Wierzyć nie wierzyć czyli rzecz o czakramach i nie tylko…

 

 

A wszystko przez gonię, która w komentarzu do legendy o królu Popielu  wspomniała o czakramie, który znajduje się głęboko pod ziemią przy Mysiej Wieży. W ten to sposób uruchomiła moją ciekawość i zmusiła do grzebania w necie. Wprawdzie nie doświadczyłam jakiegoś szczególnego działania czakramu w tym miejscu, ale pewnie dlatego, że po prostu  nic o czakramie nie wiedziałam .

I tak pokrótce streszczam, to czego się dowiedziałam przed chwilą.

Czakram czyli ćakra oznacza koło, okrąg.

Zgodnie z religiami dharmicznymi ( hinduizm, buddyzm i inne ) które pochodzą z subkontynentu indyjskiego i wywodzą się z braminizmu czakram jest miejscem, w którym gromadzi się energia i krzyżuje  wiele kanałów energetycznych ( inną  wspólną cechą tych religii jest wiara w reinkarnację i karmę). Religie dharmiczne posiadają wielu wyznawców, a ich liczba jest tylko nieco mniejsza od  wyznawców religii  abrahamowych co stanowi o ich drugim miejscu na świecie.

Na wiedzy czy wierzeniach  religii dharmicznych opiera się m.in. joga czy bioenergoterapia .        Ponieważ wiedza o ćakrach  jest tajemna (łac.scientia occulta- okultyzm) , dostępna jedynie wybrańcom, ludziom uprzywilejowanym, przez naukowców traktowana jest z dozą sceptycyzmu albo zupełnej negacji.

Podstawową zasadą tej wiary jest postrzeganie ciała ludzkiego jako niezwykłego zbioru energii. Gromadzi się ona w 12 zbiornikach ( wg niektórych 5-7) ,  tzw. centrach mocy, które nie tylko ją pobierają, gromadzą ale też emitują na zewnątrz. Ułożone są  wzdłuż kręgosłupa , na całej jego długości, chociaż niektórzy twierdzą, że  są zlokalizowane w mózgu i mają związek z duszą.

W czakramach zgromadzona jest informacja o wszystkich naszych doświadczeniach życiowych. Ich stan energetyczny zależy od poziomu naszej świadomości, sposobu myślenia i jakości życia.

Energia zawarta w czakramach znajduje się w stanie stałego pobudzenia ( wiruje) . Im jest ono większe  tym sprawniej czakram czerpie kolejną energię i przekazuje dalej.

Gdy nasze czakramy działają prawidłowo to ciało jest zdrowe, a życie człowieka przebiega zgodnie z jego  zamierzeniami.

Zaburzenia w czakramach mogą być wynikiem stresu, traumatycznych doświadczeń a nawet istnieje możliwość ich zablokowania przez nasze poprzednie wcielenia. Skutkuje to złym stanem zdrowia i nieudanym życiem.

Ponieważ zakłócenie pracy poszczególnych czakramów prowadzi do wielu dolegliwości i chorób zaleca się odpowiednie ćwiczenia, które możemy znaleźć w portalu:

http://prawdaxlxpl.wordpress.com/2010/04/30/czakramy/

 

Podobno dzięki czakramom możemy czerpać energię zarówno z Ziemi jak i z kosmosu….cdn.

 

Kończąc ten odcinek wiedzy czerpanej z Internetu nt czakramu odezwały się myśli, które dawno się zalęgły w mojej głowie i przy lada okazji się ujawniają.

Otóż na przestrzeni ostatnich 30 lat   towarzyszyłam trzem bliskim mi Osobom dorosłym ( Teściowa a potem kolejno Rodzice) w odchodzeniu z tego świata .

I za każdym razem  doznawałam podobnie niesamowitego uczucia którego nigdy nie doświadczyłam na swojej długiej ścieżce medycznej.  Może to wynikało z faktu, że odejścia Tych Bliskich były nieuchronne a ja wyczerpałam wszystkie medyczne metody, by uchronić im życie  i mogłam już tylko  być obok, towarzyszyć i obserwować . Nie wiem. 

Przejście dorosłych w właściwie starców na drugą stronę było jednakowe, bardzo ostre, wyraźne. Odbywało się w ciszy i powadze . Gdy próbowałam coś mówić  słyszałam prośbę umierającego  o ciszę .

Każdy z odchodzących Bliskich był przytomny, ale w ostatnich chwilach bardzo  skupiony na czymś co już było  poza naszym światem. Wydawało się, że Coś widzi czy Kogoś słyszy. To było dla Nich ważne, najważniejsze. Wielkie skupienie  i wielkie milczenie. …

Potem zauważyłam ostatni oddech a właściwie długi przeciągły wydech.  I wtedy wyraźnie poczułam, że w tym momencie jakaś wielka energia, która napędzała całe życie, powodowała, że serce biło, krew krążyła, płuca oddychały i mózg nieustannie pracował  a każda komórka ustroju spełniała swoje naznaczone funkcje, opuszcza ciało.  A może to była dusza która uleciała w przestworza. Tak, jestem pewna, że ta energia właśnie duszą jest.

I pozostała  pusta powłoka ziemska, w której wprawdzie rozpoznawałam kiedyś Bliską i Ukochaną Osobę a teraz już obcą, bez znaczenia , opuszczoną przez swoją duszę , ostatecznie znieruchomiałą …. Znieruchomienie i opuszczenie…

i potem długo myślałam, gdy już pogrzeb się odbył i jeszcze teraz, po latach myślę, czym jest ciało bez swojej energii, duszy? I jest  tylko jedna jedyna odpowiedź – ciało bez duszy jest niczym ….

Odrywam się od tamtych dni, bolesnych, chociaż rozumowo logicznych rozstań z Bliskimi, bo była to nieuchronna chwila pożegnania.

Wracam do  prastarej opowieści o czakramach  i wyobrażam sobie, że powstała właśnie z obserwacji  takich jak ja  świadków umierania.

I jestem pewna , że najważniejsza jest zgromadzona w nas energia. To ona daje nam życie , siłę przetrwania  i warto ją pielęgnować, gromadzić wzmacniać . I wierzę, tak jak niektórzy, że ta energia jest duszą .

Gdzieś daleko w nieznanych nam zaświatach krążą te maleńkie cząstki energii, może naznaczone jakimś sekretnym odpowiednikiem naszego cielesnego DNA. I są to dusze naszych  Bliskich , którzy nas pilnują, ostrzegają i zatrzymują gdy chcemy zrobić jakiś życiowy błąd i czekają na nas ….a my przybędziemy  gdy nadejdzie  nasz czas….

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 45 )

I już ostatni wpis pod tym tytułem.

