Opowieści o ziemskich Aniołach.

ja tyłem, ew awatar.JPG

 

 

Objaśnienie  

 

Inspiracją do pisania tekstów, którym nadałam powyższy tytuł,  był  JTM – kolega z czasów pierwszych trzech lat studiów, które przebyłam w Poznaniu. ( 1965-1968). Kiedyś się przyjaźniliśmy, może to zbyt duże słowo –więc napiszę – że chyba lubiliśmy się i spędzaliśmy niejako razem drugi rok AM ( teraz Uniwersytet Medyczny). Potem każdy poszedł w swoją stronę. Oczywiście muszę przyznać, bo tu wszyscy są mi bliscy i  bez pruderii się odsłaniam,  że odejście jego z moją przyjaciółką było bolesne, ale szybko się pozbierałam i rozpoczęłam nowe życie, piękne, dorodne w czwórkę dzieci wnuki radość czułość przywiązanie i same dobre chwile. Bo w takim kontekście któż by pamiętał o tych chwilach gorszych, które są przyprawą tej potrawy zwanej życiem…..

Po pół wieku zaczęłam intensywnie myśleć o tej przyjaciółce, bo jednak pierwszy rok studiów spędziłyśmy razem i było nam bardzo fajnie…Byłam ciekawa jaka ona teraz jest…Pogrzebałam więc w necie, wreszcie na FB szukając jakichkolwiek kolegów. Oczywiście dziewczyny pozmieniały nazwiska, więc niemożliwością było je znaleźć , ale odszukałam namiary bardzo miłego kumpla Leszka, napisałam, odezwał się nieomal od razu. Właściwie  bez mojej akceptacji podał moje namiary innym. Odezwał się wtedy ów JTM,  o którym na wstępie. Pomiędzy nami zaiskrzyło . Może to zbyt duże słowo- wytworzyła się czy odtworzyła więź przyjaźni z tamtego, jakże odległego czasu. Na moje pisanie zwrócił uwagę, gdy wysłałam kolegom pamiętniki ze studiów, które planują wydać. Potem podrzucał tematy i szkice artykułów na które miał zamówienia z jakiś tam redakcji, a ja się rzucałam jak głodny na kawałek chleba , bo lubiłam pisanie w czasach LO, chociaż były to tylko wypracowania szkolne, choć polonistka po próbnej maturze orzekła, że napisałam felieton a nie wypracowanie 🙂  ale jednak dała tzw. maxa  . . Przez cały okres studiów i pracy zawodowej to zamiłowanie siedziało sobie w ukryciu i dopiero teraz „ wylazło „ ze mnie. 

Wczoraj gadałyśmy sobie z najmłodszą, psychologiem, skąd u mnie się to wzięło. Mama opowiadała i pisała pięknie, teksty kształtne, ciekawe, zawsze z puentą ( jak wspomina rozmowy z Mamą , Grania,  bratowa Mirka- redaktor PWN). Ale Mama trzymała się jednego tematu i nie było tam nawet śladu rozwlekłości. Nasza rodzinna psycholog przychyla się więc do tego, co ja w sobie znalazłam, że to jednak jakiś gen Rodziewiczówny Marii, wszak kuzynki mamy mojego Taty. Oczywiście do prawdziwego pisarstwa nie dorastam ani nigdy nie dorosnę, ale coś we mnie wykiełkowało z tamtych korzeni. …

Po tej dygresji, należy karnie wrócić do  JTM i zadawanych tematów.  Studiowałam  przysłany temat i pisałam, pisałam,  przestawiałam jego teksty , czyli redagowałam – oczywiście po swojemu.  JTM  chwalił i wysyłał gdzie trzeba oczywiście zawsze jako pierwszy autor, wszak jego był pomysł.  Pisywałam więc z żarem czy raczej współpisywałam z nim artykuły,  prezentacje zjazdowe etc.

I narodził się u niego pomysł, bym napisała o jego pacjentach. Przedstawił trzech w kilku zaledwie słowach a mnie wyrosły skrzydła . Jednym słowem pofrunęłam na skrzydłach fantazji, pisząc to co wylewało się ze mnie bezpośrednio poprzez palce na klawiaturę ( nie wiem  skąd się to brało- czy z umysłu czy z serca) ? Na pewno nie było filtrowane przez racjonalną część mózgu, nawet nie uświadamiane sobie. Czy pisane sercem – też nie . Po prostu samo się pisało i tyle…..

 

To na razie tyle tytułem objaśnienia.

W następnym wpisie zaproszę Was, Kochani do lektury mojego pisania….

 

Używam tutaj jedynie  inicjałów kolegi ( bo nie wiem czy by sobie życzył, by podawać Jego dane osobowe) ,  którego  słowa stały się  zachętą i inspiracją …i za to Mu serdecznie dziękuję….

 

 

 

Na grzbiecie konia- krótkie rozważania.

 

GrubasNaKOniu.jpg

 Zdj z netu

 

Na grzbiecie konia- krótkie rozważania

 Od kilku dni nie mogę się pozbyć natrętnej myśli która do mnie przyszła gdy zobaczyłam  pewne zdjęcie. Ktoś mi pokazał  swoją znajomą czy przyjaciółkę, tego nie wiem i dochodzić nie mam zamiaru. Bo nie o to chodzi. Na tej fotografii , pewnie rozsyłanej wielu znajomym widać wielką bardzo masywną kobietę , oczywiście w kasku na głowie, która siedzi dumnie wyprostowana na grzbiecie konia.

Może wcale bym się nie zastanowiła, gdyby nie usłyszane kiedyś słowa kolegi z ławy szkolnej licealnej, który w rozmowie o zwierzętach nagle rzekł- jak można dosiadać konia. Jak może człowiek tak zniewalać i wykorzystywać dla swojej rozrywki konia. Jeszcze rozumiem gdy jest wielka potrzeba by ciągnął wóz czy pług , czy nawet służył jako środek transportu gdy ktoś w głuszy musi dotrzeć gdzieś tam, a nie ma żadnego pojazdu. Chociaż to było dawno, ale dzisiaj ? kiedy zalewają nasz kraj stare czterokółkowe  gruchoty i dwukółkowe coraz bardziej modne wcale nie gruchoty. Ale dosiadać dla swojej przyjemności to piękne zwierzę , nie rozumiem i jestem tym oburzony. Jest mi smutno, gdy widzę człowieka na koniu.

Ten kolega, romantyczna, wrażliwa dusza, ba, nawet nadwrażliwa stale mnie zachwyca swoim myśleniem. A mówi to co myśli, nawet trudno strawną prawdę. Popełnił jedno „dzieło” literackie, krótkie choć znamienne, które sprawiło mi nie dumę, ale niejaką przykrość, bo było o nas.Nie byliśmy parą, jeno kolegami którzy się bardzo lubili, i mieli niezwykłe porozumienie dusz- tak to postrzegałam. Ale jak się okazało, Jemu  roiło mu się w głowie coś, co zakończyło się zamieszczonym tu kiedyś Tryptykiem

http://zofiakonopielko.bloog.pl/id,359479281,title,-Letni-tryptyk-czyli-wspomnienie-z-Letniej,index.html….

Gdy opowiedziałam mu o tym zdjęciu ogromniastej kobiety siedzącej na koniu, powtórzył to samo co przed wielu laty, z wielką pewnością i żalem – widziałem kiedyś dzikie konie. Pewnie w swojej wielkiej wyobraźni, albo na filmach i uznał że widział  w realu, pomyślałam w duchu. Jestem pod wrażeniem tych słów.

Pomna wizyty na służewieckim torze wyścigowym, a było to przed pół wiekiem i wtedy nic takiego nie przychodziło mi do głowy, zapytałam go –  a  taka zwykła bieganina po trasie ? , może nawet konie to lubią ?. On na to, być może, tego się nie dowiemy, ale dżokeje przynajmniej są drobni, niscy, nie obciążają tak bardzo konia. Ale nie mogę patrzeć jak smagają go pejczami po kłębach. Przecież to boli konia  i mnie boli. I kontynuował, bo się już „rozpędził „ w tym temacie, jak w wielu innych, co uwielbiam i może nie zawsze się zgadzam, ale podziwiam, że myśli i tak myśli. Mówił więc dalej, wiadomo jest, że po kilku latach dźwigania wielkich facetów i bab, którzy uważają że kochają konie, szczycą się jazdą na ich grzbietach tylko dla pozy, dumy , własnego zadowolenia, i rozsyłania zdjęć znajomym , po kilku latach takie konie z przetrąconym kręgosłupem i pokrzywionymi nogami trafiają…gdzie…no gdzie….

I to by było na tyle. A ja zostaję z tym obrazkiem i myśleniem….

 

DzikieKonieNet.jpg

 

DzikieKonieBelaiza.jpg

Wszystkie zdjęcia z netu.

Cukier sól i pieprz w jednym ….

Cukier sól i pieprz w jednym

 

Kochani

Po poprzednim  smętnym wpisie, który jednak miał znaczenie „ oczyszczające”,  bo po prostu wyrzuciłam z siebie tamto złe wspomnienie, wracamy do chwil radosnych, bo szkoda życia na smutę….

