jego ukochanej rzeki nad którą ma domek. Taką działkę wybrał, bo jest urodzonym wodniakiem, tak więc Profesor poznaje mnie po tych zapachach,  które noszę w sobie .

Potem przywitanie z Mirkiem. Równie czułe i wylewne. Nie wstydzimy się tych gestów. Przytuleń, dotknięć  czy nawet dłuższego trzymania dłoni w dłoni. Już jesteśmy poza podejrzeniami , że te czułości mają jakiś podtekst. Po prostu wszyscy pragniemy tego samego, jeszcze bardziej niż w młodości. Pragniemy czyjejś obecności, czułości i dotyku.

I jest radość. I już płoną Mu oczy, piękne i mądre. Zdejmuje słuchawki,  wyłącza odtwarzacz. Jak zawsze, wszystkie czynności wykonuje po kolei, bez chaosu, który np. jest we mnie- kilka tematów otwartych na raz. Profesor ma wszystko poukładane w głowie. Inaczej nie mógłby skutecznie operować pacjentów.  Choć czasami ucieka od głównego tematu rozmowy w jakąś dowcipną dygresję ale zaraz wraca do opowieści, by ją zakończyć. Ogólnie jest bardzo szybki w działaniu . I tu przypominam partie szachów które rozgrywał z Mirkiem. Siadywali przy niskim stole tzw.  ławie w Gulczewku, jak nazywał naszą nadbużańską oazę, czy Azyl ( altanka) i Mirek zwyczajowo długo, bardzo długo myślał nad każdym ruchem. A Profesor oczekując na decyzję Mirka, zrywał się niecierpliwie i krążył po swoim dużym pokoju patrzącym na rzekę. Pomimo tych trudności,  nieharmonijności obu panów w decyzjach jaki wykonać ruch szachowy, zasiadali do tej gry często….cdn.

 

P7120091.JPG

Widok z okna Pana Profesora oglądamy w zoomie ap foto. Tzw „cofka” na Bugu i sejmik bociani na półwyspie….zdj wlasne

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 2 )

Dom pobytu dziennego i całodobowego Bobrowiecka.jpg

Tak ma wyglądać starość…- plakat witający w holu 

 

Najpierw wyjaśnienie. Zanim się zdecydowałam na opowiadanie o Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim, przeżywałam chwile wahania. Czy się zgodzi, bo jest Człowiekiem bardzo Skromnym? i jakby w telepatycznej łączności ze mną łażącą samotnie po drogach leśnych , nie samotnie, bo z wątpliwościami, niespodziewanie zadzwonił Pan Prof. Dziękował za to, że Go odwiedzamy. Podjęłam dręczący mnie temat. Nieśmiało zapytałam, czy się zgadza na moje wpisy- opowieści  w tym blogu z użyciem Jego nazwiska. Zgodził się bez wahania, nawet podziękował, co mnie wzruszyło. Wie jak piszę, czytywał mój blog i opatrywał cennymi komentarzami. Więc ma do mnie zaufanie.   I tak to za namową wieloletniej asystentki Profesora, dr Joasi Suchockiej i Mirka- dziergam swoją opowieść o naszych wspólnych czasach i o tym co usłyszeliśmy  z ust Pana Profesora- Legendy Polskiej Ortopedii, Człowieka Niezwykłego o wielu pasjach i kochającego ludzi…..

 

 

Jedziemy  więc w ten sierpniowy dzień , z Mirkiem, samochodem przez ledwie dyszące upałem miasto do Pana profesora Witolda Ramotowskiego. Aktualnie przebywa a rehabilitacji, wzmacniając siły i kondycję . Enklawa schludnych gmachów  w ładnym choć niewielkim parku zamknięta Chełmską, gdzie wytwórnia filmów w której Pan Profesor spędzał wiele godzin kręcąc filmy naukowe, żywiąc się chałwą i mlekiem z butelki- jak opowiadał. Filmy to była Jego pasja, o której opowiem później. Witają nas wysokie drzewa i równe alejki ławkami objęte. Na placyku pomiędzy gmachami widzimy tłumy  żywiołowej młodzieży, bo jest tu jakaś prywatna szkoła wyższa. Miasto i młodość tętni aż nam krew szybciej krąży w wiekowych żyłach.