Zakończenie  artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz o historii szpitala Bergshonów i Baumanów nazywanego potem im.Dzieci Warszawy – lub w skrócie Sienna ( Śliska). Z autorką, popularnie zwaną dr Baśką pracowałam w tym szpitalu w latach 1975-1981. Jak już kiedyś wspominałam była wspaniałym zaangażowanym pediatrą , jest nadal ciekawym Człowiekiem. Podziwiałam Jej pasję zgłębiania języka esperanto która była dla Niej oknem na świat. Miała liczne kontakty z esperantystami mieszkającymi na wszystkich kontynentach i często podróżowała, co w czasach wszechwładnej komuny ,  trudnych do przebycia  granic kraju  i izolacji nie było łatwe. Pokonywała te przeszkody w jakiś nieznany sposób i jawiła się nam jako człowiek wolny.

Całe swoje życie zawodowe spędziła w tym jednym szpitalu ( nie licząc pracy w charakterze pielęgniarki w czasie Powstania Warszawskiego) , spisywała jego dzieje i opublikowała w  tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ) pod tytułem” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, za zgodą autorki zamieszczałam   w tym blogu  tekst artykułu, z uwagi na ograniczenia tego portalu dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. I teraz z żalem podaję ostatni odcinek , wszystkie można znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

kasztan.JPG

 

Zdjęcie z ubiegłej jesieni kiedy to odbyłam sentymentalną wycieczkę do mojego dawnego Szpitala. Zamknięty przed ponad 10 laty dziwną decyzją władz Warszawy pomimo niedoboru łóżek pediatrycznych, śpi w koronach starych drzew. A stary kasztan śpiewa mu kołysankę…ależ ckliwy ten podpis, wybaczcie, ale tam zostawiłam kawał mojego serca…

 

 

 ostatni fragment artykułu:

 

 

<<….. Tylko w dobrze zorganizowanym szpitalu- gdy wszystkie działy pracują dokładnie, systematycznie i z zaangażowaniem- mogą być dobre efekty całokształtu pracy. Apteka, laboratorium, kuchnia, administracja, oddziały szpitalne, szkoła, przedszkole- wszystkie te części szpitala wiedziały, że to co robią, robią dla dobra chorego dziecka. Nie bez znaczenia jest fakt, że załoga licząca 150-180 pracowników składa się w 90-95% z kobiet, młodych kobiet, obciążonych obowiązkami rodzinnymi, jest zatrudnione w systemie trójzmianowym, a lekarze pracują na całym etacie z 5-6 dyżurami dobowymi w miesiącu. Szpital był zawsze dla nas drugim domem, w którym spędzało się znaczną część życia. Personel był bardzo zżyty, nie było intryg. A jeśli zdarzały się jakieś nieporozumienia personalne, to szybko i taktownie sprawę załatwiano w gabinecie dyrektora lub siostry przełożonej.

      W latach 1953-1996 leczono w szpitalu 82 602 dzieci. Niestety, mimo usilnych poszukiwań i żmudnych studiów nad 120-letnią historią szpitala, nie udało się ustalić, ilu chorych i rannych leczył szpital w okresie obu wojen światowych ; na pewno była to wielotysięczna rzesza chorych i rannych, którzy znajdowali tu leczenie, pomoc i ratunek.

     Ten stary szpital na Siennej, obecnie  unowocześniony, wyremontowany, lśni czystością i niczym nie przypomina rumowiska gruzów, kamieni, desek, blach, śmieci wśród wypalonych domów „ dzikiego zachodu” sprzed 45 laty, kiedy rozpoczynano działalność. Dokoła wybudowano wieżowce , zieleń w ogrodzie rozrosła się. 70-letnie topole pną się ku niebu

( niektóre z nich powaliły kolejne wichury), a rozłożysty kasztan staruszek co roku odmierza czas w swej wiosennej zieleni i bieli , i w brązie jesieni, ciesząc oczy dzieci wyglądających przez okna.

 

 

Autorka, lekarz pediatra, pracowała w tym szpitalu nieprzerwanie w latach 1953-1990. Jest inicjatorką kroniki szpitalnej, którą prowadziła na bieżąco od 1970r. Gromadziła dokumenty, fotografie i notatki o wartości historycznej, dotyczące dziejów szpitala….>>

 

 

IzbaPrzyjęćByła.JPG

 

Tak obecnie wygląda budyneczek na terenie szpitalnym, gdzie w moich czasach mieściła się Izba Przyjęć. Nie zapomnę czasów dyżurów, kiedy szczękając zębami czasem w kopnym śniegu pędziłam tam na wezwanie jednej z pielęgniarek, bo ” mamy dziecko w Izbie Przyjęć” …a potem niosłyśmy pacjenta po tych schodach zwykle deszczowo lub lodowo śliskich do głównego budynku, gdzie mieściły się oddziały. Dziecko musiało być w Izbie wykąpane, były pobrane  badania- w tym zwykle płyn mózgowo- rdzeniowy, lekarz musiał ustalić rozpoznanie i wydać zalecenia do oddziału …

 

 

schody00.JPG

 

Klatka schodowa głównego budynku szpitala mieści  w półokrągłym wykuszu, piękna, ale niebezpieczna bo schody tam kręte i strome. Kiedyś dr Andrzej Pelc zbiegając z góry z kwiatem w doniczce w dłoni stracił równowagę i zerwał przyczep mięśnia czworogłowego.

Ja zawsze kurczowo trzymałam się poręczy . Ileż razy przemierzyłam te schody z duszą na ramieniu i ściśniętym sercem gdy na którymś z poziomów – oddziałów pogarszał się stan dziecka. A przez 17 godzin dyżurowych miałam je wszystkie pod opieką. Jakże to dawne były czasy, lata 1975- 1981, młoda byłam. A dzisiaj w radio słyszę, że średnia wieku pediatrów wynosi 58 lat. Źle się dzieje w naszym kraju i strach pomyśleć co będzie dalej…

 

Przych1.JPG

 

Jeszcze stoi barak w którym mieściły się przychodnie przyszpitalne( tam też pracowałam jako lekarz zakładowy ) oraz kadry, gdzie należało składać oświadczenia w przypadku nawet parominutowego spóźnienia do pracy. W oświadczeniu należało napisać  dlaczego tak się stało i kiedy się odpracuje…

 

 

SiennaPtak.JPG

 

Ponad stuletnie drzewa obok szpitala( główny budynek po lewej) opisywane przez dr Baśkę jeszcze rosną i jak kiedyś mieszkają w nich ptaki…fragment budynku po prawej to zrekonstruowane kamienice przy ul. Siennej. Z tych okien ciężarna matka koleżanki- Heleny, pani Lenkiewicz,  obserwowała jak jej mąż- lekarz operuje rannych w Powstaniu Warszawskim… trwało to wiele dni i nocy….

 

 Bardzo dziękuję dr Marii Barbarze Chmielewskiej Jakubowicz za wszystko:

za wspólne lata spędzone w tym szpitalu, za spisanie i opublikowanie jego historii ….za to, że jest…

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”.( 44 )

To już przedostatni odcinek długiej  historii  już nieistniejącego Szpitala Bergshonów i Baumanów zwanego potem im. Dzieci Warszawy a w skrócie Sienna zebrana przez dr Baśkę i opublikowana  w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, za zgodą autorki zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. 