Nagle przypomniał mi się ten tekst , napisany wtedy gdy byłam jeszcze młoda , rozżarzona dysputami w nieistniejącej już naszej MM- ce i być może nawet piękna. J . Oczywiście to gruba przesada, bo było to może z 7 lat temu, ale fajnie tak o sobie myśleć, prawda? Tamtego portalu już nie ma, komuś przeszkadzał, albo tylko beztrosko zmieniono formułę na zwykły informacyjny jakich wiele. Tam pisywaliśmy wszystko co nam przyszło do głowy, a więc też teksty które miały charakter „ literacki”. Literacki to może to zbyt duże słowo, więc nazwijmy to  tematami dowolnymi….

I właśnie tam zamieściłam ten zapomniany i zaginiony już tekst  pod nickiem Łuka , który był  skrótem od nazwiska panieńskiego które pewnie znacie….

        Wiem, że gonia, której zdjęcia przywiodły mi pomysł i stały się „inspiracją” do tego wpisu ,  już zagląda do komputera, więc może przeczyta i się uśmiechnie. Tak goniu , niezwykłe , oryginalne śmieszne  były te Twoje zdjęcia z mojego Gorzowa, świadczyły o Twojej fantazji i uśmiechu . Tak, Gorzów to miasto gdzie się urodziłam i dojrzewałam….Wrócił do mnie dzięki Tobie….dziękuję…

Tak więc zapraszam…uśmiechnijmy się….

To co powyżej napisałam wczoraj.

       A dzisiaj,   żeby było śmieszniej, dzisiaj świtem zajrzałam ot, tak sobie do netu, czy wyszukiwarka znajdzie zadany temat „ kamienice gorzowskie Gaudi” i ….znalazłam. Tekstu nie ma, ale za to „ wisi” Forum Gazety Lubuskiej z maja 2010 roku.  

Jak bardzo się różnimy w tej naszej ukochanej Ojczyźnie. Gdzież nam np. do bliskich sąsiadów Czechów chociażby….

Może ten pseudoartykuł w niewinnej MM-ce  był efektem mojej „ głupawki”, zamieszczonej przeze mnie w fajnej wtedy kategorii, którą utworzyła redakcja a zatytułowanej  „ Uśmiechnij się „.  ale i nawet „ głupawka” może być powodem do swoistej „ odskoczni” od śmiertelnie poważnego kamiennego dookolnego świata, do świata pogody ducha,  relaksu a czasem nawet uśmiechu choćby z politowania ….wszak uśmiech ma wagę złota….

 „Boki zrywać „ pozostaje…..

A oto wszystkie zachowane komentarze zamieszczone na Forum Gazety Lubuskiej  które wisi w necie , wypisane jak widać w  „ 05 maj 2010 – 12:49 „ , które skopiowałam w całości.

Maker

bardziej idiotycznej wiadomości dawno nie czytałem…

Kolejne pierdoły z MM?

G- man

Rozumiem że tzw „dziennikarze obywatelscy” są tańsi w utrzymaniu, ale są to rzeczy do omówienia w osiedlowym sklepiku a nie regionalnej gazecie

 Socjolog

zgadzam się z poprzednikiem, wy tym ludziom chyba nie płacicie, oni muszą wam dopłacać za te głupoty bo inaczej byście ich tu nie pokazywali, to jedyne wytłumaczenie

 – Gość-

TAK TAK A CHROBREGO TO LA RAMBLA! A GDYBY TAK ŁUKA NAWIĄZAŁA KONTAKT Z ROZUMEM! WARTO SPRÓBOWAĆ

 Gonia

Wszyscy tak śmiertelnie poważni, nie zauważyliście , że artykuł pisany był w kategorii – uśmiechnij się -? Widać uśmiech, to coś dla Was nieznanego…

 -he He –

Co za pierdołu !
dziennikarze z lubuskiej nie sa zdolni do mentalnej akceptacji fonntanny a piszą o Gaudim.
Panie i panowie z lubuskiej : Gaudi i jego futurystyczny i nowatorski styl architektoniczny gdyby był realizowany w gorzówku to wasze artykuły odsadzały by go od czci i rozumu. Wy nie możecie skumać Dominanty, fontanny a chcecie skumać domy/budowle bez kątów i rogów ?
Nie silcie się na inteligencje bo dostamniecie przepukliny !

 

Koniec komentarzy. Non comment….mili moi….

 

Dzięki temu, że co u mnie dziwne, zapobiegliwie skopiowałam ten niby artykuł, gdyż lojalnie uprzedzono nas, że wszystko zostanie wycięte po zlikwidowaniu MM- Gorzów. Zdążyłam ….

 

Kolejne epokowe odkrycie–niektóre  kamienice Gorzowa  projektował sam Antoni Gaudi :)))

 gaudi 1.jpg

 

Gaudi 13.jpg

Wstęp

 

gonia, dziennikarka społeczna ze słynnego w całym świecie portalu MM-G. przysłała mi parę zdjęć  gorzowskich kamienic. Nigdy ich nie widziałam i nie wiem przy której ulicy

” wyrosły”…Ale jestem pewna, że projektował je sam Antoni Gaudi – najsłynniejszy kataloński architekt, franciszkanin, prawdopodobnie mason a być może przyszły święty.

 

(==Do kategorii „uśmiechnij się”.

==Współautor: zdjęcia Gonia; informacje o A. Gaudi zWikipedii

==Podpisy pod zdjęciami : Niezwykłe kamienice Gorzowa)

 

Tekst

 

gonia, nasza Koleżanka z MM-ki chciała mi poprawić nastrój .

Dlatego  przysłała mi  kilka zdjęć  mojego Gorzowa.

 

Nie tylko odzyskałam dobry humor ale najnormalniej przeżyłam szok.

 

Nagle wydało mi się , że jestem w Barcelonie. Ten niepowtarzalny styl kamienic , łagodne wygięcia okien, dachów….

Od razu wiedziałam, że to Gaudi….:)

Poczułam podniecenie, jakże znajome dziennikarzom śledczym…

Rozpoczęłam więc swoje prywatne dochodzenie 🙂

 

Zajrzałam do Wikipedii.

Przeczytałam , że  Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym .

Istnieją też autentyczne podejrzenia, że był  masonem, co może  tłumaczyć jego tajemny związek z Gorzowem. Wszak w Gorzowie ( a właściwie jeszcze wtedy niemieckim Landsbergu ) przy obecnej ul. Sikorskiego była najprawdziwsza loża masońska!

 

Dowiedziałam się , że w 1910 roku  zakończył realizację barcelońskich projektów Casa Mila i Casa Batalio. Ale dopiero od 1914 roku poświęcił resztę swojego życia barcelońskiej  katedrze Sagrada Familia.

Cóż więc robił  w okresie pomiędzy 1910 a 1914 r.?….

Myślę, że właśnie wtedy realizował projekty gorzowskich kamienic 🙂

 

Podobno od 1992 roku trwa proces beatyfikacji A. Gaudiego. Może  kiedyś jego święte relikwie zostaną umieszczone w największym ołtarzu Katedry gorzowskiej….rozmarzyłam się….

Jakież ja mam teraz piękne sny. To są sny  o Wielkiej Przyszłej Sławie  mojego Gorzowa …

 

Gdy będziecie   zmęczeni życiem i  znudzeni  codziennością, zapraszam na   ulice przedstawione na tych zdjęciach Gorzowa . Zatrzymajcie się  . Rozejrzyjcie dookoła. A zobaczycie te piękne kolorowe trochę zwariowane domy.

Może na pobliskiej ławeczce  będzie już czekał ten bardzo stary Katalończyk..

Zwykle tam przesiaduje i obserwuje przechodniów . Jest uśmiechnięty i zadowolony. To może być  sam Wielki  Gaudi ….:

 

Namawiałam gonię do „wysmażenia” odpowiedniego pionierskiego artykułu w MM-ce i tym samym uzyskaniu miana  Wielkiego Odkrywcy. Ale  nie miała ochoty. Chyba wolała  „nurkować” w starych gorzowskich szpargałach w celu potwierdzenia  wyników mojego dochodzenia :).

Więc napisałam sama. Na wysłanie do MM-ki  tego artykułu  autorka zdjęć długo nie chciała wyrazić zgody, bo jak wiadomo jest skromna i nieśmiała.

 

I tak jakoś minął pierwszy kwietnia…:)

 

Koniec .

 

Gaudi 10.jpg

 

Gaudi 12.jpg

 Zdjęcia mojego Gorzowa, które wykonała przysłała i wreszcie zgodziła się na ich zamieszczenie moja Przyjaciółka na dobre i na złe, poznana dzięki MM- Gorzów, które już umarło, ale my żyjemy. My z tego dawnego portalu , a jest nas całkiem pokaźna grupa. Są to ludzie w jakimś sensie podobni, ciekawi świata, postrzegający go nieomal identycznie, z poczuciem humoru i potrzebą uśmiechu….

 

No tak  mili moi, nie tylko kategoria w MM- ce Uśmiechnij się, ale też zauważyłam , o czym zapomniałam, że był to w dodatku Prima Aprilis. !

 

 

A na poważnie teraz garść informacji wydobytych z bardzo wielu zawartych w Wikipedii nt.

Antoniego Gaudi. Ot tak wrzucam, jeśli kto chce, niech czyta. Dla mnie ciekawe. I  warto było napisać tą „ głupawkę ” by uzupełnić wiedzę…..

