Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 31 ).

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

Cz.31

 

  <<…   Pracownią radiologiczną kierowały lekarki radiolodzy: Alina Kulesza, Krystyna Jakubowska oraz przez kilka dziesiątków lat, do przejścia na emeryturę, Kazimiera Jędrzejewska…>>

 

 

Bardzo dobrze zapamiętałam dr Kazimierę Jędrzejewską. Ta niewielka, pulchna,  miła , osoba znakomicie wpisała się w nasz dyżurkowy kawowy nastrój. Przedtem pracowała w dużym, klinicznym zakładzie radiologicznym, ale musiała zrezygnować z realizacji swoich ambicji zawodowych z powodu małopłytkowości, prawdopodobnie popromiennej. Odwiedzałyśmy ją czasami w dziupli, gdzie urzędowała, zawsze służyła pomocą, poradami, oceniała zwykłe zdjęcia radiologiczne klatki piersiowej wykonywane w  przypadku podejrzenia zapalenia płuc, czy wady serca, ale też skomplikowane obrazy radiologiczne czaszki, gdy wykonywaliśmy odmę czaszkową. O tym zabiegu , jego technice, pisałam wcześniej w dziale ” Na medycznej ścieżce”.  Przypominam tylko, że w tych  latach 70 ubiegłego wieku nie były jeszcze dostępne badania USG nie mówiąc już o TC czy rezonansie….

Dr Kazia opowiadała o córce swojej siostry, która właśnie rozpoczynała swoją karierę aktorską. Jeszcze w czasie studiów grała w kilku dobrych sztukach, ale w 1976 roku, rok po ukończeniu studiów,  kreowała główną męską rolę w sztuce” Portret Doriana Graya” reżyserowanej przez Andrzeja Łapickiego w Teatrze Małym w Warszawie. Ta dziewczyna nazywa się Krystyna Janda. Kazia opowiadała o niej, o  jej mężu- Andrzeju Sewerynie i rocznej wówczas córeczce- Marysi Seweryn. Od tej pory postać tej artystki  postrzegam jakby przez pryzmat jej cioci, której postać ociepla wizerunek tej niezwykłej ale dość drapieżnej aktorki…

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

 

MichałDrogaDeszcz.JPG

 

Nasza ulica Szara sprzed może 5 laty. Gdy tutaj zamieszkaliśmy nie było żadnego  domu na horyzoncie….

 

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

Mieszkają nieopodal nas. Zanim ich poznałam, miałam mieszane uczucia. Po pewnym czasie okazało się , że jednak to ciekawa i miła rodzinka . A oto historia naszej znajomości.

      Gdy się tutaj sprowadziliśmy nie sposób było nie zauważyć sąsiedztwa. Dookoła były jeszcze tylko puste pola i jedynym zabudowaniem było dziwne ranczo za naszym płotem. Ranczo wyglądało tak, że już na wyrost lękałam się  ludzi , którzy tam mogli mieszkać.

Owa nieufność pochodziła ze skojarzenia z obserwacjami z czasów mojej pierwszej pracy w przychodni rejonowej. Wprawdzie moi pacjenci mieszkali w dużych domach , na osiedlu o ładnej nazwie Wrzeciono, wywodzącej się od nazwy  ulicy zataczającej pętlę wokół wielkich bloków, ale gdy zachorował kolega wyjeżdżałam zamiast niego na wizyty domowe . Jego rejon znajdował się na jeszcze dalszym obrzeżu Żoliborza , pod Hutą Warszawa i poza nią , nieopodal Kampinosu. Były tam niewielkie ogródki działkowe i  małe stare zaniedbane  domki . Ponieważ było to dość daleko od przychodni lekarzowi przysługiwał  transport. Mieszkali tam z reguły  biedni zwykle starzy ludzie , ale wielu młodszych  stanowiło tzw. margines społeczny . Bywałam też tam w czasie dyżurów w pogotowiu i wówczas miałam przygodę,  którą już kiedyś opisałam, która na szczęście skończyła się dobrze.

A było tak:

Kiedyś zauważyłam, że kierowca karetki ma zwyczaj wjeżdżania na posesję tyłem , ale nie zastanawiałam się dlaczego. I któregoś dnia  się dowiedziałam . Gdy weszłam do domku, z którego zgłoszono wizytę wyszła na spotkanie całkiem rześko wyglądająca starowinka i powiedziała, że właśnie ona jest chora. Gdy podążyłam za nią do pokoju, nagle wypadł stamtąd silny byczkowatej postury młody mężczyzna z siekierą w ręku. Wiało alkoholem na kilometr. Ryknął, że mamusia jest zdrowa i co to za zwyczaje napastowanie jej w domu. Jeszcze wtedy nie miałam lęków bo i żadnych doświadczeń i zamiast brać nogi za pas i uciekać, stanęłam jak osłupiała. W pewnej chwili, pewnie to było jak mgnienie oka, poczułam, że ktoś mnie łapie za ramiona i nieomal porywając w powietrze, wrzuca do sanitarki. Ta natychmiast ruszyła ze świstem opon. Sanitariusz już dzwonił na milicję ( obecnie nazywaną policją ), informując o agresywnym mężczyźnie który pozostał w tym domku. Kierowca i sanitariusz to były dzielne doświadczone chłopaki i wiedzieli co robią, ustawiając samochód przodem do bramy wyjazdowej . Chyba uratowali mi życie, bo nie wiem do czego mogło dojść gdyby ów byczkowaty synek niby chorej mamusi użył swojej siekiery. Aż trach pomyśleć….