        Całość można przeczytać w rozdziale  „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

siennaSliska.JPG

 

Główny budynek szpitala fotografowany przeze mnie od ulicy Śliskiej . Jeszcze działają tam dziecięce przychodnie specjalistyczne i ponoć  wg właściciela, którym jest  Gmina Żydowska nic mu nie zagraża dopóki służy chorym dzieciom. Ale jak długo uda się utrzymać ten stan – nie wiadomo. Bo miejsce w centrum Warszawy pewnie kusi …

 

 

<<… Przed ponad 10 laty ( art. opublikowany w 1998 r.-przyp. red.) rozpoczęto gruntowny remont budynku głównego, a więc przede wszystkim wymianę stropów między piętrami, dobudowano od strony wschodniej dodatkową klatkę schodową przeciwpożarową ( awaryjną) , a także unowocześniono pomieszczenia oddziałów szpitalnych. W czasie tego remontu część oddziałów musiała być wyłączona z pracy. Pozostałe oddziały nie przerwały przyjmowania pacjentów, pracowano w warunkach znacznie utrudnionych, podczas prac murarskich, malarskich, stolarskich. Przeprowadzono także generalny remont baraku drewnianego, w którym znajdują się pomieszczenia przychodni przyszpitalnej, administracyjne, bhp, kasa i inne. W przychodni zmodernizowano urządzenia gabinetów do kontrolnych badań dzieci. Zainstalowano nowe oświetlenie, umywalnie, wymieniono wykładziny, umeblowanie. Urządzenia  USG – po kilkuletniej pracy w bardzo małych pomieszczeniach- przeniesiono z baraku na parter, do budynku głównego, gdzie obecnie znajdują się pracownia USG, kierowana przez dr Małgorzatę Wieczorek, oraz punkt szczepień z odpowiedzialną pielęgniarką Krystyną Kopeć .

     Na parterze znajdują się jak poprzednio : izba przyjęć, pracownia RTG, EEG, EKG oraz oddział żółtaczkowy, którego ordynatorem jest dyrektor dr med. Ryszard Dębski.( ( art. opublikowany w 1998 r.- przyp. red.).

     Na pierwszym piętrze mieści się oddział neuroinfekcji z ordynatorem dr med. Romualdą Szlachetką; konsultantem jest dr med. Monika Czachorowska. Tu także jest gabinet dyrektora szpitala i sekretariat. Na drugim piętrze są dwa oddziały: oddział obserwacyjny- ordynator dr Maria Gajda, i oddział zakażeń jelitowych- ordynator dr Andrzej Pelc. Na trzecim piętrze w części środkowej nadal znajduje się bibliotek szpitalna oraz po obu stronach oddział żółtaczkowy z ordynatorem dr Teresą Motyką i konsultantem dr med. Haliną Oziemską..

   Szpitalem kieruje dyrektor dr med. Ryszard Dębski przy współpracy swego zastępcy dr Andrzeja Pelca, przełożonej pielęgniarek siostry Zofii Wielbut oraz kierownika administracyjnego Andrzeja Rogójskiego.

    Kosztem ogromnych nakładów finansowych i pracy, mimo niewygód, dzieci przyjmowani i leczono nadal,  aczkolwiek przy zmniejszonym stanie chorych. Po zakończeniu remontu zmniejszono stan szpitala.

     W 1990 r. zwolniono kilka osób z personelu lekarskiego, starszych lekarzy skierowano na emeryturę, a zatrudniono młodych. Obecnie ( art. opublikowano w 1998 roku- przyp. red.) pracuje w szpitalu 26 lekarzy, część na pół etatu, część odbywa szkolenia specjalizacyjne w innych szpitalach…>>

Walentynki?- jestem za.

1.JPG

 

Wszystkim których lubię szczególnie ofiarowuję kwiatek z mojego parapetu…

 

 

 

 

 

Dzisiaj miało być zupełnie o czym innym, ale w radio o Walentynkach trzeszczą. Więc temat przyszedł sam. Nasza młodość minęła bez takich fajerwerków. Albo się ludzie kochali, albo nie. Dowodów miłości było niewiele i uważano, że powinny być ofiarowywane codziennie. W efekcie dzień był  szary podobny do dnia i jedynie jakieś kościelne czy komunistyczne patetyczne święta ubarwiały codzienność.

Od lat 90 XX wieku przyszły do nas Walentynki. Wielu z mojego pokolenia kręci nosem, że sztuczne, nie Polskie, czyli udawane. Ale ja lubię ten dzień. W mieście ożywienia się spodziewam. Tłumy młodych bardziej radosne będą. Więc niebawem się wybiorę do Warszawy, wprawdzie zajmować się wnukami będę, ale przy okazji nasycę wzrok tym co na ulicach, młodość swoją powspominam i będzie fajnie….

Bo dzisiaj jest święto zakochanych. Na własny użytek poszerzyłam jego zakres na ludzi których lubię szczególnie i  będę im mówiła, jak bardzo są dla mnie ważni , że pamiętam i z całego serca życzenia składam. Może niektórzy się szczerze ucieszą, bo już myśleli, że zapomniałam….oczywiście nie będę dzwoniła, listów pisała nie będę serduszek wysyłała, ale mały sms pewnie tak….

Nazwa tego święta pochodzi od św. Walentego. I cóż , że imię nieszczególnie piękne dla mnie, ale trzeba się przełamać , zapomnieć o marudzeniu i po prostu się cieszyć. Bo w codziennym zapędzeniu potrzebny jest taki przystanek .

Święty Walenty jest uznanym świętym przez nasz Kościół, ale w krajach takich jak Pakistan czy Indie uważa się , że obchodzenie tego święta jest sprzeczne z duchem islamu.

 Także wielu ludzi z wyboru nie pozostających w związkach , dla zapiekłych singli dzień ten wiąże się z „ tyranią bycia w związku” i z piętnowaniem osób żyjących  w pojedynkę. Dlatego niektórzy z  nich 14 lutego obchodzą „ antywalentynki”. Ostatecznie tak czy tak jest to święto pomimo, że przy okazji  bardzo komercyjne i krytykowane.

Ciekawe jest to, że ludziska południowej i zachodniej Europu obchodzą to święto już od czasów średniowiecza .

A  nawet w Cesarstwie Rzymskim w tym dniu obchodzono święto ku czci Junony ( rzymskiej bogini kobiet i małżeństwa) oraz Pana ( boga przyrody) zwane Luperkaliami i wówczas też szczególnie intensywnie poszukiwano wybranki serca, m.in. odbywały się losowania imion ze specjalnej urny. W mitologii święto wiąże się z wybranymi postaciami jak np. Kupidyn, Ero, Pan .

