Powrót do Japonii. W hotelu i na ulicy.

SAM_9187.JPG

Typowa pokrywa studzienki kanalizacyjnej

 

 

SAM_9295.JPG

Dzieci są wszędzie jednakowo niesforne.

 

 

SAM_9271.JPG

Sklep z pamiątkami. Wszechobecne koty

 

 

SAM_9290.JPG

Typowa japońska brama oddzielająca „świat skończony i nieskończony”

 

 

 

W metrze panowała cisza. Zresztą byłyśmy już przyzwyczajone do tego, że u nas też w środkach komunikacji nikt nie rozmawia. Inaczej było w innych krajach- Włoszech, Francji, Anglii itp. gdzie zwykle sąsiad nas zagadywał, pytał skąd jesteśmy, informował, chciał pomagać i czasem nawet opowiadał o sobie. Tu było milczenie. Młodzi  od razu wyjmowali telefony komórkowe i mailowali namiętnie, co wtedy dla nas było nowością. Ale teraz i to do Polski przyszło, jak zresztą wszystkie mody czy zwyczaje z pewnym opóźnieniem wprawdzie z coraz mniejszym ale przychodzą.

Nie obejrzałyśmy się, gdy zapowiedziano naszą stację.

Wysiadłyśmy , dobrze, że profesor poinformował, że należy zachować bilet, bo przy wyjściu należało go ponownie zatwierdzić w bramce. Zwykle cżłek  tak dobrze go chowa, że gdy jest potrzebny w czasie np. kontroli, zajmuje dużo czasu, by znaleźć.

Tak więc udało się wyjść.

Wyjechałyśmy na powierzchnię i faktycznie od razu zauważyłyśmy nasz Hotelik. Skromny był,  ale ujutny ( określenie naszego przyjaciela oznaczające przytulny). Rejestracja, informacja o której  śniadanie, klucze. Przedpokoik  miniaturowy, maleńki pokoik, miło.

Po złożeniu walizek, z wyborem łóżka nie było jak zwykle problemów. Z Kaśką dogadywałyśmy się bez słów, miałyśmy już doświadczenie kilku wspólnych wyjazdów. Dobrze było nam z sobą, bez konfliktów, z podobnym zainteresowaniem zawodowym i krajopoznawczym. Kaśka nawet mówiła, że gdyby nie medycyna to chciałaby organizować podróże a ja oczywiście preferowałabym pracę w bibliotece.

Zaglądamy do łazienki. A tam za drzwiami zawieszone jakby plastikowe pudełko , do którego należy się nieomal wdrapywać. Oczywiście w tym miejscu przesadziłam nieco, ale faktycznie całość zaczynała się na wysokości naszych kolan. Łazienka miała kolor kości słoniowej i była wylana z jednej plastikowej formy. Jednorodnie wymodelowana wanna, umywalka, wc, podłoga i ściany. Zaskoczenie. Wchodzę do tego plastikowego pudełka, tam bez przesadnej liczby tajemniczych przycisków więc wszystko znajome, ulżyło. To co potem zobaczyłyśmy w łazience w domu profesora to prawie fabryka.  Ale o tym później . Na razie wszystko działało na takich samych zasadach jak u nas. Wanna głęboka, krótka, taka do siedzenia. Ale wanna, nie kabina prysznicowa, do której przywykliśmy. Krany i spłuczki wc na szczęście bez problemów.

Mając bilet komunikacyjny całodzienny  od razu wybrałyśmy się w Nagoję. Nawet gdybyśmy tego biletu nie miały, też byśmy oczywiście wybyły.

Na ulicach  poza lewostronnym ruchem o czym wspomniałam, zadziwiali rowerzyści i przechodnie zwykle z zasłoniętymi ustami i nosem zwykłymi białymi maseczkami chirurgicznymi. Miałyśmy wrażenie, że to ochrona przed wirusami, ale dziś, gdy wreszcie u nas podnosi się problem zapylenia i też wspomina o maseczkach przychodzą tamte japońskie obrazki.

Nagoja, zniszczona całkowicie w czasie wojny, odbudowana w stylu typowym dla całej Japonii, bardzo dużo betonu, bez jakiegoś klimatu. Większość okien ze szczelnie zasuniętymi zasłonami, by obcy nie zaglądał, co jak się dowiedziałyśmy potem, jest typowe dla tego kraju. Jedynie barwne wystawy z plastikowymi modelami proponowanych posiłków lub innych sprzedawanych produktów no i przede wszystkim plansze , napisy z japońskimi literami czy wyrazami, starannie malowane, cyzelowane, ozdobne zachwycały. Oczywiście obok napisy w języku angielskim. Niestety nie mam zdjęcia tych wystaw, ale za to jest foto pokrywy  studzienki kanalizacyjnej ( chyba ), która  pięknie ozdabia chodnik i wnętrza sklepu z pamiątkami . To tu spotkałyśmy się ze zwyczajem, że wchodząc do środka należy zdejmować buty. Tak też uczyniłyśmy, właściwie nie mając wyboru, bo wymowne a zarazem groźne spojrzenie sklepowego nieco nas przeraziło. Dobrze, że miałyśmy skarpetki na stopach. Na każdej półce uśmiechały się wszechobecne w Japonii figurki kotów.

     Na tym tle nagle otwierający się park z charakterystyczną bramą prowadzącą do świata pozaziemskiego , świata bogów w nim bajkowa świątynia to był inny świat.  O tym  za chwilę….

Wróciłyśmy nasycone, zmęczone, bo łaziłyśmy pieszo chłonąc wrażenia gdyż  żal było zagłębiać się w czeluściach metra i tracić widoki.

Wieczorem przejrzałyśmy nasze prace, referaty, które miałyśmy wygłosić następnego dnia. No cóż, należało wrócić do szarej rzeczywistości.

Powrót do Japonii. Do hotelu.

SAM_9296.JPG

W Japonii jest ruch lewostronny.