Tak więc mając już takie doświadczenia z przeszłości, nic dziwnego, że na rancho sąsiadów patrzyłam z niepokojem….

I właśnie Mirek postanowił odwiedzić tych sąsiadów , przedstawić się etc. Gorąco mnie do tego namawiał, ale się zaparłam. Ale Mirek jak to Mirek,  typowy uparty Koziorożec jak postanowił, tak zrobił. Nie zważając na moje protesty i próby łagodnej perswazji i ostatecznie błagalne nieomal prośby poczłapał do rancza. Zostałam w domu, nieco rozdygotana, nawet bałam się myśleć, co go tam może spotkać.

Ale ostatecznie wyszłam na wielką panikarę , bo po niespełna  godzinie mój mąż wrócił cały i bardzo zadowolony….Poczułam się głupio ….

 

 

domekzuzi.JPG

 

Właśnie wstaje słońce. Widok z naszego tarasu. W tle mały domeczek z kominem  to  jeden z elementów opisywanego rancza…

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 30 ).

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

Cz. 30

 

 <<….Laboratorium szpitala zorganizowała w r. 1953 dr Maria Macierewicz, z pomocą dr Hanny Horbowskiej i mgr Krystyny Sierpińskiej. Następnym kierownikiem laboratorium była dr Hanna Horbowska, a po jej odejściu do Stacji Sanitarno- Epidemiologicznej kolejni kierownicy zmieniali się kilkakrotnie w krótkich odstępach czasu.

 Jednak laboratorium – z bardzo dobrze wykwalifikowanymi laborantkami, pracującymi przez wiele lat- wykonywało codziennie niezwykle dokładnie, szybko i sprawnie setki badań analitycznych , bakteriologicznych, biochemicznych i serologicznych. Były to miliony badań w ciągu 44 lat.

     Oprócz wymienionych już pracowników z wyższym wykształceniem pracowały tu: Zofia Gorzelak, mgr Eugenia Burek, mgr Hanna Grzelak, mgr Halina Bujalska, mgr Żuławnik. Przez wiele lat pracowały w szpitalu już dawno zmarłe : mgr Barbara Lachowicz, mgr Janina Bilińska, mgr Jadwiga Tyrman, dr Barbara Rau i dr Krystyna Iłowiecka, które wdrożyły dużo wysiłku i serca w diagnozowaniu chorych dzieci, przy wprowadzaniu z biegiem lat coraz nowocześniejszej aparatury, wykonując badania według coraz bardziej zmodernizowanych światowych norm….>>

 

Autorka w tym miejscu nie wymienia mgr Ireny Jagielak. Często dyżurowałyśmy razem. Nieodmiennie towarzyszyła nam w pracach oddziałowych, była bardzo zainteresowana stanem naszych wspólnych pacjentów i skrupulatnie, jak i inne pracownice laboratorium , wykonywała  swoją pracę. Poza innymi badaniami, których wyniki należało mieć na cito, do najbardziej wyczerpujących należało pobieranie krwi włośniczkowej co kilka minut w ciągu całej doby u dzieci z sepsą . Nie było metod i aparatury diagnostycznej, która usprawniałaby i uwiarygodniałaby uzyskany wynik. Tak więc krew pobierano do włosowatej szklanej rureczki i łamano ją w odpowiednich odstępach czasu. Określano czas, kiedy pojawił się w rurce skrzep. Po uzyskaniu tego wyniku my  modyfikowaliśmy dawki heparyny…było to było prymitywne, ale uratowaliśmy wiele dzieci z zespołęm wykrzepiania często towarzyszącego posocznicy, tj zakażeniu całego ustroju bakteriami ( ten stan teraz częściej nazywa się sepsą)….Irenka była zawsze pogodna, wesoła, miała talent by poprawiać nam nastrój i podtrzymywać na duchu. Podobno jeszcze teraz, już będąc na emeryturze fruwa po świecie…oj niespokojny, radosny to człek…

” Opowieści afrykańskie” Doris Lessing, niedawno zmarłej noblistki.

Gdy usłyszałam, że niedawno zmarła noblistka, Doris Lessing, przypomniałam sobie, że latem przeczytałam jej „ Opowieści afrykańskie” i napisałam sobie  minirecenzję  jednego opowiadania . Wprawdzie nie przystaje ona do  aktualnej listopadowej szarości, ale postanowiłam ją wrzucić w takim kształcie w jakim pierwotnie powstała….