Tak więc odrzućmy wszystkie uprzedzenia i wątpliwości i cieszmy się z innymi.

Z takimi postanowieniami wyłączam  komputer i w miasto się wybieram, gdy tylko wstanie dzień….z uśmiechem i hasłem na ustach- kochajmy się !!!

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 43 )

      A oto cd . artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki.

 

 

 

<<….  W różnych wydarzeniach na terenie miasta szpital uczestniczył jako pierwszy.

     Po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu szpital  już pierwszego dnia ( po wydaniu zarządzenia)  wydawał ustalone dawki jodu pracownikom, ich rodzinom, dzieciom i dorosłym, zgłaszającym się sąsiadom, mieszkańcom okolicznych domów. Przed szpitalem ustawiały się kolejki oczekujących na dawki jodu. Otrzymali je wszyscy…..>>

    

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 42 )

Niebawem zakończy się artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz , wieloletniej pracownicy Szpitala im. Dzieci Warszawy z którą spędziłam lata 1975-1981. Była niezwykła, zaangażowana w ratowanie dzieci, koleżeńska i miała pasję poznawania języka esperanto, którą podziwiałam. Ten zapomniany język otwierał Jej liczne kontakty z ludźmi na całym świecie. Niedawno z Nią rozmawiałam, w pełni zaakceptowała mój pomysł, by tekst artykułu wrzucać w tym blogu. Szkoda, że nie może tego przeczytać, bo ma problemy ze wzrokiem. Życzę Jej by nadal była z nami , by towarzyszył jej spokój i akceptacja tego, że życie się kończy. 

Oto cd. historii naszego szpitala dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów potem nazwanego Szpitalem im. Dzieci Warszawy w skrócie  Sienna( przy tej ulicy się mieści).

Niestety od ponad 10 lat szpital jest nieczynny, działają w jego obrębie przychodnie specjalistyczne dla dzieci i ponoć dopóki tam są, Gmina Żydowska nie przeznaczy obiektu na całkowitą zagładę, bo miejsce w samym sercu Warszawy jest bardzo atrakcyjne.

Mam nadzieję, że nadal w okolicznych wielkich drzewach mieszka nasz kos , którego śpiew dodawał nam otuchy w ciężkich chwilach zawodowych.

Jak dobrze pamiętam tamte czasy, stale są świeże bo tam raczkowałam w pediatrii i wszystko było dla mnie pierwsze…. wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

 

 

 

 <<… W czasie stanu wojennego dyżury w szpitalu stały się znacznie spokojniejsze, a liczba chorych wyraźnie się zmniejszyła. Po pierwsze rodzice zgłaszali się z prośbą i żądaniem, by wypisywać dzieci do domów. W takiej sytuacji każdy wolał mieć dziecko , chore czy zdrowe, przy sobie w domu. Po drugie rodzice, mając nawet skierowanie  dla chorego dziecka do szpitala, nie chcieli go hospitalizować.

Ponadto w nocy- przy obowiązującej godzinie milicyjnej- ludzie nie mogli bez przepustki przebywać na ulicach.

Gdy zdarzało się, że karetka przywiozła nocą chorego i został przyjęty do szpitala, rodzice musieli w izbie przyjęć czekać, aż skończy się godzina milicyjna. W nocy, na mrozie, nie mogli przebywać na zewnątrz, trzeba było podawać im herbatę, uspokajać i „ przechowywać” do rana.

    W okresach manifestacji ulicznych w czasie stanu wojennego( 31.VIII. 1982 r. ) załoga szpitala była przygotowana na ewentualność pojawienia się rannych w centrum miasta. Wzmocniono obsadę personalną: dyrektor, jego zastępca, inspektor bhp, pracownicy apteki i pracownicy terenowi nie opuszczali szpitala.

Podczas gazowania ulic trzeba było zamykać wszystkie okna w oddziałach.

Dzieciom na szczęście nic się nie stało. Rannych też nie było.

Ale zagazowane były ulice Sienna, Śliska i sąsiednie jeszcze następnego dnia rano.

    Aktywna „ Solidarność” szpitala ( zapisali się do niej spontanicznie prawie wszyscy pracownicy) wyznaczyła do wyjścia  w tym dniu na miasto trzyosobowe patrole, zaopatrzone w środki opatrunkowe oraz krople do oczu. Nowy Świat został zagazowany błyskawicznie i intensywnie. Trzy osoby zakraplały krople do oczu bardzo szybko i sprawnie, lecz niestety krople wyczerpały się , ponieważ zagazowanych było wielu. Środki opatrunkowe nie były potrzebne….>>

Michałowice odwiedził kos.

Kos_Turdus_merulaRB.jpg

 

Zdjęcie kosa zaczerpnęłam z wikipedii, bo moje, zamieszczone pod tekstem jest mało wyraźne…

 

 

 

 

Właśnie wyjrzałam za próg domku i zauważyłam na niskiej gałęzi pobliskiej sosny siedzącego sobie ptaka większego od moich sikorek, ale mniejszego od skrzekliwych choć malowniczych srok , dość  puchatego czarniawego z jaskrawo żółtym dziobem. Znieruchomiałam by nie spłoszyć i po chwili ptak zabawnie podskakując na dwóch nogach równocześnie podążył w kierunku miski z ziarnem , którą już raz sfotografowałam przy okazji bażantowej tematyki.

Byłam pewna, że jest to kos. Ostatnio nie widywałam go tu, choć może w masie innych ptaków jak wiszących na niebie skowronków, stad szpaków wygrzebujących robale z trawnika po prostu nie dostrzegałam.

Teraz, gdy trwa zima mam tylko swojego bażanta, który krąży po sąsiednich nieużytkach sygnalizując swoją obecność skrzekiem choć nie tak donośnym jak w czasie godów, gromadki sikorek , stadka srok- co budzi niepokój, bo ponoć jajka innych ptaków uwielbiają i w ten sposób wycinają całe populacje, gawrony gdzieś tam kroczą wspominając wschodnie kraje, skąd przybyły na zimę, które Żona profesora nazywa „ łukaszenki”i czasem jakieś rybitwy wysoko niebem przemkną.

Kos był dla mnie gościem niezwykłym.

Tym bardziej, że opisując czasy spędzone w Szpitalu im. Dzieci Warszawy podkładem muzycznym wspomnień jest śpiew kosa, który mieszkał w sąsiadującym wielkim drzewie i o świcie gdy zdarzało się, że byliśmy zmuszeni prowadzić akcję reanimacyjną  lub inne nadranne dyżurowe czynności dodawał nam otuchy, był nadzieją …..

Kos zwyczajny ( Turdus merula) jest ptakiem częściowo wędrownym z rodziny drozdów ( Turdidae).

Jak wikipedia donosi zamieszkuje prawie całą Europę, południowo wschodnią i środkową Azję , północno zachodnią Afrykę. Stąd został introdukowany ( jak mądrze piszą w necie) czyli po prostu przeniesiony do Australii , Nowej Zelandii i na okoliczne wyspy.

