Sen ulicy Parkowej.

Zdjęcie0214.jpg

 

 

Jest w Michałowicach ulica Parkowa….

Kiedy się rodziła, jeszcze nieświadoma  była co ją czeka, ale czuła, że będzie jej dobrze w tym miejscu.

Osiedle było nieduże właśnie powstawały urocze uliczki z przylepionymi do nich domkami przy których właśnie wyrastały drzewa i krzewy.

Na chrzcie nadano jej piękne imię- Parkowa.

Gdy dorastała była dumna z tego, że nie nazywa się Raszyńska, Wesoła, Szara czy nawet Spacerowa. Parkowa brzmiało elegancko, melodyjnie ale i dostojnie .

I wówczas zaczęły się jej sny.

Śniła nocą i dniem na jawie, że towarzyszką jej będzie park.

Wielki park jak michałowickie zielone oko postrzegane z okien samolotów, które nawiedzają to miejsce często z racji pobliskiego Lotniska na Okęciu. To zielone oko powinno mieć źrenicę – czarną przepastną jeziorną toń z łabędziami albo ostatecznie kolorowymi kaczkami. A może to tylko byłaby błękitna wodna tęczówka z wyspą czarniawą i wierzbami płaczącymi na niej…

Ależ się rozpędziłam. To przecież mój sen na jawie, park z mojego dzieciństwa- gorzowski Park Wiosny Ludów ….

Jednak jestem  pewna, że to jest także sen ulicy Parkowej w Michałowicach .

Ale na razie ten park jest tylko wyobraźnią malowany, a w realu dookoła  pola i nieużytki.

Przytula się więc do nich taka kostropata, żwirowodziurowa ulica o dumnej nazwie. I tylko czasem słońce przejrzy się  w lustrze  jej  kałuż , kolory wrzuci, ogrzeje i przemknie dalej. A czasem zatrzyma się jakiś człowiek, bo ma czas, bo refleksje, bo aparat fotograficzny i piękne ma wspomnienia z młodości…

 

 

SAM_5852.JPG

 

 

P3.JPG

 

 

P.JPG

 

 

P2.JPG

 

Dzień Zaduszny…

 

PB282326.JPG

 

 

W Dzień Zaduszny żyję wśród duchów moich Bliskich. Czuję, że są obok, wyzwoleni z ziemskich cierpień, a więc szczęśliwi.

I maleńki wojenny braciszek- Wacuś, rezolutny 4 latek , z wielkim trudem wychowywany przez samotną stale pracującą Matkę, która została w ciąży gdy  na początku II wojny światowej Ojca zamknięto w obozie koncentracyjnym. To dziecko ulicy opłakiwane  przez Matkę i moje serce zostało skoszone w 1944 roku w ciągu dwóch dni przez czerwonkę przywleczoną przez sowietów …

I są obok moi Rodzice,  którzy dożyli z trudem bardzo sędziwego wieku i zmarli po prostu „na starość „ …ich prochy na Cmentarzu w Komorowie odwiedzimy dzisiaj…pomilczymy przez chwilę i wrócimy do codzienności…

i Teściowie, którzy przegrali walkę z chorobami, chociaż mogli jeszcze pożyć. Niedawno mieliśmy spotkanie z Lidzbarkiem Warmińskim, gdzie wylądowali po wojnie, i smutki i radości przeżyli i odpoczywają na wzgórzowym  cmentarzu, wśród wielkich drzew i ciszy…

 i Paweł , jedyny brat Mirka, którego życie tak nagle przerwał pijany kierowca . Pochylimy się nad grobem Cmentarza przy Kościele św. Katarzyny i jak zwykle zapytamy dlaczego Boże  Go zabrałeś zostawiając bezradną Rodzinę. A może Ciebie, Boga to w ogóle nie interesuje, a może Ciebie, Boże nie ma….

i wreszcie mój starszy brat- Zenon- żeglujący pod prąd oczekiwań Rodziców, parający się piórem , dziennikarz, literat, krytyk literacki. Gdy nie mógł się odnaleźć w nowym świecie , odszedł właściwie nagle 3 lata temu i teraz świeczkę mogę jedynie zapalić w portalu nekrologi, bo Zielona Góra zbyt daleko, by na grobie….

I są oni Wszyscy, wokół nas i żyją wiecznym życiem, dopóki my żyjemy i jedynie geny, które nam przekazali mogą świadczyć- to nasi najbliżsi…

 

Psie macierzyństwo…

Dzisiaj jak zwykle przywitała mnie Leza, czyli Fortaleza od miasta w Brazylii, gdzie wieść o białym piesku przyszła i ochota, by takiego zaprosić do swojego domu.

Mały, gdy usłyszał, że ktoś wszedł, gwałtownie umknął.