 AntoniGaudaiFotografia.jpg

Antoni Gaudi, zdj z Wikipedii

 

 Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym.

Ponoć jako dziecko długo chorował na zapalenia stawów i właściwie nie opuszczał domu. Jak analizują rozwój jego twórczości biografowie, prawdopodobnie wówczas wytworzył w sobie niespotykaną wyobraźnię, co pozwalało mu potem stwarzać przełomowe projekty w architekturze. W związku z tą chorobą zrezygnował ze spożywania mięsa i został wegetarianinem ale też lekarze zalecali mu długie spacery, które odbywał sam. Tak więc już od dzieciństwa był samotnikiem. Jednakże miał bardzo żywiołowy charakter ale  stwarzał wrażenie człowieka zanurzonego we własnym świecie. …

Gdy miał 11 lat wysłano go do szkoły pijarów i edukacji w tym miejscu zawdzięczał zaangażowanie religijne , bo jak mówił , tam poznał prawdziwe wartości nauki chrześcijańskiej. Nie był zbyt dobrym uczniem, ale chętnie ilustrował gazetki szkolne czy wykonywał dekoracje. Jednak jeszcze w szkole wraz z kolegami dokonali znaczącej próby zaprojektowania restauracji klasztoru w Poblet. Ten projekt stał się impulsem do wyjazdu do Barcelony , gdzie się przeniósł w 1876 roku wraz z ojcem i siostrzenicą, gdyż reszta rodziny zmarła. Jednocześnie podjął  studia w Escuda Tecina Superior de Arquitectura, a z uwagi na problemy finansowe jednocześnie pracował. Był asystentem znanych katalońskich architektów  m.in. Martorellego , który wprowadził Gaudiego „ na salony „ architektury.   Projekty i świetny rysunek zdobyły uznanie na uczelni  i w 1878 r. Antoni Gaudi uzyskał dyplom i rozpoczął pracę w zawodzie.

Początkowo brał każde zlecenia projektowe, tak więc spod jego ręki wychodziły projekty kiosków, bramy wjazdowe, płoty i mury. 

Jego projekt gabloty dla sklepu fabrykanta rękawiczek doczekał się premiery na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 r.  gdzie także prezentował projekt osiedla domków robotniczych, który niestety nie został zrealizowany w praktyce. Oba te projekty rozsławiły Gaudiego. Otrzymał zlecenie zaprojektowania gazowych świateł ulicznych dla Barcelony, jednak różnice zdań w czasie prac projektowych spowodowały, że miasto zrezygnowało w ogóle ze współpracy z tym architektem.

Przełomowym zdarzeniem w jego życiu okazało się spotkanie z barcelońskim przemysłowcem Eysebim Guellem, który docenił jego oryginalny talent i finansował wykonanie szeregu jego projektów, aż do 1918 r. kiedy to ów przemysłowiec zmarł.

Jednak już „ rozkręcona” popularność i sława była przyczynkiem do zapraszania Gaudiego przez wielu przemysłowców i kościół . Projektował więc m. in. pałac biskupi w Astordze i budynki dla zakonu św. Teresy.

W sumie wykonał ok. 20 poważniejszych projektów, realizowanych przeważnie w Barcelonie i nieopodal tego miasta.

W 1883 roku przyjął zlecenie budowy świątyni pokutnej Sagrada Familia, ale do 1914 roku , czyli aż przez 31 lat niespecjalnie zabierał się do pracy. Być może nie pasowało mu, że miał ukończyć gotowy projekt Villara. Jednak po 1914 roku poświęcił się wyłącznie tej świątyni a nawet w niej zamieszkał. I jak powiedział „ może nie ostatniej zbudowanej, lecz zapewne pierwszej z nowej generacji”. 

Zmarł w 1926 roku, trzy dni po potrąceniu przez tramwaj. Zgodnie z własnym życzeniem został pochowany w świątyni Sagrada Familia….

 

I jeszcze słów parę o jego twórczości. Początkowo, zgodnie z duchem epoki pomysły czerpał z neogotyku. Budowle nosiły  ślady gotycko- mauretańskie ( te style w Hiszpanii łączyły się często z uwagi na wieloletnie panowanie w niej Arabów ) , ale jego szczególnym obiektem jest Casa Vicens w Barcelonie, dom dla bogatego przedsiębiorcy. W tym projekcie widać bowiem zapowiedź nowego stylu, nad którym Gaudi pracował.

Jego styl określa się jako bardzo rzeźbiarski i secesyjny. Wykorzystywał łuki paraboliczne, fantastyczne formy , zawiłe desenie oraz kształty występujące w przyrodzie. Niekiedy nawiązywał do płynności podwodnego świata. Dziś jest uważany za prekursora architektury biomorficznej.

Z czasem Gaudi zaczął mocniej eksperymentować , tworząc model przestrzenny budynku wykorzystywał regułę tzw. równowagi krzywej łańcuchowej i badał na nim siłę grawitacji. Przy okazji testował wytrzymałość różnych materiałów m.in. bazaltu czy granitu. Eksperymentował też z różnymi rodzajami oświetlenia i „dla osiągnięcia ciekawszego efektu używał do projektowania luster czy fotografii „.  Proponował inne, nie euklidesowskie  układy geometrii . A zdobienia powierzchni wykorzystywał kataloński styl mozaiki zwany trencadis. Z tego okresu pochodzą jego najbardziej dojrzałe dzieła np. Colonia Guell, Casa Mila czy Sagrada Familia.

Nic więc dziwnego, że Gaudi był dla niektórych twórcą co najmniej  kontrowersyjnym, był powszechnie krytykowany w społeczeństwie i prasie a także budził zachwyty. Jednym słowem  nikt nie mógł pozostawać obojętny gdy widział jego zrealizowane dzieła.

Analizowali jego zjawiskowość nawet filozofowie. Jeden z nich, Francesco Pujols tak napisał:

W pracach Gaudíego zdumiewało to, że choć nikogo nie zachwycały, jednak nikt nie ośmielił się powiedzieć tego wprost, ponieważ jego styl sam się broni.

Jako ciekawostkę można podać to, że był nacjonalistą katalońskim. W swoich budowlach nawiązywał do tradycji katalońskiej ( szczególnie gotyku ) i często umieszczał na nich symbole katalońskie. Któregoś dnia został aresztowany za odpowiadanie policjantowi po katalońsku , gdyż mówił tylko w tym języku, nawet w rozmowie z królem Alfonsem III. A były to czasy, gdy władze ustaliły, że język ten jest nielegalny…

Wśród wielu niezrealizowanych prac Gaudiego jest projekt drapacza chmur- Hotelu Attraction w Nowym Jorku.

Był inspiratorem wielu różnych architektów, których nazwiska można znaleźć w Wikipedii, więc nie będę przytaczała….

Rok 2002 ( czyli 150 lat po urodzeniu Antoniego Gaudiego) władze Barcelony ogłosiły Międzynarodowym  Rokiem Gaudiego.

W 1887 roku zespół Alan Parsons Project zadedykował swoją płytę temu słynnemu architektowi nazywając ją „Gaudi”.

I jeszcze jedno, co zupełnie nie przystaje do jego szaleńczych wizji architektonicznych , przez całe swoje życie był  bardzo pobożny, zostawił wiele  świadectw swojej zaangażowanej ponoć wiary że od 1992 roku trwa jego proces beatyfikacyjny….no cóż, boskie młyny mielą powoli…..może się doczekamy, może nie….to już nie nasz problem.

 

CasaMila.jpg

 

DziedziniecCasaMila.jpg

 Casa Mila w całej okazałości i jej dziedziniec…zdj z netu

 

Tak więc reasumując namieszałam tu dużo cukru, soli i pieprzu . Czy potrawa smakuje ?

Pewnie nie, ale przynajmniej było inaczej…..

A tymczasem mój nadbużański las pachnie cudnie po pierwszych letnich deszczach, bo wszak już mamy lato, ziemia oddycha pełną piersią, zadowolona jest moja fasolka zielona jeszcze liściasta tylko na grządkach, pan kukuł kuka jak szalony , bo jak wiadomo tylko on a nie ona wydaje te typowe dźwięki by zauroczyć jakąś narzeczoną czy potencjalną matkę jego dzieci…dzień wyraźniej krótszy…..telewizor z jakiegoś powodu nie odbiera, więc pełen relaks, oddech od wieści ze złego świata….tylko łagodność, dobro, urok i uśmiech….miłego dnia Wszystkim ..

 

 

 

 

Chaotycznie opowiedziana historia o…..

 

P5021582.JPG

Zdj, własne. Niebo nad Skalitem ….

 

 

Chaotycznie opowiedziana historia o…

 

Nazywał się pan ….