Przed zimą, w październiku i listopadzie , kosy zamieszkujące północ i wschód Europy wędrują w rejon śródziemnomorski  a także Azjatyckie przemieszczają się na południe. Wracają w marcu i kwietniu.

Kosy nie boją się miast, gdzie zamieszkują przez cały rok i uzyskały już miano ptaków miejskich . Czasami tylko opuszczają mury i gwar miejski by zimą napawać się wiejską ciszą, taką jaka w  moich Michałowicach.

Nas  na pewno odwiedził samiec, gdyż był taki jaki w oficjalnym opisie -jednolicie czarny z żółtym dziobem z ciemną końcówką. Starsze osobniki ponoć mają dziób pomarańczowy ( zwłaszcza wiosną). Podobno na tej  podstawie kosy rozpoznają osobników tego samego gatunku.

Ich ciemnobrązowe oczka są obwiedzione otoczką nagiej żółtej skóry.  Pani Kosowa ma upierzenie  oliwkowobrązowe z niewyraźnymi brązowymi plamkami na szarym spodzie i rozjaśnionym podgardlem, różowawą gardzielą, dziób brązowy. Państwo Kosowie mają nogi ciemnobrązowe. Ich dzieci są podobne do mamy ale bardziej brązowe i intensywniej nakrapiane na brzuszku. Początkowo mają ciemny  dziób który nabiera charakterystycznej dość jaskrawej barwy dopiero w drugim roku życia.

Młodzi panowie mają upierzenie matowe, podczas gdy w pełni dojrzałości pięknie lśniące.

Obie płcie kosa mają podobną wielkość ciała i wszystkie kosy posiadają dość  długi ogon co odróżnia je od nieco mniejszego szpaka.

Latają zwinnie chociaż dość wolno.

Wśród kosów miejskich zdarzają się ubarwione inaczej i są to pełni lub częściowi albinosi. Leśne kosy takiej maści nie miałyby szans przeżycia, ale w mieście gdzie jednak naturalnych zagrożeń jest mniej, przeżywają łatwiej.

   Jeśli zbliża się napastnik kos alarmuje krótkim ostrym „ czuk” , a spłoszony powtarza ten dźwięk aż do głośnego jazgotu. Wydawane dźwięki alarmowe są różne gdy napastnik znajduje się na ziemi a inne gdy w powietrzu.

Kos w okresie godowym, nawet w czasie późnej zimy śpiewa najpiękniej jak umie- czysto i głośno. Wówczas to możemy usłyszeć melodyjne fletowe gwizdy podzielone na wyraźne zróżnicowane zwrotki” tak tak”, „ duk duk” i „ diks diks „z wplecionymi szorstkimi elementami i gwiżdżącymi strofami.

Ptak ten potrafi włączyć do swojego śpiewu motywy świergotliwe a także naśladować dźwięki z zewnątrz, np. dzwonki telefonów komórkowych.

Pomimo tego, że przebywa głównie na ziemi intensywnie poszukując pożywienia wśród liści lub w ziemi, gdy zamierza śpiewać – sadowi się wysoko na drzewie, antenie telewizyjnej lub dachu dużego budynku. Można go usłyszeć już pod koniec lutego, czasem późnym wieczorem lub nawet nocą w oświetlonym miejscu np. przydrożną lampą uliczną ale najczęściej wyśpiewuje swoje wspaniałe pienia wczesnym rankiem.

Jest mało płochliwy, porusza się skacząc. Żywi się dżdżownicami, ale też szkodliwymi pędrakami a czasami pustoszy sady, bo bardzo lubi dojrzałe owoce, które potrafi tak wyjeść, że zostają tylko same skórki…

Początkowo mieszkał jedynie na terenach leśnych, w parkach czy ogrodach, ale od lat 30 XX wieku zaobserwowano, że przyzwyczaił się do człowieka i możemy go spotkać nawet w zakrzewionych centrach dużych miast. Jest to związane z łatwością zdobywania pożywienia w pobliżu siedzib ludzkich.

Im dalej na wschód, tym mniej kosów związanych z człowiekiem a więcej dzikich, leśnych.

Kos jest ptakiem monogamicznym, samce potrafią walczyć o swoje terytorium, niekiedy kalecząc rywala.
Pan kos jest leniwcem, gdyż do budowy gniazda zatrudnia swoją małżonkę. Ta bidula tka je z mchu, suchych liści, korzonków, drobnych gałązek, źdźbeł trawy a następnie umacnia mieszaniną próchnicy, gliny i żwiru.  W efekcie wnętrze przypomina czarkę, którą mości trawą ale także znalezionymi obok siedzib ludzkich resztkami folii, sznurka czy papieru. Gniazdo zwykle położone jest nisko w koronie niewielkiego drzewa, przy pniu, na pnączu, zwykle na wysokości 2- 3 m nad ziemią, ale zdarza się, że nawet 50 cm od podłoża. Potem niestrudzona mamusia przez 12-14 dni wysiaduje jajka. Jednak wreszcie tatusia rusza sumienie i co godzinę zmienia żonę by odpoczęła i zdobyła sobie pożywienie. Gdy już widzi swoje ciemnoszare dzieciątka, sam je karmi różnymi robaczkami.

Do początków XX wieku polowano na kosy w celach konsumpcyjnych, jednak na szczęście ten zwyczaj już zarzucono. Chociaż jeszcze pamiętam Maltę sprzed laty, gdzie masowo strzelano do małych ptaszków i to chyba w celach rozrywkowych i dopiero wejście tego kraju do UE spowodowało, że ten barbarzyński zwyczaj został objęty zakazem. W Polsce ptak ten jest pod ścisłą ochroną, chociaż globalnie nie jest zagrożony . Niestety  na kosy polują namiętnie koty, kuny i inne drapieżniki, zwłaszcza w okresie wysiadywania jaj, bo niskie położenie  gniazda stanowi dodatkową zachętę. Nie zapomnę jak w zeszłym roku cieszyłam się, że wśród konarów niewielkiej jabłonki nad moim Bugiem ujrzałam gniazdko a w nim mamusię ptasią wysiadującą jajka. Prawie się nas nie bała. Ale gdy przyjechaliśmy po kilkunastu dniach gniazdko było puste. Chcę wierzyć, że ptaszki same je opuściły, tak jest łatwiej….

Tak więc mój gościu miły uważaj na koty które często nas odwiedzają, ciesz nasze oko a gdy przyjdzie pora zaśpiewaj najpiękniej jak potrafisz….

 

 

Zdjęcie0143.jpg

 

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 41 ).

Z autorką artykułu spędziłam lata 1975-1981. Poznałam Jej temperament, zaangażowanie w pomoc chorym dzieciom a także zainteresowania, które mnie fascynowały, bo była esperantystką, miała kontakty z ludźmi nieomal całego świata. Szkoda, że ten język zamiera a  jego idea upadła.

