Terapia Wiechem.” Kot pocztowy”

 

Kochani, zakończmy ten Stary Rok i zacznijmy Nowy 2017 z uśmiechem dobrego starego Wiecha.

Odkryłam go na nowo i pokochałam za dobrotliwy humor, bezkąśliwość, różnorodność scenek rodzajowych, obrazki starej Warszawy , barwę jej mieszkańców i ocalenie starych gwar warszawskich. Za to, że dał nam zatrzymany czas , pulsujący, wiecznie żywy i radosny. Nie tylko czas przedwojenny ale i ten nasz, który pewnie pamiętamy….

O tym, jak dotarłam do tego punktu napiszę potem.

Na razie poczytajmy, odprężmy się i przytulmy ludzi.

Niech się Szczęści Nowy Rok!!!!!!!!!!!!

 

 

 

 Stefan_Wiechecki_20-113.jpg

Właśnie nadchodził Nowy 1973 rok a Stefan Wiechecki czyli Wiech miał wtedy 77 lat i tak oto pisał:

 

<< 

 

                                        KOT POCZTOWY

 

      No to Święta już na całe pare czuć w powietrzu. Nie byłoby wiadomo  detalicznie jakie, czy Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, gdyby nie handel, któren wcześniej w tem roku wyskoczył z choinkowem towarem.

     Wszędzie bombek a bombek, zabawek a zabawek. Nawet dwóch świętych Mikołajów widziałem na ulicy. Oba zalane w bambus, przez MHD byli wyjęte do roznoszenia dzieciakom prezentów zakupionych przez rodziców.

      No to kto świętego Mikołaja nie przyjmie kielichem i letką zagrychą? Ale to jest dopieru początek, prawdziwy ruch zacznie się za pare dni. Podobnież samych ryb ma stanąć przed warszawskiemy sklepamy sześćset dużych balii. Można bedzie  przebierać jak w ulęgałkach.

      Taka przedsklepowa sprzedaż na ulicy ma jeszcze te dobre strone, że kupujący nie czuje, czem dana rybka podchodzi.

       Bo niektóre rybki lubieją na przykład pachnieć naftą, insze znowuż dziegciowym mydłem. Są z zapachem świeżej choiny, starodrzewu albo wędzonego boczku. Tak zwany wachlarz jest poważny. Wszystko w zależności, jaka fabryka swoje ścieki do danej rzeki wypuszcza.

     Najlepiej jest, o wiele robi to cukrownia, bo rybka wychodzi słodka w smaku. Rzecz jasna, że nie każden to lubi. Ale jest na to rada. Przyrządzić z takiego towaru karpia w szarem sosie z rodzynkami i migdałami. Najwięcej nawet oblatany po proszonych obiadach gość- nic nie sporutuje.

     Z nafcianem albo dziegciowem zapaszkiem jest już gorzej, ale dobra gospodyni tyż sobie z tem poradzi. Zrobi chrzan mocniejszy i po krzyku.

     Zresztą podobnież coraz więcej fabryk oczyszcza swoje pomyje przed wypuszczeniem ich do rzeki. Także ryb z dodatkowem zapachem kosmetycznem spodziewać się w handlu nie należy. Chyba żeby oczyszczalnia gdzieś nawaliła. To już mówi się trudno, wypadek losowy.

     Także samo poczta szykuje się do świątecznego ruchu, bo kto ma ręce i nogi i jest jako tako piśmienny świąteczne pocztówki rodzinie i znajomem pcha. Po każdych świętach cały personel pocztowy, na dobre sprawe nadaje się do sanatorium wypoczynkowego.

     Ale od nowego roku ma być podobnież lepiej. Każden jeden lokator  oprócz adresu : miasta, domu i ulicy otrzyma jeszcze swój własny numer pocztowy, po któren będzie go można poznać jednem rzutem oka na koperte. Taki numer ma się nazywać po zagranicznemu „ kod”.

      Faktycznie nieraz takie kozaki ludzie na kopertach wypisują, że najlepszy aptekarz nie odczyta, numer już łatwiej bedzie zgadnąć. Chociaż po mojemu i to ma swoją kiepską zalete. Jak zapamiętać pocztowe numera znajomych, a nawet najbliższej rodziny, jeśli się ma jej, jak na przykład ja, osób osiemdziesiąt siedem?

     O wiele na przykład obecnie taki szwagier nie może spamiętać, czy ja zamieszkuje pod numerem 43, czy 34 Kawęczyńska, to jak on spamięta, kto jakiego  ma koda?

     Kota pocztowego będzie można z tem dostać, zaczem się przyzwyczajem. No, ale jak mus, to mus, kultura i sztuka tego od nasz żąda i musiem się poddać. Niejeden dwa tuziny koper zużyje, zaczem jak się należy bez pomyłki ten numer napisze, bo ma być cholerycznie długi. No, ale co, z podstępem technicznem bedziem walczyć? Dawać koda!

      Za to podobnież o całe dwadzieścia cztery godziny wcześniej listy rodzina będzie mogła otrzymać, nawet o wiele wyjedziem z „ Orbisem” na Święta. Bardzo ciekawe lekrame żeśmy o tem przeczytali. Tylko się namyślamy, gdzie jechać. „ Batorem” na Wyspy Kanarejskie, do Indii czy Honolulu? Czy tyż spokojnie sobie samolotem do Egiptu, Konga czy może do Mozambiku?

   Chodziem i kompinujem, ale chyba do wuja Mrówki pod Garwolin pojadziem. Taniej blisko, niemęcząco i jak coś gryzie, to najwyżej pluskwy, a w ciepłych krajach można być rąbniętem przez węża pytona albo inszego grzechotnika drania.

    Zasuwamy do Garwolina. >>

 

Wyjęte z tego tomiku:

A to ci polka!Wiech1974.jpg

Pogaduszki z ….

SAM_0860.JPG

 

 

Pogaduszki z ….

Wczoraj dostałam tajemniczego maila. Otworzyłam, a to list od gromadki najmłodszych wnuków. Piszą, że oni też chcą być w tym blogu i dlaczego zapisuję  pogaduszki tylko  z Mikołajem.

Dzisiaj wszyscy się zeszli, choinkę ubrali , coś tam podgryźli, jak to zwykle, starsza czwórka gdzieś wybyła a maluchy  stanęły kołem wokół babcinego stołu.

Pytam,  kto napisał tego maila. Ja, przyznała się od razu Maja, to mój pomysł. I ja dorzucił Wiktor, razem redagowaliśmy. A czy Wy rozumiecie, co to znaczy redagowanie? Oczywiście babciu, zachichotali. My byliśmy redaktorami i redagowaliśmy. To każde dziecko rozumie. Nawet ja, dodał poważnie jak swoje 4 lata Patryk. Ja się podpisałem, nie widziałaś, babciu? A Mikołaj solidarnie ze wszystkimi , przyznał nam  rację i kliknął wyślij, dodała Majcia. Mikołaj podjął temat: nie jestem o nic zazdrosny, wcale a wcale, bo tylko ja będę zawsze nosił  swoje nazwisko , chociaż Majcia też ma je teraz, ale ona pewnie wyjdzie wkrótce za mąż i będzie się nazywała inaczej. O co to nie, zaprotestowała Majcia, nigdy się nie wyrzeknę swojego pięknego nazwiska, najwyżej  męża tylko dopiszę. Tak zresztą zrobiła moja mama. I co, łyso ci, Mikołajku. Chciałam przerwać, ale zacietrzewieni nie słuchali. Ale jak będziesz miała dzieci, to będą się nazywały jak twój mąż, triumfował Miki. Tak jak jest u nas. Fakt, przyznała skruszona Majcia. A moje dzieci też będą miały nazwisko moje, taty, dziadka Mirka i pradziadka Janka zakończył Mikuś . I prapradziadka Wincentego dorzucił Wiktor. Wiem, bo czytałem w Pamiętniku Jana Konopielko. Dlatego wcale nie chcę być wyróżniany, chociaż to było miłe z babci strony, że pierwsze pogaduszki były tylko ze mną, dodał Mikuś . Ale niech reszta też się cieszy, rzekł jak przystało na prawie 6 latka.