Zapytałam więc Lezę, gdzie twój synek. Od razu zrobiła w tył zwrot i pognała do pokoju. Po chwili wyszli obydwoje zza fotela…Maluszek właśnie ukończył 5 tygodni, ma już 5 zębów ostrych jak szpileczki, ale na szczęście nie są to jedynki, więc mama łaskawie pozwala mu na ssanie swojego cycka, bo pewnie nie gryzie zbyt silnie…Leza wskoczyła na kanapę, by zażyć chwili spokoju, a Porto Pollo  przysiadł przed kanapą i zrobił uroczyście siusiu. W tym temacie już wydoroślał, nie  siusia na miękkie wspólne legowisko ale bardzo chętnie na podłogę. Ponoć należy mu położyć gazetę i wtedy zrozumie, że tylko tam wolno. Potem gazetę trzeba stopniowo przesuwać w stronę drzwi wejściowych by potem już wypuszczać w wiadomym celu na podwórko. Zobaczymy jak będzie przebiegała edukacja. Na razie jest rozkoszny taki jaki jest.

Ogródek już poznał, bo wczoraj był tam po raz pierwszy, najpierw bał się trawy, która go łaskotała w brzuszek, ale potem radośnie ganiał za piłeczką.

Gdy jego mama się wylegiwała  kanapie, Porto przytruchtał do mnie i gdy znalazł miękką skarpetkę na mojej nodze zaczął ją  podgryzać.

Po chwili mama zeszła łaskawie na podłogę a wtedy maluch pognał w jej kierunku i przyssał się do piersi…fajnie tak obserwować jak rośnie i rozwija się mały piesek….i czułość ogarnia, widząc, jak dość wiekowa, bo 9 letnia matka po raz pierwszy poznała smak macierzyństwa i zdaje egzamin na szóstkę!

 

 

SAM_8680.JPG

 

 

 

SAM_8717.JPG

 

 

SAM_8735.JPG

 

 

SAM_8788.JPG

 

 

SAM_8791.JPG

 

 

SAM_8797.JPG

Z Ewą….

 

SAM_8802.JPG

 

 

SAM_8819.JPG

 

 

SAM_8825.JPG

Potem Leza powędrowała na legowisko, był mały mógł spokojnie konsumować, a sama pozowała do zdjęcia….

 

SAM_8827.JPG

 

 

 

Gdy Leza pobiegła by mnie pożegnać, mały się gramolił za nią- dzielnie sobie daje radę…

 

 

 

SAM_8870.JPG

 

Smętne rozmyślania przy bunkrach w Jastarni

SAM_8014.JPG

Polski bunkier Sęp leży na nadbałtyckiej plaży w Jastarni…

 

 

A miało być o bardzo odległych dziejach Półwyspu Helskiego i Jastarni . Nie udało się , bo wczoraj  wędrując plażą w kierunku Władysławowa nagle ujrzeliśmy bunkier na plaży. Co prawda przed bardzo wielu laty  tam byłam, potem czytałam o jakiejś niedawnej aferze z zasypaniem ziemią gdy lasy zmieniały właściciela i odkopaniu po protestach ludzi pielęgnujących tradycje militarne .

Pomimo tego, nie daje się hamować emocji , gdy nagle wyrasta przed nami taka budowla.

Potem kolejna i kolejna…

I przychodzi myśl po co nam to było? Tym bardziej, gdy czytam, że Polska nie zdążyła ich wykorzystać w czasie II wojny światowej bo  planowano ukończenie budowy dopiero w listopadzie 1939 roku  a wojna wybuchła 1 września i miała określony scenariusz. Po prostu byliśmy za słabi by pokonać najeźdźców. I taka jest prawda. Gdy teraz słucham, że mamy zwiększyć wydatki na zbrojenia wątpliwości same przychodzą do głowy. Przecież wtedy też mieliśmy sojusze…. I właśnie o tym myślę patrząc na bunkry w Jastarni….

Dla moich dzieci i wnuków ale przyznam, że także i dla siebie porządkuję wiadomości nt obrony Helu w 1939 roku. W tym miejscu przepraszam tych, którzy to wszystko wiedzą- nie obraźcie się mili…..

 

A było tak:

Przed II wojną światową granice Polski wyglądały inaczej niż dziś. Mieliśmy tylko maleńki skrawek wybrzeża Bałtyku z pięknym nowym portem w Gdyni.

Ponieważ był on położony  bardzo blisko granicy z Niemcami w wyobraźni wojskowych istniała konieczność wybudowania bazy marynarki wojennej, z której można by było prowadzić obronę tego miasta.

