Gdy usłyszałam, że niedawno zmarła noblistka, Doris Lessing, przypomniałam sobie, że latem przeczytałam jej „ Opowieści afrykańskie” i napisałam sobie minirecenzję jednego opowiadania . Wprawdzie nie przystaje ona do aktualnej listopadowej szarości, ale postanowiłam ją wrzucić w takim kształcie w jakim pierwotnie powstała….
Doris Lessing pochodziła z rodziny brytyjskiej która wędrowała po świecie.
Urodziła się w 1919 roku na terenach dawnej Persji (obecnie Iranu) gdzie pracował jej ojciec, urzędnik bankowy . Matka była surową osobą, pielęgniarką. W Persji minęło dzieciństwo pisarki .
W latach dwudziestych XX wieku zamieszkała w Rodezji, gdzie jej rodzice kupili farmę. Tam spędziła młodość.
W 1948 roku przeprowadziła się do Anglii.
Doris Lessing miała burzliwe życie osobiste. << …Choć jej rodzina nie była katolicka, była wysyłana do szkoły zakonnej, gdzie siostry straszyły ją wizjami piekła. Od 13 roku życia sama organizowała sobie edukację. Od niezbyt szczęśliwego dzieciństwa uciekała w lekturę- z Londynu przychodziły paczki z książkami: Dickensem, Scottem, Stevensonem i Kiplingiem ale też Turgieniewem. „ Mając 14 lat- wspominała- potrafiłam oporządzić zwierzęta w obejściu, warzyć piwo imbirowe, polować na ptaki, a nawet prowadzić samochód”. Opuściła rodzinę, by pracować jako pomoc domowa. Zaczęła pisać, teksty wysyłała do gazet. Jako 19 latka wyszła za mąż i urodziła dwoje dzieci….itd. >> to tyle przeczytałam we wczorajszej Gazecie Wyborczej.
Napisała ponad 40 książek, w których dominuje problematyka obyczajowości i psychologii kobiet, kilka z nich należy do gatunku science- fiction. Stała się symbolem marksizmu, który ją fascynował w młodości, feminizmu, antykolonializmu i sprzeciwu wobec apartheidu.
Wikipedia

A oto co sobie napisałam latem tego roku
Widocznie stale za krótko żyję, by przeczytać wszystkie ciekawe książki , które ujrzały światło dzienne. Zabrzmiało to dla mnie optymistycznie, gdyż wynika z tego, że długa przede mną droga na tym ziemskim padole.
I tak oto całkiem niedawno odkryłam pisarstwo Doris Lessing. A stało się to najzwyczajniej. Poszłam do naszej michałowickiej biblioteki i sięgnęłam na półkę. Książka sama „ weszła mi w ręce”.
I właśnie jestem po lekturze.
W te wyjątkowo upalne dni lata 2013, „ Opowieści Afrykańskie” są lekturą bardzo odpowiednią. Pięknie napisane, lekkim stylem bez widocznego wysiłku autorki, smakowite i pozornie lekkostrawne. Tutaj oczywiście się rozpędziłam w określeniach. Otóż nie jest to lektura lekkostrawna. Po przeczytaniu chce się do niej wracać, rozmyślać nad tekstem i ponownie smakować. Opowieści zawierają wiele gorzkich prawd podanych w sposób jakby zawoalowany, co nadaje im lekkość . Treści, emocje, bujne obrazy, autorka zamyka w niewielu słowach.
Ale po co ja to piszę- przecież komitet noblowski jest jednoznacznym autorytetem i pewnie poza walorami poznawczymi docenia jej pióro.
Jednak nie zawsze odpowiada mi lektura książek innych noblistów. Oczywiście reprezentuję poziom czytelnika znajdującego się pod poprzeczką określającą średnią. Ale mam własne odczucia, zdania które z pewną nieśmiałością przedstawiam. Oczywiście może ktoś się z nimi nie zgodzić, ale cóż postrzeganie świata a nawet interpretacja wydarzeń jest filtrowana przez oczy, serce i umysł każdego człowieka.