Nieistniejący już Szpital im. Dzieci Warszawy, przy ul Siennej pozostał w mojej pamięci jako placówka niezwykła , gdzie czuło się duchy historii, gdzie stale krążyły  opowieści o  uratowanych dzieci i o tych, których życie zakończyło się tragicznie. Tutaj pracowali ludzie wierni swojemu szpitalowi i prawdziwie służący innym.

To tutaj raczkowałam w pediatrii i wszystko było dla mnie pierwsze.

Stale  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

A tak było  we wczesnych latach 80 XX wieku.

 

 

 

<<….  Wśród codziennych trosk kolejnych dyrektorów ( reżim sanitarny, dyscyplina pracy, nieustanne  podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników, finanse itp.) były nowe inwestycje, które by usprawniły funkcjonowanie szpitala jako całości. Najpilniejszą było wybudowanie osadnika, gdyż dotychczasowa dezynfekcja wydalin chorych w węzłach sanitarnych była na co dzień bardzo uciążliwa.

      Wybudowanie centralki tlenowej stało się kolejnym krokiem ułatwiającym pracę. Dotychczas dwóch mężczyzn, pracowników fizycznych, nosiło na ramionach ciężkie butle tlenowe na trzecie piętro, po półokrągłych schodach szpitalnych, co było pracą niezmiernie ciężką i niebezpieczną; na szczęście nie doszło do wypadku. Uruchomienie centralnej tlenowni graniczyło niemal z cudem: odkręcało się zawór w ścianie salki i tlen przez zbiornik z wodą dochodził do chorego.

    W tym samym czasie  uruchomienie windy- nieczynnej przez szereg lat po wojnie, a także doprowadzenie wody bieżącej do każdej salki, w miejsce umywalek pedałowych- dawało uczucie prawie komfortu. Zainstalowanie centralnego ogrzewania we wszystkich pomieszczeniach szpitalnych zwalniało wreszcie salowe w miesiącach zimowych do palenia w piecach w baraku i budynku izby przyjęć. Uruchomiono także pracownie EKG, EEG, centralę telefoniczną, zwiększono liczbę telefonów miejskich. Każde nowe urządzenie, każdy nowy aparat witali pracownicy z radością, oznaczały bowiem ułatwienie i poprawę warunków pracy.

     Kolejnym osiągnięciem było bezpośrednie połączenie telefonu ze strażą ogniową. Telefon „ ogniowy” funkcjonował w ten sposób, że po podniesieniu słuchawki w dyżurce lekarskiej od razu zgłaszał się dyżurny straży pożarnej i już  wiadomo było, że dzwoni „ Sienna 60”. Dyżurni szpitala mieli obowiązek każdego dnia kontrolnie telefonować o godz. 20.00. Na szczęście nie było pożaru w szpitalu , ale cały personel wielokrotnie był instruowany i kontrolowany na ewentualność i konieczność ewakuowania dzieci. Tylko raz wzywano straż pożarną, kiedy winda z pracownikiem stanęła między piętrami. Strażacy uruchomili dźwig i uwolnili trochę nie dotlenionego mężczyznę.

     Telefon „ ogniowy: spełnił kolosalną rolę w pierwszych dniach stanu wojennego , bo był uniezależniony od sieci miejskiej, kiedy wyłączono wszystkie telefony. Służył on jako jedyny łącznik do porozumiewania się między Pogotowiem a innymi szpitalami ( co chętnie i sprawnie ułatwiali pracownicy straży). Do czasu zainstalowania radiotelefonów była do jedyna możliwość kontaktów między placówkami służy zdrowia, czego poprzednio nikt nie przewidywał….>>

 

 

5.JPG

 

Zdjęcie wnętrza Szpitala im. Dzieci Warszawy wykonałam niedawno. Takie schody należało pokonać z chorym dzieckiem na rękach lub noszach, gdy nie było jeszcze windy. O tym pisze autorka w zamieszczonym odcinku artykułu. Gdy potem już była winda, poruszała się jak żółw, więc my zwykle ganialiśmy per pedes. Ileż to razy w ciągu doby dyżurowej przemierzyłam te piękne schody i w jakim napięciu, gdy trzeba było zdążyć z pomocą. A lekarz tzw. wewnętrzny miał pod opieką wszystkie dzieci hospitalizowane na oddziałach położonych na czterech poziomach tego gmachu….Pomimo tych emocji, zawsze te schody zachwycały…no cóż, młoda byłam…

 ( ZK)   

 

 

 

 

Zanurzenie w historii Kujaw.Legenda o królu Popielu i jej praindoeuropejskie korzenie.

popiel.jpg

rycina z portalu Światbajek

 

 

 

Miałam już kończyć zanurzenia w historii Kujaw, ale nagle trafiłam na ślad Goplan. I oto znowu rozwinęła się ta opowieść. Bo jak nie opowiadać o tym, co wiąże się z pewną tak bardzo popularną w Polsce legendą.  Wróciło moje gorzowskie dzieciństwo i ciemne wczesne styczniowe wieczory. Opowieści Mamy czy książki zachłannie czytane, czasem z latarką  pod kołdrą….

     I teraz czytam o Goplanach.  Jak wieść niesie, byli jedną ze  słowiańskich grup i zamieszkiwali nad leżącym nieopodal Ciechocinka jeziorem Gopło.Ich nazwa pochodzi prawdopodobnie od terenów podmokłych, błotnistych z licznymi pochłaniającymi ludzi grzęzawiskami zwanych gopłami.  Goplanie, to  byli ponoć ludzie znający się na czerpaniu korzyści z terenów podmokłych.

     Właściwie nie znaleziono charakterystycznych znalezisk archeologicznych potwierdzających istnienie  kultury Goplan, odkryto jedynie ślady dużych skupisk ludzkich  w okolicy Kruszwicy.

O Goplanach opowiadają jedynie spisane przekazy ustne . Ale w naszej świadomości istnieją Goplanie i piękna legenda, która się z nimi wiąże.  O Goplanach piszą kronikarze.  Zamykamy się więc w starej bibliotece i szperamy a właściwie czytamy to, co inni wyszperali….

Do bardzo znanych kronikarzy należy Geograf Bawarski. Nikt nie zna jego prawdziwego imienia, ale wiadomo, że tak nazwano pewnego mnicha bawarskiego , który żył około roku 845 i dla Ludwika Niemca skrzętnie spisywał informacje na temat grodów „ i ziem z północnej strony Dunaju”. Jego Księga, znacznie później  odkryta w bibliotece elektora bawarskiego i ogłoszona drukiem w 1772 roku zawiera informacje o ludach i plemionach zachodniosłowiańskich tj mieszkających na wschód od Łaby i północ od Dunaju. Ten dokument obok kilku innych jest najważniejszym źródłem informacji o wczesnej kulturze Słowian Zachodnich.