Długo się wahałam, czy podać jego nazwisko

Ale wreszcie postanowiłam

najpierw że tak

a potem że nie

pozostało więc to Nie

On już dawno nie żyje

Gdy czytam w publikatorach

Że nie żyje

Obojętność

 

Dobrze pamiętam

Tę niewielką postać

Blondynek łysiejący chyba

Zdolny bardzo i zasłużony dla miasta ponoć

Aż chcieli ulicę nazwać jego imieniem

 

A ja pamiętam jego dłoń

Zły dotyk

Taki na całe życie

I można powiedzieć

Że potężniejący w miarę upływu lat

 

Bo wtedy miałam może 12 lat

I niczego nie wiedziałam o świecie

Naiwna zachwycona magią nagle odsłoniętych strun i młoteczków

Naszego pianina

Na którym wygrywałam co się dało

I najpierw tego nie lubiłam

Tak dalece

Że przesuwałam wskazówki zegarka

Który stał na pianinie

przyjechał z Mamą z wileńszczyzny

Wskazówki codziennie

Stopniowo po kilka minut

Do przodu

Aż z tego zrobiła się godzina

I Mama się zorientowała

Pewnie podpatrzyła

I była bura

I zegarek od tej pory

Nietknięty

 

I tylko ta ręka

Gdy stałam zauroczona obok

Wpatrzona w kamerton

Którym podawał dźwięk

By potem podkręcać odpowiednio

Strunę

Moja struna dotknięta

 dłonią

Która nagle po mojej lewej nodze

Spod kolana

Po tylnej części uda

Sunęła w górę

Aż pod majtki

 

Wtedy odskoczyłam

I uciekłam z tego miejsca czarownego

Nic nie wiedziałam o świecie

Bo miałam niespełna 12 lat

To były późne lata 50 ubiegłego wieku

I mój Gorzów

I to pozostało

A może dlatego że teraz się mówi

Albo i nie

Bo gdy się jeszcze nie mówiło

Nie wiadomo dlaczego nie chciałam

Dotyku obcych dłoni tam

Teraz wiem dlaczego

Dziecko molestowane tak ma

 

Potem zapomniałam

Pozornie

Chłopakowi który chciał więcej

Nie umiałam powiedzieć

Bo może nawet nie wiedziałam

dlaczego

Bo wtedy się o tym nie mówiło

Kręciłam zmyślałam

Płakałam nawet

Aż poszedł szukać swojego szczęścia

gdzie indziej

i

pewnie znalazł

a myślałam

że razem będziemy przenosić góry

w jednym zawodzie

przecież

 

Przełamałam się wreszcie

I zapomniałam na długie lata

I nawet zaczęłam grać na pianinie

Emocjonalnie

Burzliwie

Może żeby zagłuszyć

Tamto

A może

Tylko własną burzę

Dojrzewania uciszyć

 

Ale on ten blondynek

Ze złą dłonią

Czy brudnym sercem

Czy wreszcie beztroską

Jakąś niezrozumiałą

był zawsze przy mnie

no nie zawsze

bo czasami nie

 

wrócił przed laty

ten zły dotyk wrócił

bez emocji

nie nieprawda

bo z wstrętem

i oburzeniem

jak można

tak

dotykać dziecko

 

tego nikt nie wie

i nikt nie odpowie

jak można…

 

P6050064.JPG

 

mam 6 lat, zdj Taty z albumu rodzinnego

Zdjęcie-0667.jpg

10 lat mam , zdj Taty

 

budzik Babci Stefy1.JPG

 Budzik przywieziony przez Mamę z wileńszczyzny. Teraz u naszej córki, zdj własne.

Niemy świadek tamtego czasu….

 

 

 

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty

Terapia Wiechem.

Kochani. Zacznę trochę refleksyjnie- jak ten czas leci. Ale fajnie jest, bo żyjemy, możemy się spotykać ( przynajmniej tutaj), a wiosna poważnieje. Zieleń już dojrzała, ma smak lata, tylko jeszcze niektóre ptaszęta , widać spóźnione w zalotach , szaleńczo, obłędnie śpiewają . Jest pięknie…Już  wczoraj wrócił do mnie temat, zarzucony przed pół rokiem. Bo może pora na uśmiech…tak więc jesteśmy w rozdziale Terapia Wiechem.

Kopiuję to, co tutaj napisałam zimową porą, ot, gwoli przypomnienia. A potem przepisany detalicznie tekścik samego Wiecha. Zapraszam :

 

WiechRozmawiającyDorożkarz.jpg

Wiech , dorożkarz i Warszawa. Zdj. z netu

To co poniżej już tu było , ale gwoli przypomnienia. Uśmiechnijmy się do starych tekstów, one o to proszą…

 

Barwy życia mojego Terapeuty

   Za oknem styczeń śnieży, chałupka jeszcze śpi, jest cichutko, najciszej. Ja w szarym zacisznym ciepełku przed laptopem. Żyć nie umierać powtarzam.

A w dodatku umówiłam się  z Wiechem. I wiecie co,  kochani ?.

Przyszedł i jestem z nim i czuję wśród zamętu na świecie jego terapeutyczną dłoń i uśmiech. Mówi, odleć ze mną z tego świata, do mojego. Jest bezpieczny kolorowy pogodny ciekawy i wystarczająco daleki by ochronić przed złem wszelakim.

Zapraszam i Was na ten seans terapeutyczny. Będzie fajnie!

        Miało być słów parę o Terapeucie, ale tak się nie da. Bo trzeba obszernie, zamknąć wszystko co się da w tekście, wszystko ma znaczenie. Bo życiorys ten okazuje się bogaty i barwami nasycony.

I tu się kłaniam  panu Tomaszowi  Urzykowskiemu (ach to imię mojego dziadka i także Pierwszego Zauroczenia, opisanego tu detalicznie w Opowieści Sylwestrowej).

Pan Tomasz  Urzykowski 12 sierpnia ubiegłego  roku, z okazji 120 rocznicy urodzin Wiecha zamieścił  bardzo ciekawy artykuł w Wyborczej. Starannie zebrał dane z książek o pisarzu i z jego autobiografii i pięknie  opracował.

Jeżeli nie czytaliście, Kochani, postaram się podać tu w skrócie, dodając jeszcze inne informacje oczywiście znalezione w necie. Zamierzałam uczynić skrót, ale jak widzę, niestety mocno skrócić  nie da, bo wszystko w nim ważne.

       Podobno  było tak , że gdy czytelnik tekstów Wiecha spotykał go na gruncie prywatnym czy zawodowym wpadał w osłupienie.

Otóż ten człowiek piszący gwarą ludzi z nizin społecznych, cwaniaczków z warszawskich przedmieść, był wytwornym , elegancko ubranym panem, czarował swoich rozmówców wyglądem i erudycją. Posługiwał się piękną, nieskazitelną polszczyzną….

 

WiechNa102.jpg

 

Własnoręcznie przepisałam kilkanaście tekstów Wiecha, bo nie znalazłam ich w necie, a tę książeczkę  pożyczyłam z michałowickiej biblioteki, więc należało ją oddać. Jak na razie nie mam odpowiedzi z e-antykwariatu , gdzie zamówiłam wszystkie tomiki, kiedyś wydane….

 

” TRUBADZIADAK

 

   Gienia pasjamy lubi uczęszczać do teatru Wielkiego na placu Teatralnem. Spodobają się jej zwłaszcza te antrakcje, czyli przerwy w przedstawieniu. Kiedy może sobie po froterowanej posadzce pochodzić, marmurowe ściany, kryształowe żyrandole, publiki i dobrze zaopatrzone bufeta obejrzyć.

   Chociaż nie powiem, samem przedstawieniem także samo sie interesuje, tylko że nie zawsze można sie połapać, o co sie faktycznie rozchodzi.

    Bo sztuki są śpiewane i każden artysta jeden przez drugiego stara sie głośniej melodie zasuwać, chromoląc tak zwane libretto, czyli streszczenie. Derekcja drukuje co prawda w specjalnej książce detaliczny opis tego, co sie na scenie wyprawia, ale nie można nigdy zdążyć przeczytać , bo już sie ciemno na sali robi.

    My z Gienią zaczem zdążem prześlabizować pierwsze odsłone pierwszego aktu, już jest trzecia drugiego, tak że w informacji znajdujem sie stale i wciąż mocno do tyłu.

    Zwłaszcza trudno sie nam było rozebrać w ostatniej premierze, na którą pare dni temu w tył Gieniuchna mnie zaciągła, pod tytułem „ Trubadur”. Tyle tylko żeśmy sie koniec końcem połapali, że jest dwóch braci hrabiów, którzy do jednej ciziuli imieniem Leonora uderzają. Jeden z tych braciszków został sie jako małoletnie dziecie porwanem przez Cygankie i nie wiedząc, że z hrabiowskiej rodziny pochodzi, za trubadura sie zatrudnia. To znaczy, że za zapiewajłe jest w cygańskiej orkiestrze i do taktu na gitarze brzdąka.

    Ta bliżej nie znana dziewica Leonora woli Cygana od naturalnego hrabiego, któren tak sie nazywa jak te kino na Marszałkowskiej …” Bajka”, nie „ Bajka”.. nie „ Luna”. Otóż więc ten ów hrabia Luna porywa te dziewice z klasztoru i na siłe chce noc poślubne uskuteczniać, ale Trubadur na czele cygańskiej orkiestry „ niebiesko- białych” naparza sołdatów hrabiego i Leonore mu odbiera.