Za drzwiami otwiera się przed nami chłodne eleganckie wnętrze. Portiernia, recepcja, na dole jakieś laboratoria, winda. I już trzecie piętro, gdzie toczy się życie w swoim tempie, własnym  zwolnionym filmie aż do zatrzymania w kadrze. Ale na razie żyjemy, jeszcze kadry naszej codzienności się przesuwają .  Pachnie dobrymi środkami czystościowymi., uśmiechają się panie pielęgniarki, idę korytarzem, do końca. Po drodze w otwartych drzwiach jednego z pokojów, tkwi wózek inwalidzki i siwowłosa pani na nim rozpaczliwie mnie wzywa. Podchodzę. Ona woła dalej tragicznym głosem,  że jest sama, że nikt jej nie odwiedza i że już pora zmienić pampersa.  Wracam więc do dyżurki pielęgniarskiej. Mówię. Słyszę odpowiedź- ta pani tak ma, zaraz przyjdzie do niej córka a niedawno została przebrana. Idę z powrotem. Drzwi już zamknięte. Cisza za nimi. Zamknięta starość za drzwiami. Tak wygodnie. Zamknąć drzwi, nie słuchać co się za nimi dzieje. Można wtedy iść dalej i nie pamiętać, nie myśleć o pomocy tym starym czy bardzo chorym, a także o swojej przecież tak nieodległej perspektywie….pozostaje wzruszenie ramion, obojętność a może tylko bezsilność wobec upływu czasu …. cdn 

 

FilmowaPrzestrzeńEdukacyjnaNaTerenieWytwórniFilmowDokumentalnych i Fabularnych.jpg

Filmowa przestrzeń Edukacyjna Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych przy ul. Chełmskiej w Warszawie.

 

 

Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych –jedna z najstarszych w Polsce wytwórni filmowych, znajdujących się w Warszawie przy ul. Chełmskiej 21. Powstała w 1949 roku. Początkowo realizowała filmy dokumentalne oraz Polską Kronikę Filmową. Obecnie uczestniczy w produkcji wielu polskich filmów fabularnych.

Zdj i tekst z netu ( Wikipedia)

Pan Profesor Witold Ramotowski – nasz Przyjaciel

prof.JPG

Pan Profesor Witold Ramotowski na swojej ukochanej działce nad Bugiem, w Gulczewie. Kroczy zamyślony – na pewno roją Mu się nowe pomysły zespoleń kości- stale nam o nich opowiada- jest przez nas kochany i Wspaniały….

zdj własne sprzed roku

 

Ostatnio dużo myślimy rozmawiamy m.in. z Mirkiem, Joasią Suchocką , Jolką Zdanowicz, Grażyną Konopielko,  o naszym Sąsiedzie działkowym, Przyjacielu i Opiekunie – Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim. I chciałabym o Nim opowiedzieć, tak zwyczajnie po ludzku, bo jest Niezwykły…..

w necie znalazłam ten artykuł  i pozwoliłam sobie skopiować :

 

http://www.polskieradio.pl/7/15/Artykul/809462,Chirurdzy-%E2%80%93-oto-jak-naprawde-wyglada-ich-praca

2013 r.

 

Chirurdzy – oto, jak naprawdę wygląda ich praca

Ostatnia aktualizacja: 25.03.2013 10:30

Polska ortopedia obchodzi w tym roku swoje stulecie. Bohaterowie reportażu „Chirurdzy”, czyli lekarze z Kliniki Ortopedii i Traumatologii Centralnego Szpitala MSW codziennie udowadniają, że ratowanie ludzkiego życia może stać się prawdziwą pasją.

      Ireneusz Kotela, kierownik kliniki ortopedii Centralnego Szpitala MSW opowiada, że oddział ma 42 łóżka. – Czasami są niestety dostawki, szczególnie w okresie urazowym. W każdym gabinecie lekarskim mamy portrety naszych znakomitych poprzedników – dodaje.  

Jedną z legend szpitala, ale i całej polskiej ortopedii jest Witold Ramotowski, emerytowany ordynator oddziału ortopedii Centralnego Szpitala MSW, twórca metody leczenia złamań przy pomocy stabilizatorów (wszytych pod skórę lub przymocowanych na zewnątrz) nazywana zespol. – Pamiętam, jak zastosowaliśmy ją po raz pierwszy u pacjenta po wypadku samochodowy zastosowali nowatorką metodę. I spotkałem go jakiś rok temu na stacji benzynowej. To on mnie poznał i podszedł się przywitać – opowiada Witold Ramotowski.

Legendarny już ortopeda na medycynę trafił przypadkiem. – Po przyjeździe do Warszawy chciałem zdawać na Politechnikę, ale trafiłem na wykład o mechanice serca, który tak mnie zafascynował, że zmieniłem plany – wspomina.

Przez lata medycyna, w tym ortopedia poczyniły niezwykły postęp. Jak tłumaczą bohaterowie reportażu – coraz więcej  zadań wykonują skomplikowane maszyny, dzięki czemu operacje są coraz mniej inwazyjne, a zaczynają raczej przypominać „myjnię bezdotykową”.