Ja wyślę babci swoje wypracowanie klasowe, to dopiero babcia się zdziwi. Nawet pani w szkole i rodzice byli zaskoczeni, że tak potrafię pisać, zmieniła temat  Majusia. W takim razie, Majciu będę niecierpliwie czekała. O tym jak piszesz pięknie to już nawet wróble ćwierkają w Michałowicach. Ha ha przecież wróble nie potrafią mówić. Zaśmiał się Patryk. Reszta wymownie milczała, on jeszcze mały, i wszystko przyjmuje dosłownie, powiedział Wiktor. Patrysiu, z tymi wróblami, to tak się tylko mówi. Jeśli jest tak, że wszyscy o czymś wiedzą, to można powiedzieć, że nawet wiedzą o tym wróble i o tym ćwierkają . Aha, zrozumiałem, Patryk przyjął postawę myśliciela. Tak więc będę czekała na maila, od Ciebie Majusiu  i Twoje teksty, pewnie wrzucę je do bloga, niech wszyscy czytają. Zgoda. A teraz babciu, pozwól że  potańczę, bo uwielbiam tańczyć a długo stać w jednym miejscu nie lubię. Potańcz Maju, wiem, że jesteś w tym dobra. Miałaś zaledwie pół roczku, gdy usłyszałaś muzykę cygańską,  od razu w rytm tej melodii wymachiwałaś rączkami , płynnie, jakbyś tańczyła flamenco. Ok., babciu, potem pogadamy o flamenco, lecę po swoje nagrania.

Wiktorek spokojnie słuchał mojej rozmowy z Mają i wreszcie dorwał się do głosu. Jaki byłeś grzeczny Wiktorku, nie przeszkadzałeś, gdy Majusia gadała. Bo kobietom trzeba ustępować, burknął. I zaraz dodał, a ja wyślę Ci babciu mój kalendarz książkowy z całego 2015  roku. Codziennie w nim zapisywałem to, co się wydarzyło. Tak jak dziadek Mirek. Na pewno się ucieszycie, bo fajnie wyszło.

Z przyjemnością obejrzymy ten twój pamiętnik w kalendarzu powiedział Mikołaj. Ja też sobie obiecuję prowadzić taki w tym nowym roku. Wszyscy będziemy kronikarzami, opiszemy naszą rodzinę. Patryk zaraz się włączył, a ja już mam taki kalendarz i będę na razie w nim rysował scenki z całego dnia, to co najważniejsze, ale niedługo też będę zapisywał. Niech dziadek będzie ze mnie też dumny.

Dziadek Mirek już jest z was dumny, jak paw. Oooooooo pawie widzieliśmy w Uniejowie, wszyscy wykrzyknęli. Dziadek będzie pawiem, hahaha. Chociaż dziadek do pawia nie jest podobny, oderwała się od swoich figur tanecznych Majusia i filuternie się zaśmiała. Tak, pawie widzieliśmy wszyscy i już tęsknimy za Uniejowem, odparłam.

A teraz kochane najmłodsze wnuki chciałam was zaprosić . Zainteresowali się wielce, licząc widać na jakieś ciekawe wydarzenie zabawowe. Nie, to nie będzie zabawa. Teraz przeczytamy fragment pamiętnika waszego pradziadka Jana Konopielko. Wiemy, mamy ten pamiętnik powiedzieli wszyscy zgodnym chórem. Fajnie, że jest wydrukowany, ma ładną okładkę ze złotym napisem a w środku tyle naszych zdjęć. Nawet ja tam jestem, powiedział Patryk, widziałem to zdjęcie, jestem taki mały, że umiem tylko pełzać po ziemi. Tak wszystkie zdjęcia są super, babciu. Lubimy ten pamiętnik, oglądamy sobie, jak już znudzą się nam zabawy, zwłaszcza wieczorem to wtedy  rodzice nam czytają. A teraz już będziemy czytali sami, chociaż to miło słuchać, jak czytają rodzice powiedział Mikołaj.

Otwieramy więc Pamiętnik Jana Konopielko i czytamy o tym, jak go niesłusznie oskarżono. Rosjanie, to byli, prawda babciu, rzekł Wiktor. Tak, Wiktorku to byli źli Rosjanie, bo są też dobrzy. Ci źli nie lubili Polaków a szczególnie takich, którzy byli wykształceni i którzy dbali, żeby nasz kraj nie  umarł. A dziadek Janek był nauczycielem. I co, chciał walczyć o Polskę? Spytała Majusia. Jeszcze więcej, on uczył dzieci naszego języka i opowiadał historię Polski. Taką prawdziwą historię powiedział Wiktor. Wiem coś na ten temat, słucham w telewizji mówią o tym, żeby uczyć innej historii niż ta prawdziwa. Masz rację, Wiktorku, może tak być i wtedy babcia będzie wam opowiadała jak było naprawdę. Tak jak kiedyś opowiadała mi moja mama, powiedziałam.  Babcia Stefa?- tak Mikołajku babcia Stefa. Też była nauczycielem, poważnie potwierdził Patryk. Tak więc dziadek Janek jako polski nauczyciel był uważany za wroga Rosjan i dlatego go aresztowano. Mama nam czytała jak był w więzieniu i jak potem jechał daleko do jeszcze gorszego więzienia. Tak, do łagru  w dalekiej tajdze, Mikołajku. I tam tęsknił za rodziną i za Polską. I tam były święta bez najbliższych. I nie został w dalekiej ziemnej krainie , wdeptany w błoto jak mój wujek. Oooo babciu, o tym twoim wujku nie wiemy. Kiedyś wam opowiem. Pradziadek Janek ocalił życie i po 12 latach wrócił do Polski,  do swojej żony i do synów..

Jak myślicie? Dlaczego tam nie umarł.

Bo był silny, odparł Mikołaj.

Zdrowy a nawet zahartowany dodała Majusia.

Bo kochał  rodzinę i chciał żyć dla swoich synów szepnął Wiktor.

Tak, tak synów, takich jak my, tata nas też bardzo kocha , uzupełnił Patryk.

To teraz cisza, kochani, czytamy:

 

 „….  Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę.

Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami…..”

 

 bombka2.JPG

 

 

PS

Niech Wam, nie będzie przykro Kochani, którzy zajrzycie do tego blogu.

Bo wnuków może nie macie albo gdzieś w świecie bujają szerokim, albo tylko czasem zadzwonią, bo czasu nie mają na odwiedziny , a ich dorosłe życie gdzie indziej i z kim innym.

Niech Wam nie będzie przykro, bo te wszystkie Pogaduszki to tylko moje świąteczne bajanie.

Zdrowych , przeżywanych w ciszy podniosłej i relaksacyjnej Zadumie ale i Optymizmem Radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzę….

Pogaduszki z Mikołajem ciąg dalszy

Pogaduszki z Mikołajem ciąg dalszy

SAM_1064.JPG

Chrzest już dość dużego M. Taki kadr…

 

 

Pogadaliśmy o dawnej babcinej choince i pierniczkach więc pora wrócić do tematu zasadniczego, do Mikołaja.

Mikusiu, czy wiesz, że dopiero Twoje pytanie o Mikołaja spowodowało, że babcia założyła okulary i zajrzała do netu. Przyznam się, że nie wiedziałam skąd wzięło się Twoje imię. A czy Ty wiedziałeś. Nie wiedziałem i nawet się nie zastanawiałem. Jestem Mikuś i kropka. To posłuchaj a ja ci poczytam. Najpierw to, co piszą w wielkiej księdze imion.

Imię Mikołaj pochodzi z Grecji. Tam nazywają ciebie Nikolaos. Fajnie, mogę być Nikolaos. Ale czy wiesz, co  oznacza to imię. Oczywiście, że nie wiem, nawet babcia nie wiedziała.

To czytajmy razem. Ty czytaj, babciu bo ja nie nadążę za tobą.

Twoje imię, wnuczku, po grecku złożono z dwóch części. Pierwsza, to  Nike co po polsku oznacza zwycięstwo o druga część imienia – laos  a po polsku lud.

I Grecy rozumieli to tak: Nikolaos to ten, który przynosi zwycięstwo swojemu ludowi.

A to ciekawe, wiesz babciu, ja lubię zwyciężać.

