Na marginesie oglądanego filmu ” Papusza”.

 

Minione Święta i obserwacje nieba odsunęły trochę temat obejrzanego niedawno filmu pt.„ Pausza”. Ale dla zamknięcia  moich rozmyślań o Cyganach , filmie i gorzowskich czasach muszę wrzucić jeszcze kilka słów.

      W poprzednim omówieniu tego filmu, nie chciałam wpisywać tych treści, by nie zanudzać w tym dniu a także nie rozmyć podstawowego tematu, który miał być w końcu minirecenzją filmu. Może nieudolną, ale własną.

    Na wstępie jedno moje wspomnienie, uruchomione przy okazji.

Gdy przed kilku laty znaleźliśmy się w Nałęczowie, zobaczyłam afisz informujący, że w miejscowym kinie będzie wyświetlany film „ Nikifor” reżyserii tego samego małżeństwa, które „ Papuszę” zrealizowało- pp. Krauzów. Pomimo, że moja wiedza filmowa jest niewielka, nie śledzę i nie oglądam na bieżąco aktualnie realizowanych filmów, ten chciałam obejrzeć. Poszliśmy więc do kina.

I tutaj pełne zaskoczenie. Kino stareńkie, z estradą i czerwoną kurtyną, pachnące kurzem i tym nieuchwytnym trudnym do zdefiniowania zapachem kina po prostu, kina z mojego dzieciństwa.

I seans się rozpoczął i wchłonął swoją bezdyskusyjną urodą, piękną narracją. Opowiadanie o tym malarzu prymitywiście płynęło pięknie, harmonijnie, bez zawirowań, niespokojnych powrotów.

Płynęło jak czas, jak chmury na niebie, jak ludzkie życie .

Pewnie to  zasługa niezapomnianej roli Krystyny Feldman a może jednak lepszej realizacji .

     I teraz, gdy znalazłam się w Ciechocinku, film „Papusza” też  sam przyszedł do mnie. Ciechocinek  znajduje się w pobliżu Inowrocławia, gdzie zmarła i jest pochowana Papusza.

Już na wstępie kino nie miało tej magnetycznej mocy jak to stareńkie w Nałęczowie.

   Nie taję, że w czasie oglądania „ Papuszy” przeszkadzał mi filtr , który nosiłam w sobie. Tym filtrem, który wyostrzał spojrzenie krytyczne było wspomnienie z dzieciństwa – konfrontacja tamtych Cyganów i filmu. Nikifora nigdy nie widziałam w realu, a  Cyganów widziałam i ich radość i smutę i Papuszę pamiętam…..

   Film został zrobiony na podstawie książki Angeliki Kuźniak. Stale się zbieram, by zakupić tę pozycję i poczytać i posmakować. Jak na razie jest to w sferze moich planów.  Bardzo ciekawie pisze na temat autorki i Papuszy przy okazji Krystyna Kamińska. Warto zajrzeć do tego, co tym linkiem się otwiera.

  

http://www.echogorzowa.pl/news/31/czytaj-ze-mna/2013-08-22/papusza-jak-dziki-zajac-5128.html

 

   I na koniec  jeszcze jedno.

W tym filmie nie znalazłam mojego miasta rodzinnego- Gorzowa. A przecież to tutaj Papusza spędziła 30 prawie ostatnich lat swojego życia …..

Twórcy filmu podają w wywiadach zmieszczonych w necie, że Gorzów jest położony nieomal przy samej granicy niemiecko-polskiej, więc dzieli go zbyt duża odległość od Warszawy. Umieszczenie tutaj choć części akcji byłoby zbyt kosztowne.  

Dlatego był realizowany tam, gdzie Papusza nigdy nie była, nikt jej tam nie znał i wcale nie blisko od stolicy, bo w Olsztyńskiem i Nowosądeckiem ( gdzie nota bene „ kręcono” Nikifora).  

     Nie wiem, czy jest to jedyna prawdziwa przyczyna nieobecności  Gorzowa w filmie.

I snuję  swoje spekulacje na ten temat.

Tutaj mieszkają pobratymcy Papuszy, jej rodzina i jeszcze żyje wielu ludzi, którzy ją pamiętają. To tutaj wróżyła mieszkańcom, spotykała się z niechęcią i wrogością swojego ludu za to, że wyszła ze swojego środowiska, była nagradzana przez władze a nawet jak twierdzą, zdradziła tajemnice cygańskie.

I może twórcom filmu to właśnie przeszkadzało.

Atmosfera Gorzowa jest zbyt nasycona emocjami do których należy poza dumą, że tutaj tworzyło się Terno i Papusza swoje poezje mówiła , niechęć a czasami nawet wrogość. Coś takiego gęstego i lepkiego  wisi w tutejszym powietrzu , wiem o tym od gorzowskich znajomych z którymi utrzymuję kontakt.

Może wreszcie w Gorzowie nie zaakceptowano by urody odtwórczyni głównej roli, pani Jowity Budnik, bo tak naprawdę nie przypomina Cyganki a tym bardziej Papuszy.

    Tak więc Krauzowie wybrali miejsca gdzie  wyczuwali chłodny dystans do tego tematu i łatwiej było pobudzić entuzjazm wśród uczestniczących w realizacji Cyganów.  

Jednak staram się znaleźć jakąś przyczynę zewnętrzną, być może bardziej obiektywną.

I wymyślam, że  w Gorzowie twórcy filmu, może nie znaleźliby takich starych wnętrz, jakie pokazano w filmie. Gorzów jest wprawdzie miastem poniemieckim ale stosunkowo młodym, więc i kamienice raczej duże, chłodne. Może gorzowianie ze mną się nie zgodzą i wskażą miejsca odpowiadające klimatem . Chociaż pisząc te słowa się zawahałam, bo jednak przypomniałam sobie jeden  stary dom na skraju ul. Kosynierów Gdyńskich . Przy tej ulicy mieszkała Papusza, ale nie w tym domu. Jest niewielki i mroczny. Do mieszkań wchodzi się przez bramę a dalej krętymi wąskimi ciemnymi schodami . Tam kiedyś mieszkali moi krewni.  Czyli można było filmować Papuszę w Gorzowie.

Tak więc ta  moja próba obiektywnego wytłumaczenia nieobecności Gorzowa w tym filmie odpada.

     Przyznam, że sama się wpędziłam w meandry tych rozmyślań, bo mam za dużo własnych emocji związanych z Cyganami i Papuszą i niestety za dużo pamiętam co niewątpliwie przeszkadzało w odbiorze filmu jak i przy obecnych rozważaniach.

Poddaję się, moja próba chłodnej oceny legła w gruzach…

      By poprawić sobie nastrój zaglądam do folderu, gdzie przechowuję zdjęcia które wykonałam w 2009 roku, czasie gorzowskiego festiwalu kultury cygańskiej pt. Romane Dyvesa. Zapraszam do tego świata który już jest artystyczną fikcją….a także znajduję gorzowskie ślady Papuszy, wyklętej poetki cygańskiej ….i wracam do Gorzowa, mojego Gorzowa….