Jak tytułowa nazwa „ Opowieści afrykańskie „”wskazuje, wszystkie historie opowiadane przez panią Lessing dzieją się w Afryce na przestrzeni kilku lat .
Nie przepadam za dziełami literackimi , które są ubrane w krótkie formy. Tak więc do zbioru opowieści afrykańskich podeszłam z nieufnością.
Właśnie zbliżał się wyjazd letni, urlopowy. Na ten czas lubiłam zabierać grubaśne dzieła, w których akcja może czasem leniwie ale posuwa się do przodu i zapewnia codzienne wieczorne czy plażowe zatapianie się w lekturze.
Po przeczytaniu „Opowieści afrykańskich” jestem pewna, że owe wielgaśne dzieła to strawa na zimowe dni, a gdy upał powoduje spłycenie oddechu i pot zalewa oczy, wyśmienite są krótkie formy , jak te, napisane przez panią Lessing. Każda opowieść ma wartką akcję i ciekawe czasem niespodziewane zakończenie.
Doris Lessing opowiada o ludziach, którzy tutaj przybyli, często rozbitkach życiowych , szukających nie zawsze z sukcesem swojego miejsca na ziemi. O relacjach białych zaborców z prawowitymi mieszkańcami tego lądu. Mówi o pogardzie białych ale częściej wspólnej z czarnymi ciężkiej pracy na farmach . Oczywiście w tej wspólnej pracy każdy spełnia tam swoją nakreśloną przez białych rolę i nie może przekroczyć ustalonej granicy.
Autorka rysuje słowem portrety tych ludzi używając delikatnej miękkiej kreski. Poza ciekawą galerią portretów psychologicznych jest tam o warunkach życia, i o modzie także lokalnej , o urządzaniu domów i jak już napisałam o pracy ciężkiej czasami bezowocnej.
A wszystko to na tle pięknych czasem zamglonych obrazów afrykańskiego pejzażu, bujnego buszu czy suchej doliny zwanej tam vlea, która potrafi się nagle wypełnić się wielką wodą, gdy przyjdą ulewne deszcze…
Jedna z opowieści trafiła do mojego serca szczególnie , bo znalazłam w niej cień swojej młodości a właściwie dorastania. Oczywiście wszystko było inne i działo się gdzie indziej i w czasie późniejszym, ale dziewczyńskie odczucia a nawet pewne zachowania są mi bliskie i pewnie ponadczasowe. Mniemam, że te doznania były udziałem autorki, bo nikt kto tego nie przeżył nie mógłby tak wiernie opisać.
Opowieść ta nosi tytuł „ Farma Starego Johna”.
Wśród afrykańskiego krajobrazu znajdujemy starą farmę. Jest to jedna z licznych afrykańskich farm, niby podobna do innych , ale nietypowa , bo naznaczona jakimś piętnem. W niepojęty sposób zamieszkanie w niej determinuje dalsze losy mieszkańców. Ludzie, którzy ją wybierają, myśląc, że będzie to ich miejsce na ziemi, nieświadomie przyjmują na siebie owo fatum. I po krótkim czasie okazuje się , że ich decyzja była nietrafiona.
Okoliczni mieszkańcy śledzą przybyszów, ale już z góry wiedzą, że ktokolwiek tutaj przybędzie z zamiarem osiedlenia się na stałe, w krótkim czasie opuszcza to miejsce. Po prostu nie jest w stanie tutaj zapuścić korzeni, wtopić się w społeczność i po wielu próbach, srodze zawiedziony wyjeżdża.
Obserwatorem zdarzeń jest dorastająca miejscowa biała dziewczyna, Kate. Nie jest już dzieckiem, więc zajęcia w tej grupie ją nie interesują, a w towarzystwie dorosłych też nie jest mile widziana. Rówieśników w okolicy nie ma, więc Kate samotnie dojrzewa, uczestniczy w życiu towarzyskim, ale nie akceptowana krąży sobie po obrzeżach spotykających się grup ludzi.