Szczególnie jak wbiję gola w piłce nożnej. Bo jak wiesz, już trenuję i mam zamiar zostać słynnym piłkarzem. Oj, nie wiem wnuku, czy warto i czy tak będzie.

Zobaczymy,  rzekł Mikołaj. Może będzie tak jak z tatą było, też kopał w gałę, nawet w klubie Hutnik, jak opowiadał, a potem został bardzo mądrym człowiekiem i pomaga ludziom. No, właśnie, Mikołaju.

W wielkiej księdze imion piszą, że chłopiec który ma takie imię jak ty, jest bardzo ambitny, uparcie dąży do celu pokonując przeszkody i zwykle czymś dobrym się wyróżnia od innych. Czasami ludzie myślą, że jest chłodny, ale ma wiele czułości i zmysłowości w swoim środku. Zmysłowości- nie wiem co to znaczy. Jak by ci to wyjaśnić. Na przykład lubi się przytulać do ludzi, do swojej żony, gdy już się ożeni i jest dla niej dobry, dba o nią i o innych .

Mikołaj dba o innych, to  rozumiem. Ja też tak mam. Pamiętasz babciu, zawsze mi to przypominasz, jak byłem bardzo mały, nie miałem jeszcze trzech lat jeździliśmy razem w góry. I zawsze pytałem czy babcia wsiadła, bo siadałaś na krzesełku w bagażniku i ciebie nie widziałem . Tak, Mikołajku, to było bardzo miłe, wzruszające i niezapomniane.

A cóż to znaczy wzruszające. No, takie, że człowiekowi robi się ciepło w sercu gdy coś usłyszy lub kogoś zobaczy. Aha, rozumiem, też tak mam jak widzę swoich rodziców, siostrę czy nasze psy i koty nawet. Jak wróciłem z obozu, bo pamiętasz, że w tym roku byłem pierwszy raz na obozie, to gdy zobaczyłem nasz domek i wszyscy mnie witali, to właśnie wtedy się wzruszyłem. Tak, bardzo kocham moją rodzinkę wszystkich którzy mieszkają ze mną no i oczywiście dziadków i ciocie. Fajnie, Mikołajku, tak trzymać!

O wiesz, co tu jeszcze piszą w tej księdze imion. No nie wiem, bo już mówiłem, że z czytaniem to jeszcze nie bardzo mi idzie, chociaż już trochę umiem. Tu piszą, że może w przyszłości zostaniesz wielkim biznesmenem, lekarzem albo prawnikiem.

Z tego wszystkiego tylko rozumiem jak to być lekarzem, bo rodzice wracają do domu zmęczeni, ale się cieszą, że komuś pomogli ale najgorzej jak ich nie ma przez całe noce, bo są na dyżurach. Wtedy jest nam smutno, dobrze chociaż, że nie mają razem dyżurów , więc jakoś tam jest. Nie jestem pewien babciu , czy  zostanę lekarzem, na razie o tym nie myślę, bo kocham piłkę nożną. Aha, czy wiesz co robimy gdy jedno z rodziców jest na dyżurze. Trochę wstyd się przyznać, bo to nie higieniczne, jak mówi moja druga babcia. Gdy już jest ciemno, przychodzi noc, za oknami szumią wielkie sosny i chcą nas straszyć, bo mieszkamy właściwie w lesie, wtedy idziemy spać do jednego wielkiego łóżka. Wszyscy śpimy razem, a nawet przytulają się do nas nasze psy i koty. Tylko nikomu o tym nie mów, bo może będzie się śmiał. Ale właściwie to nie jest śmieszne. Przecież jesteśmy wielką rodziną.

        Och, Mikołaju, tyle się o tobie naczytałam. Jaki będziesz kiedyś, gdy dorośniesz? Pewnie nie jestem jedyną babcią, która się zastanawia. Wszak wśród  bliskich imię to jest dość popularne. Zosia Cz., moja wierna komentatorka, ma wnuka Mikołaja, Tadeusz też, i wielu innych których wymieniać nie będę. No i nam się  przytrafił.  Fajnie jest z Mikołajem…

Ale żebyś wiedział, że reszta naszych wnuków też jest bardzo dla nas ważna i bardzo was wszystkich kochamy. Och, wiem babciu, nie musisz mówić. Obiecaj, że kiedyś poczytamy w tej twojej wielkiej księdze imion o mojej siostrze i rodzeństwie ciotecznym. Tyle ich mam, fajnie, że stworzyliście z dziadkiem taką dużą rodzinę. Ja też tak chcę, niech no tylko się zakocham….

 

PC240051.JPG

 

Jeszcze Ciebie, nasz M.. na świecie nie było…obejrzyjmy to powigilijne zdjęcie. Kogo rozpoznajesz?

Pogaduszki z Mikołajem.

z Majką.JPG

Z M. kilka lat temu

 

 

 

Pogaduszki z Mikołajem.

I znowu inny temat się tutaj wplótł , wypierając  planowane. Pani Konopnicka nadal czeka cierpliwie, bo właśnie wdarł się Mikołaj.

No, cóż tak jest, że trzeba wchodzić przebojem, wciskać się do głowy, tupać niecierpliwie przy moim krześle komputerowym, a właściwie zwykłym krześle ogrodowym ( bo wysokość wydawała się odpowiednia) przystawionym do stołu w dużym pokoju, gdzie laptop się rozsiadł. Tak więc uległam owemu tupaniu, blokowaniu klawiszy i tym podobnym zabiegom i ostatecznie poddałam się Mikołajowi.

Stanął przy mnie i mówi. Przecież przed kilkoma dniami były moje imieniny.  A nawet wtedy przyszedł do nas Św. Mikołaj.

Opowiedz mi coś o Mikołaju. Tylko krótko, bo jak wiesz ludzie z mojego pokolenia lubią krótkie teksty. Nie chcemy czytać długich, bo nudne. Odparłam, że moje pokolenie cierpliwie czytało nawet Kraszewskiego, którego Ty pewnie nigdy nie weźmiesz do ręki. Ale  „O Krasnoludkach i sierotce Marysi Konopnickiej” przeczytam, rzekł, obiecałem sobie gdy byliśmy w Bronowie, w dworku tej pani pisarki. Niech no tylko nauczę się czytać…

Wróćmy więc do Mikołaja, powiedziałam. Zgodził się bo taki był zamiar na początku naszego spotkania.

Właśnie minął  kolejny 6 grudnia , Twój dopiero 5, ale mój …. Mój Boże, ileż już takich dni było, jak ten czas leci. Zdziwił się że tych moich lat minęło już tyle, chociaż widziałam, że podana przeze mnie cyfra była dla niego abstrakcyjna. No cóż, jemu nawet starsze o kilka lat dzieci wydają się dorosłe.

Westchnęłam, właściwie w moim dzieciństwie prezentów na Mikołaja nie było, a tylko  jakaś mała szara paczuszka i to dopiero pod choinką.

Mikołaj zasępił się, jak to nie było  prezentów pod poduszką paczek różnokolorowych, z szeleszczącym papierem i wstążeczkami. Zawsze je zbieram, bo się przydają na następny rok.  Bo to były lata 50 ubiegłego wieku, odparłam, czasy powojenne były biedne, zgrzebne i szare. Nie rozumiem co znaczy zgrzebne. To takie stare nazwanie i oznacza byle jakie, bez ozdóbek i kolorów. Aha.

Nie wiem po co to Tobie opowiadam, i tak nie zrozumiesz.

A właśnie, że rozumiem bo w telewizji pokazują biedne dzieci, dla których robiliśmy w przedszkolu paczki. One nie chcą się przyznać do tego, że są biedne. Żeby im  nie było  z tego powodu przykro, nasze paczki wręczają im obcy ludzie.

Już tematu nie rozwijaliśmy , jedynie pochwaliłam, że to dobrze. Dobrze, że są ludzie którzy mają złote serca i się dzielą z innymi.