     Ale na tem nie koniec, hrabia Luna znowuż jest na wierzchu. Wsadza do mamra Trubadura, starą Cygankie, jego przybraną mamusie, i paru członków orkiestry. Oczekując gimzy, czyli kary śmierci, siedzą w ciemnej celi i śpiewają na głosy smutne tango „ Ostatnia niedziela”. Słysząc to Leonora wychodzi z lasu i przyrzeka swoją rączki Luńkowi, pod waronkiem, że takowy ogłosi amnestie dla wszystkich Cyganów. Ale jest to lipa. Leonora nigdy nie zostanie sie za Luńkową. Z powodu że w pasztetowej kiszce czy też z flaszeczki ( po ciemku nie było widać) zażywa trucizny.

   Jest to trucizna z opóźnionem działaniem, bo kiedy Leosia przybywa do celi, żeby oznajmić Trubadurowi, że bedzie on wolny, zaczem skonała, zdążyła jeszcze odśpiewać półgodzinną arie z dzwonkami, bębnem i czynelami. I to jak zaśpiewała- aż kryształy w żyrandolach dzwonili. Dopiero po pierwszorzędnem wykonaniu kładzie sie wygodnie na ziemi i spokojnie umiera.

    Wskutek powyższego Luniek cofa amnestie, egzekucja sie odbywa , a stara Cyganka kończy sztukie slfoksem pod tytułem „ To był twój brat”.

    Sztuka i owszem, bardzo sie nam spodobała. Gienia  nawet łzy w oczach, chociaż do końca żeśmy sie nie dowiedzieli, po kiego oni faktycznie cholere tyle trupa nakładli i dlaczego stara Cyganka nie powiedziała hrabiemu i Trubadziakowi, co i jak jest?

     Ale na szczęście po zasłonięciu na dobre kurtyny okazuje sie, że wszyscy żyją. Pokazują sie publice, otrzymują bukieta kwiatów, całują sie i wienszują sobie cudownego ocalenia.

    Cała sala bije bis i zadowolniona udaje sie do autobusów.

     Jakeśmy wracali do domu. Gienia powiedziała, że w Zielone Świątki musiem jechać na Bielany, chce porozmawiać z Cygankami, które tam wróżeniem sie zajmują- może od nich dowie sie cóś więcej o tem całem Trubadurze.”

 

 

gulczewo,1999.jpg

Dzień Matki…

Mama, 1932.jpg

Stefania z domu Jakubiec ,1932 rok, tuż po ślubie z Wacławem Łukaszewiczem…. długo później Moja Mama

 

 

Mamo, moja Kochana!

 

Czy za Tobą tęsknię ? Chyba nie. Bo wiem, że przeżyłaś długie i trudne życie. I już bym nie chciała, byś na tym padole łez przeszła swoje  kolejne piekło. Odchodziłaś, tak jak Tata,  w swoim ukochanym żoliborskim mieszkaniu, na swoim łóżku, tak jak chciałaś. Trzymałam Twoje delikatne dłoni i czułam jak zaświaty odbierają im ciepło życia.  Było to przed 17 laty ,  ale byłaś z nami długo i stale jesteś. …Mamo….moja Mamo…

Mamo, beskidzka twarda góralko, nie pieszczona przez rodziców , dzieckiem byłaś, gdy myślałaś  że nie jesteś kochana. Drogą przebiegającą obok domu w jej Godziszce, często przejeżdżała pięknym powozem bardzo elegancka pani. Opowiadałaś Mamo, często opowiadałaś , że malutką dziewczynką będąc bardzo lubiłaś przesiadywanie  na wysokim progu domu z poczerniałych bali w swojej Godziszce. Któregoś dnia powóz zatrzymał się przed Waszym domem , pani wysiadła i spytała, czy jest ojciec. Odpowiedziałaś twierdząco. Pani zniknęła w czeluściach domu, a Ty słuchałaś o czym rozmawiają we wnętrzu. Dygotałaś ze strachu nie bardzo sobie zdając sprawę z celu wizyty tej pani. A pani proponowała, że spośród Waszej gromadki wybrała Ciebie, że zabierze do swojego dworu i wychowa tak, jak zechce ojciec. Widzę tam Ciebie, malutką chudą z tym swoim jarzącym błękitem oczu, , gdy jesteś cała ogromnym lękiem swoich kilku lat, czekasz  na to, co odpowie Ojciec. Czekałaś…. I gdy ojciec odpowiedział po swojemu, po góralsku : „ nie mam dziecek na rozdawanie”, odetchnęłaś z ulgą i poznałaś co to jest Miłość rodzicielska .

     Miłości byłaś  spragniona aż do końca swoich dni. Już długo nie opuszczałaś  łóżka, gdy jak zwykle gdzieś wyjechałam i po powrocie przyszłam do Ciebie pytając niespodziewanie , bo nigdy nie używałam takich słów- czy się cieszysz , że jestem? Odparłaś filozoficznie i mądrze też pytaniem- a czy się cieszyłaś, gdy kiedyś byłaś spragniona i ktoś ci podał wodę?…

Tak Mamo, tego się nie zapomina. Za mało okazywałam czułości, bo nie zostałam tego nauczona. Dałaś mi piękne chwile ciszy jak ta na zdjęciu, swoją mądrość, stanowczość , zaszczepiłaś umiłowanie książek , opowiadałaś pięknie , słuchałam pomimo tego, że historie się powtarzały. Jednak zapamiętałam …Twoje opowieści były pięknie konstruowane, nie przynudzałaś, zawsze kończyły się zgrabną puentą i bił z nich żar Twoich pięknych dużych bardzo błękitnych oczu…

Gdy byłam niegrzeczna, nie słyszałam do Ciebie lawiny słów, tylko milkłaś. Twoje milczenie było jak przywalający człowieka głaz . Musiałam używać różnych metod, by przełamać, przebłagać. Tak Ciebie też pamiętają moje dzieci. Milczenie Babci było jak przywalający człowieka głaz, mówią. Paulina powiada, że wolałaby zwykłe zasłużone zresztą lanie.

Bo opiekowałaś się naszymi dziećmi , byłaś z Tatą naszą ostoją, kotwicą. Nieraz łódź naszej rodziny  poniosłyby fale, gdyby nie ta Wasza kotwica.

Nie umiem dziękować za to wszystko, bo ludzkich słów brak. Ale Ty wiesz, że byłaś dla nas wszystkim…

 

Zdjęcie-0778.jpg

Za taką piękną ciszę dałabym dużo. Ale to se ne vrati….

 

Zdjęcie-0625.jpg

W domowym albumie jest tylko takie ładne zdjęcie z naszą córką….całą czwórkę tak samo troskliwie przytulała.

 

Zdjęcie-0647.jpg

Jeszcze krzesło, ulubione robótki ręczne- och jaką mnogość sweterków wydziergały TE RĘCE….całuję Twoje Ręce , Mamo

 

Zostajemy jeszcze w Bieczu? zostajemy. Więc kierunek Kolegiata, proszę wycieczki

 

 

KolegOdCmWoj.jpg

Biecka Kolegiata – widok z cmentarza ofiar I wojny światowej. Zdjęcie z netu, stąd inna pora roku niż opisywana. Ale co tam, wystarczy, że widok piękny..

 

P4290321.JPG

 

P4290322.JPG

 

P4290323.JPG

 

belkaTęczowaKolegiataBożegoCiałaBieczOkiemJadwigi.jpg

 

PrezbOłtarzKolegiata.JPG

 

ZaśnięcieNMPFaraBieczDziedzitwo.jpg

Trzy powyższe zdjęcia z netu, pozostałe własne

P4290389.JPG

 

P4290388.JPG

 

P4290387.JPG

 

P4280311.JPG

 

P4280307.JPGostajemy jeszcze w Bieczu? zostajemy. Więc kierunek Kolegiata, proszę wycieczki

No i cóż mili moi, powoli zbliżamy się do końca naszej ekskursji ( jak mawiają Rosjanie). Miał być to już ostatni etap, ale tak tu fajnie, że jeszcze  chwilka… Mam nadzieję, że wytrzymacie. Jeśli nie, to siądźcie sobie gdzieś na kawusi, czy pyfku ( wg Witkacego), poczekajcie na nas, wrócimy i wtedy  razem przy stoliku, koniecznie okrągłym z marmurowym blatem, pod bieckim niebem będziemy sączyli te królewskie napoje….

Ale teraz   wędrujemy  do  zachodniej części bieckiej starówki. Przemierzamy Rynek z opisanym już poprzednio ratuszem jawiącym się niby zabawka z tą swoją trochę pstrą elewacją i za chwilę znajdziemy się przy Kolegiacie Bożego Ciała.

Kościół ten jest bardzo charakterystycznym obiektem  w panoramie miasta. Widać go   z wielu miejsc,  jego  dość masywna bryła, ale zmiękczona niewielką obłością, jest przez to   miła dla oka i wydaje się , że za chwilę  oderwie się od ziemi i poszybuje prosto do nieba. A to wrażenie skrzydlatości  powodują zwieńczenia wyrastające ponad dach,  zwane fialami.