I dlatego m.in. wybrano  leżący po drugiej stronie zatoki Gdańskiej polski wtedy Hel, bo obok prowadziła droga morska z  Morza Bałtyckiego do Gdyni i Gdańska.  Zamknięto tedy ten obszar od strony półwyspu  a  do wejścia czy wjazdu konieczne było posiadanie przepustki. Wybudowano tam  port wojskowy a na wydmach zainstalowano wielkie działa ( bateria im. Laskowskiego) , które mogły ostrzeliwać statki podążające w kierunku Gdynie i  wolnego wtedy  miasta Gdańska, ale znajdującego się pod dużymi wpływami Niemiec.

      By osłonić Hel od strony Władysławowa rozpoczęto budowę bunkrów w Jastarni  układających się w poprzek półwyspu, który tu miał szerokość 450 m . Realizowano projekt inżynierów wojskowych mjr saperów Szmidta oraz mjr Draguły. Prace rozpoczęto 15 maja 1939 roku, w dniu rozpoczęcia wojny , 1 września bunkry były już wzniesione, pięknie nazwane nawet, chociaż jeszcze nie wyposażone w urządzenia wentylacyjne i część uzbrojenia.

     Jednak zarówno data rozpoczęcia wojny jak i jej błyskawiczny rozwój spowodowały, że bunkry okazały się niepotrzebne.

 Bo wkrótce część  Polski była zajęta przez Niemcy a po od 17 września pozostała część przez  ZSRR. I nie pomogły żadne sojusze….

Hel, ta główna baza Polskie Floty Wojennej był  atakowany przez Niemców z powietrza i morza . A  8 września został izolowany od lądu na wysokości Swarzewa i Władysławowa z kontrolowaną Zatoką Pucką przez korpus gen von Kaupischa 

Od 21 września pancerniki „ Schleswig-Holstein” i „Schlesien” rozpoczęły ostrzał  Helu zmagając się z działami polskiej baterii cyplowej im. Laskowskiego .

25 września 1939 r.  został trafiony niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein”.

Polski dowódca baterii , kpt. marynarki Zbigniew Przybyszewski został ranny , ale po opatrzeniu ran na własną prośbę wrócił na stanowisko bojowe.

30 września Niemcy zdobyli leżące na Półwyspie Chałupy a wycofujące się wojska polskie wysadziły zaporę z głowic torpedowych , przerywając ciągłość Półwyspu co zatrzymało lądowy pochód Niemców.

Jednak po upadku Warszawy i Modlina, a także z powodu braku żywności i amunicji sytuacja obronna stała się beznadziejna. I wówczas polski kontradmirał Józef Unrug podjął  decyzję poddania się.

1 października wstrzymano po obu stronach ogień.W Grand Hotelu w Sopocie polscy komandorzy Stefan Frankowski i Marian Majewski,  złożyli podpis na akcie kapitulacji w obecności  niemieckiego kontradmirała Huberta von Schmundta .

Wieczorem wypłacono obrońcom pobory za trzy miesiące z góry , rozpoczęto niszczenie akt sądowych i osobowych i przez całą noc zakopywano i zatapiano sprzęt..

2 października o godzinie 10 wkroczyli do Helu Niemcy , którzy jeszcze długo poszukiwali ukrytych dział, nie wierząc , że obrońcy Helu mając do dyspozycji jedynie cztery armaty Boforsa mogli skutecznie trafiać w okręty wojenne i zatopić jeden trałowiec….

 

Bunkry w Jastarni wybudowane przez bardzo młodą wtedy Polskę wielkim nakładem sił i środków, od 1940 r. do końca II wojny światowej  służyły Niemcom….jedynie Niemcom….

 

I gdy  tak stoję obok bunkrów w Jastarni, nigdy niepotrzebnych trudno się dziwić , że rozmyślam o naszych czasach, sojuszach, strojeniu piórek, zbrojeniach….chciałabym nie mieć racji…

 

 

Poland1939_physical.jpg

Obszar Polski sprzed II wojny światowej ( zdj z Wikipedii)

 

 

SAM_8057.JPG

 

Zdj tablicy przy szlaku militarnym w Jastarni. Cztery polskie przedwojenne bunkry o pięknych nazwach. Sęp na wybrzeżu Bałtyku, Sokół od strony Zatoki Puckiej…

 

 

SAM_8041.JPG

 

SAM_8031.JPG

Sęp z bliska

 

SAM_8052.JPG

 

 

SAM_8045.JPG

Saragossa zwana też  Saratoga ( od miejscowości w Stanach gdzie Tadeusz Kościuszko budował linie obronne)

 

 

SAM_8061.JPG

Bunkier Sabała, gdzie jest Muzeum, otwarte jedynie w sezonie letnim. Teraz niedostępne od strony morza, z powodu głębokich rowów w których światłowody będą…dlatego zdj z daleka

 

 

SAM_8020.JPG

 Nie dotarliśmy do Sokoła, wróciliśmy na plażę…..