    Potem opowiadałam mu o mojej choince z dzieciństwa. Była wysoka pachnąca lasem i ozdobiona różnymi gwiazdkami z papieru i łańcuchami, które robiliśmy sami. Nie pomnę, czy były jakieś bombki. Może tak, może nie. Ale na pewno mój tata a Twój pradziadek przyczepiał specjalne klamerki  do gałązek i ja przyczepiałam . Klamerki miały takie gniazdko na świeczkę . Wkładaliśmy tam prawdziwe świeczki które zapalaliśmy przed Wigilią uważając, żeby któraś nie oszalała i nie podpaliła naszej choinki.

Popatrzyłam na Mikołaja. Zauważyłam jak pociemniał błękit jego ocząt. To było super, babciu wykrzyknął. Bardzo chciałbym mieć takie świeczki na choince no i oczywiście je zapalać. Wyjaśniłam, że teraz takie czasy, że nie tylko światełka są trochę sztuczne, ale nawet choinki bywają sztuczne. Temat się zrobił trochę niebezpieczny, bo pewnie dalsza rozmowa dotyczyłaby wymuszania zapalania prawdziwych świeczek na choince i w efekcie  jego rodzice zmyliby mi za to głowę.

     Dlatego też zmieniłam temat na świąteczne zapachy.  Wiesz, moja mama  dużo wcześniej, zanim przyszły święta wypiekała małe pierniczki i  co roku chowała je  w różnych miejscach, bym się nie dobrała przed czasem. Gdy zbliżały się święta, codziennie wracając ze szkoły  niuchałam, czy już coś specjalnego pachnie w kuchni. Gdy pachniało pięknie , pierniczkowo , od razu przystępowałam do szukania.  Myszkowałam po domu, zaglądałam nawet w mysie dziury i zawsze znajdowałam to, co mama przede mną  ukryła. Pamiętam ,  że kiedyś schowała je  w wielkim garnku z pokrywą do gotowania słoików z kompotami, który stał sobie jak zwykle pod stołem w kuchni i właściwie był niewidoczny, zasłonięty ceratą zwisającą ze stołu. Przeszukałam kuchnię i okolice, aż wreszcie zajrzałam pod stół. I ta kryjówka okazała się dla mnie za łatwa. Zabrałam się za chrupanie.  Mama się zdziwiła, że je znalazłam, ale nie krzyczała widząc, że  wszystkich nie dałam rady zjeść. Po prostu było ich za dużo na mój w końcu dziecięcy żołądek.  Tak więc pierniczki dotrwały do Wigilii.  Och, mój Gorzów pachnący piernikami, daleko już poza mną, westchnęłam.  

Mikołajek załapał temat. Uwielbiam piec pierniczki z siostrą i rodzicami a czasami też zapraszają nas ciocie na specjalny pierniczkowy wieczór . Ja obsypuję je maleńkimi okrągłymi cukiereczkami kupionymi w sklepie. Są piękne i bardzo smaczne. Mniam mniam….

Nasze pierniczki nie były ozdabiane cukiereczkami. Jak to? Tak to, odparłam. Po prostu takich smakołyków  w czasach mojego dzieciństwa nie było. Niemożliwe , może źle szukałaś, nie znalazłaś odpowiedniego sklepu, albo należało pojechać do jakiegoś centrum handlowego, albo delikatesów Piotra i Pawła, zresztą sam nie wiem gdzie. Ale na pewno gdzieś byś znalazła, gdybyś tylko zechciała.

No, cóż, wzruszyłam tylko ramionami.

I tak mały nie zrozumie…..

Chciałam zakończyć tę rozmowę, bo dziennik TVN się zbliżał, a tego rządowego nie oglądamy, ale Mikołaj nie ustępował. Miało być dużo i miało być o Mikołaju.

O Mikołaju będzie następnym razem. Zgoda. Jesteśmy umówieni, przybił „ żółwika” na pożegnanie i poszedł na strych szukać skarbów. Już się wdrapywał na schody, ale jeszcze wrócił. Powiedział:

Tylko obiecaj, że kiedyś pojedziemy  do miasta, gdzie się urodziłaś i gdzie byłaś mała taka jak ja i gdzie nie sprzedają kolorowych cukiereczków.  Mikołajku, już teraz tam można kupić wszystko to o czym zamarzysz, także kolorowe ozdoby na pierniczki. Ucieszył się, choć nie dowierzał. Odebrało mi mowę, bo jak małemu wyjaśnić, że „…czas jak rzeka, jak rzeka płynie, Unosząc w przeszłość tamte dni…” Niemen mi tylko zaśpiewał w głowie.  Tak, do babci Gorzowa kiedyś pojedziemy, obiecałam, zdając sobie sprawę, że rzucam słowa na wiatr. Jednak znając wyśmienitą pamięć i konsekwentny upór mojego wnuka, tak łatwo się nie wymigam…..

 

 PierniczkiGazetaWrocławska.jpg

Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

 

 

kercelakfotomapa copy.jpg

 

TVN24Kercelak.jpg

Widok na Plac Kercelego, 1935 r.  zdjęcie z netu

HandelŻywnościąKercelak_1928.jpg

 

BarDlaWszystkichChłodna.jpg

 

Targowisko_na_placu_Kercelego_w_Warszawie.jpg

 

z20696271Q,Kercelak-w-Warszawie-Stragan-z-rowerami-i-czesciami.jpg

Zdjęcia z netu, Plac Kercelego przed II Wojną światową, ależ klimaty!!!

 

 

Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

 

królTwardochOkładka.jpg

To nie będzie recenzja, bo takowe piszą fachowcy.

To będą tylko wrażenia, przemyślenia i skojarzenia związane z  lekturą opisane przez zwykłą babę w późno średnim wieku. Wybaczcie rozwlekłość która się pojawiła w trakcie porodu tego wpisu….

Ale po kolei:

     Na wstępie muszę przeprosić panią Marię Konopnicką za gwałtowną zmianę tematu. Po poprzednim moim blogowym wpisoliście, dojrzewał już następny, gdy nagle  wdarł się w tę zaplanowaną układającą się w głowie listopadową moją pisaninę Szczepan Twardoch ze swoim „ Królem”.

    Jak zwykle zaczęło się w michałowickiej bibliotece, gdy niespodziewanie Panie podały mi tę książkę.  Niespodziewanie, bo jeszcze jest ciepła, niedawno wydana a kolejka czytelników pewnie była duża. Wiedziałam wcześniej , jakieś recenzje poczytałam beznamiętnie i wcale  nie miałam pewności czy chcę po raz kolejny spotykać się z tym pisarzem, bo ogólnie drapieżny jest.

Ale gdy książka sama „weszła mi w ręce”, nie zrezygnowałam.

I  dobrze, bo przeczytać było warto.

Bo pomimo tragicznej wymowy i wszechogarniającej smuty, okrucieństw i właściwie samego Zła, znalazłam w niej coś dla siebie. Ale o tym będzie dużo później.

   Na razie odłożyłam „ piłowanie” Nocnika Żuławskiego, niech poczeka ze swoimi pretensjami do świata….

     Czytając pierwsze strony : „Króla” odniosłam  wrażenie, że książka jest napisana gorszym, jakby mniej sprawnym stylem niż „ Morfina”, „Drach” i inne Twardocha. Ale  to wrażenie natychmiast zniknęło,  przestałam analizować,  porównywać, bo zostałam wchłonięta „ z uszami „ przez tę książkę ….

Uff, właśnie skończyłam czytanie które zajęło mi niecałe dwa dni. Tak krótki czas lektury jednej pozycji zdarza mi się bardzo rzadko.

„Król” mnie znokautował i całkowicie zaskoczył oryginalnym, niespodziewanym  zakończeniem. A właściwie całym pokrętnym zabiegiem literackim.

       Gdy zamknęłam tę książkę i odparowywałam, M. zapytał o czym jest ta powieść ?

Nie mogłam mówić, odpowiedzieć, bo stale miałam zaparty dech.

Dopiero teraz uspokojona, porządkuję ją w sobie.