 

 

aleĹź spĂłdnice.JPG

 

 

ładne.JPG

 

 

w_tancu(2).JPG

 

 

PapuszaTablica.JPG

 

 

P6120569.JPG

 

 

Papuszapomnik.JPG

 

 

Info z netu, zdjęcia własne już kiedyś zamieszczone w portalu MM Gorzów i blogu Jana

Ptakom podobni….

 

I minął ten barwny korowodowy dzień Trzech Króli.

A teraz rzeczywistość i normalność skrzeczy za oknem.

Wychodzę więc przed dom, by złapać pierwszy poranny przestrzenny oddech . A potem człapię naszą ulicą wypatrując czegoś, na czym by oko zawiesić, wzbić się ponad powszechną szarość a nawet gdzieś  pożeglować ….

A tu wszędzie mazowiecka smuta. Tylko na pobliskiej brzozie gromada ptaków odpoczywa. Gdy nadchodzę wzbijają się z wielkim szumem.

Patrzę, jak odlatują unosząc swoją wolność….

Nie widzę żadnego człowieka na horyzoncie nawet. O tej porze dnia zniewoleni przymykają samochodami do pracy a tylko czasem jakaś osoba wolna jak ja z pieskiem się pojawia.

Dziś jestem sama pod tym wielkim niebem. Otwiera się nade mną wielkie szerokie  zawsze zachwycające. Bo tam zwykle coś się dzieje, jakieś teatrum z aktorami światła, chmur i słońca.  I jestem szczęśliwa, że mogę  codziennie to oglądać, czekać na kolejne odsłony .

Jeśli natura jest łaskawa i pokazuje na niebie swoje fantazje, odczuwam wdzięczność i dziękuję jej sekretnie za ten dar, dar pięknych zmieniających  się jak w kalejdoskopie widoków.

Trudno się temu dziwić, bo  przez minione  prawie 40 lat byłam więźniem miasta. Widywałam tylko  fragmenty nieba powycinane przez  wysokie żoliborskie bloki.

A teraz mam całe niebo, mam je prawie na własność.

I dzisiaj też odrywam wzrok od ziemi i widzę pięknie  wyrysowane białe ślady po samolotach chyba wojskowych.

I  widzę pilotów tych samolotów, ludzi młodych,  pełnych energii, zapału, którzy  realizują swoje marzenia . Bo zanim zostali pilotami, na pewno najpierw mieli marzenia , romantyczne niecodzienne i bardzo młodzieńcze, by się oderwać od ziemi i sięgnąć nieba.

I nie chcę dopuszczać myśli , że dzisiaj pewnie zmęczeni minionymi świętami, niezbyt chętnie wyszli z domu o bladym świcie, a nawet może w typowych o tej porze roku ciemnościach, dotarli do swoich maszyn i  wystartowali z jakąś misją wojskową. Bo że niedawno przefrunęły  tędy  samoloty wojskowe nie wątpię, gdyż wielkie ptaki pasażerskie które widzą  czasami nawet gromadnie na niebie nie zostawiają żadnych śladów widocznych gołym okiem.  

Teraz już nie widać tych skrzydlatych stworów , przemknęły jak mgławica i gdzieś dalej penetrują podniebną przestrzeń. Zresztą nawet gdyby się tutaj  znowu pojawiły, byłaby to tylko jednostronna radość. Moja radość. Bo przecież oni, ci dzielni chłopcy w swoich latających maszynach nie widzą stamtąd takich jak ja  robaczków, które pełzają po ziemi.

Napisałam o podniebnej przestrzeni. Bo tak się mówi- podniebnej. A ja myślę, że oni są z niebem za pan brat…

I dalej pełznę sobie, człapię swoją drogą,  gapię na to dalekie niebo i często przystaję , by żaden szczegół mi nie  uciekł . Jak zwykle  mam przy sobie aparat fotograficzny, który teraz wyjmuję z kieszeni nieco zgrabiałymi palcami, bo mimo prawie wiosennej tego stycznia pogody jednak wyczuwa się przenikliwy wilgotny chłodek.

I zamiast monotonnej burej szarości naszej wsi widzę najprawdziwszy spektakl na niebie.

Nieśmiało wstaje słońce, siłuje się z ciężkimi chmurami, przegląda w kałużach  a ja szybuję w przestworzach i fantazje swoje rozwijam o romantycznych duszach ludzi ptakom podobnych, obcych światach i podróżach w przestrzeń daleką….

 

 

1.JPG

 

 

Ptaki.JPG

 

 

 

Ptaki1.JPG

 

 

1,1.JPG

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG.

 

5.JPG

Tak było wczoraj, gdy Trzej Królowie przynieśli młodzieńczą radość na ulice Warszawy.

Od pochmurnego poranka tego dnia w mojej duszy zda się minęły wieki.

Bo nagle coś się  wydarzyło, co rozjaśniło mroki, przepędziło ponure poważne myśli a także spowodowało, że ulice Warszawy, tak jak wielu innych miast w Polsce rozbłysły nowym światłem. I może nawet naiwnie uwierzyłam, że tak może być jeśli nie stale to przynajmniej częściej.

     Właśnie zegar pokazuje  południe a kalendarz – 6 stycznia 2014 roku.

To apogeum Święta Trzech Króli. Święta zapomnianego w mrokach komunizmu, może celowo zapomnianego. I już pozbyłam się myślenia o pretensjach do naszego sejmu, że dzień wolny od pracy zafundował. I teraz wstydzę się uśmiechu politowania, a nawet dookolnych kpin, gdy przed laty prezydent Łodzi- pan Kropiwnicki apelował o przywrócenie tego święta….

    Pora na obejrzenie transmisji z Królewskiego Orszaku.

Zasiadam przed telewizorem i chłonę i coraz bardziej się wyluzowuję, i czuję jak unosi mnie  ta wielka barwna fala.

I jest pięknie.

Ogromna liczba  młodych ludzi, którzy przez wiele miesięcy przygotowywali się do tego spektaklu dziś wyległa na ulice . Nie banda to przebierańców, ale  starannie przygotowywane przez wiele miesięcy barwne klimatyczne odzienie na głowach i grzbietach i sceny i korowody i wszędzie tylko płomienna radość…

    Bez polityków, władz , zjednoczona ponad dotychczasowymi podziałami  i wyzwolona młodość. Więc serce rosło i nawet rodziła się nadzieja, że może oni , ci młodzi kiedyś trwale zmienią nasz kraj. I raj się stanie zamiast narzekających rozeźlonych i nie uznających racji drugiego człowieka obywateli naszego pięknego przecież kraju. Pewnie to nadzieje płonne, ale postanowiłam być optymistką. Może się jednak uda….

    Tymczasem na ekranie monitora telewizyjnego tłumy, tłumy młodych wypełniające Plac Zamkowy, aż król Zygmunt ze swojej wysokiej kolumny oczy przeciera, dziwuje się też Zamek Królewski  a okoliczne kamienice wpadają w zachwyt. Potem św. Anna w swoim kościele wiruje w tańcu a nawet Adam Mickiewicz  marzy o zejściu z pomnikowego piedestału. A młodzi idą, po drodze zatrzymują się przy kolejnych scenach . A to wizyta w szałasie pasterzy, a potem u króla Heroda, do którego poselstwo Mędrców dociera szukając miejsca,  gdzie narodził się Ten, który ma zbawić świat a Herod zaczyna się niepokoić, bo przecież nie w jego pałacu. Potem wizyta w gospodzie gdzie odmówiono miejsca rodzącej Matce Boskiej i wreszcie stajenka uboga….