( od razu zaglądamy by przeczytać w  smartfonie- tacy są niektórzy z nas  postępowi- noszą te swoje niekształtne telefony w dłoniach na ogólnym widoku- nie to, co ja przywiązana do starej komórki, którą łatwo objąć- ale tym razem wasze smartofony  się przydają  bo już czytamy  w necie o tychże fialach . Niektórzy z Was wiedzą, ale dyskretnie milczą by nie zdołować pozostałych.  Fiale są to charakterystyczne dla architektury gotyckiej i neogotyckiej , pionowe elementy dekoracyjne, wystające ponad dach .  Mają  postać smukłej wieżyczki zakończonej ostrosłupem z krawędziami często dekorowanymi żabkami . Całość bywa zwieńczana kwiatonem.  Poza rolą ściśle dekoracyjną , dodają lekkości całej budowli ale jednocześnie  dociążają przyporę stabilizując konstrukcję tak, by nie doszło do skrzywienia ściany. Fiale mogą też stanowić zwieńczenie skarpy czy naroża wieży, często towarzyszą gotyckim nagrobkom baldachimowym , gotyckich ołtarzy skrzyniowych. Mogą być wykonane z kamienia, sztukaterii, drewna, metali.  Bywają też elementem zdobniczym w rzeźbiarstwie, snycerstwie czy złotnictwie).

 Biecki Kościół  z tymi fialami , z dumą uwidaczniano na miedziorycie z XVI wieku, choć je potem usunięto. Ale dla nas szczęśliwie zostały zrekonstruowane , dodają majestatu i jednocześnie lekkości (  chociaż wspomnianych w necie -żabek i kwiatonów tam nie zauważyłam). Ale może zbyt mało detalicznie się przyglądałam. Wszystko można nadrobić, więc teraz weźmy lornetkę i poszukajmy tego, czego nie widać gołym okiem.

Ale zanim wyjmiemy lornetki, poczytajmy dalej co piszą w necie o tejże Kolegiacie. Od razu pojawia się wielki odwieczny  wiatr historii, podwiewa spódnice dziewczynom, a nam tylko burzy fryzury, bo przecież nosimy spodnie.

Biecka Kolegiata, czyli Kościół Bożego Ciała  należy do najświetniejszych zabytków gotyckiej architektury sakralnej w Polsce i wygląda tak jak przed wiekami. Budowana z cegieł i ciosów kamienny trwa… niezmiennie trwa…zadumaliśmy się nieco nad przemijaniem czasu , ale pora ruszyć dalej.

Jakoś intuicyjnie wszyscy podążamy pod  Prezbiterium , a może ta najstarsza część Kolegiaty wydziela jakieś przyciągające fluidy?  A może najzwyczajniej w świecie  ktoś nam już opowiadał, zachęcał, nie pomnę.

( Dla przypomnienia takim jak ja, troszkę zapominającym- nazwa Prezbiterium pochodzi od słowa prezbiter, czyli ksiądz i  drzewiej nazywano je chórem kapłańskim. Jest częścią kościoła przeznaczoną dla duchowieństwa oraz służby liturgicznej , m.in. ministrantów . Zwykle jest oddzielona od reszty świątyni podwyższeniem, balustradą lub łukiem tęczowym, ale zwykle  tymi wszystkimi elementami  na raz ).

 Wg rejestrów zabytków Królestwa Polskiego budowę bieckiego prezbiterium rozpoczęto już w 1326 roku , a budowę  zakończono ok. 1480 r. Na  jego belce tęczowej widnieje stary magiczny w treści napis z epoki:  1482.

Mój Boże, ileż to lat minęło od tej pory, ile pokoleń życie swoje tu toczyło i poszło sobie do wieczności, zabierając  bóle i radości a kościół , niemy świadek ich życia, jak stał tak stoi. Wybaczcie, że zawsze przy takiej konfrontacji z dawnym czasem, przychodzą do mnie podobne myśli, które zaraz tu zapisuję. Ale zawsze mnie zdumiewa, że ktoś mógł być do nas podobny, no, może był inaczej ubrany, ale serce miał przecież takie  samo jak my….

Prezbiterium bieckiej Kolegiaty” jest szersze niż nawa główna. Jest nakryte ceglanym ostrołukowym sklepieniem kolebkowym z lunetami ( wyjaśnienie poniżej) , ozdobione niezwykle bogatą siecią żeber” i jest typowym obiektem architektury tzw. późnego gotyku (obejmuje on okres XV-XVI w. ). Zdobione jest z zewnątrz ciemniejszą zendrówką, układaną we wzory geometryczne   .

(I tu kolejny edukacyjny moment. Aż musiałam się zatrzymać i pochylić nad nieznaną mi  zendrówką i  zajrzeć do netu . Otóż zendrówka, mili państwo to po prostu cegła, ale nie zwykła, tylko ceramiczna , wypalana do granic zeszklenia. Jej powierzchnie są błyszczące i ciemniejsze niż cegły zwykłej, tzw. wiśniówki. Taka cegła była powszechnie stosowana w gotyku jako element dekoracyjny. Nazwa zendrówka pochodzi od niemieckiego sintern albo francuskiego cendre= popiół. )

Fajna jest ta zendrówka, miła w dotyku, gładka lśniąca i przyjemnie chłodzi dłoń …chociaż tu muszę się przyznać, że z lubością graniczącą z rozkoszą dotykam i gładzę powierzchnię starej cegły, chropawą ale ciepłą….zwłaszcza gdy opowiada to, co zapamiętała, stare dzieje opowiada…

Dalej czytamy:

„W przęsłach sklepień Prezbiterium zachowały się czterolistne zworniki z herbami ( na jednym herb Biecza, na drugim herb Odrowąż), na jednej z dwóch pozostałych nieznany znak- może gmerk  ( znak osobisty) budowniczego”. Ładne toto, chociaż za pierwszym razem nie odkryte, ale warte obejrzenia, jeśli już wiemy czego szukać….

Odrywamy się od oglądania i podziwiania Prezbiterium i obchodzimy Kolegiatę wokół.. Ta część kościoła  została  zbudowana nieco później, bo   w 1519 roku. Napisałam „nieco” starsza, a to  oznacza tylko 39 lat. Cóż to jest wobec wieczności a ile znaczy w życiu tych którzy dopiero się rodzą….Były to czasy panowania króla Zygmunta I Starego. Wzniesiona  w konstrukcji halowej, trójnawowej , z szeregiem kaplic bocznych , jest   typowym obiektem architektury tzw. późnego gotyku (dla przypomnienia- obejmuje on okres XV-XVI w. )  

I oto proszę państwa wchodzimy, uwaga…Przy wejściu do prezbiterium oglądamy XV wieczną tęczę, przedstawiającą scenę ukrzyżowania Jezusa Chrystusa . Zadzieramy głowy, lubimy te belki tęczowe. Są jakby solą kościołów gotyckich. Do zanurzenia się, medytacji w pustej świątyni zachęcają XVII wieczne , renesansowe stalle. I tak robimy, wsuwamy się do wnętrza ław, zatapiamy w nich  i wtedy zda się rozpoczynamy rozmowę z Bogiem. Ktoś nas odrywa , przerywa modły czy tylko rozmyślania, czy wreszcie miły relaks , bo wskazuje pulpit muzyczny ustawiony przy samym ołtarzu i mówi- patrzcie patrzcie, tu piszą, że jest jedynym takim zabytkiem w Polsce a nawet Europie. Bo pozostawił go nam rok 1633!!! Fajnie, że ktoś na niego zwrócił uwagę, bo wszyscy wgapiali się w ołtarz, a tu skromny pulpit przysiadł, a właściwie dumnie wyprężył pierś gdyśmy go zauważyli.

Bo główny ołtarz, to dopiero i barwy i XVI wieczna scena Zdjęcia z krzyża, którą namalował ktoś z kręgu Michała Anioła! Sam ołtarz wzniesiono w 1604 roku! Historia zaskrzeczała, obejrzeliśmy się, ale nikogo przy nas nie było, chyba, że duchy z przeszłości….Nad wspomnianym obrazem płaskorzeźba- scena przedstawiająca Zaśnięcie Matki Boskiej dłuta syna słynnego Wita Stwosza- Stanisława Stwosza. I tu refleksja- jakim szczęściem lub nieszczęściem( bo talent odziedziczony ale sława przyćmiona tym wielkim, znanym sławionym ) było posiadanie słynnego ojca czy wuja ,  jak w przypadku Matejki wspominanego przy okazji witraży w Klasztorze Franciszkanów, o którym już zdążyliśmy zapomnieć, bo tyle nakładających się wrażeń. Ale gdy wrócimy do domu, spokojnie, kartka po kartce przewodnika albo po kolejnych moich wpisach o naszej wycieczce powędrujemy ponownie…

I jeszcze ołtarzyk boczny po lewej stronie od głównego- gdzie Oratorium św. Jadwigi , która ponoć tutaj lubiła się modlić. Gdzie te czasy św. Jadwigo?  A teraz tylko o tobie wspominają i święte szczątki twoje ( a może wcale nie twoje?) umieścili w 2006 roku w relikwiarzu obok Oratorium.

I jeszcze XVII wieczny ołtarzyk po lewej Niepokalanego Poczęcia zwany jakże zdumiewająco- drzewem genealogicznym Najświętszej Marii Panny.

Może te wszystkie ołtarzyki by nie zachwyciły, gdyby nie ich imponujący wiek.

No i na koniec, moi mili jeszcze malowidła na sklepieniu prezbiterium tej świątyni.

Popełnił je Włodzimierz Tetmajer ( och te słynne nazwiska, ich gąszcz kotłujący się w Bieczu ! ). Bo ten malarz to brat przyrodni słynnego poety Kazimierza Przerwy- Tetmajera.