Twardoch opowiada wyśmienicie, czyta się płynnie treści krwią nasączone, przemocą, złym seksem, gwałtem, strachem, ucieczką. Jest też tam i miłość, chociaż  trudna i smutna. Wszystko jest zresztą smutne bo jest Złe. Ale  o dziwo, nie wiem, jak to robi Twardoch , jakich używa zabiegów, że bohaterowie pomimo swoich okrutnych czynów nie budzą wstrętu, ba nawet człowiek im czasem kibicuje. Coś dziwnego…

      Jest to niezwykle dynamiczna opowieść o Warszawie  1937 roku, Polsce tonącej w  gąszczu frakcji politycznych, o ich przekładankach , dwuznacznościach, o słynnej Berezie Kartuskiej, o tyglu wrzącym. …

Nie wiem co by się dalej działo z naszym krajem, gdyby nie  wybuch wojny.

Aż strach porównywać dzisiejsze czasy z tamtymi, chociaż cisną się w głowie paralele…Brr, lepiej nie myśleć. Bo od myślenia głowa boli , jak mawiali moi pacjenci….

    W trakcie lektury nie mogłam się nadziwić, skąd Szczepan Twardoch,  młody człowiek , w dodatku  Ślązak z krwi i kości,   zna tyle faktów z historii i skąd zainteresowanie nimi. Potem przeczytałam w necie ( Wyborcza- Książki) wywiad z tym autorem . Opowiada on, że zainspirowała go pewna powieść z lat 60 ( jak mówi- nudna) o czasie międzywojnia w Polsce, a potem zebrane przy pomocy dobrego człowieka  artykuły prasowe z tego okresu. Doznania bokserskie , które tak starannie i dosadnie przedstawił w książce są jego własnymi doświadczeniami pogłębionymi na użytek tej powieści .

    Twardoch nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził bohatera  fantastycznego i jednocześnie niemego komentatora zdarzeń .  W „Drachu” jest to smok, a tu Litani – wielki kaszalot pojawiający się  warszawskim niebie. Jego wygląd,  zachowanie, żywe reakcje na to co widzi  przyprawiają o dreszcze i mogą powodować lęk przed naszą przyszłością. A może posunęłam się za daleko w tej interpretacji…..Również zastanawia  tytuł powieści. „Król” który po lekturze brzmi gorzko, dramatycznie, przekornie rzekłabym. Jaki król? Jeśli król, to czego? Na koniec autor zamieszcza takie słowa głównego bohatera:  

„ ….A teraz jeszcze jesteśmy nad Warszawą. Nad Nalewkami, Tłomackiem, nad Miłą, nad Gęsią i placem Kercelego, nad moim królestwem…..    

       Wyglądam przez okienko samolotu i widzę szary łeb kaszalota. Jego oczy płoną.

      Patrzy na mnie , otwiera zębatą paszczę i śpiewa swoją pieśń myśliwego”

       A teraz , kończąc poprzednie wywody, chcę wytłumaczyć,  dlaczego ta powieść stała  mi się  bardzo bliska.

Dla czytelnika nie związanego z Warszawą, nie znającego wymienianych w książce ulic, przeżycie  lektury może  być niepełne. Bo tak odbieram powieści Chwina z Gdańskiem czy Sopotem w tle czy wrocławskie wędrówki Krajewskiego. Nie znam tych miast, nie jestem z nimi związana emocjonalnie, więc umyka to, co jest solą powieści.

    Ale  tam, gdzie gros akcji „ Króla „ na starych błotnistych wówczas bardzo biednych żydowskich ulicach Warszawy  w nowoczesnych blokach mieszkają moje dzieci.

Bywam tam często, ba, nawet bardzo często. Przemierzam nieistniejące dziś ulice, zachowane jedynie z nazwy. To nie są jedynie puste nazwy, każda kryje wielki kawał historii i zamyka minione życie. Zawsze to czuję gdy tamtędy człapię. Ale  teraz dodatkowo towarzyszy mi   „Król” .

Najpierw wolno wędruję  z dworca WKD Ochota ulicą Okopową ,  – lubię piechotą, by opuszczając Ochotę, powoli zanurzać się w Woli, oddychać jej zapachem, nurkuję w Grzybowską, oglądam ocalałe domy ze śladami po kulach.

Po prawej pulsuje utajonym życiem plac zwany Kercelakiem . Oczywiście już go nie ma, ale teraz go czuję specjalnie , bo tak plastycznie, wyraziście ożywił go Twardoch.  

Potem po obwodzie tegoż targowiska, zawijam w prawo Lesznem i powstałą dopiero po wojnie słynną trasą W-Z.  To opisana w powieści  trasa pochodów robotników komunistów, akcji faszystowskich falang i policji. I chyba teraz widzę tamte sztandary twarze szare zniszczone i żar w oczach i zda się że zaraz zaświszczą kule….

Potem jest  Żelazna i Chłodna ( tam osobne doznania) i znowu Żelazna w miejscu gdzie przychodzą na świat nowe pokolenia, bo jest tam szpital położniczy im. św Zofii.

Zawsze się zatrzymuję przy zaznaczonych na chodniku obrysach oczywiście dawno zburzonych  murów getta.  Nie stawiam stopy  na ten pas bo i tak się czuję jakbym deptała po trupach mieszkańców, nie tylko po ich śladach. Ilekroć  tam bywam zawsze  odnoszę wrażenie, że otaczają mnie czarne duchy.

Gdy wracając , docieram na Żytnią, cieszę się, że nie jestem samochodem, bo nigdzie nie ma wolnych  miejsc parkingowych . W pobliżu usadowiła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji,  zagarnęła przeciwległy chodnik i razem z Radiem Józef też tam mieszkającym, spokojnie sobie patrzą na śmieci walające się na wąziutkim trawniczku.

Dawna ulica Nalewki pozostaje jedynie w zapiskach historycznych, chociaż zachowano jej maleńki  fragment, który nosi teraz nazwę Bohaterów Getta.  100 m dalej jest wprawdzie miniuliczka o  nazwie Nalewki , lecz zajmuje ona koryto głównej część dawnej Gęsiej. Ale w czasie wędrówki czuję te  dawne Nalewki są gdzieś tutaj, ukryte pod niewywiezionym gruzem z getta, bo się nie dało wszystkiego wywieźć, więc pobudowano domy na tym, co pod spodem….Wszystko się wymieszało, splątało i powstało nowe.

Na Nowolipkach bywam u stomatologa ale przede wszystkim  oglądam cudem ocalały jedyny obiekt terenów getta zamienionych w rumowisko po powstaniu w gettcie- kościół św. Augustyna, mam w oczach tamto zdjęcie. A po wojnie to tam  , wielokrotnie  gromadzili się mieszkańcy wierząc, że na wieży pokazuje się Matka Boska . Ileż to władze miały z tym problemów, parokrotnie wieżę malowali, rusztowaniami zastawiali, aż ucichło…No i czasem  spotykam tam  także Dziewczęta z Nowolipek , stale młode jak kiedyś….

 Idąc po starszego wnuka do szkoły, jestem blisko Miłej, która kojarzy mi się najbardziej z pięknym wierszem Broniewskiego ….

Gdy zmierzam do przedszkola młodszego wnuka, przechodzę przez Okopową, by na jej rogu z Lesznem wskoczyć do delikatesów. Tu gdzieś była knajpa, którą polubili bohaterowie „Króla”. Tyle tam się działo….

Zanim odbiorę wnuka z przedszkola, zaglądam na tyły gromady wysokich bloków już starych, bo chyba z lat 70 ubiegłego wieku by się znaleźć przy króciutkim teraz początkowym fragmenciku dawnej , kiedyś ładnej i długiej ul. Gęsiej..

I wtedy zawsze patrzę na wysoki mroczny mur cmentarza żydowskiego  i dalej na wschód, w kierunku pobliskich  Powązek, gdzie śpią wiecznym snem  świadkowie dawnych lat a mur mi mówi, że pamięta. Zatrzymany   czas……

Tak,  Szczepan Twardoch  spowodował, że te ulice z których pozostały już tylko nazwy teraz żyją życiem bohaterów ” Króla „ nie tylko moją wyobraźnią zawsze uruchamianą i tym dreszczem na plecach …..