Niedzielny spacer po magicznej Jastarni

 

SAM_8439.JPG

Wyjście plażowe nr 50 i dalej przechodzimy przez tory obok cmentarza, zaglądamy  do Kościoła

 

 

W połowie  wąziutkiego pasemka ziemi zwanego półwyspem Helskim, wybrzusza się  Jastarnia , do niedawna wioseczka. Gdy już mija szał letnich najazdów turystów miejscowość żyje swoim życiem, a właściwie zda się , że śpi. Sklepy w większości pozamykane, jedna tylko restauracja o dziwnej nazwie „ Łóżko” zaprasza i jeden bar rybny…i jest pięknie…

I tylko kamień na cmentarzu z napisem takim jak na zdjęciu dreszcz budzi i niepokój. I jedyna łódka na plaży rybą rano pachnąca, wilgotna . I gdy morze huczy za oknem , wtedy przychodzą myśli o ciężkiej pracy na morzu , o ludziach igrających na co dzień z żywiołem,  byśmy rybki mogli zjeść…i szacun im, jak mówi dzisiejsza młodzież, szacun wielki im się należy, rybakom, wilkom morskim…

Ale dzisiaj niedziela  piękna letnia choć październikową była, niespodziewanie upalna, więc kościół otwarty i ambonę obejrzałam , którą kiedyś mój Tato się zachwycał, że oryginalna , rybacka, jedyna taka, jastarniowa i potem wybrałam się na leniwy spacer ….zapraszam

Może po tej leniwej niedzieli zbiorę się w sobie i napiszę więcej o tej miejscowości…..

 

 

SAM_8396.JPG

Pomnik na cmentarzu…

 

SAM_8472.JPG

 

 

SAM_8423.JPG

 

 

SAM_8413.JPG

Kościół wzniesiony na miejscu XIX wiecznego, drewnianego, w roku 1932…barwy wnętrza ulubione przez Kaszubów, ambona w kształcie łodzi i organy , które brzmią ponoć jak oliwskie ( koncerty odbywają się latem…)

 

 

 

SAM_8429.JPG

Zabytkowa chata rybacka z 1881 roku zbudowana z desek z rozbitych statków wyrzuconych przez morze

 

 

 

 

SAM_7798.JPG

Kasztanowiec biały- Pomnik Przyrody. Posadzony w 1897 roku przez mieszkańca Jastarni- Walentego Strucka, który niedługo potem wyjechał na Alaskę i słuch po nim zaginął….kasztan ma rozpiętość korony 24 m…jest cudny, przecudny…

 

 

SAM_7635.JPG

Wszystkie nazwy są dwujęzyczne- Polskie i Kaszubskie. Dzieci w szkole uczą się swojego macierzystego języka…miejscowi Kaszubi nie dali się zgermanizować….

 

 

SAM_8463.JPG

 

 

SAM_7808.JPG

 

 

SAM_7811.JPG

Św. Rozalia, która uratowała mieszkańców od zarazy…powyżej cała kapliczka, obok wygodne ławki, można kontemplować wśród małych domków

 

SAM_8440.JPG

Cmentarna Góra przy wyjeździe do Juraty. Do XIX wieku chowano tu mieszkańców a także bezimiennych topielców. Potem zniszczył go żywioł wód Zatoki…szczątki przeniesiono na cm obok kościoła

 

SAM_7682.JPG

Port wybudowany w latach 1926-1930

 

SAM_8453.JPG

 

 

SAM_8457.JPG

Mieszkańcy Jastarni…cóż to za uroda?

 

 

 

 

 

 

Jastarnio, gdzie się podziały nasze wczasy wagonowe?

To ja, Zosia wtedy Łukaszewicz ( ok. 1953 rok )  – na stopniach wejścia do naszego wagonu …. pełnia lata … autor fotografii Wacław Łukaszewicz

Gdzie parowozy z kłębami pary i sapaniem , z tamtych niezapomnianych lat połowy ubiegłego wieku ? Teraz eleganckie szynobusy przemierzają trasę Gdynia – Hel … czegoś żal …

I rok 2014 – pobyt sylwestrowy w Jastarni. Odkrycie , że Wczasy Wagonowe jeszcze są – choć już została tylko znana mi jadalnia i recepcja – wagonów ani śladu …

IJuż kiedyś pisałam o moich wczasach wagonowych, ale nie mogę się powstrzymać od ponownego powrotu do tamtych czasów. Bo dzisiaj jestem na przystanku kolejowym na trasie wiodącej na Hel i gdy czytam jego nazwę- Jastarnia Wczasy od razu pojawia się w sercu czułość pomieszana z radością i niewielką smutą, że jest inaczej niż drzewiej bywało…