   A Plac Piłsudskiego długo czekał i nasłuchiwał co się dzieje pod Zygmuntem, na Krakowskim Przedmieściu aż wreszcie się doczekał i niecierpliwie wybiegł naprzeciw i cały ten kolorowy tłum przyciągnął a nawet przytulił do jakże smutnego Grobu Nieznanego Żołnierza. A cóż, że taka radość w tym miejscu może nie przystała. Niech się młode Żołnierzyki cieszą, bo nie dane im było doczekać, bo gdzieś na bezdrożach zostawili swoje ciała, a potem wrócili z ziemią tak licznych, rozrzuconych po świecie pól bitewnych. Dość już w tym Miejscu pompatycznych Wart Honorowych,  stukania wojskowymi butami, przemówień patriotycznych i dotychczasowych uroczystości nadętych. Przecież Wam, Żołnierzykom Kochanym, coście  życie dawno stracili,  o taką właśnie Polskę chodziło- wolną i radosną….

     A tymczasem w telewizorni  widzę jak Orszaki Królewskie idą  nie tylko w Warszawie, ale też w Lublinie, Zakopanym  i kaszubskiej wsi- Dziemiany. Zabrakło relacji z innych miast, pewnie w dzienniku będą migawki. Bo przecież  ta młodziutka, bo zaledwie istniejąca u nas od kilku lat fala Orszaków  Trzech króli rozlała się na około 200 miast Polski.

 Ulice Warszawy tętniły młodością, barwami, śpiewami, i zaczęły żyć pełną piersią, odetchnęły od tych licznych smętnych roszczeniowych marszów . No może sobie przypomniały niedawny marsz Niepodległości z Prezydentem Państwa na czele, który nieco radości wnosił.  Ale ten Orszak jest nieporównywalny, jedyny taki.

Doprawdy moje starawe  serce rosło…..pewnie się powtarzam, ale co tam! Doprawdy warto się powtarzać…

    Zdjęcia z monitora  w wielkim zapale robiłam, by utrwalić i w chwilach refleksyjnych  obejrzeć ku pokrzepieniu serca.

Ale doszłam do wniosku, że mimo wad technicznych wrzucę je tutaj.

Może ktoś nie oglądał tego największego w roku i najbardziej radosnego jedynego takiego ulicznego spektaklu . A nawet jeśli ktoś tam był, albo oglądał w TV może obejrzy ze mną .

I na chwilę będziemy razem…. I stanie przed nami Polska, inna bo wreszcie roześmiana…

Zapraszam moich wszystkich Bliskich a także tych, którzy w innych państwach i na innych kontynentach mieszkają …

 

 

.

 

ZamekPoPrawej.JPG

 

Plac Zamkowy, Zamek Królewski po prawej. Za chwilę wyruszy Orszak Trzech Króli

 

 

 

 

AnnaŚwKościólLewa.JPG

 

Już idzie młodość z Placu Zamkowego. Kościół Św.Anny po lewej

 

 

ZygmuntZdziwiony.JPG

Postój przed jedną ze scen. A w tle Król Zygmunt spogląda ze swojej kolumny z wyraźnym  zdziwieniem

 

 

MickiewiczSię Dziwuje.JPG

Adam Mickiewicz chciałby zejść z cokołu i dołączyć się do Orszaku

 

 

scenaPasterze1.JPG

Jedna ze scen. Anioł pasterzom mówił….

 

 

Smok.JPG

Hotel Europejski po lewej

 

 

PlacPiłsudskiego.JPG

Już Plac Piłsudskiego gdzie stajenka

 

 

KrĂłlowieDaryMatka.JPG

I Trzej Królowie przybyli z darami dla Maleńkiego…

 

 

Hołd.JPG

 

 Przybysz z Afryki oddaje hołd …

Trzej Królowie do Betlejem idą….

 

 

TrzechKrĂłli.JPG

Stara pocztówka z mojego pudełka.

 

 

Dzisiaj Święto Trzech Króli. 

Poranek. Za oknem słońce w pełnym nieomal blasku. A gdzieś tam , daleko na Wschodzie wędrują do Betlejem za gwiazdą, która im wskazuje kierunek, Trzej Mędrcy by oddać hołd Nowonarodzonemu.

W radio nieustanne audycje o tym dniu.  Jest to ponoć najważniejsze po Wielkiejnocy święto kościelne nazywane też Objawieniem Pańskim , nawet ważniejsze od Bożego Narodzenia?

Wychowałam się w tradycji wigilijnej, która tak budowała i nasycała emocjami, że Święto Trzech Króli pozostawało jakby w cieniu wydarzeń Bożego Narodzenia. Ale pora  się przystosować i uznać wyższość Święta Trzech Króli. Ale czy trzeba?

Jak na razie pozostaję przy ubieraniu choinki wypatrywaniu pierwszej gwiazdki na niebie i stole wigilijnym…

    Politycy wywalczyli dzień wolny od pracy, kolejny na bogatej liście takich dni. Ale może nikomu nie jest potrzebna praca , lepiej sobie posłuchać, pogrzebać w necie by dowiedzieć się o historii tego święta, potem pewnie obejrzeć w TV Orszak w Warszawie. Ten ogromny ruchomy żłobek ma cieszyć ludzi a zwłaszcza dzieci, ale nam już się nie chce tam wędrować, a co najwyżej pilotem złożyć zamówienie na obraz….

I tak oczekując na transmisję telewizyjną czytam, to co rozrzucone w necie i zapisuję swoimi słowami najbardziej interesujące mnie informacje. A oto one: kto chce, niech czyta….

     Otóż pierwszy opis  tego chrześcijańskiego święta znajdujemy w Ewangelii wg Świętego Mateusza. Dyskusje biblistów na temat faktycznego autorstwa  tego dzieła są stale otwarte.  Większość badaczy uważa,  że powstało w 70 roku po narodzeniu Chrystusa, chociaż niektórzy sugerują lata wcześniejsze. Z tego powodu wydaje się, że zawiera ono najbardziej wiarygodne informacje, bo powstało w czasach, kiedy jeszcze pamiętano dzień narodzin Mesjasza.

     Święto Trzech Króli, nazywane Epifanią co w języku greckim oznacza objawienie, ukazanie się,  jest związane z faktem przybycia do Betlejem Mędrców ze Wschodu.

Objawienie Pańskie należy do pierwszych świąt, które uznał Kościół .

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznaczało początek roku liturgicznego.

Wcześni chrześcijanie na Wschodzie obchodzili ten dzień jako święto Bożego Narodzenia . Do dziś w Apostolskim Kościele Ormiańskim obowiązuje ta tradycja.

W Kościele łacińskim od IV wieku rozpoczęto uważać, że jest do święto niezależne od Bożego Narodzenia.

Według chrześcijan Objawienie Pańskie symbolizuje pokłon świata pogan jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych, niedawno urodzonemu Zbawicielowi Świata.