Napisałam na koniec, ale nie łudźcie się, że to prawda. Chociaż usłyszałam westchnienie ulgi. Bo jeszcze jest ambona z 1604 roku , poprawiona w 1697 kiedy to nałożono na nią techniką intarsji barokowy ornament. Widzę, ze oczy niektórym zalśniły, i niemo powiedziały, że kochają barok. Mnie też zachwyca, po tamtych surowościach, taki piękny kontrast i rozbuchanie…

Nie mogę zauważyć, że ktoś z nas, oczywisty pedant- detalista zwrócił uwagę na XVII wieczny ołtarz po stronie lewej od prezbiterium pw. Matki Boskiej Różańcowej , późnorenesansowy, cały lśniący złotem a obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Jest to ikona przywieziona znad Dniepru, specjalnie dla Biecza przez kogoś z drużyny króla Jana Kazimierza!

Już miałam zakończyć, zresztą nie pierwszy raz, gdy nagle nagrobki się odezwały, bo do tej pory milczały jak zaklęte. Otóż jestem nagrobkiem Piotra Sułowskiego ( dużo by pisać o tej postaci , ale już nawet nie wypada rozbudowywać tego wpisu), ale ta rzeźba jest uważana za jedno z lepszych polskich dzieł epoki Odrodzenia …może ktoś z nas wytrwały , albo kochający rzeźby z alabastru i napisy na nich obejrzy pozostałe, ja nie wytrzymuję tego spiętrzenia wrażeń i wychodzę.

Poczekam na dziedzińcu wśród węgierskich rzeźb Apostołów które go okalają…

 

Ooo zabrzmiały organy, widać organista ćwiczy przed mszą, albo specjalnie dla nas zagrał, by serca podnieść jeszcze wyżej. Pyszna Toccata Bacha wyfrunęła z XIX wiecznego bieckiego instrumentu, spod smukłych palców organisty- młodziutkiego chłopca z wielką lwią grzywą….

 

 

 

Idziemy dalej, proszę wycieczki….

bieczii.png

Mapa Polski z Bieczem db. zaznaczonym już była, więc tym razem ten czerwony punkcik, to właśnie miasteczko ze snów, gdzie mówią wieki…

 

BieczStary.jpg

Biecz na XVII wiecznej rycinie…

 

KościółKlasztorFranciszkanówBiecz.jpg

Biecz. Klasztor oo. Franciszkanów Prowincji Matki Bożej Anielskiej , zbudowany w latach 1645- 1663 z przytulonym do niego kościołem św. Anny. ( z lat 1641-1650).  Obiekty te oznaczono na schemacie zabytków Biecza nr 10.

 

ZabytkiBiecza.png

 

 

 

Idziemy dalej , proszę wycieczki…..

Tak dużo minęło czasu od ostatniego wpisu z wycieczki do Biecza. Stale wkradały się inne tematy. Ale Biecz czekał, odwieczny, przyzwyczajony do tego, że ludzie z niego wyjeżdżają, wracają, pokolenia przemijają, a on jest i zaprasza.

Takoż i my dzisiaj wrócimy do ciebie, piękny, stary królewski Bieczu.

O podróży pociągiem, klimatycznej  i romantycznej , szczególnie dla mnie, córki kolejarza,  już pisałam. O starej Kapliczce opowiadającej piękną legendę,  i o najstarszym zachowanym polskim szpitalu też możecie znaleźć w tym blogu, bo już było.

A teraz pora na dalszą wędrówkę.

Gdy oderwiemy się od myśli krążących nad najstarszym polskim szpitalem św. Ducha zobaczymy bielejące pobliskie zabudowania.  To klasztor oo. Franciszkanów Prowincji Matki Bożej Anielskiej , zbudowany w latach 1645- 1663 z przytulonym do niego kościołem św. Anny. ( z lat 1641-1650).  Obiekty te oznaczono na schemacie zabytków Biecza nr 10.

Miejsce nie jest zwykłym terenem gdzie te sacralia postawiono.

Gdy przyłożymy ucho do ziemi, usłyszymy jak opowiada o dziejach zamku, który tu kiedyś zbudowano.  Zamku Królów Polskich. Wiatr historii zmiótł go z powierzchni, ale ziemia zachowała pamięć. Dzisiaj można podziwiać tylko jeden zamkowy ślad, ale za to jaki ! Są to wielkie drzwi zamkowe , ozdobione orłami jagiellońskimi z XVI wieku, które wiodą  do kościoła.

Ale po kolei było tak.  Upomnieli się o lepsze, niepodmokłe miejsce reformaci. Dotychczas mieszkali blisko Ropy, która corocznie brutalnie wpływała za ich progi. Zamek jeszcze dogorywał, gdy starosta biecki Jan Wielopolski przeniósł do grodu, na grzbiet wzgórza starostwo a braciszkom ofiarował to miejsce magiczne, dawno już opuszczone. Braciszkowie,  bardzo pracowici, od razu wzięli się do dzieła , odbudowali zamek , przeznaczając go na swój klasztor.

Tak więc od dnia , gdy w XVII wieku zostali mieszkańcami dawnego zamku, są tu nadal. Ile już pokoleń franciszkanów , ojczulków w czarnych habitach przepasanych białym sznurem przeniosło się w zaświaty, a nieśmiertelny zamek- klasztor stoi jak stał.

Raz się zdarzyło, a było to  w 1770 roku, gdy konfederaci barscy stoczyli w pobliżu bitwę pod Siepietnicą,  widząc , że Rosjanie mają znaczną liczebną przewagę , uciekli  do Biecza. Ścigający ich Rosjanie złupili miasteczko a szczególnie kościół i klasztor franciszkański, mordując kilku zakonników.

Gdy będziemy stali nieruchomo, nikt z nas nie puści nawet pary z ust, może usłyszymy odgłosy tamtej bitwy, rozpaczliwy krzyk mieszkańców, potem już tylko ciszę nabrzmiewającą bólem  i pogrzeb braciszków w milczeniu złowrogim, bo nie modlili się za wrogów, jeno za swoich. A pan Jezus przecież nauczał : „ Miłujcie nieprzyjacioły swoje”. Ale oni nie słuchali, bo jak świat światem nikt nie słucha słów pana Jezusa, tylko udaje, że jest pobożny, a tak naprawdę diabła ma za skórą, jak dobitnie pokazuje nasz czas. Czas który przyszedł z dobrą zmianą. Mój Boże, widzisz to i nie grzmisz? A może Ciebie w ogóle nie ma?

Remont kościoła i klasztoru wykonano dopiero w 2003 roku ustawiając na pamiątkę figurę Matki Boskiej Niepokalanej. No cóż, niech ludkowie pamiętają , że pan Bóg czuwa a Królową mamy jedną  …

No już, Mili moi, dość tych rozmyślań, pora wejść do środka, zarządzam, albo ktoś z Was znużony moim gadaniem tam się już znalazł.

Więc  pokornie wchodzimy do kościoła św. Anny. A tam czeka barokowe jednonawowe skromne wnętrze. Zachwycamy się, że tak skromnie, tak jak przystało na franciszkanów. Jest ok. Z głównego ołtarza patrzy na nas św. Anna. O czym myśli, nie wiemy, a może nie myśli już w ogóle, bo się zmęczyła tym nieustannym myśleniem. OOO db jest patrzeć na niemyślącą o niczym św. Annę bo potrzebny jest nam jej spokój, spokój w naszym rozedrganym świecie ma wagę złota.

Ale po chwili medytacji powoli czujemy jak powraca nasz  wewnętrzny niepokój,  bo jednak niepokój mamy w sobie . Medytacje daleko na wschodzie, gdzieś na Tybecie pewnie. A my w Bieczu….ale tym razem nasz spokój zaburza widok konkretny. Bo widzimy  obraz zawieszony na ścianie  obok ołtarza. To „ Zdjęcie z krzyża”,   ponoć dzieło malarza z kręgu samego El Greca. Zatapiamy się w cierpieniu Najwyższego, gdy nagle zalewają nas smugi światła. Szarawo było na dworze, a tu  jasność kolorowa przyszła z gwałtownie  wyglądającym zza chmur słońcem. Widać litościwie chciało nas ożywić, pobudzić i zagrało w witrażach. Mój Boże, jakieście cudne szepnęliśmy do witraży. A one na to, że nie tylko jesteśmy cudne, ale bardzo znane i ważne, bo projektował nas w 1908 r. sam Mistrz Matejko! Wprawdzie to nie ten Matejko o którym pomyśleliśmy, a jego bratanek, ale jednak.

Po chwili słonecznego i witrażowego olśnienia, pochyliliśmy głowy w nabożnym szacunku. Bo przed nami stanął sam  św. Franciszek ze  św. Antonim u boku. . Któraś z nas zaśpiewała św. Antoni, św. Antoni, serce zgubiłam pod miedzą, ale zamilkła gdy doznała kuksańca w bok od nabożnej koleżanki. A niby dlaczego nie można tak pośpiewać św. Antoniemu, niech chłop ma chwilkę radości i zapomnienia. Ale już się stało, nikt już nie śpiewał a my gęsiego, za braciszkiem, przewodnikiem  powędrowaliśmy za główny ołtarz, gdzie stoi sobie spokojnie pogrążony w wiecznej drzemce pulpit muzyczny z XVIII wieku…

Gdy wydobyliśmy się  zza ołtarza, trafiliśmy  prosto pod ołtarz boczny, gdzie powitała nas zadowolona, że wreszcie komuś może się pokazać XVI wieczna pięknie wyrzeźbiona Matka Boska Biecka , którą przebrano w strój szlachcianki , z czego jest niezmiernie  dumna. Zwykła kobieta z Nazaretu tak doceniona, no no. szlachciankę zgrywa. I dobrze, każdy ma prawo być dowartościowany, tym bardziej, że zasługuje. W końcu dała nam ludzkiego Boga , jednego z Trójcy ( niepojęte, ale jednak). Nie ma co rozważać, albo się wierzy albo nie. To nie może być objęte rozumem.