Doris Lessing pochodziła z rodziny brytyjskiej która wędrowała po świecie.

Urodziła się w 1919 roku na terenach dawnej Persji (obecnie Iranu) gdzie pracował jej ojciec, urzędnik bankowy . Matka była surową osobą, pielęgniarką. W Persji minęło  dzieciństwo pisarki . 

W latach dwudziestych XX wieku zamieszkała w Rodezji, gdzie jej rodzice kupili farmę. Tam spędziła młodość.

W 1948 roku przeprowadziła się do Anglii.

Doris Lessing miała burzliwe życie osobiste. << …Choć jej rodzina nie była katolicka, była wysyłana do szkoły zakonnej, gdzie siostry straszyły ją wizjami piekła. Od 13 roku życia sama organizowała sobie edukację. Od niezbyt szczęśliwego dzieciństwa uciekała w lekturę- z Londynu przychodziły paczki z książkami: Dickensem, Scottem, Stevensonem i Kiplingiem ale też Turgieniewem. „ Mając 14 lat- wspominała- potrafiłam oporządzić zwierzęta w obejściu, warzyć piwo imbirowe, polować na ptaki, a nawet prowadzić samochód”. Opuściła rodzinę, by pracować jako pomoc domowa. Zaczęła pisać, teksty wysyłała do gazet. Jako 19 latka wyszła za mąż i urodziła dwoje dzieci….itd. >> to tyle przeczytałam we wczorajszej Gazecie Wyborczej.

Napisała ponad 40 książek, w których dominuje problematyka obyczajowości i psychologii kobiet, kilka z nich należy do gatunku science- fiction. Stała się symbolem marksizmu, który ją fascynował w młodości, feminizmu, antykolonializmu i sprzeciwu wobec apartheidu.

Wikipedia

 

 

OpowieściAfrykańskie.JPG

 

 

A oto co sobie napisałam latem tego roku

 

Widocznie stale za krótko żyję, by przeczytać wszystkie ciekawe książki , które ujrzały światło dzienne. Zabrzmiało to dla mnie optymistycznie, gdyż wynika z tego, że długa przede mną droga na tym ziemskim padole.

I tak oto całkiem niedawno   odkryłam pisarstwo Doris Lessing. A stało się to najzwyczajniej. Poszłam do naszej michałowickiej biblioteki i sięgnęłam na półkę. Książka sama „ weszła mi w ręce”.

I właśnie jestem po lekturze.

W te wyjątkowo upalne dni lata 2013, „ Opowieści Afrykańskie” są lekturą bardzo odpowiednią. Pięknie napisane, lekkim stylem bez widocznego wysiłku autorki, smakowite i pozornie lekkostrawne. Tutaj oczywiście się rozpędziłam w określeniach. Otóż nie jest to lektura  lekkostrawna. Po przeczytaniu chce się do niej  wracać, rozmyślać nad tekstem i ponownie smakować. Opowieści zawierają wiele gorzkich prawd podanych  w sposób jakby zawoalowany, co nadaje im lekkość . Treści, emocje, bujne obrazy, autorka zamyka w niewielu słowach.

Ale po co ja to piszę- przecież komitet noblowski jest jednoznacznym autorytetem i pewnie poza walorami poznawczymi docenia jej pióro.  

Jednak nie zawsze odpowiada mi lektura książek innych noblistów. Oczywiście reprezentuję poziom czytelnika znajdującego się pod poprzeczką określającą średnią. Ale mam własne odczucia, zdania które z pewną nieśmiałością przedstawiam. Oczywiście może ktoś się z nimi nie zgodzić, ale cóż postrzeganie świata a nawet interpretacja wydarzeń jest filtrowana przez oczy, serce i umysł każdego człowieka.

Jak tytułowa nazwa „ Opowieści afrykańskie „”wskazuje,  wszystkie historie opowiadane przez panią Lessing dzieją się w  Afryce na przestrzeni kilku lat .

 Nie przepadam za dziełami literackimi , które są ubrane w krótkie formy. Tak więc do zbioru opowieści afrykańskich podeszłam z nieufnością.

Właśnie zbliżał się wyjazd letni, urlopowy. Na ten czas  lubiłam  zabierać grubaśne dzieła, w których akcja może czasem leniwie ale posuwa się do przodu i zapewnia codzienne wieczorne czy plażowe  zatapianie się w lekturze.

Po przeczytaniu „Opowieści afrykańskich” jestem pewna, że owe wielgaśne dzieła to strawa na zimowe dni, a gdy upał powoduje spłycenie oddechu i pot zalewa oczy, wyśmienite są  krótkie formy , jak te, napisane przez panią Lessing. Każda opowieść ma wartką akcję i ciekawe czasem niespodziewane zakończenie.