Stąd późniejsze , bo datowane na XIV wiek , wyobrażenie Mędrców ( Magów)  – jeden jest przedstawicielem rasy czarnej,  a dwaj  prezentują młodość i starość. Podkreśla to uniwersalną rolę zbawienia  , ponad wszelkimi podziałami co jednocześnie nadaje wysoką rangę w Kościele powszechnym. Są też głosy, że użyto symbolicznej trójki, bo w tamtych czasach poznano jedynie trzy kontynenty-  Azję, Europę i Afrykę. I stamtąd mieli przybyć do Betlejem mędrcy czy królowie.

   Pod koniec XV wieku, wprowadzono zwyczaj święcenia w tym dniu złota i kadzidła . Kadzidłem była żywica z jałowca , którym okadzano domy i zagrody. Miało to zabezpieczać przed chorobami i nieszczęściami. W tym celu także  dotykano szyi złotem. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z ukrytym migdałem. Osoba, która go znalazła, nazywana była „ królem migdałowym”. Wtedy też pojawił się zwyczaj wędrowania dzieci po okolicznych  domach . Dzieci nosiły ze sobą gwiazdę , śpiewały kolędy  o Trzech Królach i obowiązkowo musiały w zamian otrzymać rogale, które nazywano„ szczodrakami”. Przy kościołach ustawiano stragany, gdzie sprzedawano kadzidło i kredę

    Dopiero w  XVIII wieku upowszechnił się zwyczaj święcenia kredy, którą następnie znaczono wejścia do domów, pisząc K+M+B  oraz datę aktualnego roku. Ta inskrypcja nie pochodzi o pierwszych liter imion przybyłych królów, ale należy ja czytać jako  Christus Mansjonem Benedicat ( niech Chrystus błogosławi temu domowi).

Święto Trzech Króli wyznaczało koniec okresu Godów (który rozpoczyna się w pierwszym dniu Święta Bożego Narodzenia) i rozpoczyna  karnawał.

Jest też prawdopodobne, że to święto wprowadzono w celu wyparcia popularnego wśród pogan święta narodzin boga Aiona  a także czerpano  ten zwyczaj z judaizmu.

     Wielu poważnych badaczy zajmuje się też opisywanym zjawiskiem na niebie, które w postaci Gwiazdy Betlejemskiej prowadziło Mędrców do Betlejem. Uznano, że właśnie w tym czasie, w VI wieku n.e.( bo ponoć tak naprawdę wtedy urodził się Syn Boski, a nie w roku 0)  wielokrotnie wystąpiło zbliżenie a nawet pozorne optycznie widoczne połączenie  trzech planet- Saturna, Jowisza i Marsa. To zjawisko bywa  obserwowane co 800 lat.

Jednak w Ewangelii św.  Mateusza możemy znaleźć opis gwiazdy, która pojawiła się na Wschodzie  a następnie szła razem z Mędrcami, aż zatrzymała się na miejscem, gdzie było Dziecię.

Według tego opisu mógł być to Merkury, który co trzy miesiące przez dwa dni staje się bardzo jasny po czym zmniejsza swój blask częściowo też z powodu zanikania w promieniach Słońca. Planeta ta mogła być dostrzeżona przez kogoś w Betlejem . W tamtych czasach ludzie nie mieli żadnych przyrządów optycznych, ale chętnie zajmowali się śledzeniem nieba, które było zawsze tajemnicze i frapujące, jak zresztą i dziś , rozwijała się astrologia.

Są też teorie , że wtedy  na niebie pojawił się meteor lub jasny bolid, tym bardziej, że tradycyjnie opisywano Gwiazdę Betlejemską ją jako kometę .

Ciekawe jest to, że w już w  świecie starożytnym bardzo często opisywano  motyw  gwiazdy, która zwiastuje zbliżanie się bardzo ważnych wydarzeń. Na przykład wg Wergiliusza  który żył w latach 70-19 przed narodzeniem Chrystusa, Eneasz wędrując z Troi do Lacjum jest też prowadzony przez gwiazdę.

     I tak to przewędrowałam po stronach Internetu, a teraz ponownie będę się zastanawiała nad wielkością tego święta. Muszę oczywiście przyjąć do wiadomości to wszystko co podają na ten temat. Ale tak naprawdę gdzieś głęboko zakorzeniony w moim bardzo dojrzałym i doświadczonym przez życie sercu jest dzień wigilijny i jeszcze gra mi w duszy kolęda Przybieżeli do Betlejem pasterze….

    Na takich właśnie smętnawych rozważaniach spędzam przedpołudnie.

     I nagle na zegarze wybija godzina 12 ……

Styczniowe pozdrowienie z mojego ogródka.

 

Groszek.JPG

 

.

 

Zanim przystąpię do opowieści,  chcę zaznaczyć, że mój ogródek na półkuli północnej jest i daleko od równika. W styczniu już zdążył zapomnieć jak wygląda wiosna, lato i jesień.

    Nasza działeczka ułożona na obrzeżach dość dużego  terenu  gdzie  zamieszkał nasz domek,  jest mikroskopijnej wielkości i zwykle dość zaniedbana, bo nasz entuzjazm uprawiania tam warzyw czy truskawek szybko wyparowuje.    

I tak na grządce , którą dzielnie wiosną skopał najstarszy przedstawiciel rodu posiałam wczesną wiosną zielony groszek. Dzieciaki uwielbiają wyjadać to co w młodych strączkach się rodzi i ja też poznaję wtedy smaki dzieciństwa, które są zawsze najpiękniejsze. 

Potem wyjechaliśmy, groszek pozostał zapomniany, opuszczony, aż smętnie wysechł . Jak można się było spodziewać, co nie jest takie trudne,  ja z wrodzonego lenistwa go nie zebrałam, by grochówę ugotować.

Minęła jesień, przyszła zima. Nie zaglądałam na te grządki , bo już nie było po co. Wyschłe badyle były jak wyrzut sumienia, a wyrzutów sumienia nie lubię.

     I któregoś dnia , jeszcze w grudniu moje spojrzenie przyciągnął niezwykły o tej porze roku bardzo długi zielonolistny pęd. Podeszłam bliżej i nagle uśmiechnął się do mnie najprawdziwszy groszkowy kwiatek. Potem już go obserwowałam systematycznie, czy nie zmroził go jakiś zimowy podmuch. Ale on trwał dzielnie, a nawet zafundował sobie siostrzyczkę. Tak więc oba kwiatki bardzo z siebie zadowolone a dumne nawet cieszyły moje oko.

Potem o moich kwiatkach zapomniałam, a może nie chciałam oglądać jak umierają z zimna.

    I oto dzisiaj, gdy  styczeń 2014 roku zapukał do naszych drzwi i już właściwie się zagościł, ponownie się wybrałam na tzw. obchód ogródka.

I wtedy usłyszałam cienki choć rześki głosik, który mnie zapraszał na grządkę. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Jedynym mieszkańcem naszego domku poza mną jest współmałżonek, ale jego głos jak na razie jestem w stanie rozpoznać.

Podążyłam więc w stronę, skąd przyszedł ten młodziutki głosik.

Poczem przetarłam oczy. Jednak to nie były jakieś wizje zmęczonego wzroku. Na zielonym groszkowy pędzie wiszą sobie spokojnie dwa całkiem okazałe strączki.