 

SAM_9276.JPG

Wsiadamy do metra. Po prawej człowiek w białych rękawiczkach

 

 

 

Wytaszczyliśmy się z samolotu, rękawem powędrowaliśmy do lotniskowego pawilonu więc ominęło nas pierwsze niuchanie powietrza by zauważyć jak pachnie Japonia. Jednak pomimo utrudnienia, wolę  gdy wychodzi się z samolotu bezpośrednio na płytę lotniska . Jest wtedy możliwość zaczerpnięcia pierwszego oddechu krajem do którego się przybyło i potem ten zapach zostaje w pamięci.

Poszliśmy więc grzecznie owym rękawem, przez jakiś czas oczekiwaliśmy  na bagaż, jeszcze odbyła się sprawna odprawa paszportowa i  znaleźliśmy się w holu. Nieustannie pilnował nas profesor Stefan, choć wyraźnie zmęczony lotem i chyba drinkami był czujny i opiekuńczy.

Oznajmił, że żona już czeka, widocznie zadzwoniła, nie musiał jej wypatrywać, bo sama do nas podbiegła.         

Osłupiałyśmy, bo była ładna, kształtna  i wydawała się młodziutką dziewczyną co stanowiło kontrast z jej mężem. Oczywiście Japonki tak mają, że nie sposób zgadnąć w jakim są wieku. Pięknie się starzeją, nie ma co.

Profesor nie był zbyt urodziwy, chociaż zyskiwał w rozmowie a ona po prostu cudna japońska laleczka. Przywitała się z nim ciepło a z nami też miło choć z pewnym dystansem.

     Wyszliśmy na zewnątrz i czekaliśmy na samochód. Po chwili podjechała duża miejsko- terenowa Honda w niej miniaturowy prostoczarnowłosy  kierowca z grzywką, który uśmiechając się zaprosił do środka. Początkowo nie bardzo wiedziałyśmy kim jest ów kierowca, ale szybko poznałyśmy, że to żona Stefana. Wszak dla nas byli i nadal są wszyscy Japończycy niezależnie od płci i wieku jednakowi.

Wgramoliłyśmy się do samochodu, a ona pewnie prowadziła  ten ogromny jak na jej posturę pojazd, zręcznie lawirując wśród mnóstwa samochodów.

Oczywiście ruch lewostronny powodował w naszych głowach pewien zamęt, jak zwykle bywa, gdy  człek się znajdzie w kraju o takim systemie ruchu komunikacyjnego.  Najgorsze jest uczucie na rondach, bo chce się złapać kierowcę za rękę i zatrzymać, by nie wjeżdżał w naszym mniemaniu pod prąd…

Jak zapowiedział profesor, wysiadłyśmy  na końcowej stacji metra, piękna Japonka została w samochodzie, a Stefan pognał do kas. Po chwili wrócił z biletami, oznajmiając, że są całodniowe na całą komunikację w Nagoyi. Oczywiście o zwrocie pieniędzy nie chciał słuchać. Powiedział na której stacji mamy wysiąść, by znaleźć się w naszym hotelu, usadowionym nieomal nad wyjściem z metra. Przepraszał, że nas do hotelu nie dowiozą, bo metrem łatwiej i ponowił zaproszenie do swojego domu.  Podziękowałyśmy, jednak bez pewności, czy starczy czasu sił i entuzjazmu do takiej wizyty.

 Stefan odprowadził nas na peron metra. Wkrótce nadjechało. Czekało kilkanaście osób , ale ruchem dyrygował pan elegancko ubrany w jakiś uniform i co zadziwiające – miał śnieżno białe rękawiczki.  Joanna Bator we wspomnianej na wstępie książce, która stała się powodem tego, że wróciłam wspomnieniami do Japonii, opisuje sceny widziane w metrze i innych środkach transportu. W porze tzw. szczytu komunikacyjnego wielkie tłumy ludzi wpycha podobny pan w białych rękawiczkach i zda się, że ani jedna osoba już się nie zmieści, ale okazuje się, że za jego sprawą wsiada dwa razy więcej  ludzi niż pozorna pojemność wagonu.

     My miałyśmy szczęście, albo nieszczęście J bo nie było tłoku i nie byłyśmy upychane do wnętrza. Obie jesteśmy słusznej postury i mamy dużą masę ciała, więc nie wiem jak by to się skończyło. Jednak nie było nam dane się przekonać. Może szkoda?

     Na peronie został nasz profesor.  Metro ruszyło, widziałyśmy jak nasz nowy znajomy nieruchomo tkwi na peronie  macha nam na pożegnanie pozornie radośnie, z ciepłem , czułością ale i smutną tęsknotą w dużych oczach. Aż zniknął nam z widoku.

Ten obrazek Polaka jakby zagubionego w dalekiej Japonii  pozostał w pamięci na zawsze…

 

Powrót do Japonii. Lądujemy.

SAM_9325.JPG

 

 

SAM_9323.JPG

Widoki z okna samolotu. Góry Japonii. Na drugim zdj. stożek Fudżi. Za chwilę lądowanie…

 

 

 

 

Obudziły nas stewardessy, oznajmiając, że już dzień. Zdjęliśmy gustowne opaski z oczu, które nam przedtem wręczono, wysupłaliśmy się z koców i przydzielonych  skarpet, bo noc była zimna, wszak za oknem minus 50 stopni bywa a może nawet poniżej. Podnieśliśmy zasłonki z okien , buchnęła jasność  słoneczna.

Noc została w kraju a tu  był dzień.

W świetle dnia wszystko stało się przejrzyste, spokojne i miało inny wymiar.

Z Kaśką spotkałyśmy się pod toaletą i ustaliłyśmy, że jednak warto pogadać z poznanym Polakiem.