W XIII wieku nieznany autor , prawdopodobnie kustosz kapituły poznańskiej albo Janko z Czarnkowa poza spisem władców Polskich  utworzył  kronikę czasów właściwie legendarnych do roku 1271. Podobno sugerował się zapiskami w Kronice Polskiej autorstwa Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem ( 1150 ? – 1223).

Zamyślam się bo dla mnie historia zawsze była wiedzą zbyt mało konkretną, obciążoną subiektywnym postrzeganiem wydarzeń i ludzi , trochę plotką i ogólnie właściwie niepotrzebną a poza tym miałam trudności z jej zapamiętywaniem. Dopiero dzisiaj, kiedy zmarszczki czas wyrzeźbił na mojej twarzy widzę jak ważną pracę wykonali kronikarze. I nic to, że czasami zmyślali, ubarwiali chcąc się przypodobać swoim władcom a może sobie urozmaicić życie , bo teraz ich prace są świadectwem. Jak napisały moje najstarsze wnuczki w dedykacji na książce ofiarowanej wczoraj dziadkowi z okazji jego urodzin” Słowa ulatują, pismo zostaje…”

Zamykamy więc te stare księgi, jeszcze za nami ostatnie skrzypnięcie  drzwi bibliotecznych, a właściwie wygaszony monitor.

I uzbrojeni w wyczytaną w necie wiedze, która po drodze wyparowuje z naszych głów, więc .pozostaje tylko mały przewodnik w dłoni, wyjeżdżamy z Ciechocinka na krótką wycieczkę.

Niebawem  w dali widać wody Jeziora Gopło. Zmierzamy do Kruszwicy. To tutaj usadowili się Polanie, którzy stanowili jedno ze słowiańskich plemion . Nad nimi ponoć panowali Goplanie. Ich naczelnikiem był legendarny Popiel, zwany w opowieściach późniejszych nawet królem. I oto nagle  napadają na nich poddani Polanie i ich książę, Siemowit, przodek Mieszka I, wypędza Popiela. Tak piszą kronikarze, choć niektórzy podają teorię zamachu a my nosimy w sobie najstarszą i chyba najbardziej popularną polską legendę, chyba wszystkim znaną….ale o tym za chwilę, bo muszę oderwać się od tych rozważań, gdyż już widać w dali wieżę. Na myśl , że to jest Mysia Wieża, ta wieża odczuwam ciarki na plecach, tak jak kiedyś w dzieciństwie.

Jest wysoka, ma ponoć  32 metry wzrostu, siedzi sobie na półwyspie wcinającym się w jezioro Gopło. Jak w przewodniku piszą, jest pozostałością zamku w Kruszwicy, który został zbudowany  przez Kazimierza Wielkiego około 1350 roku. To ten król, który zastał Polskę drewnianą a zostawił murowana, jak się w Polsce o nim mówi. To tak na marginesie, dla moich przyjaciół zza granicy . Początkowo zamek był warownią, która miała bronić Kruszwicę przed Krzyżakami. Ocalała jedynie ta murowana wieża, z ciekawymi otworami w ścianie, które okazały się otworami po rusztowaniach.

Ale ja nie chcę wierzyć  w ten jednoznaczny historyczny przekaz, wolę bujanie w obłokach legend.

Więc wybieram czasy Polan, czy Goplan i złego króla Popiela. On i jego żona, Niemka okazali się ludźmi leniwymi, ale za to zabawowymi, srodze gnębili swoich poddanych, lecz miarka się przebrała, gdy wymordowali wielu swoich krewniaków. Ta para jak ze współczesnego horroru lub jak teraz mówią- thillera nie zdążyła się nasycić i nacieszyć  władzą absolutną, gdyż po okrutnym masowym mordzie :

„ ….po kilku dniach wokół zamku zaczęły gromadzić się myszy. Z każdą chwilą było ich coraz więcej.

– To kara za zło i lenistwo księcia – szeptali chłopi, gdy myszy omijały ich domy, biegnąc prosto do zamku.

Wkrótce były już w każdym pomieszczeniu i wszędzie słychać było tupot i popiskiwanie.

– Schrońmy się w starej wieży na wyspie. Tam nas nie dosięgną te przeklęte gryzonie – powiedział Popiel i razem z żoną przeprawił się przez jezioro. Jednak myszy nie dały za wygraną. Popłynęły na wyspę i przegryzły dno łodzi pozostawionej na brzegu, aby nikt nie mógł już z niej uciec. A potem zaczęły wdrapywać się na wieżę. Popiel i jego żona nie mieli już gdzie uciec. Myszy rzuciły się na nich i pożarły niegodziwego księcia i księżną.

Stara wieża stoi nad jeziorem Gopło do dziś. A żeby nie zapomniano o karze jaka spotkała złego władcę, ludzie nazwali ją Mysią Wieżą.”…

Legenda ta została opowiedziana przez Galla Anonima w XI wieku w „Kronice polskiej”. Ten mnich prawdopodobnie benedyktyński , pochodzący z Wenecji, wędrujący do Francji, potem na Węgry i przybyły do Polski , do Krakowa w roku około 1089 . Pisał on pięknie o pradziejach Słowian, uzasadniał prawa dynastii piastowskiej do panowania w Polsce a także wyjaśniał wiele kontrowersyjnych wydarzeń w takim świetle, by odpowiadały one ówczesnej polityce .  Ale też nie omieszkał podać tę legendę.

Tutaj się zastanawiam nad legendą o królu zjedzonym przez myszy. Nie rozumiem, dlaczego opowiadano właśnie o myszach. Musiały mocno doskwierać ludziom, dobierały się do spiżarni, zjadały plony, wygryzały dziury w czym się da. Wreszcie były utożsamiane z głodem i nieszczęściami. Budziły także wstręt u ludzi z powodu wstrętnego zapachu. Mogę to potwierdzić, że pojawienie się niewinnej prawie myszki w naszym domu rozpoznaję po paskudnym odorze.

Ten temat, dlaczego właśnie mówi się o myszach zastanawiał wielu, nie tylko mnie.

Karol Szajnocha stwierdził, że nie o takie zwykłe myszki chodzi a o normańskich korsarzy zwanych mysingami. I to oni mieli się zemścić na Popielu za zamordowanie swoich stryjów. A że nazwa ich była zbliżona do myszy, to one pozostały w legendzie…Ale wszystkie te rozważania pozostają jedynie w sferze hipotez, więc pozostaje uwierzyć legendzie…. Widocznie  te gryzonie z natury, przełamały swoją biologię i zjadły człowieka-  przyjmuję to na wiarę tak jak wiele niezrozumiałych dogmatów naszego kościoła. Myszy zjadły Popiela i już…I wcale mi nie przeszkadza, że wieży w tamtych czasach  nie było a podobne legendy powstawały w innych miejscach Europy np. w Niemczech. Nasi dociekliwi badacze ustalili, że ta legenda opowiedziana przez Galla Anonima  powstała wcześniej więc nie mogła być zapożyczona z Niemiec.