Zafalowały przyjaźnie i wyraźnie się ucieszyły  gdy się nad nimi nachyliłam, patrzyłam na nie przelekle z miłosną radością a potem wyjęłam aparat fotograficzny, który zawsze staram się mieć w kieszeni. I tym razem się przydał, zdjęcia zrobione, a strączki zadowolone, bo jak widać, lubią być uwieczniane na fotografiach. Wiedzą, że są bardzo fotogeniczne urocze i smakowite.

I w podzięce wygroszkowały  swoje życzenia noworoczne, upewniając się, czy nie za późno już . Gdy zapewniałam, że życzenia zawsze można składać, prosiły o przekazanie Wszystkim, żeby zdrowi byli, zimę przetrwali, która jeszcze na pewno nadejdzie, a patrząc na strączkowe styczniowe zdjęcia myśleli o cieple wczesnego lata…..

 

 

groszek1.JPG

 

 

groszek2.JPG

 

 

Film ” Papusza” i moje rozczarowanie.

 

 

Nie mam prawa pisać o rozczarowaniu. Przecież niczego nie oczekiwałam, hodowałam w sobie tylko zapamiętane z dzieciństwa widoki szczęśliwych kiedyś Cyganów. …

Barwy, zapachy ognisk , muzyka, radość nad beskidzką rzeką Żylicą, potem smuta i marazm osiedlonych w gorzowskich kamienicach. I Papusza, poetka wyklęta przez swoje środowisko, jej gorzowska legenda, niewielki pomniczek przed Biblioteką, twarz stamtąd zapamiętana o ostrych surowych rysach i nieco zamglonych oczach patrzących w nieznaną nam dal….

    I jestem w Ciechocinku. Czuję bliskość tej poetki. Przecież całkiem niedaleko, w Inowrocławiu spędziła ostatnie lata życia, umarła i tu został jej grób.

    I miejscowa, ciechocińska  muszla koncertowa, gdzie festiwale muzyki cygańskiej, afisze o koncertach w miejscowym teatrze don Wasyla, który zamienił piękno muzyki swojego narodu w jakieś disco. Jakże banalna jest jego twarz, zupełnie inna, niż brata- Edwarda Dębickiego, którego widziałam w Gorzowie, gdy ten młody piękny Cygan na długich nogach stawiał długie, lekkie kroki, zda się nie dotykając ziemi, ze skrzypcami pod pachą a Mama mówiła, że uczy się w szkole muzycznej. Pomimo, że w tych latach pięćdziesiątych zmuszono Cyganów do porzucenia taborów, zamieszkania w przydzielonych mieszkaniach starych kamienic jedno było dobre. Mogli się uczyć, oczywiście nie wszyscy tego pragnęli, ale ci, którzy chcieli- mogli. Tak więc zwiewna motylopodobna  Randia, wykształcony już Dębicki i stworzony przez niego pierwszy w Polsce cygański zespół Terno otwierali zwykłym ludziskom świat cygańskiej pieśni i tańca. Niektórych zarazili miłością do swojej kultury i to im zostało do starości, tak jak np. mnie  i podwórkowej przyjaciółce Bajce. Tak więc mamy w oczach tamte czasy, tamtych Cyganów.

   I właśnie jestem tego grudnia w Ciechocinku i jakby na zamówienie informacja, że w miejscowym kinie film” Papusza” będzie. Łopot serca, zaskoczenie tą niespodzianką i oczywiście decyzja, by tam zajrzeć i obejrzeć. Przedtem nie miałam na to ochoty, by nie psuć swoich wspomnień, wyobrażeń, ale jakaś siła wyższa zadecydowała za mnie.

Kino odnowione, szkoda, że nie takie stare z zapachami kurzu, ale trudno orzekłam, sadowiąc się w wygodnym fotelu.

   I się zaczęło. Opowieść jakby czytana z kartek starego pamiętnika, pisana czarno białą smutą, odwracanie kartek i zaburzenie chronologii cofaniem się w czasie. Tak pokrótce wygląda wizja państwa Krauze a właściwie pani Joanny . Nosiła w sobie ten film ponoć od 7 lat. Miała czas na rozmyślania, podejmowania decyzji, zmiany. W efekcie powstał piękny film, obrazy pana Staronia wysmakowane, wycyzelowane, nakładane w tempie  odmierzanym jak w dokładnym zegarze. Sceny grupowe z prawdziwymi Romami pełne dynamizmu z  wspaniałą galerią postaci autentycznych naprawdę zachwycają. W roli męża Papuszy- Dionizego Wajsa, znakomity   Zbigniew Wardyś, aktor o cygańskiej urodzie który potrafił oddać zmienność zachowań bohatera od brutalności do ciepła , postać to prawdziwie człowiecza. Młoda Papusza  jest śliczna, pełna życia, prawdy, czuje się w niej cygańską duszę. Nic dziwnego, bo odtwórcą tej roli jest Romka o cudnym imieniu Paloma. Dość przeciętny w swojej roli jest Pawlikowski, który przedstawia Ficowskiego.

No i wreszcie tytułowa Papusza. Musiała być  inna niż wszyscy, bo jej oczy zamykały rozmarzenie, tęsknotę i cierpienie więc i twarz taka. Reżyserzy wyraźnie mieli problemy z dwoistością natury Papuszy- zwykłej Cyganki i poetki łaknącej wiedzy, książek ale zarazem leśnych pejzaży. I pewnie mieli problem ze znalezieniem osoby odpowiadającej tym warunkom. Właściwie nie wiadomo, kto był ojcem Papuszy, może jakiś poeta, czy inny artysta spoza tego narodu. Więc wybranie do tej roli pani Jowity Budnik, która jak sama pisała, nie przypomina Papuszy ani zewnętrznie ani emocjonalnie,  nie dziwi. Dla tych widzów, którzy Papuszy nigdy nie widzieli, jej typ urody nie powinien  budzić wątpliwości.

Mimo, że grała wspaniale, stale mnie uwierał jej brak cygańskiej autentycznej urody i duszy.  Przyznaję, że bardzo przeszkadzało mi w odbiorze wpatrywanie się w jej twarz w poszukiwaniu tego, co było moim wyobrażeniem. Często filmowany profil raził nie przystającym do tej twarzy nochalem i stale nieruchomo  zmarszczonym czołem. Wydawało mi się, że gra w masce.  Dopiero po obejrzeniu filmu, przeczytałam jeszcze jeden wywiad z Panią Budnik. I aż się zadziwiłam, bo powiedziała tam, że stale grała z przylepionym nosem. Nawet sprowadzono w tym celu speca z Hollywood. Po co to było? Doprawdy nie wiem. Przecież każda twarz ma organicznie przypasowany nos, jeśli ten aktorki był za mały, to czemu służył ten trik? I tak nie ma ona cygańskiego, papuszowego czoła, z którego jakby pięknie wyrysowaną linią spływa jej nieco orli nos. Twarz aktorki może przypomina zdjęcie Papuszy z młodości, ale czuje się jej sztuczność przez tę maskę .

Ale już koniec moich marudzeń.

Odtwórczyni głównej roli, pani Jowita Budnik poradziła sobie z tą trudną rolą  znakomicie. A ostatnia scena, gdy samotna Papusza patrzy z okna w stronę odchodzącego Ficowskiego, który był sprawcą jej tragedii poraziła mnie zupełnie, zniewoliła i wyzwoliła jednocześnie  z myślenia krytycznego.