Czym grozi zaszycie skarpety w stopie, jak wygląda pies z przeszczepionymi nogami, z czego słyną ortopedzi? Zapraszamy do wysłuchania reportażu Ewy Michałowskiej „Chirurdzy”. (ei)

 

 prof (2).JPG

 

Moja nieudolna  fotografia dyplomu, która wisi w jadalni domku Pana Profesora nad Bugiem

 

 

Jest upalny sierpień 2017. Warszawa dyszy z gorąca. Jadę na ul. B. odwiedzić naszego Wielkiego Przyjaciela,   91 letniego profesora ortopedii Witolda Ramotowskiego. Właśnie odbywa rehabilitację w eleganckim ośrodku.  Na szczęście , mówimy, to chwilowy pobyt w celu wzmocnienia kondycji, ale w tym wieku dłuższy pobyt poza domem jest wyzwaniem, Trzeba się borykać z myślami, że życie się kończy. Jest pozornie  pogodzony, tylko czasami w telefonie Jego głos brzmi rozpaczą- Och, Zochna jaka starość jest trudna….. Takie życie moi mili….

 

Ddobre.JPG

Oto Dłonie Wielkiego Chirurga… moje foto….Pan Profesor Witold Ramotowski .

Falbaniaste Roztocze

RoztoczeWschodnie.png

W kółeczku czerwonym –  Roztocze

Roztocze_map.png

 

 

 

Falbaniaste Roztocze czyli Roztocze w  falbankach

RoztoczeNetRzepak.JPG

 

 

Stwórca znudzony już morzami, górami różnej wysokości i strzelistości oraz nizinami i wyżynami, które wyszły spod Jego „ igły”, postanowił jeszcze raz zabawić się z ziemią, jej kawałkiem południowo wschodnim na którym teraz mowa polska i ukraińska. I ten całkiem pokaźny skrawek,  nasączywszy uprzednio  kredą siarką i innymi skarbami ujął w dwa palce i zaczął marszczyć w kierunku od Bałtyku do Tatr, tworząc równolegle ułożone falbanki…..Czy był ostatecznie zadowolony ? z pewnością, bo jeszcze dziś gdzie ulewy a wręcz oberwania chmur zsyła na niektóre połacie kraju, tu jest spokojnie i słonecznie jak u Pana Boga za piecem….gdy to rzekłam, trochę się przeraziłam….by nie zapeszyć….więc wracam do mojego Roztocza.

Przebywamy tu już od przeszło 2 tygodni, ale  zajęci zabiegami, bo to NFZ obdarował nas turnusem rehabilitacyjnym , mocno nawet zajęci także łazęgami po okolicy nijak do komputera ochoty nie mamy.

Roztocze odkryłam, gdy byłam już dojrzałą kobietą. Więc nie ma ono smaku zapamiętanego z dzieciństwa, ale za to urok dojrzałości. Odkrywanie bowiem dla mnie ma to do siebie, iż im później się  odbywa tym jest bardziej soczyste i nosi posmak „ łapania chwili” czyli poczucia, że czas szybko mija. Oczywiście mnie rozumiecie, na pewno…

Jest to cudna kraina geograficzna, którą dzielimy się z Ukrainą, albo można powiedzieć inaczej, która nas łączy…Roztocze łączy też Wyżynę Lubelską z Podolem, oddzielając ją od Kotliny Sandomierskiej i Kotliny Naddniestrzańskiej.  Te wyraźnie wypiętrzone wały wzniesień , szerokości 12- 32 km i długości ok 180 km, ułożone linijnie, przebiegają od Kraśnika do Lwowa. Najwyższe wzniesienie Roztocza osiąga 414 m n. p. m. ( na Ukrainie) a w Polsce jest to Długi Goraj ( 391,5 m n.p.m.) i Wielki Dział ( 390,4 m n.p.m.).

Pan Bóg nie tylko stworzył tę piękną krainę, ale narzucił na nią leśne płaszcze a ludziom kazał obsiewać pola czymś malowniczym jak rzepakiem, ale i gryką jak śnieg białą i słonecznikami np. I dlatego stworzono tu Roztoczański Park Narodowy, parki krajobrazowe oraz rezerwaty ( m. in. Sołokija czy nad Tanwią )…..

Ale co tu gadać, trzeba tu zajrzeć, a na razie zapraszam od obejrzenia zdjęć z netu….

 

RoztoczeNetZdj.jpg

 

RoztoczeZdjNet1.jpg

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ?czyli rzecz o zmartwychwstaniu (3 i ostat)

Oto trzecia i ostatnia część mojej opowieści opartej na kilku faktach przedstawionych przez JTM.  I z Jego inspiracji urodzony w mojej głowie, a właściwie przez kogoś we mnie. Tekst dość długi, ale mówiliście, Kochani, że „dacie radę” przeczytać 🙂

Chrystusik Frasobliwy na terenie naszego miejsca na ziemi. To rzeźba nieżyjącego już pana Gilowskiego ( twórcy ludowego z Godziszki- beskidzkiej wsi, gdzie urodziła się moja Mama). zdj. własne.

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu ( 3 i ostatnia) .