Doris Lessing opowiada o ludziach, którzy tutaj przybyli, często rozbitkach  życiowych , szukających nie zawsze z sukcesem swojego miejsca na ziemi. O relacjach białych zaborców z  prawowitymi mieszkańcami tego lądu. Mówi o pogardzie białych ale częściej wspólnej z czarnymi ciężkiej pracy na farmach . Oczywiście w tej wspólnej pracy każdy spełnia tam swoją nakreśloną przez białych rolę i nie może przekroczyć ustalonej granicy.

 Autorka rysuje słowem  portrety tych ludzi używając  delikatnej miękkiej  kreski. Poza ciekawą galerią portretów psychologicznych jest tam o warunkach życia, i o modzie także lokalnej , o urządzaniu domów  i jak już napisałam o pracy ciężkiej czasami bezowocnej.

A wszystko to na tle pięknych czasem zamglonych obrazów afrykańskiego pejzażu, bujnego buszu czy suchej doliny  zwanej tam vlea, która potrafi się  nagle wypełnić się wielką wodą, gdy przyjdą ulewne deszcze…

 

Jedna z opowieści trafiła do mojego serca szczególnie , bo znalazłam w niej cień swojej młodości a właściwie dorastania. Oczywiście wszystko było inne i działo się gdzie indziej i w czasie późniejszym,  ale dziewczyńskie odczucia a nawet pewne zachowania są mi bliskie i pewnie ponadczasowe. Mniemam, że te doznania były udziałem autorki, bo nikt kto tego nie przeżył nie mógłby tak wiernie opisać.

Opowieść ta nosi  tytuł „ Farma Starego Johna”.  

Wśród afrykańskiego krajobrazu znajdujemy starą farmę. Jest to jedna z  licznych afrykańskich farm,  niby podobna do innych , ale nietypowa , bo naznaczona jakimś piętnem. W niepojęty sposób zamieszkanie w niej determinuje dalsze losy mieszkańców. Ludzie, którzy ją wybierają, myśląc, że będzie to ich miejsce na ziemi, nieświadomie przyjmują na siebie owo fatum. I po krótkim czasie okazuje się , że ich decyzja była nietrafiona.

Okoliczni mieszkańcy śledzą przybyszów, ale już  z góry wiedzą, że ktokolwiek tutaj przybędzie z zamiarem osiedlenia się na stałe, w krótkim czasie opuszcza to miejsce. Po prostu nie jest w stanie tutaj zapuścić korzeni, wtopić się w społeczność i po wielu próbach, srodze zawiedziony wyjeżdża.

Obserwatorem zdarzeń jest dorastająca  miejscowa biała dziewczyna, Kate. Nie jest już dzieckiem, więc zajęcia w tej grupie ją nie interesują, a w towarzystwie dorosłych też nie jest mile widziana. Rówieśników w okolicy nie ma, więc Kate samotnie dojrzewa, uczestniczy w życiu towarzyskim, ale nie akceptowana  krąży sobie po obrzeżach spotykających się grup ludzi.

I gdy pewnego razu pojawiają się kolejni chętni do zamieszkania na tej farmie, Kate oczywiście interesuje się tymi ludźmi, obserwuje ich z daleka. Jest to rodzina z jednym małym dzieckiem. Z zapałem urządzają swoje nowe mieszkanie, przywożą ciekawe meble organizują przyjęcia powitalne zapraszając wszystkich białych z okolicy. Kate oczywiście uczestniczy w tych imprezach wielce wszystkim zainteresowana.

I  zakochuje się , pewnie pierwszą w swoim życiu taką miłością. Pewnie nie miłość to, ale pierwszy  taki zachwyt i uwielbienie dla pani tego domu, pięknej dojrzałej kobiety i matki. Podziwia jej oryginalną urodę , swobodny sposób bycia i  ekscentryczne stroje . Ta osoba jest zupełnie inna od sąsiadów.  Kobieta początkowo zachowuje się jak gwiazda, ale powoli gaśnie, gdy  wreszcie dostrzega swoją odrębność i  obojętne a potem nawet wrogie spojrzenia mieszkańców. Rozpaczliwie, ale bez efektu,  próbuje nawiązać kontakty towarzyskie. Powoli odsuwają się od niej starzy mieszkańcy okolicy …

Kate jest bacznym obserwatorem tych zdarzeń, krąży wokół tej farmy, czuje magnetyczne przyciąganie, fascynację i dąży do spotkań, rozmów by lepiej poznać intrygującą sąsiadkę . Kiedy tylko nadarza się okazja, opiekuje się dzieckiem tej kobiety wbrew jej  woli a któregoś dnia porywa  niemowlę. Napięcie rośnie, czytelnik spodziewa się jakiegoś dramatycznego wydarzenia, ale nic takiego się nie dzieje, Kate chce po prostu poprzytulać to dziecię, ukołysać  w ramionach…

Po pewnym czasie nowi mieszkańcy farmy czując dookolną wrogość, rezygnują z prób wtopienia się w to środowisko i ostatecznie postanawiają opuścić to miejsce.