Tak też zrobiłyśmy, zagadując gdzie mieszka etc. Ucieszył się ogromnie i chętnie opowiadał. Jego egzotyczna uroda w świetle dnia nieco zbladła,  wyjaśnił, że urodził się na południowej granicy polsko- ukraińskiej, w czasie akcji Wisła jego rodzinę przesiedlono do Górowa na Warmii. Tam część pozostała a on z matką wyjechał do Kanady. Ot, taki często spotykany szlak ludzi stamtąd wypędzonych.

Studiując w Kanadzie, dostał stypendium do Tokio. I tam poznał swoją obecną żonę, która z miłości  ale jak twierdzi z nagłego natchnienia porzuciła swoją religię shinto i została bardzo pobożną chrześcijanką.

Stefan, bo tak miał na imię nasz profesor oznajmił, że się nami zaopiekuje w swoim rodzinnym teraz mieście  Nagoi. Wprawdzie miałyśmy już opracowaną trasę dojazdu z lotniska do hotelu, ale chętni przystałyśmy na propozycję  już zaciekawione nową sympatyczną znajomością. Profesor dał nam swoją wizytówkę z numerami telefonów, obiecałyśmy zadzwonić po obradach kongresowych.

    Tymczasem za oknem samolotu zniżającego swój lot, pojawiły się góry Japonii , przez moment przesunął się samotny stożek najwyższego szczytu Fudżi ( 3776 m.n.p.m).  

Byliśmy już nad wschodnim krańcem Azji, nad zachodnim Pacyfikiem a czułyśmy się jakby to był sam kraniec świata.

Za chwilę staniemy na tej egzotycznej , dziwnej, niepokojącej ziemi. W kraju leżącym na styku płyt tektonicznych, osaczeni zasięgiem „ ognistego pierścienia Pacyfiku” z  trzęsieniami ziemi, falami tsunami, wybuchami wulkanów i sierpniowo wrześniowych wizytami tajfunów. Na szczęście był kwiecień, miesiąc tu najspokojniejszy , więc czekałyśmy na spotkanie z Japonią bez lęku, coraz bardziej zaciekawione i właściwie radosne.

    Jak teraz doczytałam w Wikipedii , poza 4 dużymi wyspami (Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu), o czym wiedziałam, Japonia posiada jeszcze 6848 mniejszych wysp, tworząc łańcuch na długości 3,3 tys. km.  Wszystkie wyspy są   pokryte wysokimi górami . Dlatego połowa ludności mieszka w wielkiej ciasnocie na 13 % powierzchni kraju , zasiedlając  wąski nadmorski pas nizin rozciągających się od Tokio a Osaką i Nagoją, do której teraz zmierzaliśmy.

Jaka będzie dla nas Japonia w te siedem dni pobytu ? Czy chłodna jednakowym dla nas wyglądem ludzi, wiecznie zapędzonych czy znajdziemy jakieś ciepło? Spotkanie w samolocie napawało optymizmem, ale jak będzie naprawdę?

Z takimi pytaniami oczekując na lądowanie  usłyszałyśmy dyspozycję” zapiąć pasy” i po chwili  samolot usiadł lekko na płycie lotniska. cdn

 

 

Powrót do Japonii . Syberyjski sen.

SAM_9351.JPG

widok z okna samolotu, z wysokości ponad 10 tys m. Szyba w górze pokryta lodem ( temp na zewnątrz samolotu poniżej 50 stopni C), w dole zdj. fragment skrzydła a centralnie syberyjski pejzaż…

 

 

 

Gdy zapadłam w wymuszony sen nibynocy,  nadal śniłam to, co  niespodziewanie zobaczyłam przez okno samolotu.

 Otóż nasz samolot , jak zresztą inne zdążające  na Wschód  , by maksymalnie skrócić trasę, najpierw zmierzają na północ lub na południe, a stamtąd „ zjeżdżają” na zaplanowane lotnisko. W ten sposób lecą po najmniejszej krzywiźnie ziemi. Dowiedziałam się o tych zasadach dopiero  później.

A teraz byłam bardzo zdziwiona, bo najpierw Skandynawia się pokazała , pięknie wyrysowana jak plastyczna makieta w całości swojego oryginalnego kształtu czasem z dyskretnym makijażem pogodnych białych skrawków  plaż.

I nagle  krajobraz widziany z okienka samolotu oknie zmienił się diametralnie. Pojawił się szeroki śnieżny bezkres , czasem poprzecinany liniami rzek. Przyszła  powaga i narastała groza zwłaszcza wtedy , gdy kapitan oznajmił, że lecimy nad Syberią.

Syberia.

Straszliwe dla nas skojarzenia.

Wszystko co miałam w duszy zapamiętane ożyło.

I widziałam tam naszych bliskich skazańców- katorżników. Jana- mojego Teścia, który w przejmująco prosty sposób opisał swoje syberyjskie losy , widziałam też śmiertelnie wdeptywanego w błoto nad Morzem Białym brata mojego Taty- Witolda  i tłumy ludzi bezimiennych, skrajnie wyniszczonych, właściwie już szkielety ludzkie i ich rodziny gdzieś wywożone i nie mające już łez by opłakiwać i groby, których nikt nie odwiedzał i może których nawet nie było, bo nie miał kto ich wykopać ani nie miał sił wykopać. Wszyscy niewinni byli, polityczni jak ich nazwali sowieci, a oni byli tylko wykształceni , byli nauczycielami, urzędnikami,. Skazani  wyrokami po sfingowanych procesach lub  aresztowani i zesłani bez procesów….

 I przemykały w tumanach śniegu carskie kibitki takie jak kiedyś  widziane w warszawskiej Cytadeli .

Cała historia naszego nie tylko naszego kraju dobrze zna to skądinąd piękne melodyjnie brzmiące romantyczne słowo Syberia.

Syberia to straszliwe słowo dla naszego pokolenia, które na własne uszy słyszało opowieści sybiraków a obecne młode pokolenia mogą o tym  jedynie czytać.