Tymczasem Cudem Ocalony wybudzał się na sali pooperacyjnej a dookoła wszyscy mówili, jak trudna była rekonstrukcja twarzy, jak długo trwała, aż musieli chirurga stomatologa do pomocy neurochirurgowi i chirurgowi tzw. plastycznemu sprowadzać na cito, ale się udało. A może wcale mu nie opowiadali, tylko z rurkami w różnych częściach ciała leniwie patrzył spod opuchniętych powiek, jak kapie krew z worka zawieszonego nad jego głową. Cieszył się, że widzi, że może patrzeć bo powoli wracała świadomość tego co przeżył. Jednak jego najważniejszą myślą było, jak podziękować panu Bogu, w którego łaskę nigdy nie zwątpił, za swoje cudowne ocalenie. Potem przyszli policjanci i chcieli o coś pytać. Nie odpowiadał bo nic nie wiedział. Posiedzieli więc i poszli. Ale któregoś dnia usłyszał , jak sobie gawędzą pielęgniarki, wprawdzie cicho, ale usłyszał. Pewnie myślały, że śpi, maszyny informujące o funkcjach życiowych pacjenta informowały różnymi miarowymi pikaniami, że jest ok., kroplówka spływała bezszelestnie a chory posapywał spokojnie. Więc myśląc, że nie słyszy, gadały. Jednak podobno człowiek, nawet w śpiączce będący, wszystko słyszy, a cóż dopiero on, cudem ocalony i jedynie prawie śpiący snem sprawiedliwego. I nieco nadstawiając uszy wyglądające spod bandaża, którym był spowity , słyszał jak one mówią. Bo usłyszał swoje imię i o szczotkach. Ach, gdzieżeście moje ukochane szczotki, nie martwcie, wrócę do was i jeszcze bardziej będę się wami opiekował, bo jesteście moje, tylko moje. Tak sobie marząc o szczotkach a także i o pędzlach , które wyrabiał, słyszał przenikliwy szept lub półgłos pielęgniarek , które właśnie piły zasłużoną kawę, zresztą kolejną na tym dyżurze. Że policja trafiła na ślad. Że ktoś widział jego samochód opuszczający miasto, ktoś inny, że  skręcał on w boczną drogę leśną. Dziwne, że potem ten samochód wracał tą samą drogą. Wydawało się tylko, że nie on był za kierownicą. A przedtem widziano, chyba jego syna na siedzeniu obok kierowcy . Jeżeli pojechał z synem, dlaczego syn wracał sam. A inni znali dwóch młodych ogolonych drabów, którzy za parę puszek z piwem byli gotowi zrobić wszystko. I okraść i zdemolować, co trzeba, i matki swoje nawet pobili, bo nie dawały ani grosza ze swojej skromnej wprawdzie, ale co miesięcznej renty, więc może to oni bestialsko pobili , bo chyba sam syn by nie dał rady. Był niższy od ojca i jakiś cherlak, a jego ojciec,  chociaż smukły i wysoki, ale miał mięśnie starannie ćwiczone na siłowni, bo dbał o zdrowie. Tak więc po przysłowiowej nitce policja dotarła do kłębka. Draby , spanikowane wielce, ale ucieszone, że  denat ożył , więc kara będzie mniejsza, od razu od razu się przyznały.  Zresztą na zimę, która się zbliżała , komfortowe warunki które zapewniało więzienie były wysoce pożądane, draby więc same się przyznały, wybierając tę inną wolność , przynajmniej cieplejszą i pełną strawy niż ich chałupa z matką sknerą. Opowiedziały detalicznie jak było i co najważniejsze, że otrzymali zlecenie. Z dumą wyjaśniali władzom,  że wynajął ich syn poszkodowanego, sowicie nagrodził i wprawdzie nie był zadowolony z dalszego przebiegu zdarzeń, gdyż ojciec ocalał, wcale nie żądał zwrotu pieniędzy. Szlachetny to pan, ten syn zleceniodawca, powtarzali. Syn przyparty do muru, bo nie wpadł na pomysł ucieczki za granicę wskazał na główną pomysłodawczynię tego czynu, którą była jego matka. Mówił o tym z dumą, że zawsze słucha mamy, bo bardzo ją kocha i jest najmądrzejszą oraz najpiękniejszą kobietą na świecie. Mama zaś, zajęta liczeniem spadku, nie zauważyła nawet co się dzieje w mieście. Gdy po nią przyszli, jeszcze była w papilotach i wytwornym szlafroku , który figlarnie się rozchylał ukazując jej piękny , nic to, że solidnie podparty silikonem , zafundowany przez kochającego męża, biust. Na nic biust buchający  kokieteryjnie spoza dekoltu, panowie władza byli niewzruszeni i zabrali w kajdanach na komisariat. Potem była rozprawa sądowa, dowody oraz zeznania się zgadzały i jednoznacznie wskazywały związek przyczynowo- skutkowy. Mamusia z synem poszli siedzieć i jak wszystko wskazuje , dalej snuli i snują nadal, na co wskazuję jej słowa opowiedziane komuś tam, scenariusz kolejnej zemsty na swoim panu i władcy. Ale o tym się dowiedział  później, gdy już go wypisali ze szpitala. Nie mógł się pogodzić z tym, co przygotowali mu najbliżsi, w swoim umyśle już nieco zamąconym zespołem psychoorganicznym wywodzącym się doznanego urazu, bo tak nazywali jego stan neurolodzy, a szczególnie pewien biegły sądowy , który zadziwiająco dla wszystkich o niego walczy, nie mógł się pogodzić z tym co mu zrobili najbliżsi . Czy ten biegły , który tak bardzo się stara, by go ochronić, czy mu współczuje, tego nikt nie wie. Pewnie lubi ludzi, a może uwierzył w swoją misję zesłaną przez bliżej mu nieznanego pana Boga, tego nikt nie wie, co czuje w swoim sercu i umyśle ów biegły. Gdy o tym opowiada swojemu przyjacielowi, nie potrafi zdefiniować, na czym rzecz polega. I ten przyjaciel też nie umie.