     Bywa, że bohaterowie tej powieści opuszczają te najbiedniejsze żydowskie ulice Warszawy. Ci gangsterzy w swoich pięknych samochodach ( któryś z recenzentów zarzucił Twardochowi, że wówczas na ulicach Warszawy nie było takich wielkich i barwnych samochodów, że raczej opis przypomina lata 90 ubiegłego wieku w Polsce, ale mnie to nie przeszkadza, bo czy to ważne? ) , więc ci gangsterzy jadą na południe od Alej Jerozolimskich, gdzie jest jakby drugie miasto i wytworne ulice tudzież kamienice bogaczy. To właśnie tam ,  u zbiegu Pięknej i Koszykowej faktycznie mieścił się  słynny w Warszawie burdel prowadzony przez autentyczną Ryfkę de Kij.

I ona znalazła się w powieści” Król”.

Ryfka Kij jest dla mnie najciekawszą , najpiękniej wyrysowaną przez Twardocha , najciekawszą, najbardziej ludzką i najbardziej pełnokrwistą postacią . Jest silna , życie ją zdrowo przećwiczyło, ale przetrwała, zwyciężyła i ocaliła swoją chyba jedyną miłość. Miłość na całe życie. Ta mocarna kobieta , wg mnie,  zasługuje na imię królowej.  

.      Powieść „Król” stała się  dla mnie kamieniem milowym w wędrówkach po Woli . Do tej pory ponosiła mnie tylko własna wyobraźnia, nieco podparta wiadomościami ale to Szczepan Twardoch  spowodował, że te miejsca ożyły życiem bohaterów ” Króla „

     I dlatego na koniec tej mojej pisaniny tak sobie pomyślałam, a nawet się rozmarzyłam, by Was zaprosić, kochani.  Może kiedyś wybierzemy się tam razem, skrzykniemy, niech będzie tak nowocześnie bo np. na facebooku J i  dopóki jeszcze noszą nogi powędrujemy ulicami warszawskiej Woli, tym starym magicznym  szlakiem z przewodnikiem  „Królem „ 

A gdy nadejdzie kres tej wędrówki, w Szwajcarskiej przy ul. o wymownej nazwie Wolność kupimy ulubione przez wnuki bułeczki z francuskiego ciasta nadziewane szpinakiem albo jabłkiem , bo wszak wałówa się przyda.

I udamy się na Dzielną ( znów ta nazwa!) , gdzie plac zabaw.

Usiądziemy na ławce, nawet wiem na której, bo ją lubię , wyciągniemy obolałe nogi , twarz wystawimy do słońca, „ Króla” schowamy  do torby by nazajutrz oddać go innym do czytania, zapomnimy o pobliskim Pawiaku i o całym złym świecie.

Posłuchamy jak ptaki się skrzykują a dzieciaki piszczą.

A może wtedy przyjdzie do nas  optymizm i wiara, że „jutro będzie dobry dzień”

 

 

wychow, witon, o3.2011.JPG Zdjęcie sprzed kilku laty. Nowe pokolenie na Dzielnej……Optymizm? Wiara w lepsze jutro? 

Do pani Marii Konopnickiej. ( 1 )

l1.JPG

 

 

 

Do pani Marii Konopnickiej

Szanowna Pani Mario.

Nie wiem, czy ktoś do Pani pisuje listy, ale ja postanowiłam. Muszę opowiedzieć po kolei jak było. Proszę wybaczyć pewną rozwlekłość i detaliczność, ale Pani należy do pokolenia, które  czytało ze zrozumieniem długie teksty. Bo teraz, nie wiem czy Pani wie,  wszechwładnie panują krótkie lakoniczne smsy czy maile a niewiele osób jest w stanie przeczytać coś dłuższego, nie mówiąc o książkach.

Po tym wstępie przystępuję do mojej rozwlekłości.

Jesteśmy już bardzo dorośli i przebyliśmy długą drogę od czasu, gdy czytywaliśmy  Pani wiersze. Drogę tak długą, że już zapomnianą.

Ale od czegóż jest kontynuacja pokoleń. Dzięki dzieciom i wnukom odkryliśmy Panią na nowo.

Stało się to pewnego deszczowego dnia, gdy Uniejów tonął w deszczu.

    Gdy trwały dzikie  awantury aniołów w niebie , które opisałam przed kilkoma dniami, w pewnym momencie Pan Bóg  powiedział im basta. Rzekł: dość tych kłótni i bijatyk, politycznego rozdarcia, jakchiś sympatii dla jednego tylko stronnictwa,  dyskusji kto ma rację czy pewien Ojciec z Torunia, czy sam Pan Jezus, czy skromność i bezinteresowność ważna, czy koniunkturalizm. Tym, którzy byli za obecną władzą bo liczyli na profity z niej spływające, takie jak złocenia skrzydeł i szat anielskich, czy nowe postumenty pod świętymi figurami, a to odnowione kościoły tylko w jednym wybranym regionie kraju, Pan Bóg sprawiedliwy pogroził palcem.

Na nic się to zdało, już nikt nie chciał Go słuchać.

I wtedy  Pan Bóg rozsierdzony wielce, wziął wielką polewaczkę z sitkiem, jakże dobrze nam znaną z dzieciństwa, i solidnie zaczął wszystkich polewać wodą .

I nam się przy okazji dostało.

Od razu zapanował w przyrodzie  spokój, mglisty wprawdzie zapłakany, ale cichutki, przyczajony, zapraszający do innych zajęć niż  swary polityczne albo  fotografowanie dookolnych cudów natury.

     W takim to właśnie dniu wybraliśmy się na wycieczkę samochodową. Jakoś się wbiliśmy w samochód i jazda….

Wznosiliśmy się ponad dolinę Warty na niewielką wyniosłość terenu nazywaną mądrze w necie „wybrzuszeniem w niecce kredowej”.

Szosę otulał mroczny listopadowy las mieszany , by nagle odsłonić widok na wielkie zielone połacie właśnie wschodzącej oziminy. Podczas gdy ta zieleń  chciwie piła wodę spadającą z nieba, my mknęliśmy dalej.

Niestety okoliczne ZOO w Borysławiu było zamknięte na głucho. Nie wiadomo, czy zwierzęta spały, czy co, ale powitała nas tylko cisza.

      Jednak po drodze dzieci zauważyły kierunkowskaz z oznaczeniem : Dworek w Bronowie, dworek Marii Konopnickiej.

Pewnie gdybym sama tamtędy przejeżdżała, nie miałabym nawet ochoty na odwiedzenie tego miejsca.

No cóż, Pani Mario. Dworek jak dworek, a Pani rymowanie  już dawno za nami. Ale wnuczęta się ożywiły. Pierwszoklasistka Majusia zaczęła recytować  Tęczę , bo niedawno się nauczyła tego Pani wierszyka. Zrobiło się jaśniej.

Tak więc zamiast wracać na basen w Uniejowie skręciliśmy w prawo by po wielu zakrętach ujrzeć Bronów. Nowy kościół, trochę zabudowań, tego Pani nie widywała, bo nie było.

I nagle pojawiła się  duża sięgająca nieba kępa nagich o tej porze roku,  drzew.

Tak, to pewnie tam jest ów dworek, powiedziały dzieci.

Aleją żwirową  rozcinającą ścianę ogromnych ,  wiekowych drzew ,  dotarliśmy do dworku. Murowany i kryty blachą jest teraz i jak potem przeczytaliśmy jest repliką Pani dawnego drewnianego krytego strzechą.

Na parkingu nikogo nie było, okolica jakby wymarła, zaczęłam podejrzewać, że i dworek zamknięty na głucho.

Ale czekała nas miła niespodzianka, bo gdy z parasolem podeszłam do wejścia, tylnego, od parku, nagle usłyszałam miłe chrobotanie klucza w zamku i po chwili na progu stanęła sympatyczna  pani  . Zapytałam, czy można obejrzeć i czy należy kupić bilety. Pani odpowiedziała, że wstęp jest wolny i zaprosiła nas do wnętrza.

Weszliśmy w ciepło innego świata……

 

Uniejów jak mages.

SAM_6233.JPG

 

SAM_6232.JPG

 

SAM_6231.JPG

 

SAM_6234.JPG

Anielskie welony mgielne nad Wartą…..wiatr nie dał się sfotografować…zresztą anieli też nie 🙂

 

 

 

Uniejów jak magnes.

Nadal jestem zakochana w Uniejowie.