I tak na początku naszej wyprawy do Japonii niespodziewanie stanęliśmy oko w oko z Syberią.

I gdy potem przysnęłam, w czasie tej zaimprowizowanej przez stewardessy niby nocy, miałam jeszcze pod powiekami widziany niedawno krajobraz z rzekami zmierzającymi do Oceanu Lodowatego przecinającymi bezkresną śnieżną równinę.….

 

Powrót do Japonii.

640px-Japan_on_the_globe_(claimed)_(Japan_centered).svg.png

Z Wikipedii

 

SAM_9180.JPG

Na lotnisku we Frankfurcie. Japoński personel i napis na tablicy odprawy Nagoya- szkoda, że zdjęcie marne….

 

Przez kilka minionych  dni przebywałam w Japonii. Oczywiście nie w realu, ale tak jakby.  A wszystko za sprawą ciekawej, ładnie napisanej i łatwej w czytaniu książki Joanny Bator pt. „ Japoński wachlarz. Powrót” i pani bibliotekarki, która mi tę książkę podsunęła. Chwała Paniom Bibliotekarkom-  pewnie nie są w pełni świadome, ile wnoszą do życia ludzi podając im odpowiednią książkę w odpowiednim czasie. Dziękuję im wszystkim a szczególnie paniom z Michałowic!

Oj wpadłam w japoński ton kwiecistych grzeczności, ukłonów, wielosłowia uroczego znad tych dalekich wysp na Pacyfiku.

Bo w tej książce , napisanej po dwukrotnym pobycie , pracy i mieszkaniu w Japonii, książce nie zawsze docenianej przez krytyków odnalazłam echa mojej dawnej zaledwie 7 dniowej podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wzmocnionej nadal trwającą znajomością z polskim profesorem Stefanem Kostykiem – wykładowcą uniwersytetu w Nagoyi jego piękną żoną Japonką i trzema synami .

A zaczęło się tak. Znalazłyśmy się z koleżanką K. G. w samolocie pełnym  jednakowych dla nas , ładnych , poważnych , spokojnych, nie rozgadanych i tajemniczych twarzy Japończyków. My  podążałyśmy  na kongres nefrologiczny. Ponieważ siedziałyśmy w pewnej odległości, przemieszczałam   się do K. , stałam przy jej fotelu i gadałyśmy.

Nagle z poprzedniego rzędu wychyliła się kudłata czarna głowa która się odezwała – o, słyszę język polski. Popatrzyłam zadziwiona, bo wydawało się, że poza nami są tylko Japończycy w tym samolocie.

Zapytałam tego pana o nieco egzotycznej urodzie- a skąd pan zna język polski. Usłyszałam odpowiedź, bo jestem Polakiem ale mieszkam w Japonii.

Pan chciał nadal rozmawiać,  ale budził w nas niejaki lęki, nieufność , kim on jest i czy warto się bratać, na co miał wyraźną ochotę, więc nie podjęłyśmy dalszej z nim konwersacji.

Problem rozwiązały  panie stewardessy, które ogłosiły, że właśnie będzie noc i mamy pójść spać, by już na miejscu nie odczuć dramatycznie różnicy czasu. Nocy nijakiej za oknem nie było widać, ale pokonując odległość w tym czasową do tego dalekiego kraju, gubiliśmy noc. Więc wróciłam pokornie na swoje miejsce, zasłonięto okna, zgaszono światło i kazano spać . Grzecznie  wykonałyśmy polecenie.

A przedtem miły młody sąsiad Japończyk  oznajmił z radością, że mamy szczęście, gdyż właśnie zakwitają w jego kraju wiśnie. Jakoś nie przygotowałam się odpowiednio do tej podróży, pochłonięta pracą zawodową, rodzinką miłą i przygotowywaniem pracy, którą miałyśmy przedstawić na owym kongresie. Tak więc nawet nie wiedziałam, że w Japonii właśnie zakwitły wiśnie, tym większa była niespodzianka i udzielona od sąsiada radość.  Potem jeszcze , gdy podawano kolację – tak tak, w tamtych latach w samolocie podawano posiłki, zaproponował bym wybrała danie japońskie. Tak uczyniłam i z pewna rezerwą sięgnęłam po mikropakuneczek , małą torebkę, w której jak się  okazało było prawdziwe sushi. Nigdy przedtem tego nie jadłam i właściwie nie słyszałam, pewnie też się nie interesowałam takimi problemami. Od tego czasu minęło ponad 15 lat i nawet dziecko w Polsce wie co to za potrawa. Samolotowy sąsiad objaśnił, że jest to surowa ryba z ryżem  zawinięta w płaski długi liść wodorostu i jest pyszna. Zachęcona w tak miły sposób, spałaszowałam ów liść z lepką treścią. Nawet  okazało się to smaczne. Podziękowałam chłopakowi, który wracał do domu po jakiejś uczelnianej praktyce w Europie.

Potem jak wspomniałam zapadliśmy w sen….cdn

Niezapomniany film Fernando Trueby ” Artysta i modelka”

 

artysta i modelka.jpg

 

 

 

W zimowy sobotni wieczór, gdy w dali wielki miarowy hałas znad Wisły dochodził, gdyż płonął most Łazienkowski, w magmie filmów, które proponowała naziemna cyfrowa TVP wyłowiliśmy  film dla nas bardzo klimatyczny , zatytułowany banalnie „ Artysta i modelka”

Wyświetlono go na Kulturze, gdzie w piątek obejrzeliśmy wulgarny film pt.” Raj”

A wczoraj piękny kontrast.

Fernando Trueby, hiszpański reżyser ( nagrodzony Oskarem w 1994 r. za „ Belle epoque”) tym razem zrobił film, który wg recenzentów powiela pomysły z poprzedniego. Nie oglądałam tamtego, bo kinomanem nie jestem, ale mniemam, że pewnie odnajdywanie podobnych wątków mogłoby mi sprawić przyjemność. Tak jak wielokrotne oglądanie tych samych, znajomych już zdjęć…

Ten film , czarnobiały, z chatą w górach, starym rzeźbiarzem ( rola Jean Rocheforta) , jego żoną, dawną modelką ( Claudia Cardinale) i młodziutką dziewczyną ( Aida Folch) jest obrazem, który może zachwycić.