    I jeszcze jedno na temat samej realizacji filmu. Żal mi było, że film nie spełnił mojego wyobrażenia, jaki powinien być. Powinien być kolorami grający, pełen autentycznej muzyki, wypełniającej obrazy szczęśliwych wędrujących Cyganów a potem przechodzący w smutną szarość albo sepię czasu ich  zniewolenia . Ale może wówczas obraz byłby cukierkowy, i pewnie tego pp Krauzowie chcieli uniknąć tworząc jedynie czerń i biel. Temu celowi miała służyć  zaburzona chronologia , która ponoć w filmie stopniowała emocje. Niestety tego nie dostrzegłam.

Ale niech tam.

Film wart obejrzenia, mimo, że ja zachowuję nadal to co się w mojej dziecięcej duszy utrwaliło przed przeszło półwieczem …

 

Zanurzenie w historii Kujaw ( 3 )

 

 

I rozpoczął się  IV wiek naszej ery.

Był to zmierzch starożytności i rozpoczynało się średniowiecze. Te dwa okresy bardzo się różniły , chwiało się Cesarstwo Rzymskie, pojawiały się obce kultury, które z kolei determinowały zmiany w mentalności i zachowaniach dotychczasowych mieszkańców.

Na terenach dawnej Polski a w tym Kujaw i Ciechocinka, w którym niedawno rozpoczęłam te wędrówki w czasie , umierała stara, bo trwająca tu od III wieku przed naszą erą kultura przeworska, o której pokrótce pisałam w poprzednim wpisie pt Zanurzenie w historii Kujaw ( 2 ).   I mimo, że nie mam natury historyka i dawna wiedza szkolna już dawno wyparowała, czytając te dzieje i wybierając z treści internetowych tylko te najprostsze i dla mnie najważniejsze widzę mglisty wprawdzie obraz naszych ziem, w dookolnych ludziach dopatruję się rysów twarzy czy zachowań będących spuścizną praprapra…przodków. Wszak geny to coś niezwykłego, trwają przez wieki wprawdzie ulegając różnym mutacjom ale przenoszą cechy do potomstwa . Tu zachwyt nad naturą mnie zatrzymał, ale rozpisywała się nie będę…..Wracam więc do tego co się działo w obecnej Polsce przed szesnastoma wiekami…

A właśnie wtedy, w IV wieku n.e.  rozpoczął się okres wędrówek agresywnych ludów, przybyłych z dalekich stron, które niosły swoją kulturę i pewnie budziły lęk dotychczasowych mieszkańców. Tak, ten lęk  można sobie wyobrazić. Nagle się pojawiali, może już ludzie wiedzieli, że nadchodzą, bo łuny na horyzoncie, bo ktoś uciekł i opowiedział. Zdziczałe hordy niszczyły ludzki dobytek, plądrowały cały teren, mieszkańcy pewnie chronili się w okolicznych lasach. Ale jak długo mogli tam przebywać. Oj, koło historii się toczy, niezależnie od okresu historycznego, nieubłagane, od wieków powtarzalne, zadziwiająco podobne.  I zawsze gdzieś w tle poźogi pożarów,  ucieczka i czająca się śmierć.Tu znowu ciśnie się dygresja o  ostatnich wojnach tak dobrze opisanych, opowiedzianych przez świadków, przez Rodziców moich wtedy jeszcze żyjących, świadków zachowań bolszewików, nazistów….

Ale wracam do tego IV wieku naszej ery.

Oto pojawiają się coraz bardziej liczne grupy plemienne najeźdźców . Prawie widziałam ich na horyzoncie, gdy przeprawiały się przez bród na Wiśle w pobliżu obecnego Ciechocinka .To bardzo ważny bród, nie ma takiego w bliskiej okolicy. Wisła jest szeroka, wysoki prawy jej  brzeg jest przeszkodą właściwie niemożliwą do pokonania, a tutaj nagłe obniżenie i radocha pierwszych obcych plemion, że można pędzić dalej aż ku nie tak dalekiemu Bałtykowi….

Jak pierwsi pojawili się tutaj azjatyccy Hunowie .Gdy czytam o tych ludach, wybierając jedynie najbardziej interesujące mnie fragmenty, mogę sobie wyobrazić ten skośnooki lud, na nieodłącznych małych konikach, dziki i zupełnie obcy naszej mentalności. I przychodzą inne obrazy historyczne i nasze doświadczenia …. Nie na darmo jest u nas dość popularne, przynajmniej w moim domu,  określenie dla masowego niespodziewanego zmasowanego oraz  trochę szalonego najazdu rodziny czy znajomych- najazd hunów.

Na podstawie analizy tekstów Ptolemeusza, który żył w II wieku n.e., badacze wnioskują, że to potężne plemię koczownicze pierwotnie zamieszkiwało  tereny pomiędzy Donem na północy, górnym biegiem Kubania na południu i Morzem Azowskim na zachodzie. Na wschodzie sięgało Morza Kaspijskiego i regionu ujścia Wołgi. Nieliczne znaleziska ich kultury na naszych terenach jasno wskazują na ich pochodzenie z Azji Wewnętrznej. Są to charakterystyczne łuki, kotły z brązu- w większości kształtem podobne chińskim dzwonom. Takie same kotły znaleziono w Europie ale i Azji Środkowej, Syberii i w północnych Chinach.

Ich zwyczaje nie różniły się od zwyczajów innych azjatyckich plemion. Należał do nich  popularny wśród ludów Wielkiego Stepu sposób prowadzenia rozmów dyplomatycznych – w czasie negocjacji Hunowie nie schodzili z grzbietów swoich koni, mieli podobne  zwyczaje pogrzebowe, składanie ofiar z koni, oddawanie czci ogniu, wodzie, bogom dróg i księżycowi.

Rzymianie opisywali ich jako naród wojowników. Jedyną ich umiejętnością, którą mogli sprzedawać innym były działania militarne. Ich działalność bojowa zależała od ilości pastwisk dla ich koni. A końcowe militarne porażki tego ludu tłumaczono faktem, że kiedy osiedlili się na Nizinie Węgierskiej z uwagi na jej warunki geograficzne musieli stać się półkoczownikami albo w ogóle zrezygnować z wędrownego trybu życia.

Nie znaleziono szczątków ich koni, ale opisy wskazują, że ten brzydki mały ale bardzo wytrwały koń pochodził od mongolskiego kuca.

 Wiadomo, że z pojawieniem się Hunów na terenach zajętych przez Rzymian, nastąpił upadek tego Cesarstwa.

Potem nadciągnęły na tereny Kujaw  plemiona wschodniogermańskie jak :  Wandalowie, Burgundowie,  germańscy Goci i Gepidzi przybyli z półwyspu skandynawskiego a po nich nastąpiła ekspansja ludów bałtyckich.

Przybysze spustoszyli te ziemie, nastąpił  upadek dotychczasowej kultury przeworskiej,  spadała gęstość osadnictwa i zanikały wpływy rzymskie.

Ten zły czas dla naszych ziem trwał do VI wieku naszej ery….cdn.