Przy kobiecie pozostaje jedyna osoba, zawsze wierna Kate. Dochodzi do ostatniej ich rozmowy. I tylko ona jedna , bo dorośli kręcą, wymigują się od odpowiedzi, odsuwają się tylko niechętnie, tylko ona  potrafi śmiało i prosto w oczy i mądrze odpowiedzieć na pytania, które zadaje ta kobieta. Zadaje pytania, bo nie rozumie, dlaczego nie została zaakceptowana przez pozostałych mieszkańców, a przecież bardzo się starała.  

Dziewczyna szczerze, bez owijania w przysłowiową bawełnę , stanowczo i odważnie odpowiada  , że kobieta powinna stąd wyjechać, bo tutaj nie ma szans.

I że powinna szukać miejsca wśród sobie podobnych…. 

Młodzieńcza odwaga, prawdomówność, potrzeba czułości, zauroczenie na granicy miłosnego oczarowania starszą ale urodziwą i ciekawą kobietą i budzące się uczucia macierzyńskie…

skąd ja to znam….potem już wszystko staje się uporządkowane, sympatie do określonej płci, poczucie własnej seksualności i wreszcie realizacja własnego macierzyństwa.

Kate jest właśnie w okresie wykluwania , kształtowania się kobiecego ego . Przy rozstawaniu się ze swoją pierwszą miłością, a właściwie wielkim zauroczeniem , w atmosferze chłodu i obcości nagle dziękuje tej pani, że mogła ją poznać….

„ Opowieści afrykańskie” to miniatury pięknej narracji, obrazów upalnego buszu i spotkanie z ciekawymi ludźmi. Warto, naprawde warto było sięgnąć przypadkowo na półkę biblioteki michałowickiej i spędzić kilka dni na lekturze takiej pozycji….

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 29 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

Cz.29

 

<<…. Izba przyjęć to „ wrota” szpitala, to pierwsze miejsce kontaktu chorego dziecka z pielęgniarką, niejednokrotnie dziecka ciężko chorego ( nieprzytomnego, w drgawkach) i zszokowanych rodziców. Przełożona ustawiała w izbie przyjęć zawsze najlepsze pielęgniarki w pracy trzyzmianowej. Pielęgniarki odpowiedzialne za całokształt funkcjonowania izby przyjęć były najbardziej sumienne, najlepiej przygotowane zawodowo, energiczne, taktowne kobiety. Danuta Lenart, Janina Peciakowa, Maria Kwiatkowska przez długie lata odpowiadały za całość pracy izby przyjęć.

Lekarz dyżurny badał, sam pobierał badania, w zależności od wskazań : krew, mocz, kał, wymazy z nosa, gardła. Punkcji lędźwiowych wykonywano 15-20 na dobę. Pielęgniarka musiała wszystko dokładnie oznakować i dostarczyć do laboratorium. Dawało to możliwość szybkiego diagnozowania pacjenta.

     W szpitalu całodobowo dyżurowały zawsze trzy osoby.

Lekarz dyżurny izby przyjęć badał dziecko, pobierał niezbędne badania pomocnicze i kwalifikował do danego oddziału bądź dawał odmowę do domu lub kierował do innego szpitala, np. do oddziału chirurgii dziecięcej, w zależności od konieczności i ustalonego rozpoznania .

Lekarz „ wewnętrzny” sprawował opiekę nad dziećmi w oddziałach i zmianą personelu pielęgniarskiego oraz kontrolą całości terenu.

Lekarz lub magister z laboratorium miał obowiązek wykonywania badań diagnostycznych – niezależnie od dnia i nocy i natychmiastowego dostarczania ich wyników lekarzom dyżurującym.

Współpraca na dyżurach była bardzo dobra…..>>

 

To są już czasy, kiedy pracowałam w tym szpitalu( lata 1975-1981).  O dyżurach lekarskich, Izbie Przyjęć i jej dwóch wspaniałych pielęgniarkach pisałam już w dziale Na medycznej ścieżce. To one uczyły nas, młodych lekarzy prawdziwej praktycznej medycyny, dyskretnie wspierały gdy ocenialiśmy stan dziecka, umiejętnie pomagały w czasie wykonywania badań. Wspominam to miejsce ciepło, mimo wielu traumatycznych tam przeżyć zarówno pacjentów jak i personelu medycznego….ponadto nieomal uczestniczyliśmy w życiu synów tych pań. P. Janka Peciak pokazywała nam złoty medal syna, Janusza, słynnego pięcioboisty a p. Basia odznaczenia pływackie swojego syna, wtedy mistrza młodzików w pływaniu…..

  

Nasza przyjciółka Leza.