 Rozglądam się, wagonów nie ma , jednak za torami jest bardzo znajomy teren , jak kiedyś skromnie ogrodzony siatką z zamkniętą niestety bramą więc kontynuuję obserwacje z peronu kolejki . Z radością rozpoznaję przetrwałą z tamtych lat 50 ubiegłego wieku  naszą jadalnię  i  przysadzistą recepcję. To właśnie z niej odbieraliśmy klucze, a potem gnaliśmy  wzdłuż sznura wagonów by zidentyfikować ten nam przydzielony,  jedyny… 

   Bo lata 50 XX wieku były przaśne, małowczasowe, bezcampingowe, co najwyżej brzydkonamiotowe. A my, dzieci kolejarzy cieszyliśmy się tym,  że cała rodzinka wybywała nad wakacyjne morze , piękne i szumne i w dodatku dostawała na te upojne wakacyjne dwa tygodnie cały wagon, tylko dla siebie. I wydawało się nam , że jesteśmy w dalekiej podróży…i niebawem nasz skład ruszy w siną dal….

    Każdy wagon stał na własnych kołach i najprawdziwszych torach, był towarowy, taki do przewożenia koni czy krów, z metalowymi magicznymi kółkami przymocowanymi do wewnętrznych ścian. Uwielbiałam te kółka….Mieliśmy łóżka metalowe, zgrzebne koce i miskę oraz wiadro na sanitarne ablucje. Dopiero potem podłączono do każdego wagonu wodociąg i pojawiła się najprawdziwsza umywalka.

     Od tych lat wczesnodziecięcych, wagonowych pozostał mi miły charakterystyczny zapach który niektórzy nazywali smrodkiem drewnianych wychodków obficie polewanych chlorowymi preparatami, z komponentą zapachu żywicy pobliskich sosen i morskiego słonego powietrzu. Ilekroć poczułam i nadal gdy poczuję podobny tamtemu zapach, teraz rzadko już spotykany, od razu wiem, że moje  wczasy wagonowe tuż, tuż….oczywiście to tylko wyobraźnia ale uczucie to jest naprawdę bardzo, bardzo miłe…..

    Nie ma już naszych wagonów ale zostają  w pamięci tych, którym dawały radość tak niezwykłą w połowie ubiegłego wieku

    I tak stojąc teraz na peronie w Jastarni Wczasy zadaję pytanie- Jastarnio, gdzie się podziały nasze wczasy wagonowe ?

Może wagony nie konserwowane rozsypały się w nicość, może komuś nie odpowiadał ich wygląd, bo wszak teraz jest to ośrodek wczasowy Instytutu Kolejnictwa. Nazwa brzmi dumnie, więc należało postawić domki drewniane dwuspadowe, brązem malowane a nasze wagony oddać na przemiał. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale się stało.…Jeno dwa budynki o których wspomniałam na wstępie- jadalnia i recepcja stoją jak kiedyś i pewnie śnią dawne czasy…

 I jeszcze się ostała  stacja kolejowa z piękną nazwą Jastarnia Wczasy. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zmiana tej nazwy, ale kto wie….w końcu wszystko się zmienia i dobrze jest tak jak jest…

Gdy teraz stoję na stacji Jastarnia Wczasy  widzę tamten czas i już nie muszę wypatrywać  moich wagonów bo one są zapisane w moich oczach i głowie i wszystkich zmysłach…

morze pachnie jak kiedyś i tak samo szumią wielkie sosny a gdzieś w dali miarowo uderzają fale o brzeg…niezmienne…

 

 

 

Nie wszystko przemija…

 

SAM_7761.JPG

 

 

Słońce już zmierza ku zachodowi i właśnie najpiękniej jak umie gra cieniami śladów stóp  na piasku….

Wyjątkowo piękny jest październik tego roku.

I dane mi , jeszcze raz dane zachwycić się morzem. Naszym, polskim jedynym takim. 

Nie tylko uroda tego wybrzeża zniewala ale wracają piękne wspomnienia własnego beztroskiego pełnego zachwytów dzieciństwa spędzanego na wczasach wagonowych . I kolejne wspomnienia gdy już z własnymi  dzieciakami  odkrywaliśmy stale na nowo te szumy, zapachy , pomruki , czy groźne miarowe uderzenia fal , te bezmiary wiecznie żywej wody i piasek, piasek, piasek… a teraz już nasze wnuki cieszą się tak jak my kiedyś.