Gdzieś w tle dzieje się wojna, której ślady znajdujemy w zaledwie kilku scenach. Dziewczyna znaleziona przez żonę rzeźbiarza na ulicy miasta, śpiąca w bramie, myjąca się pod fontanną okazuje się być przewodnikiem górskim przeprowadzającym partyzantów przez granicę francusko- hiszpańską, ranny partyzant, ukrywający się w chacie rzeźbiarza i niespodziewana wizyta oficera niemieckiego w domku, czułe powitanie z rzeźbiarzem , wspólne oglądanie jego rzeźb , rozmowa o sztuce i biografii rzeźbiarza którą pisze ów Niemiec. Okazuje się, że  to znajomi, przyjaciele z dawnych monachijskich czasów, kiedy to Niemiec był uczniem artysty. Teraz wyjeżdża na front wschodni i pewnie nie wróci.

Bardzo ciekawa jest rozmowa artysty z dziewczyną, surową, dzikawą i raczej prymitywną w czasie wspólnego oglądania szkicu Rembrandta. Starzec objaśnia jej ( zresztą też widzowi filmu takiemu jak ja ), jak należy oglądać obraz. Dziewczyna zaczyna rozumieć, rozwija się.

Uczy się pozować do powstającej właśnie rzeźby, uwieńczenia życia rzeźbiarza. Staje się modelką na którą czekał by stworzyć ostateczne doskonałe dzieło. I powstaje, śnieżnobiała figura zasępionej pełnej  dramatyzmu dziewczyny…

To film który pozostaje w pamięci, poprzez niedomówienia, szkicowe zaledwie muśnięcie tematów i refleksyjny nastrój pobudza do dalszych rozmyślań.

   Dodatkowo istotna jest uwaga przed projekcją filmu, że dedykowany jest zmarłemu bratu reżysera, rzeźbiarzowi….

 

 

 

Lepiej zrozumieć Andersena.

SAM_9158.JPG

 

 

Bajki Andersena to moje dzieciństwo. Ale nie tylko moje, nawet teraz, gdy rynek księgarski zalewa morze przeróżnych kolorowych książek dla  dzieci , Andersen jest stale obecny.

Nie zapomnę łez, które wylałam nad dziewczynką z zapałkami.

A tymczasem okazuje się, że sam Andersen uważał, że jest to bajka optymistyczna, bo dziewczynka umiera z ufnością. Zresztą był oburzony, gdy uważano że adresatem jego bajek są tylko  dzieci. Mówił, że te bajki przypominają pudełko. Dzieci oglądają je z zewnątrz a dorośli zaglądają do środka.

Tego się właśnie dowiedziałam , gdy w  weekendowej Wyborczej znalazłam artykuł Jarosława Mikołajewskiego ( sekretarza Wisławy Szymborskiej)  o  niedawno wydanych

„ Dziennikach” Hansa Christiana Andersena w znakomitym wyborze i tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej. Mikołajewski pisze, że to  „dla mnie jedna z najważniejszych książek wydana po polsku w ostatniej dekadzie”.

…postanowiłam sobie zapisać to, co znalazłam w ww artykule a także w necie. Bo pewnie po 700 stronicowe wydanie „ Dzienników” nie sięgnę. Ale kto wie? Na pewno teraz  inaczej będę myślała o Andersenie, bo przecież nic nie dzieje się w próżni. Niewielu  potrafi piękne bajki pisać. A jego bajki to” światło odbite z mrocznej , pełnej zahamowań natury i trudnego życia”.

        Hans Christian Andersen urodził się w 1905 roku w najbiedniejszej dzielnicy miasteczka Odense, na Duńskiej wyspie Fionia, w biednej ale kochającej się rodzinie. Ojciec był szewcem a matka, niepiśmienna, zajmowała się domem. Ojciec czytał mu bajki a matka musiała być osobą odważną jak na tamte czasy, bo gdy syn się poskarżył na złe traktowanie w szkole przeniosła go do szkoły żydowskiej pomimo nasilających się już nastrojów antyżydowskich w Europie.

Klimat miasteczka był niezwykły, bo pomimo tego, że było drugie co do wielkości w Danii, w odróżnieniu od Kopenhagi zachowało i pielęgnowało  mnóstwo  ludowych zwyczajów jak barwne okolicznościowe pochody, prowadzenie wołu ubranego w girlandy kwiatów itp. Było rozległe, miało niską trochę bajkową zabudowę z górującą strzelistą gotycką katedrą św. Kanuta z powtarzającymi się  architektonicznymi motywami stopni do nieba…

     Andersen był samotnikiem, unikał zabaw z rówieśnikami, uwielbiał czytanie. Bawił się zabawkami, które mu robił ojciec, szył im ubranka, stworzył sam dla siebie teatrzyk kukiełkowy. W krainę baśni, poza ojcem wprowadziła go matka ojca, z którą  odwiedzał przytułek dla chorych, bo tam zajmowała się ogrodem a potem przebywał tam jego chory psychicznie dziadek.

Gdy Andersen miał 11 lat, wskutek powikłań zdrowotnych po udziale w wojnie napoleońskiej 1816 r, zmarł ojciec. Matka zmarła z powodu alkoholizmu, ale przedtem bardzo się starała, by  zapewnić byt synowi, więc  zarabiała jako służąca i praczka a dziecko wysłała  do pracy w fabryce sukna.