Minęły już 3 lata od czasu, kiedy to namiętnie opisywałam w tym blogu ( wyodrębniając nawet osobny rozdział zatytułowany Uniejów),  niedawno poznane miasteczko nad wielką Wartą, moją rzeką rodzinną.

Wszak Gorzów, gdzie przyszłam na świat nad tą samą Wartą leży.

Jak widać ta rzeka trwale wbudowała się we mnie, w moją pamięć, serce  a może nawet w jakiś gen. Nie wiem, muszę zapytać wnuki, czy  słowo Warta budzi w nich ciepło podobne do mojego.

Albo nie zapytam, tylko przyjmę jako pewnik.

Po prostu Wartę mamy w genach i już.

Od czasów odkrycia Uniejowa, przyciąga on nas jak magnes.

Wędrujemy tu co 3 miesiące, by wymoczyć kości we wspaniałej wodzie termalnej ale przede wszystkim odwiedzić  miasteczko.

Tu jest nam bliżej niż do Gorzowa więc mam moje miasto jakby w pigułce.

       Od kilku dni anieli w niebie się tłuką , wicher robią wielki, pierzem ze skrzydeł sypią po niebie, swoje welony mgliste rozrzucają poranne i nawet złośliwie zakryły księżyc, gdy był najbliżej ziemi, a ja bezsilnie i bezskutecznie wytrzeszczałam oczy.

Oj coś czuję, że się naraziłam jakiejś anielej frakcji, bo śmiałam skrytykować nowe oblicze śp. Lecha Kaczyńskiego na głazie ustawionym pod Pałacem Prezydenckim. Na Boga, powiedziałam widząc kolejną maszkarę , na Boga, powiedziałam, chyba  w tym kraju, w naszej pięknej Polsce rzeźbiarzy dobrych gdzieś pozamykali. Czy ki licho.

I mam za swoje. Burzę w niebiesiech wywołałam, i stąd bitwy aniołów oraz pogoda pod psem.

      Ale to nic, idę wzdłuż wałów przeciwpowodziowych, a właściwie brnę z trudem bo wiatr zbija z nóg, idę i wypatruję …czegóż ach czegóż….

Właściwie na tym powinnam zakończyć, bo i tak wiecie czego wypatruję. Ale jednak rozwinę.

Otóż wypatruję tego, że jest jak zwykle.

Że  Warta szeroka i płynie  rączo, kładka nad nią wisi i zaprasza a miasteczko sobie drzemie  u boku rzeki , spokojne czuwaniem bardzo starego zamku , zadowolone z siebie, z ryneczku ukwieconego, czyściutkiego, ławeczek kolorowych i ludzi przemykających na  wietrze…..

 

SAM_6244.JPG

 

SAM_6245.JPG

 

SAM_6246.JPG

 

SAM_6249.JPG

 Na zdjęciach nie widać zamku, ale jak kto zechce, zapraszam do wpisów zatytułowanych Uniejów…..

Piramidy i Gorzów.

Kochani moi.

Na chwilę przerywam listopadowe ckliwości a także lęki o naszą kulę ziemską .

By zmienić nastrój  chcę Was zaprosić do innego świata.

Świata fikcji a może prawdy . Można mieć wątpliwości jak jest ale miło wierzyć że jest to drugie. Przefrunęłam wiele portali w necie i odkryłam, że wyznawców różnych kosmicznych teorii jest wielu.

Ale po kolei  , najpierw wstęp by wyjaśnić dlaczego dzisiaj  takie moje pisanie .

Otóż przed kilku laty, gdy jeszcze byłam Łuką i zamieszczałam  jakieś kawałki w nieistniejącym  portalu MM Gorzów, przyszedł do mnie ten temat.

Stało się to za sprawą jednego z komentatorów mojego artykułu o „ Szlaku Jedwabnym „ . Już nie pomnę w jakim kontekście, rzucił on, że jeszcze piramid w Gorzowie brakuje. Czy jakoś tak. Ów chyba bezrefleksyjny żarcik zasiał we mnie chęć rozwinięcia tematu. Po czym wystąpiło kiełkowanie w mojej głowie i wydałam taki „plon”.

Najpierw mój wewnętrzny imperatyw zmusił mnie  do szperania w necie, zebrania różnych wiadomości i wydania ” dzieła „ które będzie dalej przedstawione.

Niestety likwidatorzy tamtego portalu skasowali  tamte wpisy i to, co było najfajniejsze , ślady naszych potyczek słownych. Szkoda.

Czegóż nie było w tej naszej  MM-ce. Co pewien czas, po chwili spokoju następował  okres  kiedy to ludziska rozpoczynali kłótnie o sprawy nie zawsze merytorycznie ważne, rzucali mięsem  złośliwości, emocje szybowały w niebo, by potem osiadać spokojnie na płaskiej powierzchni naszego MM- kowego świata.  Wspominam tamte czasy z przyjemnością , ba, nawet czułością, zresztą jak wszystko to, co minęło i jest  niepowtarzalne .

Może przydługie te wyjaśnienia, ale tak mam. Zresztą mnie znacie.

Kończąc te wywody muszę nadmienić, że po przedstawieniu wiedzy zdobytej w necie, wrzuceniu własnych zdjęć piramid, doszłam do wniosku, że  wszystko jest możliwe-mój  Gorzów, w nim piramidy i mieszkańcy szukający tam ukojenia.

Wszystkie złe myśli a nawet postępki  zostaną złagodzone przez szczególną aurę  wnętrza piramid , skąd już tylko kontakt z kosmosem…i nastąpi kraina łagodności….

Przed piramidami i  Sfinksem w Gizie ( zdj. własne)

Piramidy i Gorzów

W 1976 roku sonda Viking wykonała serię zdjęć powierzchni Marsa. Znaleziono  kilka regularnych tworów przypominających piramidy.   Obiekty te są położone  na 30 stopniu szerokości geograficznej Marsa , prawie tak, jak egipskie piramidy w Gizie – dzielnicy Kairu   A ich układ   , podobnie jak egipskich , jest podporządkowany stałym liczbom- Pi i Fi . Czy to przypadek ?

Podobno  NASA celowo ukrywa  wiedzę o Marsie i piramidach . I dowiemy się o nich dopiero wtedy, gdy dotrzemy na tę planetę.

A czy tylko zwykłym zbiegiem okoliczności można nazwać fakt, że  słowo Kair w języku

Arabów celeutyckich oznacza Mars?

Niektórzy te informacje nazywają  piramidalnym zbiegiem okoliczności. Ale inni uważają  , że są piramidalną bzdurą. Nie wiadomo kto ma rację.

               Przenosimy się więc na naszą planetę, do Egiptu.

Na skraju wielkiego Kairu, w Gizie , w pobliżu Nilu znajdujemy ogromne piramidy.

Ponoć kiedyś były śnieżnobiałe alabastrem ze złotymi wierzchołkami  .

To Wielka Piramida Cheopsa ( wys 147 m , podstawa boku 227 m) , Chefrena (wys 138m) i Mykerinosa ( wys 62m). Zbudowano je w 2560 r.p.n.e.

       Są położone  w zadziwiającej harmonii z układem gwiezdnym i  zbudowane jakby wg jakiegoś nieziemskiego planu , zachowując tzw. złotą proporcję.

      Egipcjanie zostawili nam hieroglifowe zapisy każdej dziedziny życia swojej 3000 letniej historii. Zadziwiające , że nie ma tam wzmianki o tych piramidach . Dlaczego o nich nie pisano ? Tego nikt nie wie…..

        Na  Ziemi  , wielu miejscach  znajdujemy piramidy. Na mapie świata układają się one  w łańcuch opasujący naszą planetę.

W Sakkarze, niedaleko Kairu jest schodkowa Piramida Dżesera ( z 2650 r.p. n..e); inna egipska piramida  w formie tzw łamanej ,  znajduje się Dahszur .

    Piramidy są w Sudanie ( z VI- IV w.p.n.e)

    W Iraku pozostały piramidy z okresu  niezwykłej cywilizacji Sumerów sprzed 6000 lat .

     W Chinach jest niedostępna dla zwiedzających , Biała Piramida  zachowująca tzw . złotą proporcję charakterystyczną dla piramid Egipskich .

     Piramidy  znajdujemy w Indonezji .