I tak świat się toczy, pokolenia odchodzą , przychodzą następne a  nad nimi to samo  niebo i ten sam wiatr we włosach i wielki morski horyzont   i skrzypiące pogwizdywanie śnieżno  białego piasku pod stopami  , słońce i plaża ….

 

 

SAM_7774.JPG

 

 

SAM_7773.JPG

 

 

SAM_7770.JPG

 

 

SAM_7765.JPG

 

Do zobaczenia, moja Pani Profesor….

SAM_7316.JPG

Jedyne zdjęcie Pani Profesor Teresy Wyszyńskiej jakie posiadam. Są wczesne lata 90 XX wieku, upalny wrzesień,  Kongres Nefrologów Dziecięcych w Jerozolimie…

    Nie powinnam bezpośrednio po poprzednim wpisie blogowym o małej pieskowej  domowej radości pisać o   bardzo , bardzo poważnej smucie. Ale tak już się w życiu plecie…

Przed kilkoma dniami odeszła od nas Pani Profesor Teresa Wyszyńska , szefowa zespołu, w którym pracowałam ponad 20 lat…. Moja Pani Profesor bardzo kochała psy, zawsze miała przy sobie jamnika, więc zrozumie i wybaczy tę niezręczność…i nieco chaotyczne, bo pisane sercem i na gorąco wspominki.

Właśnie czytam nekrolog w prasie…stało się to, co nieodwracalne, ale nie przyjmuję tego do wiadomości. Bo Pani profesor nadal żyje wśród nas, dopóki my żyjemy, dopóki pacjenci pamiętają i słowa Jej publikacji, podręczników są czytane i żyją Jej dobre geny utrwalone w pięknej Rodzinie, którą stworzyła…

I myślę o mojej Pani profesor, zresztą często o Niej myślę, bo była wspaniałym lekarzem i jeszcze wspanialszym , niezwykłym Człowiekiem.   

    Po raz pierwszy zobaczyłam Panią Profesor na kursie specjalizacyjnym, jeszcze byłam zakochana w Siennej i nie przypuszczałam, że będę pracowała u Jej boku. Ale już wtedy przyszedł mój zachwyt i nigdy nie zapomnę Jej pięknych wykładów wygłaszanych w iście amerykańskim luzie, ilustrowanych na żywo ( na zwykłej tablicy skrzypiącą kredą) rysunkami z których wyłaniały się kształtne szczegóły budowy nerek i układu moczowego, potem stopniowo wykwitały różne patologiczne twory w obrębie kłębuszków nerkowych by zamienić się w jednoznaczne rozpoznania chorobowe . Te dynamicznie powstające rysunki  mam do dziś w oczach i więcej pokazały i nauczyły niż opisy ustne czy wyczytane w znakomitym podręczniku nefrologii dziecięcej pod Jej redakcją wkuwanym do egzaminu na dwa stopnie specjalizacji z pediatrii….

     W roku 1980 poznałam Panią Profesor osobiście i do dziś wspominam, jak mnie przekonywała do podjęcia pracy w  CZD – pani Zosiu, warto zmienić pracę , poznać nowe horyzonty i ew. zrezygnować po roku gdyby dojazdy były zbyt uciążliwe  lub praca nieciekawa. Po długich wahaniach , tak zrobiłam  i nigdy nie żałowałam, bo praca u boku Pani profesor była nie tylko zaszczytem ale też wielką przyjemnością. Otrzymałam temat, który mnie całkowicie pochłonął , miałam wolną rękę w programowaniu  badań, kochałam moich pacjentów i czułam wielką radość gdy się udawało zmniejszać cierpienia chorych dzieci. Wszystko to się działo  po czujnym opiekuńczym ale nie despotycznym okiem pani Profesor. Nie czułam się zniewolona i  ograniczana jak się zdarzało w innych klinikach, gdzie lekarz musiał wykonywać ślepo zarządzenia szefa, rozwijałam skrzydła. Trwało to ponad 20 lat, aż do emerytury. …Tak, Pani profesor miała wielkie zaufanie do ludzi…i dziękuję Jej za to….

     Mam stale w pamięci Jej dziewczęcy uśmiech, wielki błękit pięknych oczu,  własny styl ubierania się, skromny, elegancki angielskopółsportowy ale przede wszystkim  bezpośredni sposób bycia chyba typowy dla ludzi Wielkich ale pochodzących ze znamienitych rodów. Wszak Pani profesor z Bogusławskich i Suchodolskich się wywodziła. Nie miała żadnych cech  z profesorskiego , jakże często obserwowanego, nadęcia, dumy, pogardliwego traktowania  słabszych.