 

opracowałam na podstawie informacji znalezionych w różnych  internetowych portalach 

 

Nowy Rok bieży….

 

Tęcza.jpg

 

 

 

Nowy Rok bieży….

 

A ja Wam, Kochani nie fajerwerki, szampany i szatki balowe lecz  tęczę  przysyłam ….. .

 

Jeszcze jesienią ją upolowałam nad wydmą leśną nieopodal naszej działki nad Bugiem. Zawsze jest  piękna  zjawiskowa i niosąca optymizm….

 

To nie jest takie sobie zwykłe zjawisko optyczne i metorologiczne  już dawno opisane.  

To efekt szczególnej gry niebiańskiego światła słonecznego z kropelkami wody zawieszonymi w atmosferze.  Gra wielkiego Słońca z każdą pojedynczą kropelką wody. Nieustanna zabawa trwa , fale świetlne odbijają się od tej jednej kropelki, od jej wszystkich sióstr , każdej z osobna, które je załamują, rozpraszają na barwy które złożone są po prostu białe , właściwie niewidoczne, jedynie jasne a teraz krople wody  już kolorami nasycone zawieszają się na niebie tęczę tworząc. Cudne, dynamiczne to gry , stale się toczą a tęcza zupełnie spokojna, wielobarwna i  uśmiechnięta rozpościera swoje suknie na nieboskłonie….

To przez tę zjawiskowość, nieuchwytność, urodę wreszcie  w wyobrażeniach ludzi zamieszkujących różne miejsca na ziemi tęcza utrwaliła się w ich mitologii.

Grecy widzieli w niej drogę, którą przemierza posłanka bogów – Iris schodząc z nieba na ziemię, Chińczycy szczelinę w niebie, którą bogini Nuwa  zamyka szlachetnymi kamieniami i kolorami , dla Hindusów była łukiem boga błyskawic i grzmotów – Indry, Skandynawowie widzieli w niej most łączący świat bogów i ludzi. W Starym Testamencie była symbolem przymierza Boga z człowiekiem, obietnicą złożoną przez Boga Jahwe Noemu, że Ziemi już nie nawiedzi wielka powódź. Aborygeni uważali, że z „ tęczowego węża” narodził się świat a człowiek mógł zostać wciągnięty do nieba i stawał się płanetnikiem….o płanetniku już pisała nie będę, bo  ciekawie o nim Wikipedia opowiada…

 

I właśnie dlatego przesyłam Wam na ten nadchodzący Nowy 2014 Rok magiczną tęczę.

I wyobrażam sobie, że jesteśmy zbiorem niezliczonej liczby kropelek jednakowych, czasem przemarzniętych, samotnych i bezbarwnych.

I niech w tym rodzącym się właśnie Nowym Roku przyjdzie dobre Słońce i wybierze nas, każdego z osobna, tak jak każdą kropelkę wody, rozświetli , ozdobi barwami i ogrzeje ….i staniemy się jedną wielką kolorową tęczą na wspólnym niebie…

 

Zanurzenie w historii Kujaw ( 2 )

 

 

Był wiek III p.n.e.

Wtedy gdy Rzymianie budowali swoje imperium a potem organizowali wyprawy nad Bałtyk po bursztynowe złoto, służące chyba jedynie do ozdoby, na terenach Kujaw i całej obecnej Polski i Zakarpacia żył sobie lud o jednolitej kulturze, nazwanej przez archeologów przeworską ( od miasta Przeworsk, gdzie odkryto pierwsze ślady tej ludności.). Ludzie przybyli tutaj prawdopodobnie z Pomorza a niektórzy uważają, że byli potomkami Wandalów. Byli oni bardzo przywiązani do swojej kultury , nie ulegali wpływom wędrujących przez ich tereny  Rzymian i zachowali swoją indywidualność.

Była to epoka nazywana żelazną.

 Już wtedy w okolicach gór Świętokrzyskich wydobywano rudę żelaza z której wytapiano żelazo. Przewożono je do wszystkich miejsc, gdzie mieszkały ludy przeworskie. Badania metalurgów udowodniły, że ponad 60 % ich wyrobów żelaznych produkowano ze świętokrzyskiego żelaza .

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję, co zresztą zdarza mi się często. I już zwyczajowo proszę o wybaczenie….

Otóż przypominam sobie naszą wycieczkę z wnuczkami w Góry Świętokrzyskie. Właśnie zaczynał się XXI wiek. I wstyd  się przyznać, że dopiero wówczas się dowiedziałam o świętokrzyskich dziwach. W latach 70 XX wieku widocznie byłam tak zajęta edukacją , rodzeniem i wychowywaniem dzieci, że umknęły mi różne ważne informacje. Otóż właśnie w tych latach analizując zdjęcia  lotnicze tych terenów  zauważono rude plamy na ziemi. Dokonano wizji lokalnej , zbadano te miejsca, i odkryto umieszczone w ziemi piece hutnicze- tzw. dymarki. To znalezisko pobudziło ludzi do rozmyślań nad fenomenem fantazyjnym ponoć który polegał na wizjach najprawdziwszych sabatów czyli zlotów czarownic w tych górach. Legendy o nocnych ich igraszkach przetrwały całe wieki. I teraz tajemnica została z dużym prawdopodobieństwem wyjaśniona. Mieszkańcy tych okolic naprawdę nocami widywali tajemnicze niebieskawe ogniki rozrzucone u podnóża i na zboczach gór. Lękali się tam chodzić i sprawdzać. I tego właśnie oczekiwali hutnicy. Żelazo było tak cenne, że ludzie którzy zajmowali się wytapianiem tego metalu z rud, pilnie strzegli tajemnicy stosowanych metod.  Żelazo więc wytapiano tylko nocą a płonące niewielkie piece hutnicze umieszczone w ziemi sprzyjały utrwalaniu legendy o czarownicach.  Uwielbiam Góry Świętokrzyskie , takie niewielkie, że przejść je można jednego dnia, stareńkie z czarownicami w tle i innymi miejscami znacznymi, o których pisać nie pora teraz… Opowiadam o tym tak obszernie , bo może nasi przyjaciele z Białorusi nie znają tej historii. A może jednak znają, bo są ludźmi zainteresowanymi dookolnym światem ….

Ale odrywam się od tej przydługiej dygresji, która mnie w stan rozmarzenia wprawiła i opowieść o ludziach kultury przeworskiej będę kontynuowała. Tak więc jak już napisałam powyżej , na terenach obecnych ziem polskich w tym bardzo interesujących nas Kujaw z Ciechocinkiem oczywiście włącznie od III wieku przed nowa erą do VI wieku po urodzeniu Chrystusa panowała kultura przeworska.

 I w tych to czasach, gdy w innej części świata, wśród Żydów gorzały emocje , pojawiali się różni prorocy którzy zapowiadali przyjście Zbawiciela Świata, oj, kotłowało się tam , kotłowało, ludziska w tych rejonach nic o tym nie wiedzieli, czcili swoich bożków, zajmowali się hodowlą bydła , uprawą ziemi,  lepieniem wyrobów ceramicznych delikatnych stołowych jak i chropowatej zastawy kuchennej, wyrabianiem różnych przedmiotów z żelaza i zwyczajnym życiem domowym i rodzinnym. Ot, zwykli ludzie, tacy jak my. Cierpieli, chorowali, rodzili dzieci, kochali. Budowali swoje domy częściowo zanurzone w ziemi, tzw. półziemianki z dachem podpartym palami drewnianymi, zmarłych zwyczajowo palono, potem tradycyjnie chowano . W grobach archeolodzy znajdowali różne przedmioty –zmarłym  mężczyznom zostawiano w darze : broń, ostrogi, nożyce, brzytwy, osełki, narzędzia kowalskie, klamry do pasa, kobietom zaś : żelazne zapinki drucikowate, klamry, przęśliki i noże sierpikowate.