 Gall Anonim, który pierwszy zapisał tę legendę w Polsce, według niektórych chciał uzasadnić przejęcie władzy przez Siemowita, który zapoczątkował dynastię Piastów.

Ale szperając w necie, dowiaduję się z pewnym zdziwieniem, że historia świata zna legendy o złych władcach i myszach. Już w Biblii podają, że wielki Bóg Jahwe pokarał Egipcjan plagą myszy.  

W czasach średniowiecza opisywano  pewien rodzaj kary stosowany wobec złych i okrutnych władców. Myszy najpierw prześladowały winowajcę, a potem go pożerały, nawet gdy żeglował na morzu. Brr…..

Ale po raz kolejny się zadziwiam , gdy czytam, że nasza legenda o królu Popielu i myszach jest snuta na podstawie  praindoeuropejskich innych

” mysich legend” …

i rozmyślam na koniec , że jednak podróże , wędrówki ludziom pierwotnym się przydały, podróże zawsze się przydają. Także i nam, choć  z reguły wybieramy wycieczki. To nic, że czasem wirtualne…Ale dobre i to….

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 40 )

Oto ciąg dalszy historii Szpitala im. Dzieci Warszawy, którą spisała i opublikowała wieloletnia pracownica dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz . Miałam zaszczyt Ją poznać, bo tam w latach 1975-1981 raczkowałam w pediatrii. 

Wtedy wszystko było dla mnie pierwsze.

Stale świeże  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w  rozdziale  „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

 

 <<…. Jak każda instytucja i nasz szpital ma w swojej historii ważne daty i święta. Pierwszą jest położenie kamienia węgielnego na placu między ulicami Sienną i Śliską w r. 1875, potem uroczyste otwarcie szpitala w r. 1878, następnie otwarcie nowoczesnego 3- piętrowego szpitala, po sześciu latach zabiegów i zmagań, w 1930 roku. Kolejny etap to otwarcie Szpitala Zakaźnego nr 3 w marcu 1953 r., Szpitala im. Dzieci Warszawy od 1962 r., a ostatnio ( art. opublikowano w 1998 roku- przyp. red.) działającego pod nazwą Wojewódzki Zakaźny Szpital Dziecięcy im. Dzieci Warszawy.

      Wielką radością dla całej załogi naszego szpitala było zdobycie w r. 1976 w Montrealu złotego medalu olimpijskiego w pięcioboju nowoczesnym przez Gerarda Peciaka, syna naszej kochanej pielęgniarki, Janeczki Peciakowej.

       Rok 1978 był rokiem stulecia szpitala i 25- lecia jego pracy powojennej. Ówczesny dyrektor, dr Barbara Artman- Przetakiewicz, postanowiła urządzić „ podwójny jubileusz jednego szpitala”. Miejsca na tę uroczystość użyczyła nam Stacja Sanitarno- Epidemiologiczna przy ul. Żelaznej, oddając salę wykładową i inne pomieszczenia. Dyrektor szpitala wraz z gronem współorganizatorów na dzień 28 września zaprosili dosłownie „ całą Warszawę”- władze miasta i województwa, profesorów, dyrektorów klinik, instytutów, zaprzyjaźnionych szpitali, PZH, Towarzystwa Społeczno- Kulturalnego Żydów w Polsce, dawnych pracowników i emerytów szpitala oraz delegatów partii i związków zawodowych.

       Po powitaniu gości i pracowników przez dyrektora szpitala referat nt. historii szpitala wygłosiła lek. Maria Barbara Chmielewska – Jakubowicz ( autorka tego art.- przyp. red). Zebrani wysłuchali z dużym zainteresowaniem części historycznej, a zwłaszcza wiadomości dotyczących oblężenia Warszawy w 1939 r., getta warszawskiego i Powstania . Dyrektor szpitala przedstawiła pokrótce osiągnięcia minionego 25- lecia.

      Następnie zabrał głos wiceprezydent m. st. Warszawy, mgr Michał Szymborski, który podkreślił bohaterstwo pracujących tu ludzi w okresie II wojny światowej.

      „ Chciałbym wyrazić słowa szczególnego uznania i głębokiej wdzięczności dla tych kolejnych waszych poprzedników, którzy pracowali w tym szpitalu w ciągu tego stulecia. Szczególnie zaś gorące słowa pod adresem tych, którym przyszło pracować w szpitalu w okresie najtragiczniejszym w naszej historii, w okresie znaczonym oblężeniem Warszawy w 1939r., powstaniem w getcie, czy wreszcie Powstaniem Warszawskim. Ci ludzie, którzy pracowali w tym szpitalu, to wspaniałe kadry, które musiały być wówczas nie tylko wybitnymi lekarzami społecznikami i ludźmi wielkiego ducha, ale także żołnierzami ogólnonarodowego frontu, który jednoczył w tym czasie wszystkich Polaków. Myślę, że dzięki takiej właśnie postawie, jaką prezentowali ludzie pracujący w tym szpitalu, mogliśmy wyjść zwycięsko z najtrudniejszej próby w naszych dziejach. I dlatego należą im się słowa najwyższego uznania. Myślę, że przy okazji tego jubileuszu powinniśmy wrócić na chwilę pamięcią do nich i skłonić głowy przed ich ogromnym poświęceniem, przed hartem, przed tym, co po prostu zrobili”.

        Przemawiający profesorowie: Kassur, Bożkowa, Blajmowa, podkreślali stały udział i współuczestnictwo lekarzy z „ Siennej” w zebraniach Towarzystwa Lekarzy Epidemiologów i Chorób Zakaźnych, udział w zjazdach krajowych i zagranicznych, a także zgodną koleżeńską współpracę z innymi szpitalami miasta w codziennych dyżurach.

         Przedstawicielka Towarzystwa Kulturalno- Społecznego Żydów w Polsce p. Ruta Sakowska, omówiła ciężkie warunki życiowe dzieci w latach przedwojennych, a o hospitalizowanych powiedziała: „ leczyło się tu wiele żydowskiej biedoty z Warszawy i okolic podmiejskich”.

         Na zakończenie uroczystości wiceprezydent stolicy przekazał dyrektorowi odznakę Złotej Syrenki dla szpitala, a dziesięciu pracowników udekorował indywidualnie Złotymi Syrenkami za zasługi dla Warszawy.

       Uroczystości jubileuszowe kontynuowano w bibliotece szpitala przy lampce wina z doskonałymi wypiekami naszej kuchni. Goście długo wspominali, rozmawiali, podziwiali kronikę szpitala i nic dziwnego- związani byli z tym miejscem przez wiele lat swego życia. Z dużym zainteresowaniem przyjęto fakt przekazania szpitalowi , po 36 latach, części uratowanego w 1943 r. księgozbioru. Stare księgi pediatryczne sprzed 150 i 100 lat powróciły na swe dawne miejsce. Zapewne wiele z nich było gromadzonych rękoma dr. Janusza Korczaka….>>