     Była uśmiechniętą przesympatyczną Lekarką często zaskakującą nie tylko wiedzą nefrologiczną , co było oczywiste, ale obejmującą wszystkie specjalności medyczne, często widziała i wiedziała to, czego my nie widzieliśmy. Lekarze obdarzeni tzw. szóstym zmysłem nie rodzą się często. Pani profesor miała ten szósty zmysł. To był dar , nie tylko wyuczona wiedza. Nie zapomnę  nocy spędzonej przy łóżku nastoletniego chłopca, którego stan gwałtownie się pogarszał. Z wielkim lękiem czuwałyśmy nad nim z koleżanką która dyżurowała (wtedy jeszcze były odrębne dyżury ) wymyślając co jeszcze można by zrobić, by pomóc. Gdy Pani profesor zajrzała do nas rano, rzuciła tylko okiem na chorego i oznajmiła, żebyśmy się nie martwiły, bo chłopiec przeżyje….i tak się stało….

      Jeszcze mam w sobie jedno wspomnienie, już nie zawodowe, ale koleżeńskie. Kiedyś wyjechaliśmy wspólnie, całym naszym zespołem nefrologów  nad Bug, na majówkę. I gdy wędrowaliśmy  brzegiem rzeki, świeciło  już dość ciepłe słońce, a  Pani profesor nagle  zrzuciła wierzchnie ciuchy pozostając w kostiumie kąpielowym i wskoczyła do rzeki….jedyna z nas miała ten kostium i jedyna pływała parskając radośnie. Staliśmy i patrzyliśmy na tę radość…

     I było ostatnie spotkanie, może przed rokiem,  w Jej uroczym mieszkaniu w Brwinowie, sączyliśmy wino i zagryzaliśmy owoce z pucharków które specjalnie dla nas przygotowała…był luz i ciepło ….

    Potem tylko telefony , stałe zapraszanie i nasze obietnice, że jeszcze raz Ją odwiedzimy…nie zdążyliśmy…..jednak teraz mówię- do zobaczenia  Pani profesor…do miłego zobaczenia….jak mniemam, otrzymam od Pani poprawkę tego tekstu. Bo tak zawsze   bywało, gdy popełnialiśmy artykuł do Pediatrii Polskiej czy innego czasopisma medycznego, którego pani Profesor była redaktorem…przyrzekam, że  poprawię…

 

SAM_7326.JPG

Mała domowa radocha…

 

SAM_7246.JPG

 

 

 

 

Dzisiaj o 3 nad ranem przybył do naszego a właściwie domu naszych dzieci nowy psi obywatel.

Całkiem niedawno okazało się, że  ulubiony rodzinny  piesek, a raczej suczka o imieniu Fortaleza, zwana popularnie Lezą ( od nazwy brazylijskiego miasta Fortaleza, gdzie miały miejsce ważne wydarzenia rodzinne, które pewnie kiedyś już opisałam) , właśnie po raz pierwszy zostanie mamą. 

Tatusiem najprawdopodobniej  jest wieloletni wielbiciel Lezy, przystojny i miły mieszkaniec Jastarni, dumnie reprezentujący kilka ras ( chociaż z przewagą genów rudawobeżowego jamnika) o imieniu Tofik.

Leza wczoraj  jeszcze nas  odwiedziła z okazji 14 urodzin Michała, była radosna, jak zwykle skłonna do zabawy, a dzisiaj już jest poważną mamą swojego jedynaka.

Tak więc Michał otrzymał od niej prezent urodzinowy, jak mówi najpiękniejszy. Maleńki pieseczek jest uroczy, rześki i już podbił nasze serca….

Czyż nie mam racji?

 

Na zdjęciach pieskowych jest Jula, muszę jeszcze sfotografować  Michała, bo się może obrazić. Więc na razie go przepraszam, że tak wyszło….

 

A zapomniałam dodać, że maluch nazywa się Polo …

 

 

SAM_7267.JPG

 

 

SAM_7281.JPG

 

 

SAM_7283.JPG

 

 

SAM_7289.JPG

 

 

SAM_7284.JPG

Może coś w tym jest?

 

P7280041.JPG

 

 

 

Przed kilkoma dniami „ Politykę „ sobie kupiłam, by pochmurność bezgórską w górach zamienić w leżakowanie pod kocem. W radio podają, że na północy Polski ładnie i ciepło, tu 16 stopni , wilgotność włazi w kości a w dodatku góry gdzieś diabli wzięli.

     I oto dorwałam artykuł , który początkowo mnie nie zainteresował, ale wróciłam i wyjęłam smaczniejsze kawałki. Nosi on tytuł „ Owczy plusk” i jest autorstwa Jarka Szubrychta.