Jedno jest pewne, o czym świadczą kolejne fakty z życia ocalonego, nadal on bezgranicznie wierzy Boga, swojego dobrego Boga. To Bóg go ocalił, darował mu życie po to, by mógł rozgłaszać chwałę bożą wszem i wobec. Więc tak czyni. Jednocześnie idąc za wewnętrznym imperatywem lub poradą jakiejś życzliwej osoby z kręgów kościelnych, uważając, że skoro on był wierny żonie aż do śmierci, a ona postąpiła tak jak postąpiła, pomimo tego, że też przysięgała , on może wystąpić do sądów kościelnych o unieważnienie tego małżeństwa. Jak czuł tak postąpił, sąd widząc jego wielką miłość do Boga, znalazł odpowiednie paragrafy i unieważnił tamten ślub. Teraz Ocalony Cudem był czysty i tak obnażony pytał swojego Stwórcę co ma robić. A ten odpowiedział, idź za głosem serca, bo tego nauczyła cię matka. Myślał o matkach tamtych zbrodniarzy , że nie potrafiły im przekazać miłości do Najwyższego a także miłości do człowieka. Uznał, że są bardzo przez to ubodzy duchem i nawet się nad nimi litował. A może było jakoś inaczej, bo już ujrzał na chórze kościelnym piękną kobietę, która wyglądała i śpiewała jak anioł. I uwierzył w swojej dobroci i wierze, które to przymioty dostał od mamusi oraz umyśle nieco zamąconym zespołem psychoorganicznym, że życie zostało mu darowane, więc musi żyć. I dlatego doprowadził do unieważnienia pierwszego nieszczęśliwego małżeństwa, witając z ulgą wyrok sądu kościelnego, że to wcale nie było małżeństwo, wkrótce stanął na ślubnym kobiercu z kolejnym Aniołem , którego spotkał w życiu. Bo należy dodać, że ta pierwsza też wydawała mu się początkowo Aniołem…

Żył sobie z tym swoim drugim Aniołem szczęśliwie, z tkliwością dotykał jego brzucha gdy poruszały się tam jego kolejno przychodzące na świat dzieci. Bo urodziło mu się dwoje następców, pewnie myślał, że też pokochają jak on szczotki i pędzle. Może tak nie było, tylko tyrał, by móc zabezpieczać godny byt tej nowej rodzinie. W tym czasie , tak tyrając nawet nie pomyślał o tym jaki sam jest, jak się zachowuje w domu. Myślał pewnie, że wystarczy sama jego obecność i pieniądze, które napełniały konta bankowe. A może jednak szedł tropem swojego tatusia, a nie łagodnej i dobrej mamusi, bo miał jego geny i zakodowaną agresję ojca. Tego nie wiemy i pewnie już nam Ocalony nie opowie, bo na cóż takiemu z zespołem psychoorganicznym jakiś psycholog? Ma przypiętą łatę i tak go traktuje każdy napotkany człowiek, w tym lekarz i sąd. Jedynie dlaczego ten biegły sądowy, neurolog o nim myśli i mu pomaga opiekując się tak, jak tylko to umiała robić śp. Mamusia. Bo jest dobrym litościwym współczującym człowiekiem, a może tylko bardzo uczciwym lekarzem, który wyważa jego dobre i złe strony, wybierając te pierwsze. Widzi w nim człowieka, a nie przedmiot. Cudem Ocalony na pewno tak nie myśli, bo myślenie ma uszkodzone urazem, ale może tak czuje. Gdy stawia się do sądu w sprawie rozwodowej która zgłosiła jego druga żona, ten kiedyś dobry niebiański Anioł, który jednak okazał się zwykłym ziemskim i w dodatku był szatanem z maską anioła, jest rozdygotany, boi się ludzi, sądów, pytań, na które nie zna odpowiedzi i całej tej niezasłużonej szopki. Broni go ten jego lekarz, jedyny biegły, który przekonuje nieugiętych urzędników, że Ocalony jest człowiekiem i to człowiekiem chorym. Na nic te apele, męki przesłuchań trwają i ostateczne decyzja rozwodu zapada. Jest znowu sam. On już nic nie rozumie, nic do niego nie dociera, bo boi się Boga. Jak stanie przed Nim na Sądzie Ostatecznym, co Mu pokaże, jaką twarz i uczynki. Więc biega do różnych kościołów, by tam błagać Boga o wybaczenie, rozmawia przekonuje, że chciał dobrze, że mamusia go nauczyła, że Rezurekcja, że każdy ma prawo wstać, iść i czynić dobro. I on tak chce, tylko jego ziemska powłoka jest mu nieposłuszna, hamuje, trzyma a może inni ją trzymają, sam nie wie. I opowiada ludziom, przypadkowym, mówią, że jest lepki i wariat mówią. A on swoje, nawet to, że ta druga zabrała mu dzieci i żąda pieniędzy za widzenie z nimi. Pewnie już nikt go nie słucha gdy opowiada o swoim Panu Bogu….i swoim życiu Cudem Ocalonego…a on wierzy, że mamusia z dalekiej gwiazdy, nie tatuś z pejczem, a mamusia przyjdzie kiedyś do niego i zabierze za rękę i pójdą na Rezurekcję i będą wtedy biły dzwony….