Chłopiec lubił śpiewać, więc w ten sposób umilał sobie pracę. Gdy jeden z robotników uznał, że to dziewczyna, inni zdarli z niego ubranie, by sprawdzić. To wydarzenie miało wpływ na jego późniejsze zahamowania. Ponadto gdy miał 13 lat, matka wyszła ponownie za mąż i syn był świadkiem burzliwego życia seksualnego odbywającego się w maleńkim mieszkaniu. Potem doszedł lęk przed chorobami wenerycznymi i w efekcie nigdy nie ułożył sobie życia osobistego.

Gdy miał 14 lat zapragnął zostać aktorem, więc sam powędrował do Kopenhagi. Chciał wstąpić do trupy Teatru Królewskiego , próbował grać, ale ostatecznie go nie przyjęto. Uczęszczał do szkoły baletowej, kontynuował śpiew ale po mutacji głosu stracił swój wysoki sopran. Jednak stale fascynował go teatr. Postanowił zostać autorem sztuk teatralnych. Pierwsza, „ Miłość na Wieży Mikołaja” napisana w  1829 r. została nawet wystawiona , potem napisał   ich sporo , ale z powodu braku wykształcenia, popełniał wiele błędów ortograficznych , stylistycznych co m.in. było powodem odrzucania ich przez krytyków.

Debiutował wcześniej, bo w  1822 r. zbiorem utworów pisanych pod pseudonimem William Christian Walter, pt ” Młodzieńcze próby”.

W tym samym roku otrzymał stypendium królewskie, dzięki czemu mógł kontynuować naukę a potem studia. Oczywiście uważał, że to niezwykłe społeczeństwo duńskie opiekuje się młodymi zdolnymi, ale tak naprawdę pomagał mu Jonas Collins, który od początku wierzył w talent młodego człowieka. Andersena  wydał kilka tomów wierszy, wiele opowiadań, szkiców, powieści , a także dziennik swojego życia.

W 1851 r. uznano jego wiedzę i zasługi i przyznano mu tytuł profesora.

       Do pisania dla dzieci początkowo nie przywiązywał wagi, traktując je jako pisanie dla dorosłych. Jak wspomniałam na wstępie, zastrzegał, że jego baśnie są jak pudełka: dzieci oglądają opakowanie, a dorośli mają zajrzeć do wnętrza. Zżyłamał się gdy określano te bajki jak twórczość wyłącznie dla dzieci, nie widząc ich głębszego sensu. Jednak to one przyniosły mu wielki rozgłos. Pierwszy ich zbiór wydano w Kopenhadze w 1835 r,.  a potem , aż do r.1872, ukazywały się ich kolejne tomy. „To on był brzydkim kaczątkiem, dziewczynką z zapałkami, umarłym dzieckiem, choinką. Był tymi, o których pisał. Miał nadzwyczajną umiejętność mówienia od środka każdej postaci, którą powołał na bohatera baśni: z wnętrza ludzi, zwierząt, przedmiotów. Jego moc była tu czarnoksięska…

….O czym tak naprawdę jest bajka „ Dziewczyna z zapałkami”, czy o nieszczęściu biedy czy o szczęściu umierania w ufności? ” mówił.

        Na licznych zdjęciach zwracają uwagę bardzo długie stopy, i jak pisze jego przyjaciel William Bloch: „ramiona i nogi miał nieproporcjonalnie długie i chude, dłonie płaskie i szerokie, a stopy tak gigantyczne, że z pewnością nikt nigdy nie próbowałby mu ukraść butów. Miał tak zwany rzymski nos, ale był on tak nieproporcjonalnie wielki, że zdawał się dominować nad całą twarzą…podczas gdy oczy , jasne i bardzo małe, głęboko schowane w oczodołach, do połowy przykryte powiekami, nie zostawiały żadnego wrażenia…” i dalej napisał Bloch: ” z jego wysokiego otwartego czoła i wyjątkowego wykroju ust emanowały dusza i piękno..”

     Powoli poprawiała się  sytuacja materialna Andersena, co pozwoliło mu na liczne podróże po Europie. Był ciekawy świata i ludzi, stale niespokojny duchem , samotny, z licznymi kompleksami, ze skomplikowanym charakterem, nadmierną wrażliwością i skupieniem na sobie. To nie pozwalało mu na stabilizację życiową.  Martwił się, że oszaleje jak dziadek, miewał stany depresyjne. Wg biografów miał naturę biseksualną, o czym świadczą listy do przyjaciół, np. „ Moje uczucia do ciebie są takie, jak uczucia kobiety. To moje kobieca natura musi pozostać tajemnicą…”

Miał wielu sławnych znajomych jak Bertel Thorvaldsen, Karol Dickens czy bracia Grimm .

„ Dzienniki” zaczął pisać w roku 1825, gdy porzucił marzenia by zostać aktorem.

     „ W Muzeum Andersena w Odensie są fotografie, pierwsze wydania książek, rękopisy, listy i buty. Są  kwestionariusze zadawane sobie na zasadzie hasło- skojarzenie. Hasło ulubiony kolor – błękit. Pejzaż- morze. Zmysł orientacji-przeciętny. Pobożność i miłość do dzieci-ogromne. Gdyby nie był tym, kim był, chciałby być Andersenem. Czyli sobą. Chciałby mieszkać w Rzymie. Najpiękniejsza rzeźba- „ Jazon” Thorvaldsena. Słuch- doskonały. W ludziach lubił dobroć, nienawidził kłamstwa….są także nożyczki- wycinał nimi sylwetki….dla zabawy własnej i dla dzieci zaprzyjaźnionych rodzin.” Tu Jarosław Mikołajewski, wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej widzi” jakieś pokrewieństwo pomiędzy ich  bajecznością a poetyckim purnonsensem wycinanek Wisławy Szymborskiej …wycinanka jako prywatny list poza słowami….”.