Nasze zagapienie, zamyślenie i rozterki przerwał miłym głosem braciszek, który był nam przewodnikiem. Czy chcecie odwiedzić w podziemiach ukryte w krypcie szczątki bardzo ciekawego człowieka- Wacława Potockiego. Widząc, że się zanosi na dłuższe opowiadanie, bo ta postać zasługuje  na nie w pełni, powiedzieliśmy, że już nogi bolą, może innym razem. Braciszek nie oponował, jeno pokazał nam zawieszoną w kruchcie tablicę z . epitafium Marii Amalii Mniszchowej ( 1736-1772) . Czytamy  napis…”D.O.M. Maria Amelia z hrabiów Bruhlów Mniszchowa Generałowa Wielkopol. Umarła w 36 r. wieku swego d. 30 kwiet. R. 1772 w Dukli. Prosi o Zdrowaś Maria„.

Kimże była ta Maria, ktoś zapytał. Braciszek już się szykował do dłuższej opowieści, ale widząc nasze ręce zaciskające kije do Nordic Walking , na których to się wspieramy, nasze  nóżki nieco wiekiem wykoślawione i oczki z wyrazem splątania wyczerpującą wycieczką , się zlitował i tylko krótko powiedział :  To córka Henryka Bruhla, pierwszego ministra Augusta III, żona Jerzego Augusta Mniszcha, Marszałka nadwornego koronnego. Znała 6 języków ! Bywała na dworach cesarskich, gdzie próbowała zainteresować sprawami Polski. Teraz na spokojnie doczytałam w necie, wysnuwając jedyny wniosek, że jej biografia jest tak bardzo obszerna i tak bogata w wydarzenia,  że pewnie mój blog pękłby z tego nadmiaru. Więc nie piszę. Braciszek na koniec powiedział, że bohaterka tego epitafium zmarła młodo, oficjalnie  na gruźlicę , ale wysoce prawdopodobne, że została zatruta. Jej mąż wystawił jej rokokowy grobowiec w Dukli, w Warszawie w Kościele św. Antoniego a także w Sanoku możemy znaleźć jej epitafium . identyczna jak w Sanoku znajduje się w Bieczu. I właśnie przed tą tablicą stoimy i może rozmyślamy nad upływem czasu a także nad sprawiedliwością ludzką ….

Ale mili moi, koniec tych rozmyślań, bo czas goni. A właściwie goni nas braciszek, który przestępuje z nogi na nogę, byśmy zdążyli wszystko obejrzeć. Nic dziwnego, dumny jest ze swojego klasztoru, i ma być z czego dumny, przyznajemy.

Więc potulnie drepczemy na dziedziniec,  pod klasztor. I już oglądamy wieżyczkę zegarową z 1744 roku wykonaną przez braciszka Klemensa Czechowicza. Fajnie, że nie tylko się modlił ten braciszek wznosząc oczy w niebo, tylko zajął się konkretną pracą . I teraz możemy oglądać to dzieło i myśleć o jego artyście. I już sama nie wiem co ważniejsze, czy modły czy praca u podstaw. Z nikim się nie dzielę tą wątpliwością. Bo wszak Pan Jezus wybrał kiedyś kobietę, która słuchała jego słów a nie tę, która zajmowała się domem…

Idziemy, idziemy dalej, ponagla nas współczesny braciszek . Wiedzie nas  na piętro  i z dumą pokazuje  bibliotekę, unikatową- bo  same tam białe kruki . Cokolwiek by to znaczyło, chyba wiek jej księgozbiorów mówi sam za siebie. Mój Boże, I jęknęłam, to woluminy z XV wieku!. A jest ich ponad 2000! No coment.

I jeszcze chór muzyczny nam został a tam 16 głosowe organy firmy Braci Rieger sprawione w 1903 roku….

A na dziedzińcu przycupnęło 14 kaplic Męki Pańskiej i  przy XVII wiecznym murze, od strony południowej klasycystyczna kaplica z rzeźbą Chrystusa przy słupie ….już wszystko nam się miesza, zamęt w głowie od tych staroci, spiętrzenia wrażeń. Wszystko trzeba będzie w głowie poukładać, gdy już wrócimy do domu. A może nie zdążymy, bo już czekają nowe przygody. …

I jeszcze tylko pod stopami mówią wieki, to głosy z wału ziemnego z czasów potopu szwedzkiego  ochraniać miał klasztor od strony południowej. …

Tak Bieczu miły, tu właśnie słychać jak mówią wieki……

 

KlasztorFraniciszkanĂłwBiecz.jpg

 

jednonawowy Kościół św. Anny, przytulony do Klasztoru Franciszkanów

 

franciszkaniez portaluBarkaFranciszkanie.jpg

 

A oto braciszkowie- franciszkanie, wprawdzie w innym mieście, ale ten strój od wieków taki sam….z portalu Barka

Wszystkie zdjęcia z netu.

Obiecuję własne, gdy może Bóg da, jeszcze wrócę do Biecza….

 

 

 

..a w sercu maj

SAM_1490.JPG

 

SAM_1447.JPG

Nad Bugiem, nasza lipa jeszcze prawie naga , senior rodu w amoku pracy

 

Kochani! Wybaczycie pewnie moje milczenie, bo już nawet Ela zapytała mailowo, czy coś się nie stało. Muszę się przyznać, że coś we mnie drgnęło, gdy tak napisała, a to po prostu przyszło wzruszenie. I pomyśleć, że nasza znajomość wynika z sieci i z tego blogu, a tyle wspólnych wspomnień się dokopałyśmy i takiej bliskości doznajemy. Po prostu rośnie serce.

Ale Wam, kochani, którzy może nie zauważyliście mojego opóźnienia w blogowych wpisach bo jesteście zajęci różnymi sprawami, albo czytacie wartościowe pozycje, nie mając czasu na wizytę u mnie, wybaczam, bo nie każdy musi lubić to moje  ustronne miejsce, zresztą lotów nie najwyższych, zdaję sobie sprawę.

Jednak tak ogólnie  spieszę wyjaśnić, że nic się nie stało. Tylko ugrzęzłam po uszy. Ugrzęzłam we współredagowaniu artykułu nt. Upadków u ludzi starszych. Moi poznańscy koledzy piszą go na zamówienie, myślałam, o naiwności ty moja, że tylko wrzucę kilka swoich uwag związanych z pracą w przychodni rejonowej dla dorosłych w czasach zamierzchłych ( 1971- 1975) oraz doświadczeń w opiekowaniu się wiekowymi moimi Rodzicami. Tak mi się z początku wydawało, więc ochoczo zaczęłam. A im dalej, tym bardziej się zanurzałam niby w studnię, której dna nie było widać. W miarę pisania uświadamiałam sobie, że już jesteśmy tak blisko niedołężnej starości. Ale nie dajmy się. Jeśli artykuł się wyda, tzn. zostanie wydany, wrzucę tu pewne zalecenia, których części byłam autorem. Są nawet śmieszne momentami, gdyby nie były smutne. Ale nie dajmy się chwilowemu spadkowi nastroju, sama to sobie powtarzam, trzeba się cieszyć chwilą. I już. I właśnie sobie podśpiewuję za Starszymi Panami:

„  I znaleźliśmy się w wieku, trudna rada,
   Że się człowiek przestał dobrze zapowiadać;
   Ale za to, z drugiej strony, cieszy się,
   Że się również przestał zapowiadać źle.

   Starsi panowie, Starsi panowie,
   Starsi panowie dwaj…
   Już szron na głowie i nie to zdrowie,
   A w sercu ciągle maj. (…)”

Artykuł już został wysłany do pierwszego autora, więc czuję się jak w połogu, po szczęśliwym porodzie. Maj mi śpiewa w głowie, zgodnie z zaleceniem wspomnianych Panów i jest super! Po prostu super….

Mogę spokojnie wracać  myślami do blogu, zanurzać się w rozkoszach podróży, zwiedzania….pewnikiem jutro coś spłodzę. A może nie jutro, kto to wie….gdy tylko wrócę mentalnie  do Biecza, po którym wędrowanie brutalnie zostało przerwane….tymczasem cieszmy się majem. Wprawdzie on nami jakoś się nie cieszy, dygocze z zimna i momentami łzy roni. Ale jest, kwiatami sypie, ptakami śpiewa. Radujmy się więc…” bo wiosna, wiosna, ach to ty”…..

 

SAM_1445.JPG

 

Zawilce zniewalają….

SAM_1473.JPG

barwinek czaruje

SAM_1464.JPG

a bratek rozdaje uśmiechy…