Inne żelazne przedmioty z epoki znajdowane na tych terenach to: umba z kolcem, czyli drewniana tarcza wojownika z metalowymi okuciami i centralnie położonym żelaznym kolcem, to wymienione już klamry do pasa ( sztabkowe i zawiasowe), koliste sprzączki, nożyki o zaokrąglonym kształcie a także zestawy narzędzi jak młotki, pilniki, kowadełka, obcęgi a także zestawy toaletowe – nożyce, półksiężycowate brzytwy, szczypce. Zastanawiałam się nad tą tarczą wojownika. Jakoś nie znalazłam informacji na temat wypraw wojennych tych ludzi. Na podstawie opisów byli raczej łagodni i pracowici. Może jednak czuli jakieś zagrożenia z zewnątrz i posiadali wojsko?

I tak nadchodził wiek IV naszej ery. Właśnie następował zmierzch starożytności a rozpoczynało średniowiecze. Upadało Cesarstwo Rzymskie. A jedną z przyczyn były najazdy obcych plemion…..cdn

 

Zanurzenie w historii Kujaw ( 1 )

 

W taki jak dziś,  dzień poświąteczny rozpoczęłam wirtualną wędrówkę do Ciechocinka, miasta na Kujawach . Właśnie niedawno stamtąd wróciłam. Mam dużo wolnego czasu, pełen relaks i zamiast ukochanej kanapy i książki, siedzę sobie przed komputerem. Bo tutaj odkrywa się inny świat. Wielki i ciekawy.

I Ciechocinek, miasto nad Wisłą, położone na płaskim pełnym smuty zimowej terenie, pociętym wałami przeciwpowodziowymi, w grudniu zamglone, uśpione teraz,  ożywa i nabiera swoistego kolorytu, gdy czytam o jego historii i historii Kujaw.

   W okresie późnego paleolitu, tj około czternaście  tysięcy lat temu, gdy tylko wycofał się lądolód skandynawski pojawił się tutaj człowiek. Przybywały całe grupy zajmujące się łowiectwem i zbieractwem. Niedaleko Ciechocinka ale po prawej stronie Wisły, odkryto  ślady jednego z najstarszych obozowisk ludności tego okresu. Stopniowo rozpoczęto uprawę ziemi i pojawiała się swoista kultura Kujaw. Od lat 80 ubiegłego wieku tematyką tą zajmuje się Zakład Prahistorii Polski.

Wyobrażam sobie zdziwienie tych prastarych ludzi, gdy zauważyli, że z tej ziemi sączy się słona woda. W czasie prac wykopaliskowych odkryto naczynie kamienne , w którym prawdopodobnie gotowano tę wodę, by odzyskać sól . Chyba dobrze im się tutaj mieszkało, przecież sól była prawdziwym skarbem. Ziemia wprawdzie licha rodzić w solance nie chciała, ale rosło też wiele roślin słonolubnych a i zwierzyny w okolicznych lasach chyba nie brakowało. Ludzie się tutaj zadomowili, powstawały pierwsze osady.  

I przyszedł okres złoty dla tych terenów, bo znalazły się na trasie ludzi , którzy handlowali bursztynem. 

Jeszcze przed nastaniem naszej ery odkryto bogactwo bursztynu bałtyckiego, zwanego wówczas: jantar, amber (łac) a czasem także elektrum (z gr.) λεκτρον . Ta żywica sprzed co najmniej 40 milionów lat, przetrwała w doskonałym stanie i najczęściej była wykopywana z ziemi.

Może miejscowi nie zwracali uwagi na jej walory, ale szybko poznano urodę bursztynu  w Rzymie i Grecji a także Babilonie i Egipcie. Ciekawe, jak szybko ludziska się o tym dowiadywali w tamtych czasach, bez telefonów maili i innych wynalazków.

Rozpoczęła się era wypraw handlowych po bursztyn.

Pierwsze szlaki bursztynowe kształtowały się już w epoce brązu- tj. w latach 1700-650 przed naszą erą.

Opracowano kilka tras, ale najbardziej interesujący i chyba najważniejszy, szczególnie dla  mieszkańców Kujaw czy turystów odwiedzających Ciechocinek był pobliski dawny szlak bursztynowy  spopularyzowany jeszcze przez Celtów ( cóż za niesamowity był ten europejski lud ! ) a dopiero od I wieku n.e. przez Rzymian.  Rzymianie  zwykle nie docierali nad Bałtyk, tylko kupowali bursztyn od Celtów. Szlak ten  wiódł z głównego rzymskiego wtedy miasta  handlu bursztynem- Akwilei nad Adriatykiem, przez Bramę Morawską, następnie skręcał  na północ i przecinał  Śląsk, wschodnią Wielkopolskę oraz Kujawy . Wisła była przekraczana w miejscu utworzonym przez naturę, gdzie w Otłoczynie k/ Torunia wysoki prawy brzeg tej rzeki nagle się obniżał tworząc z płaskim przeciwległym , leżącym nieopodal obecnego Ciechocinka wygodny bród.

Można sobie wyobrazić szeregi wozów wyładowanych cennym towarem powoli i dostojnie zanurzające się w po osie w nurcie rzeki by potem podążać nad Bałtyk. Jak cieszyli się miejscowi, jak początkowo dziwowali obcej mowie i innym strojom  odmiennej urodzie i temperamencie. I dlatego w tym miejscu, nieopodal tego brodu na Wiśle ludziska chcieli mieszkać . Bo i miejsce było ciekawe a i pewnie korzyści jakie mogli czerpać. Przecież wyżywić trzeba było całe ekipy handlarzy podążające nad Bałtyk.

Skąd o tym wiemy? Piszą o tym starożytni pisarze ale przede wszystkim świadczą znaleziska archeologów, którzy rekonstruują te szlaki na podstawie tego co ta ziemia zachowała i łaskawie im użycza.  Boże, jaka to ciekawa ale i benedyktyńska praca archeologów!.

Szlak znaczą ich liczne znaleziska takich skarbów jak rzymskie monety, wyroby z brązu, ceramika rzymska i skarby bursztynu.

     Handel bursztynowym złotem rozkwitał  najbardziej w III wieku nowej ery, by  w wieku IV stopniowo zamierać. Zgodnie z przekazem  Kasjodora w 525 roku zanotowano ostatnie poselstwo Estów z darami dla króla Teodoryka w Rzymie…cdn

 

opracowałam na podstawie wiadomości rozrzuconych w Wikipedii oraz tego, co napisała pani Aldona Nocna w ciekawej i pięknie ubranej w szatę graficzną książce pt. ” Ciechocinek- tydzień w czarującym mieście” wyd w 2009 roku .