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony? czyli rzecz o zmartwychwstaniu.(2)

W poprzednim wpisie wyjaśniłam w jakich okolicznościach powstały te opowieści…..oto ciąg dalszy…

 

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu. (2) 

 

Chciał tu zostać, gdzie jest, byle nie przestać śnić o tamtym czasie, matce, kościele, dzwonach, Rezurekcji z dymami kadzideł, gdy ludziska śpiewali a on w białej komży podawał księdzu dzbanuszek z winem.

  Zostać w tamtym czasie, usnąć na wieki, pójść do matki, by przytuliła. I nagle znowu fala przytomności, rozpaczliwe więc wygrzebywanie się z dołu, dobrze, że płytki wykopali. Leniwcy pomyślał, on pedant, nie chciało im się nawet wykopać przyzwoicie głębokiego dołu na moje ciało. Wzdrygnął się , gdy tak pomyślał. Wykopali dla mnie grób, stałem nad tym dołem, gdy tłukli, zasłaniałem głowę rękoma i wznosiłem oczy do nieba, do mojego Boga…a syn mój jedyny gdzie?- nagle pomyślał z lękiem. Może i jego pobili. Czy zdołał uciec? Przecież jechaliśmy poza miasto, w jakimś tam celu, może chciał porozmawiać, powiedzieć coś ważnego, a może razem chcieliśmy obejrzeć nową siedzibę naszej firmy, gdzie wyrabiamy najlepsze szczotki i pędzle, które wysyłamy nawet za granicę. Takie są dobre, te nasze pędzle, te go golenia z miękkiej borsuczej sierści i nigdy, przenigdy nie wypadają im włosy. Rozmarzył się wygrzebując spod zwału piasku. Tak, moje pędzle bardzo ludzie lubią, piszą takie piękne opinie, dzięki nim jeździmy z żoną i synem na długie wycieczki naszym wypieszczonym Mercedesem. Jesteśmy tak bardzo kochającą się rodziną a ja im , tym najbliższym stwarzam warunki dla dostatniego życie. Uff, wreszcie się wygrzebałem, pomyślał, gdy już wschodziło słońce. Bogu niech będą dzięki i modlił się do tego swojego Boga , dziękował za cud życia, uratowanie , swoją własną prawie Rezurekcję….tracąc przytomność pełzł więc pomiędzy krzewami jałowca, nawet nie czuł jak kłują jego igiełki. Tak, zbierał czasem czarne jagody, by wędzić szynkę dla rodziny na Wielkanoc i wtedy mocno kłuły w palce. Pełzł dalej, dzwony biły jakoś słabiej, coś w nim pulsowało, myślał, że serce. Jak dobrze, że ma serce, dostał je od matki. Znaleziono go na skraju szosy. Ktoś przejeżdżając nieopodal lasu ujrzał szary tłumok i w pierwszej  chwili pomyślał, że znowu jakiś śmieciuch zostawił swój worek z brudami. Ale coś go tknęło, może poczuł palec boży, który jaśniał nad owym tłumokiem, może jednak odezwało się własne sumienie. Zatrzymaj się, sprawdź co tam leży przy tej mało  uczęszczanej drodze. Zrobił więc dokładnie tak, jak mu powiedział głos i bo poczuł  imperatyw. Może imperatyw ów pochodził  z góry? Gdy podszedł bliżej, coś się poruszyło i zajęczało. O Boże, to jest człowiek. Zszargany , pobity, krwią zalany , nie widać twarzy, bo tylko krwawa maska, chyba nieprzytomny. Więc telefon, jak dobrze, że już era tych komórkowych. Po kilku minutach pogotowie ratunkowe na sygnale, gdyż wezwanie było dramatyczne. I niebawem policja. Chwilę postał, dokładnie opowiedział jak było, nie mówił, że może Bóg mu kazał się zatrzymać, bo to śmieszne i nikogo zresztą nie interesowało. Spisano dokumenty, pojechał do domu i opowiedział żonie. Ta już wiedziała, bo właśnie wróciła z dyżuru nocnego  w szpitalu . Gdy nadjeżdżało Pogotowie Ratunkowe, swoim zwyczajem, chyba ze zwyczajnej ciekawości się zatrzymała, a nawet wróciła do Izby Przyjęć. I na podstawie dokumentów, bo był nierozpoznawalny, ustalono, że to miejscowy biznesmen. Małoż to porwań, mordów, nawet niewinnych ludzi. A ten był na celowniku, nie wszyscy go lubili ale za to wszyscy zazdrościli jak się bogaci i myśleli, że nic nie robi a Mercedesem jeździ. Bo zwykle się wydaje, że inni nic nie robią a dobrze zarabiają a my co? szaraczki, najwyżej parę groszy do kieszeni od hojnego pacjenta. Ot, trudny jest los salowych, tak mówiła żona, gdy ten co uratował jadł jajecznicę popijając bawarką , której nie lubił, ale za to lubiła ją jego żona…..cdn.