 

   I w ten sposób mam nowy temat do rozmyślań. Rozmyślań  nad losami człowieka. Nad jego dolą i niedolą, nad siłą, mądrością, konsekwencją. Postanawiam wrócić do dziecięcej lektury Bajek Andersena , ponownie przeczytać, tym razem ze zrozumieniem właściwym dla bardzo dorosłego człowieka i w świetle tego, co teraz wiem o autorze… To było ważne spotkanie z Andersenem…dziękuję panu Jarosławowi Mikołajewskiemu za ten artykuł

 

 

SAM_9158.JPG

 

 

Dziecięce zabawy.

SAM_9005.JPG

 

 

SAM_9006.JPG

 

 

SAM_9017.JPG

 

 

SAM_9022.JPG

 

 

SAM_9025.JPG

 

 

SAM_9026.JPG

 

 

Patek ma  dwa lata i pięć miesięcy. Wstaje zwykle razem z babcią tuż po świcie. Jest rześki i w odróżnieniu od babci pełen energii. Od pewnego czasu pierwszym jego zajęciem są „puzelki”. Przynosi pudło, rozkłada się na dywanie i wielkim zapałem, cierpliwością , skutecznością i radością dobiera wszystkie elementy.

   A ja patrzę i cofam się w czasie. Jest początek lat 50 ubiegłego wieku, mam może 4 lata, dwie lalki- jedną  szmacianą a drugą z brudnoróżowej gumy i klocki.  Wcale się nimi nie zachwycam. Bo należy z nich układać rysunek. Każda ścianka jednego z 8 klocków jest pokryta papierem z fragmentem wzoru który układa się w jakiś rysunek. Zajęcie to nieciekawe, właściwie dla mnie trudne, nie warte wysiłku. Wolę zabawy w dom na leżących w krzakach sąsiadującego z naszą kamienicą parku przewróconych nagrobkach poniemieckich. Ale zanim wyjdę z domu, rysuję na brzuchu szmacianej lalki kreski imitujące operację a potem nacinam. Wysypują się trociny. Jestem przerażona….

Takie mamy  dzieciństwo, powojenne,  szarobure, ukryte za żelazną kurtyną. Podczas gdy w świecie już dawno znają inne zabawy , zajęcia rozwijające inaczej wyobraźnię .

I czytam w necie, że dawno, dawno temu, bo w 1763 r. pewien londyński kartograf i grawer John Spilbury zauważył, że uczniowie mają problem w opanowaniu geografii. I wtedy wymyślił puzzle. Na cienkich deskach mahoniowych naklejał drukowane mapy i wycinał wzdłuż granic państw. Od tej pory ta forma pomocy naukowych rozpowszechniła się w całej Anglii i była stosowana także do nauczania innych przedmiotów. Stopniowo utrudniano zadanie ich układania, dzieląc na liczniejsze elementy i bardziej finezyjnie wycinając kształty. Obecnie największe puzzle na świecie- wpisane w 2011 r do Księgi rekordów Guinnesa  ułożyło 1600 studentów z Wietnamu . Składały się z 551 232 elementów o wymiarach 2,5×2,5 cm a obraz zajął powierzchnię 14,85×23,2 m.

Poza puzzlami płaskimi są produkowane także trójwymiarowe i kuliste.

    Nie wiem i nie znalazłam w necie info nt puzzli w Polsce.

Gdy dzisiaj patrzę na tego niewielkiego jeszcze młodzieńca, bo jak wspomniałam niespełna 2,5 letniego, który od rana prosi o „ puzelki” , z zapałem dobiera elementy  i w szybkim tempie układa całość, widzę wielką różnicę pomiędzy pokoleniami. To przepaść.

I myśl przychodzi – co z niego wyrośnie, czy nie zagubi zdolności i zapału. Ale trzeba myśleć pozytywnie, wszak i my jakoś wyrośliśmy i życie już właściwie na nami.  

I druga myśl przychodzi,  że właściwie nieważne są zdolności , umiejętności , wykształcenie czy gonitwa z sukcesem.

Bo najważniejsze jest to co ponadczasowe.

Być Dobrym Człowiekiem, najważniejsze jest….

 

SAM_9029.JPG

 

 

SAM_9031.JPG

 

 

SAM_9034.JPG

 

 

SAM_9035.JPG

 

Tadeusz Konwicki zaprasza.

 

Tadeusz_Konwicki_by_Kubik.JPG

zdj z Wikipedii

 

Najbardziej zapamiętałam piękny jak sen  film „ Kronika wypadków miłosnych” wg scenariusza Tadeusza Konwickiego. Lubię czytać jego książki.  Lubię też jego chrypę , wileński zaśpiew  , sentyment do tamtych stron który towarzyszy moim uczuciom związanym z tą odległą rodzinną krainą.

Ale chciałam napisać o Konwickim, niedawno przez mnie odkrytym- Konwickim  rysowniku. Otóż  wypożyczyłam w miejscowej bibliotece jego książkę pt. „ Nowy Świat i okolice”. Ukazała się w 1986 r. po 10 letniej nieobecności w oficjalnych wydawnictwach. A tam  poza świetnymi tekstami opowiadań  znalazłam ryciny wykonane ręką autora. Do tej pory jakoś nie dotarło do mnie, że też rysuje. Fajne są te rysuneczki, klimatyczne. Zrobiłam ich zdjęcia i wrzucę na zakończenie tego wpisu. Jednak tytułem ogólnej informacji o autorze chcę wspomnieć jego sylwetkę, którą oczywiście wygrzebałam w necie.

Tadeusz Konwicki urodził się 22 czerwca 1926 r w Nowej Wilejce. Mieszkał z rodzicami w Kolonii Wileńskiej. Edukację w wileńskim Gimnazjum im. Zygmunta Augusta przerwała mu II wojna światowa w czasie której pracował jako robotnik kolejowy uczęszczając równocześnie na tajne komplety w czasie  których zdał maturę. Był żołnierzem AK, brał udział w akcji „ Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej. Po wojnie studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, później na Uniwersytecie Warszawskim.