 

7.JPG

 

 

 

 

 Urodziła się na warszawskiej Pradze, więc trudno wymagać by była damą. Jest małym, żywiołowym , trochę szczekliwym i radosnym pieskiem.

Jest małym pieskiem z nieprawdopodobnie wielkim sercem.

Zjawiła się w domu moich dzieci, bo 11 letnia wtedy Jula i 6 letni Michał od dawna pragnęli mieć takiego przyjaciela. Przed 7 laty, ich ojciec, który poleciał na kajtowe szaleństwo do Ameryki Południowej, bo tam najpiękniej wiało, w brazylijskim domu Polaków, których podobno mieszka tam całkiem sporo, napotkał małego białego pieska . Był zachwycony gdy dowiedział się, że jest on urodzony przy ul. Szaserów w Warszawie i ma tam siostrę. Telefonicznie przekazał do Polski tę wiadomość i druga babcia Juli wybrała się tam natychmiast. Poczem pojawiła się w Michałowicach z małym pieskiem w koszyku. Dzieciaki bardzo się ucieszyły i nawet na chwilę zapomniały, że ich ojciec jest daleko i z powodu pokajtowego urazu wróci później. Wszystko dobrze się skończyło i wkrótce wszyscy cieszyli się Lezą.

Właściwie otrzymała na imię Fortaleza od nazwy tej brazylijskiej miejscowości, gdzie mieszkał jej brat, ale skracając to imię ostatecznie została Lezą.

Młodziutka jeszcze była, gdy jej „rodzinka  „ wyjechała na wakacje i Leza przybyła do nas. Już nas znała, więc chyba nie przeżywała rozstania z dziećmi i beztrosko sobie biegała po naszym domu i ogródku.

Ale nie był to dla nas dobry czas, bo gościła tutaj choroba. Nie zapomnę takiej nocy, gdy zauważyłam Lezę na dywaniku przed łóżkiem cierpiącego. Odeszła ze swego ulubionego poprzednio posłania i wiernie czuwała. Była spokojna jak nigdy i poważna. To było niezwykłe, gdyż kolejnej nocy zachowywała się tak samo. Gdy ostre objawy choroby minęły, Leza wróciła na swoje miejsce sypialne.

Nigdy nie miałam psa, więc nie wiedziałam, że takie zwierzątko może tak wyczuwać i rozumieć sytuację, opiekować się jak najlepszy przyjaciel. Wówczas to Leza zupełnie zawojowała moje serce i nigdy nie zapomnę tamtych dni….

Po pewnym czasie Leza wróciła do domu , ale dzieciaki ponownie gdzieś wyjechały i tym razem w ich domu została z nią druga babcia. Któregoś dnia otrzymałam od niej telefon, głosem bardzo przejętym i rozedrganym  opowiedziała, że Leza uciekła. Sewa obiegła całą miejscowość, ale nigdzie pieska nie znalazła. Też się bardzo tym przejęłam, odpowiedziałam, żeby wróciła do domu , odpoczęła i czekała na ew powrót Lezy. Szybko się ubrałam i pognałam  w Michałowice. Przemierzyłam wiele kilometrów, pytałam przechodniów, wołałam, ale gdy nie udało mi się spotkać Lezy, smutna wracałam do domu dzieci. I gdy byłam już blisko domu, nagle zauważyłam trzy małe pieski, które kroczyły wzdłuż parkanu. Na czele  szła pokornie, lękliwie, umorusana jak nieboskie stworzenie wyraźnie zmęczona nieomal słaniająca się na nogach Leza, a za nią triumfalnie podążały dwa czarne, niewiele od niej większe  kundelki. Już nie wołałam, zatrzymałam się gdyż widziałam, że owa grupa skręca w stronę wejścia do ogrodu. Zdążyłam wyjąć aparat i zrobić zdjęcia. … Zadzwoniłam do babci naszych wnuków, by otworzyła drzwi wejściowe. Była szczęśliwa widząc  ukochanego pieska. Towarzysze Lezy nawet nie pchali się do wejścia za nią, dyskretnie pozostali na zewnątrz jakby czuwając czy ich koleżanka nie otrzyma solidnego lania za swój czyn.

Ale nie byłyśmy w stanie na nią krzyczeć, widząc jak jest mokra, zmęczona i przerażona, wzięłam koc i zakryłam do biedne udręczone ciałko. Leżała spokojnie na fotelu i powoli dochodziła do siebie. Oczywiście również zrobiłam jej zdjęcia, które zamieszczam poniżej. Jednak czas leczy rany i wkrótce już była wesoła, ale czy zapomniała? Tego nie wiem….