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu. ( 1 )

Nawiązując do poprzedniego wyjaśniającego wpisu, proponuję lekturę w odcinkach ( by nie  zalać tekstem moich czytelników). Nie na darmo gonia napisała w komentarzu , kopiuję :

 ·  dodano: 10 lipca 2017 23:05

Zawsze mówiłam, że siedzi w Tobie Rodziewiczówna 🙂

autor gonia

 

Tak pisanie , takie luźne, pełne fantazji uwielbiam, co przeczuwałam w sobie już  w szkole średniej, ale odkryłam w pełni dopiero wtedy, gdy  „ uwolniłam się od medycznych tekstów” i  przyszedł czas emerytury.  Jakże się cieszę, powtarzam sobie codziennie przed świtem, że już nic nie muszę. Chociaż nie jest to do końca prawda, bo jednak coś tam muszę, ale tamto życie stale napięte do granic wytrzymałości mam za sobą. Dom pełen dzieci, starzy , umierający długo rodzice, choroby, i praca praca tak intensywna, że głowa boli gdy o tym myślę. Oczywiście „ głowa boli” to przenośnia, bo na szczęście jak dotychczas bólów głowy nie miewam.

I tak sobie teraz  piszę , na cudnym luzie, szczególnie od 4 rano, gdy wszyscy śpią , a  nawet ptaki jeszcze też nie wstają, bo już jest lato ….Tak, ta 4 rano to była moja magiczna godzina, gdy byłam na 2 roku studiów , jeszcze w Poznaniu, zwalałam się do łóżka o 22, nastawiając uprzedni budzik na 3 czy 4. Wstawałam o tej godzinie, zakuwałam do 5 by  potem nastawić budzik na 6 . Wtedy to ostatecznie wstawałam i gnałam na basen a potem na zajęcia. Na szczęście zapadałam w sen szybko, co mi do tej pory zostało. Wybudzanie i zasypianie przychodzi mi łatwo i jest fajnie.

Stale mi się zdaje, że to nie ja piszę, tylko ktoś we mnie, bo nie filtruje tego mój umysł i nie rozmyślam nad tekstem. Sam przychodzi, wystarczy tylko kilka słów które ktoś powie i łapię je w sidła tego kogoś, kto siedzi we mnie. A może to faktycznie kuzynka Babci- Maria Rodziewiczówna sobie robi ze mnie żarty i podrzuca swoją rozwlekłość, rzewność i chyba wrażliwość. Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Chyba, że się kiedyś spotkamy po drugiej stronie życia i wreszcie pogadamy. Ale baba to była ponoć ostra, więc nie wiem czy dam radę w dyskusji. No cóż, czas pokaże….

Tekst poniższy podrzucił mi JTM  o którym było w poprzednim wpisie, jeśli kto ciekaw może tam zajrzeć . Było  to zaledwie parę słów  o człowieku którego zna i który uszedł z życiem a dalszy jego los to pasmo nieszczęść zatopionych w wielkiej religijności tego człowieka i oczywiście niezrozumieniu przez innych. Jurek jako neurolog jakoś się do niego przywiązał, na tyle, że w mailach wspominał  o nim kilkukrotnie mówiąc, napisz o nim. W końcu załapałam tę „ rybkę” jak nazywają tzw. twórcy poezji czy piosenek ten gwałtowny impuls i wylał się ze mnie  ten oto tekst :

 

P5131951.JPG

 Chrystusik Frasobliwy dłuta godziszczańskiego, niestety już nieżyjącego Człowieka, którego nazwisko gdzieś mi się zaplątało w pamięci. Przed naszą chałupką we wsi gdzie urodziła się moja Mama….