I gdy pewnego razu pojawiają się kolejni chętni do zamieszkania na tej farmie, Kate oczywiście interesuje się tymi ludźmi, obserwuje ich z daleka. Jest to rodzina z jednym małym dzieckiem. Z zapałem urządzają swoje nowe mieszkanie, przywożą ciekawe meble organizują przyjęcia powitalne zapraszając wszystkich białych z okolicy. Kate oczywiście uczestniczy w tych imprezach wielce wszystkim zainteresowana.
I zakochuje się , pewnie pierwszą w swoim życiu taką miłością. Pewnie nie miłość to, ale pierwszy taki zachwyt i uwielbienie dla pani tego domu, pięknej dojrzałej kobiety i matki. Podziwia jej oryginalną urodę , swobodny sposób bycia i ekscentryczne stroje . Ta osoba jest zupełnie inna od sąsiadów. Kobieta początkowo zachowuje się jak gwiazda, ale powoli gaśnie, gdy wreszcie dostrzega swoją odrębność i obojętne a potem nawet wrogie spojrzenia mieszkańców. Rozpaczliwie, ale bez efektu, próbuje nawiązać kontakty towarzyskie. Powoli odsuwają się od niej starzy mieszkańcy okolicy …
Kate jest bacznym obserwatorem tych zdarzeń, krąży wokół tej farmy, czuje magnetyczne przyciąganie, fascynację i dąży do spotkań, rozmów by lepiej poznać intrygującą sąsiadkę . Kiedy tylko nadarza się okazja, opiekuje się dzieckiem tej kobiety wbrew jej woli a któregoś dnia porywa niemowlę. Napięcie rośnie, czytelnik spodziewa się jakiegoś dramatycznego wydarzenia, ale nic takiego się nie dzieje, Kate chce po prostu poprzytulać to dziecię, ukołysać w ramionach…
Po pewnym czasie nowi mieszkańcy farmy czując dookolną wrogość, rezygnują z prób wtopienia się w to środowisko i ostatecznie postanawiają opuścić to miejsce.
Przy kobiecie pozostaje jedyna osoba, zawsze wierna Kate. Dochodzi do ostatniej ich rozmowy. I tylko ona jedna , bo dorośli kręcą, wymigują się od odpowiedzi, odsuwają się tylko niechętnie, tylko ona potrafi śmiało i prosto w oczy i mądrze odpowiedzieć na pytania, które zadaje ta kobieta. Zadaje pytania, bo nie rozumie, dlaczego nie została zaakceptowana przez pozostałych mieszkańców, a przecież bardzo się starała.
Dziewczyna szczerze, bez owijania w przysłowiową bawełnę , stanowczo i odważnie odpowiada , że kobieta powinna stąd wyjechać, bo tutaj nie ma szans.
I że powinna szukać miejsca wśród sobie podobnych….
Młodzieńcza odwaga, prawdomówność, potrzeba czułości, zauroczenie na granicy miłosnego oczarowania starszą ale urodziwą i ciekawą kobietą i budzące się uczucia macierzyńskie…
skąd ja to znam….potem już wszystko staje się uporządkowane, sympatie do określonej płci, poczucie własnej seksualności i wreszcie realizacja własnego macierzyństwa.
Kate jest właśnie w okresie wykluwania , kształtowania się kobiecego ego . Przy rozstawaniu się ze swoją pierwszą miłością, a właściwie wielkim zauroczeniem , w atmosferze chłodu i obcości nagle dziękuje tej pani, że mogła ją poznać….
„ Opowieści afrykańskie” to miniatury pięknej narracji, obrazów upalnego buszu i spotkanie z ciekawymi ludźmi. Warto, naprawde warto było sięgnąć przypadkowo na półkę biblioteki michałowickiej i spędzić kilka dni na lekturze takiej pozycji….