Podobny wyczyn wydarzył się w czasie gdy wszyscy pojechali nad morze. Tam Leza również uległa naturze i uciekła. Córka biegała po całej Jastarni, w końcu wsiadła do samochodu i szukała jej w sąsiedniej Juracie. Pytała ludzi, a nawet zatrzymała patrol policyjny, zgłaszając zgubę. Panowie tak się przejęli, że wyruszyli dalej w teren, obiecując pomoc. I owi dzielni policjanci stanęli na wysokości zadania, bo niedługo potem zadzwonili, że Leza jest u nich, na posterunku. Tak więc córka cała szczęśliwa odebrała pieska z komisariatu…panowie cieszyli się podobnie jak wszyscy i w dodatku dostali piwo oraz czekoladki więc radość ich była pełna…

I gdy tak patrzę na zdjęcia z  Lezą wesoło baraszkującą z piłką i Michałem, która zda się nie pamięta o swoich traumatycznych chyba przeżyciach, także o  swoich lękach przed zbliżającą się burzą, której jeszcze nie widać na błękicie nieba, z czułością myślę o tym małym piesku , piesku o wielkim sercu…

teraz  jest już dorosłą psią kobietą, bo ma już prawie 8 lat, ale nadal jest naszą radosną młodzieńczą przyjaciółką….

 

 

 

2,leza,17.02.2011.JPG

 

 

1,1.JPG

 

Wyczuwa nadchodzącą burzę gdy jeszcze niebo błękitne…

 

 

2,1.JPG

 

 

2,0.JPG

 

Po ucieczce z domu…

 

 

6.JPG

 

 

5.JPG

 

 

7.JPG

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 28 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

Cz.28     

 

<<….Przełożona pielęgniarek siostra Janina Drągowska i kierownik administracyjny Józef Oser byli prawą i lewą ręką dr Pomerskiej w kierowaniu szpitalem jako całością.

Przełożona pielęgniarek należała do osób  niesłychanie wymagających. Żądała dokładności w wykonywaniu zleceń, przestrzegania czystości, żelaznej dyscypliny zawodowej. Bardzo leżało jej na sercu stałe podnoszenie kwalifikacji zespołu pielęgniarskiego. Pielęgniarki szpitala w latach 60 , nie przerywając codziennej pracy, zdały 15 egzaminów maturalnych ( głównie na stanowisku pielęgniarek oddziałowych). Te, które nie miały ukończonej szkoły pielęgniarskiej,  a tylko kilkumiesięczne kursy, zdawały egzaminy państwowe. Przełożona bardzo zabiegała o to, by mieć zespół z pełnym uprawnieniami zawodowymi…..>>

 

 

Nie zapomnę tych drobnych, młodzieńczych pielęgniarek, które spotykałam na dyżurach nocnych. W każdej wolnej chwili siadały z podręcznikiem w dłoni i zakuwały wiedzę medyczną. Potem przychodziły dumne, że zdały maturę i są pełnoprawnymi pracownikami. Cieszyliśmy się razem  z nimi i byliśmy dumni, gdy zmieniały swoje dwa cienkie poprzeczne paski na czepku na jeden szeroki podłużny.

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 27 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 Cz. 27

 

 <<…. Stopień doktora medycyny uzyskało sześciu lekarzy: dr med. Irena Pawela, dr med. Monika Czachorowska, dr med. Romualda Szlachetka- z zagadnień neuroinfekcji, a także trzech lekarzy : dr med. Halina Oziemska, dr med. Ryszard Dębski i dr med. Anna Jung- z zagadnień klinki wirusowego zapalenia wątroby. Była jedna praca habilitacyjna dr med. Danuty Łukaszewicz- Dańcowej nt. porażeń nerwu twarzowego u dzieci.

    Odbyło się ponad 100 lekarskich egzaminów na specjalizację pierwszego i drugiego stopnia z pediatrii oraz z zakresu mikrobiologii, analityki, radiologii i neurologii.

    Lekarze szpitala wraz z pracownikami laboratorium oraz innymi osobami współpracującymi ( np. konsultantami) ogłosili drukiem ponad 200  prac naukowym w piśmiennictwie lekarskim krajowym i zagranicznym.

     Szpital zakaźny spełniał przez wiele lat rolę placówki szkoleniowej dla lekarzy z innych szpitali, klinik, poradni dziecięcych. Odbywało tu staże szkoleniowe ponad 1500 lekarzy w ramach pierwszego i drugiego stopnia specjalizacji z warszawy, z innych miast i województw kraju, a także jedna lekarka Chinka i jeden lekarz z Ghany- dr Kissi, świetnie władający językiem polskim….>>

 