     Piękne schodkowe piramidy, zbudowane przez Majów w IV wieku p.n.e. i później przez Azteków możemy oglądać  w Ameryce  Południowej i Środkowej – na terenie Meksyku,  Boliwii i Peru . Niedawno znaleziono piramidę na dnie jeziora Titicaca w Peru.

                 Zainteresowanie piramidami jest na całym świecie duże. Organizowane są wielkie wyprawy w okolice, np. Bośni , do Włoch  gdzie szczególny kształt terenu lub twory skalne mogą przypominać piramidy. Te tereny są chętnie odwiedzane przez turystów

         Wierząc w magiczną  moc piramid , budowano  je w różnych okresach historycznych na terenie Polski . Jest ich kilka :

  • Słynna Piramida w Rapie (z 1811r)  jest  grobowcem  pruskiego rodu von Fahrenheit   zaprojektowana przez duńskiego rzeźbiarza Thorvaldsena.
  • Piramida w Lipie, z 1200 roku , jest   częścią  średniowiecznego zamku templariuszy . Prawdopodobnie było tam obserwatorium astronomiczne.
  • W Krynicy , samotnie na wzgórzu  stoi piramida zwana  Wieżą Ariańską. Tam   pochowano  arianina, ponieważ nie  wolno było na cmentarzu.
  • Możemy obejrzeć piramidy  w Zagórzanach, Poźrzadle , Burdzach , Łaziskach, Karczewie, Międzybrodziu , Rożnowie.

                            Ale  dlaczego jeszcze  nie ma  piramid w  Gorzowie ?

Przecież piramida jest miejscem gdzie od wieków  panowały  niezbadane siły .

Nadal nie wiadomo dlaczego , w komorach grobowych starych piramid  nie mumifikowały się  ani nie ulegały rozkładowi umieszczone tam ciała zmarłych .

A niedawne doświadczenia wykazały, że umieszczane tam zużyte żyletki ulegały wyostrzeniu.

      Jak twierdzą niektórzy,  w piramidach gromadzona jest energia z kosmosu a potem przekazywana znajdującym się tam ludziom .

Przebywanie w piramidzie może być jedną z alternatywnych terapii XXI wieku .

 Może więc  któregoś dnia  o świcie ,  hen za Kanałem Ulgi ,  zobaczymy  lśniące  białą  lub złotą poświatą  dziwne budowle.

Harmonijnie zbudowane wielkie ostrosłupy.

To na pewno będą piramidy  przeniesione do Gorzowa z kosmosu.

Kto zechce , może tam pójść.

Różni ludzie wybiorą różne piramidy. Odpowiednie dla nich .

W ich wnętrzu rozsiądziemy się wygodnie.

I  będziemy czerpać równowagę , kosmiczny spokój i siłę…….

 Zmienimy się i pozostaniemy  młodzi , piękni  i łagodni 🙂

Kair w dole.  Zdj. własne.

 

List do Mamy.

Niedawno znalazłam ostatni list mojej Mamy. Wprawdzie nie był adresowany do mnie, ale wywołał falę uczuć i myśli. Swoiste tsunami mnie zagarnęło. I nie miałam wyjścia, musiałam się poddać. Udało się….I oto jestem, mokra, zmęczona, ale szczęśliwa, że już ląd i słoneczna plaża.

Oczywiście to wszystko tylko przenośnią jest, ale faktycznie stan mojego umysłu został owym listem uniesiony ponad codzienność. I to nie czas Zaduszkowy wpłynął ale ten list w zwykłej szaroburej kopercie. Miało być tylko o nim, ale cisną się tematy poboczne i jak wiecie, Kochani, nie mam odwrotu…..

Więc niech się snuje  nić opowieści  z mojej głowy,” kręć się , kręć wrzeciono…..”

 

Wybaczcie, że przychodzą do mnie wiersze, piosenki, ale tak jest i już….

Zdjęcie-0778.jpg 

 

 

Moja Mamo Kochana !

 

Pewnie jesteś zdziwiona tym tytułem, bo jak pomnisz, kiedyś pisywałam do Ciebie listy, ale czułości tam było tyle” co kot napłakał”, albo i mniej.

List zaczynał się konwencjonalnie, zwyczajnie : Kochana Mamo.

Nie nauczyłaś mnie innych ciepłych zwrotów,  bo i Ciebie ich nie nauczyli ci górale beskidzcy a Twoi rodzice, twardzi i pozornie obojętni.

Ale czy piękne słówka mają jakąś wartość? Teraz, po wielu wielu latach wiem, że mają. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, że człek jest spragniony:  

 

„ miękkich gestów

czułych spojrzeń

ciepłych uśmiechów…” jak pięknie to ujęła Małgorzata Hillar.

 

 i wypada dodać, że człek jest też  spragniony słów dobrych i pięknych .

 

To jest dopiero pełnia życia.  Nie tylko zabezpieczanie bytu materialnego i „ wyścig szczurów” bez zatrzymania się w pędzie. Pełnia życia to radość z tego że jesteśmy, z każdego dnia który się obudził, ze słońca które leniwie idzie spać,  z ludzi dookolnych i cudów przyrody umajonych  urodą słowa i przytuleniem.

 

Przydługi ten wstęp, ale myśli wypływają same, jak nić z kłębka, który trzymasz na kolanach Mamo, i dziergasz sukienki dla moich córeczek a swoich wnuczek, czy jakiś sweterek….

I taki  właśnie wieczorny obrazek utrwalił Tata, gdy pstryknął zdjęcie w pewnym momencie życia. Na zdjęciu moje 10 lat,  zaczarowany krąg lampy na biurku i Mama. Otulone zmrokiem łapiemy ciszę. Ileż takich było wieczorów w Gorzowie przy obecnej Orląt Lwowskich. Jesteśmy razem, Mamo, tak jak wtedy….Tata zatrzymał dla nas czas…..

Czy można zatrzymać czas? Czy można nadrobić stracony czas? Wszystko można jak widać…..

 

Chcę nadrobić ten stracony czas , myśląc naiwnie, że się uda i piszę wyimaginowane listy . Często  listy w zaświaty…I tak jest dzisiaj….

 Kochana moja Mamo

 Lubiłaś pisywać listy.

 Dobrze pamiętam ten Twój stan namaszczony, poważny , nieobecny dla nas,

Widzę Ciebie, jak siedzisz w skupieniu wielkim przy stoliku w maleńkiej kuchence Waszego ostatniego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

A bardzo ruchliwy Tata chodzi wtedy prawie na paluszkach, by nie przeszkadzać, bo Mama pisze list. Mam ten obraz w sobie… na wieki wieków…

Zwracasz mi uwagę, by nie mówić w takiej sytuacji „ na wieki wieków”, bo nasz czas ziemski jest ograniczony. Masz rację,  pojechałam po przysłowiowej „bandzie” .

Ale może miałam na myśli zachowane zdjęcia i  zapisane nasze słowa. Słowa które ocaleją lub nie ocaleją. Kto to wie?

 

Kocham Ciebie Mamo…moja Mamo  jedyna….

 

 

Zdjęcie-0778.jpg

 

 

 

 

Daremny żal…

Właśnie listopad nadchodzi. Czas refleksji i zadumy.

Miotają mną sprzeczne uczucia.

Bo chciałabym napisać , że Dzień Wszystkich Świętych jest dniem nadzwyczajnym ale pogodnym a z drugiej strony wiersz Jana Twardowskiego przychodzi pt. „Żal” i wtedy  człeka ogarnia smuta .

„ Żal że się za mało kochało

  Że się myślało o sobie

  Że się już nie zdążyło

  Że było za późno….”

Ale daremny żal, bo przeszłości nie da się odwrócić.

Było to, co było.

Jedynie można wyciągać wnioski i żywym dawać wsparcie i pogodę ducha. Chociażby dlatego, by potem nie żałować…

To takie ogólne refleksje na początek. Może brzmią zbyt moralizatorsko, może nie, ale tak czuję i Wam kochani mówię….

Teraz pozostaje tylko myśleć, że Ci, którzy odeszli są już szczęśliwi, uwolnieni od codziennych ziemskich trosk. I że się kiedyś spotkamy…

 

007.jpg