Na wstępie czytam :  „ Wystarczy wiadro lodowatej wody, telefon z kamerą wideo i dostęp do Internetu, by świat stał się odrobinę lepszym miejscem…”

   Faktycznie już od pewnego czasu zauważyłam, że w TV ( nawet w dostojnych dziennikach ) pokazują  dziwne zwyczaje polewania się wodą, pomimo tego, że śmigus dyngus przed pół rokiem się odbywał. Robią to różni ludzie sławni, politycy  i celebryci takoż. Ponoć cele są szczytne, gdyż jest to akcja charytatywna i nie wypada wypaść z szeregu. Podobno tylko Donald Tusk się uchylił deklarując od razu wpłatę pewnej kwoty na ów szczytny cel, bez tej wodnej błazenady.

   Jak czytam w ww artykule, od ponad roku krąży w necie Cold Water Challenge i splash, czyli „plusk’ jako odmiana Ice Bucket Challenge .

Pierwszy taki swój film wrzucił do netu amerykański golfista Chris Kennedy 14 lipca łącząc zabawę z polewaniem zimną wodą z zachętą do datków na rzecz fundacji zajmującej się chorymi na stwardnienie zanikowe boczne. Potem ruszyła lawina.

Nie pomagają chłodne argumenty, że należy oszczędzać wodę, etc.

Ludziska się wciągnęli tak jak do wysyłanego i rozsyłanego  kiedyś internetowego łańcuszka szczęścia( czy grożącego nieszczęścia w razie nie wysłania dalej).

 Jak się okazuje zabawa ta nie jest nowa.

      Do dziś zachował się dokument z VI wieku, który rzekomo przywędrował do nas z zaświatów. „ Mówiono na nie –listy z nieba-. Miały być pisane przez samego Boga albo przez Jezusa czy Matkę Boską . Jak mówi prof. Waldemar Kuligowski, antropolog kultury z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu-„ Jest to zjawisko prawdopodobnie tak stare jak chrześcijaństwo”.

„ Listy z nieba” początkowo krążyły w Rzymie, i szybko zjawisko ich wysyłania rozprzestrzeniło się na inne kraje, docierając w XVI wieku do Polski. Listy miały często formę modlitwy- za świat, za rodzinę, za kraj…a nie wysłanie ich dalej- nie rozesłanie do kilku odbiorców było grzechem a nawet przynosić miało nieszczęście.

Oczywiście czytali i pisali ludzie którzy nie byli analfabetami, czyli pochodzący z co najmniej z klasy średniej.

Zjawisko opisał  w 1935 roku etnograf Jan Stanisław Bystroń w art. „ Łańcuch szczęścia”. Ponoć kościół je zwalczał , ale istniało też podejrzenie, że sporządzane były przez niektóre klasztory dla sprawdzenia poziomu wiary w społeczeństwie.

„ W połowie XII wieku krążył po Europie „ List prezbitera Jana do królów europejskich”, w którym ów Jan, tajemniczy władca potężnego wschodniego państwa, za rozsyłanie go obiecywał pomoc w walce z muzułmanami. Ponoć Marco Polo dwieście lat później stracił sporo czasu na poszukiwanie Janowego królestwa….niestety bez efektu”

„W XX wieku pojawiły się nowe warianty listów, odwołujące się nie do sił nadprzyrodzonych, ale dóbr materialnych. Nie tylko obiecujące bogactwo, ale wręcz gwarantujące jego zdobycie. Jak mówi prof. Kuligowski- należało przesłać komuś złotówkę i wysłać kopię listu z prośbą o kolejną złotówkę do pięciu znanych sobie adresatów. I dalej  autor artykułu cytuje Bystronia- „ w 1935 roku rozpętało się w Polsce absolutne szaleństwo, wyliczono, że zaangażował w się w tę grę milion Polaków. Przede wszystkim mieszkańców Wielkopolski, których zwykle posądzano o zdrowy rozum. Władze  próbowały nawet tego zakazać, ale bezskutecznie”.

„W czasach PRL również funkcjonowały podobne łańcuszki szczęścia, niektóre były zaczątkiem znanych nam piramid finansowych, pojawiły się też łańcuszki dla podlotków

( „jeśli roześlesz ten list do dziesięciu osób, to on zaprosi ciebie na randkę”. )…

    Kiedyś też otrzymywałam  takie pocztówki, bo o Internecie nikt nawet nie marzył. Nie wierzyłam w takie czary mary, ale przyznam, że czasami miałam wątpliwości…a nuż szczęście przejdzie obok. Ale zwyciężał zdrowy rozsądek i tu muszę się przyznać, wrodzone lenistwo. Ale koleżanki z zapałem skrobały kolejne pocztówki…

    Jak na razie  o polewaniu wodą jakoś w TV rzadziej- bo ileż można.

A swoją drogą co teraz wymyślą…pożyjemy, zobaczymy…