Nie znam dokładnych tytułów prac doktorskich napisanych przez lekarzy mojego dawnego ukochanego szpitala przy ul. Siennej, powinnam zadzwonić do tych, którzy jeszcze żyją i zapytać. Dr Baśka ( tak nazywaliśmy dr Marię Barbarę Chmielewską Jakubowicz, autorkę tego opracowania) wymienia m.in. dr Romkę Szlachetko. O Niej już wspominałam w części blogu, gdzie opisuję moją medyczną ścieżkę. W czasach, gdy pracowałam razem z Nią widziałam z jakim trudem pracuje nad doktoratem. Przy intensywnej pracy w oddziale Neuroinfekcji, licznych dyżurach Romka dziergała swój doktorat. Zaraz po wykonaniu wszystkich swoich obowiązków oddziałowych, w każdej wolnej chwili znikała w naszej ciupeńkiej  szatni z naręczem historii chorób dzieci leczonych w tym oddziale. Historie te układała na parapecie i przeglądała, wczytywała się, coś tam notowała. Podziwiałam Jej samozaparcie się i mrówczą nieomal pracowitość. Wyobrażam sobie, że pewnie nocami siedziała nad opracowywaniem tego materiału. Chyba wszyscy lekarze wymienieni przez dr Baśkę pracowali tak samo nad swoimi doktoratami. Bo byli aktywni zawodowo, mieli rodziny więc robili to kosztem własnego czasu. Ponadto wykorzystywali własne doświadczenia zawodowe, gdyż pisali o pacjentach i chorobach którymi się zajmowali. Jakże różne bywały sytuacje innych ludzi, którzy byli na stypendiach doktoranckich, kiedy to nie tylko pisali doktoraty na zamówienie, ale też dostawali za to pieniądze…Doktoraty będące jakby podsumowaniem własnej pracy, wiedzy praktycznej sprawdzonej miały dla mnie wartość niezwykłą. I nie piszę tego tego bezpodstawnie, bo sama tego doświadczyłam. I pozostaje nie duma że ma się tytuł przed nazwiskiem, ale jakby poczucie spełnionego obowiązku z pożytecznej dla innych pracy…

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 26 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

Cz.26

 

<<…..  Przygotowywanie się do drugiego stopnia specjalizacji pediatrycznej nie było łatwe, ponieważ zgodnie z programem kierownika specjalizacji lekarz musiał być oddelegowany do kliniki, najczęściej przy ul. Litewskiej lub Działdowskiej, by odbyć 9-miesięczne szkolenie w zakresie kardiologii, nefrologii, pulmonologii dziecięcej. Należało zaliczyć trzy miesiące delegacji w klinice chirurgii dziecięcej, najczęściej w Instytucie Matki i Dziecka, a także trzy miesiące w oddziale noworodkowym w Klinice Położniczej przy ul. Karowej. Niektórzy musieli odbyć jedno- lub dwumiesięczną pracę w oddziale dermatologii dziecięcej.

Oczywiście w okresie” oddelegowania’ lekarz miał obowiązek pełnienia normalnych dyżurów w szpitalu macierzystym,  a także obowiązek zdawania co miesiąc  kolokwium u kierownika specjalizacji z poszczególnych działów pediatrii. Po zdaniu egzaminu przed komisją, składającą się z profesorów warszawskiej pediatrii, lekarz uzyskiwał specjalizację drugiego stopnia.

Część lekarzy opuszczała szpital, by poprawić swe warunki bytowe….>>

 

 

Oj wiem coś o tych trudach zdobywania specjalizacji. I nie pochłanianie ogromu wiedzy, studiowanie wielu podręczników przy normalnej pracy, dyżurach i obowiązkach domowych, nie zdawanie w końcu egzaminu ale oddelegowanie z macierzystego oddziału  na wymagane staże było wielkim problemem. Muszę się przyznać, że część tych szkoleń odbywałam wirtualnie. Otóż mój ordynator podpisywał fikcyjnie lub szczątkowo odbyte staże albo tylko dyżury ludziom z innych oddziałów a z kolei ordynator stażysty podpisywał nam. Proceder ten nie był godny pochwały. Ale takie były realia.

I niestety , mimo, że od czasów kiedy ja zdobywałam specjalizacje minęły dziesiątki lat , nic się nie zmieniło w tym temacie…oddelegowanie jest takim problemem, że znam ludzi, którzy przez wiele lat nie są w stanie przystąpić do egzaminu specjalizacyjnego bo stale brakuje im niezbędnych szkoleń w oddziałach poza macierzystym….

   

 

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

Cz. 25

 

  <<… Codzienna praca przy chorym dziecku, a zwłaszcza całodobowa praca lekarzy, oddziałów, izby przyjęć, dyżurnych z laboratorium, jest nieoceniona. Idzie ona w parze z pracą samokształceniową i stałym podnoszeniem kwalifikacji. Kierownictwo szpitala bardzo o to dbało na co dzień. Ordynatorzy szkolili  nieustannie asystentów przy łóżku chorego; szkolili się tu także asystenci z innych szpitali, instytutów czy poradni rejonowych.

    W cotygodniowych posiedzeniach naukowych  lekarzy szpitala- a było ich 1760- lekarze przygotowywali i omawiali rzadkie przypadki kliniczne, przypadki zgonów, referaty poglądowe, sprawozdania z kursów, zjazdów czy kongresów, w których uczestniczyli. Przedstawiano także streszczenia z prasy zagranicznej , tzw. prasówki….>>