 

Opowieści o ziemskich aniołach

 

Cudem Ocalony ?

czyli rzecz o zmartwychwstaniu. ( 1 )

 

Usłyszał dzwony które  biły długo i jakoś boleśnie, ale jednocześnie i radośnie.  Pomyślał, że Rezurekcja za chwilę. Wyskoczył z łóżka, było zimno, ale dygocąc już był w łazience, zanim weszła do pokoju matka. Tak, bardzo ją kochał, bo miała w sobie łagodność i doświadczał jej bezinteresownej miłości na co dzień. Nigdy nie krzyczała, nawet gdy coś nabroił, jak to dziecko,  w odróżnieniu od ojca, który często sięgał po pas i łoił skórę, aż długo bolały pręgi na plecach i pupie. Może ojciec go kochał, ale po swojemu i dla dziecka niezrozumiale. Bo jakimże grzechem było włażenie do sadu sąsiada by zdobyć smakowite zielone jabłka, albo nie nauczyć się wiersza, albo bazgrolić na ścianie . Matka była samą dobrocią, uwielbiał jej głos i zapach i smukłą, zwiewną  sylwetkę zwieńczoną bardzo ciemnymi,  gładko zaczesanymi włosami, gdy nadchodziła z zakupami. Miał takie same ciemne włosy, powtarzała, gdy go głaskała po głowie. Zawsze mu coś przyniosła, jakiś smakołyk, wiedziała co lubi. A po karze od ojca, przytulała chyłkiem, lękliwie, by ojciec nie widział  i mówiła kocham cię synku, kocham nad życie, jesteś mój i tylko mój. Nie myślał wtedy , że ona jest kobietą , może zwyczajną jakich wiele na świecie. Była jego skarbem. Jej wizerunek nosił w sobie, gdy już dorosły spotykał się z innymi. O wszystkich myślał, że są takie anielskie jak jego mama.

Dzwony nadal biły, coraz bardziej boleśnie, gdy się ocknął i przestał śnić na jawie. Pamiętał tylko tamto, z dzieciństwa, w ramionach matki, która go kołysała.  Chciał otworzyć oczy, powoli więc otwierał i przez szparkę pomiędzy powiekami  zobaczył niebo. Wisiało nad nim wielkie , tajemnicze, całe granatowe , no nie całe, bo mrugały tam  gwiazdy.  Jeszcze pomyślał, że na jednej mieszka jego mama i za chwilę przyjdzie i przytuli. Z tą myślą, zapadł się w zły sen. Wydawało mu się, że jest w grobie. Skąd taki sen . Leżał skulony, bezbronny jak płód w łonie matki ,  czuł coś lepkiego na ustach i powoli uniósł rękę. Tę lewą, bo mniej bolała. Dotykał swojej twarzy i czuł coś miękkiego, kleistego i bardzo bolało. Więc już nie dotykał. Przytomniał . Nie wiedział gdzie jest i co się z nim stało. Ten sen o grobie, to był tylko sen uspokajał sam siebie.

Ale skąd piasek pomiędzy zębami , pomacał swoją klatkę piersiową, gdzie serce, odgarniał jakiś piasek, zwały piasku. A serce się wyrywało do matki, która zamieszkała na jednej z gwiazd. Odgrzebywał swoje ciało, coraz szybciej i gwałtowniej, pomimo bólu , który w nim  wszędzie, przytomniał i wtedy poczuł, że chyba dodał mocz, bo spodnie mokre. Nie wiedział dlaczego, ale nagle sobie przypomniał jak ktoś go walił po głowie, tak , to ze strachu , pomyślał. I znowu ciemność, i nieprzytomność. Gdy świtało, wróciła świadomość, jeszcze mglista, ale jaśniejąca. Aż sam się zdziwił , że jakiś nowy film widzi, dwaj łysi młodzi walą go maczugami po głowie i wszędzie. Prosi nie bijcie, to boli a potem błagał swojego Boga, by pomógł. Bóg, którego kochał od dziecka, tak bardzo jak swoją matkę, która uosobiała wszystkie kobiety świata, nie pomógł, tylko te mokre spodnie….

Przerażenie, przerażenie narastało gdy wracała pamięć. Cisza była wszędzie, tylko ptaki już obudzone i te dzwony rozhuśtane. Tak, to on dzwonił uwieszając się sznurów, gdy pozwolił pan kościelny, mały człowiek jakim wtedy był  lubił, gdy serca dzwonów widział nad sobą a one dzwoniły radośnie. Jak słodko było wtedy. Chciał tu zostać, gdzie jest, byle nie przestać śnić o tamtym czasie, matce, kościele, dzwonach, Rezurekcji z dymami kadzideł, gdy ludziska śpiewali a on w białej komży podawał księdzu dzbanuszek z winem. Zostać w tamtym czasie, usnąć na wieki, pójść do matki, by przytuliła…..cdn.

 

 P5021580.JPG

„Teatrum” nad Skalitem, górze w beskidzie śląskim, sąsiadującej z naszą chałupką.

Oba zdj własne.