Debiutował w 1946 roku jako reportażysta, krytyk literacki i filmowy a także jako  rysownik. Na przełomie lat 40 i 50 XX wieku stał się jednym z literatów i publicystów socrealistycznych . Krótko pracował jako robotnik przy budowie Nowej Huty.

Jednak już w pierwszej połowie lat 50 odchodził od nurtu socrealistycznego i w swoich tekstach wielokrotnie podejmował problematykę wolności słowa.

Poza publikacjami zajmował się twórczością filmową, początkowo jako scenarzysta. Po przełomie październikowym( 1956 r.)  który był dla niego wstrząsem, kręcił filmy przepełnione nastrojem egzystencjalnym.

Od lat 60 ubiegłego wieku narastał jego konflikt z komunistami. Wielokrotnie podpisywał listy protestacyjne w obronie praw człowieka za co został usunięty z PZPR. Publikował wtedy najczęściej w  wydawnictwach tzw. II obiegu i londyńskich.

Od 1947 roku mieszka w Warszawie na tyłach Nowego Światu , skąd ma widok na Pałac Kultury i okoliczne życie towarzyskie i kulturalne.

 Był stałym bywalcem słynnego lokalu w podziemiach redakcji” Czytelnika „ przy ul. Wiejskiej a potem zajmuje nieodmiennie ten sam stolik w kawiarni  Bliklego . Razem z  Andrzejem Łapickim i Gustawem Holoubkiem stanowili nieodłączne trio rozdyskutowanych i rozbawionych przyjaciół. Odchodzili kolejno. Stolik pustoszał.

Widywałam ich tam czasem, zaglądając przez uchylone drzwi pachnącego słynnymi pączkami lokalu. Któregoś dnia ujrzawszy, że nie ma tam tych Wielkich , zajęłam ich miejsce wypiłam bardzo smakowitą kawę , chłonąc atmosferę tego miejsca. Jeszcze wtedy żyli.

Tekst ten napisałam całkiem niedawno, a dzisiaj już ta słynna Trójka pewnie znalazła  odpowiedni stolik w klimatycznym lokalu pod bokiem Pana Boga, bo gdzieś muszą kontynuować swoje niekończące się dysputy.

Jest nadal w tym samym miejscu owa słynna kawiarnia gdzie pewnie czasem zaglądają Ich duchy świetliste a my możemy  zanurzyć się w atmosferze innego świata, Nowego Świata a potem spojrzeć na  Warszawę  oczami Tadeusza Konwickiego…bo jak pisze Piotr Bratkowski „ z brzydkiej Warszawy zrobił miasto mityczne. Sprawy banalne przekuwał w dramaty egzystencjalne. Umeblował nasze głowy taj, że wciąż żyjemy w Polsce Konwickiego.”

Spotkajmy się u Bliklego na Nowym Świecie nasyceni lekturą Jego książek, z obrazami filmowymi pod powiekami i spróbujmy polubić to, co nas otacza. Liczę na takie spotkanie, kochani….

 

 

SAM_6157.JPG

 

 

SAM_6179.JPG

 

 

SAM_6173.JPG

 

 

SAM_6160.JPG

 

 

SAM_6180.JPG

 

 

SAM_6169.JPG

 

a poniżej wileński sen

 

SAM_6175.JPG

 

 

SAM_6166.JPG

 

 

SAM_6160.JPG

 

 

SAM_6159.JPG

Trzej Królowie przybyli….

Trzej Królowie przyszli….

 

P1050282.JPG

 

 

Już minął rok gdy z wielkim zapałem opisywałam to Święto . Nawet z ciekawości zajrzałam do tego tekstu zamieszczonego w rozdziale ” jeden taki dzień”

W tym, 2015 roku już było spokojniej. Jak wszystko na tym świecie gdy jest powtarzane, powszednieje i lśni słabszym blaskiem. Może dlatego, że nie byłam na ulicach Warszawy, gdy wędrował barwny i radosny pochód a tylko echo telewizyjne śledziłam. A może z wiekiem człek staje się mniej wrażliwy. Nie wiem.

Poprzedniego dnia wieczorne niebo było pomalowane cudnie, a od rana pogoda wesoła, słoneczna , mroźno ale słońce grzało mocno. Potem cały ten dzień piękny.

Bo stało się to co niezbadane, ale radosne . Właśnie przyszli Trzej Królowie .

A z nimi przyszła na świat nasza kolejna Wnuczka.  Najwyraźniej Trzej Królowie ją przynieśli ku naszej radości. A może takie myślenie jest swoistą butą. Może to był tylko bocian, chociaż w styczniu musiałby być to tylko jakiś maruder. Kapusta na polach też mało dorodna, zimowo zbutwiała. Pozostał tylko zimorodek, którego wypatrzyła synowa gdy poczuła ruchy dziecka. Niezwykły ten gość, właściwie nigdy przedtem tu nie oglądany przelatywał pomiędzy sosnami niedalekiego lasu.

Ostatecznie nie wiemy KTO sprawił, poza marzeniami rodziców, że przed 6 laty, dokładnie 6 stycznia nowa dziewczynka a po 4 latach i 4 dniach chłopczyk zaszczycili nas swoją obecnością.

Dostali imiona, które wg księgi imion dają im wielką wrażliwość na problemy innych ludzi, na przyrodę i jej piękno, pracowitość i niestrudzone realizowanie zadań życiowych.

Tak więc, myśląc, że tacy będą w dorosłym życiu i wierząc, że to właśnie Trzej Królowie w swojej łaskawości wrzucili do tej rodziny odrobinę mirry, kadzidła i oczywiście złota w ten deszczowy poświąteczny dzień siedzę przed komputerem i piszę te słowa….

 

 

P1060291.JPG

 

 

maja 8.JPG

 

 

800px-Alcedo_atthis_3494.jpg

 

 

P8210243.JPG

 

 

P1192160.JPG

 

Jak dobrze mieć rodzeństwo!