Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 6 )

„Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego .  Ukazuje się od 1837 roku. Artykuł  „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz  znajduje się w rozdziale Szpitale Warszawskie  w tomie CXXXIV: nr 2/1998. Oto ciąg dalszy dziejów mojego dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej/ Śliskiej…

Na zakończenie podam art w całości…

Cz. 6.  

 

<<… Szpital miał początkowo 20 łóżek, po dwóch latach 24, w 1915r. 43 łóżka. W latach 1915-1916 liczba łóżek szpitalnych wzrosła do 143, gdyż Zarząd Miejski dzierżawił 100 łóżek.

    Po otwarciu szpitala lekarzami naczelnymi kolejno byli: dr Ludwik Chwat ( 1878- 1881), Szymon Portner ( 1881- 1911) i Adolf Poznański od 1911 roku.

     Ordynatorzy oddziału wewnętrznego i zakaźnego to dr dr : Józef Szczygielski, Julian Kramsztyk, Adolf Koral, Michał Wolfson, Maksymilian Kraushar, Janina Salberg. Ordynatorzy oddziału chirurgicznego : dr dr Ludwik Chwat, Maksymilian Dinte, Adolf Poznański. Oprócz nich byli lekarze miejscowi oraz lekarze pracujący w ambulatorium . Dwukrotnie pracował tutaj dr Henryk Goldszmit ( Janusz Korczak), który ogłosił szereg prac naukowych oraz pierwszy zorganizował bibliotekę szpitalną. Okresowo zatrudniony był w tym szpitalu lekarz okulista Noe Dawidson, dla którego staraniem rodziny Dawidsonów wybudowano w 1905 roku budynek jednopiętrowy od strony ul. Siennej, przeznaczony na oddział okulistyczny, Na skutek długotrwałych tarć o dotacje i opłaty pomiędzy rodziną Dawidsonów a rodziną fundatorów i zarządem szpitala dom ten nie został jednak wykorzystany zgodnie z przeznaczeniem…..>>

Tak było wczoraj.

Tak było wczoraj

 

Wczoraj wstałam jak zwykle przed 5, bo uwielbiam takie szare ciche poranne godziny. To spokojne godziny zaglądania do komputera i oczekiwania na to co się wydarzy w przyrodzie.  Dzisiaj otrzymałam za to iście królewską nagrodę, bo ok. 6.30 rozpoczął się teatr na niebie. Długo stałam na tarasie i chłonęłam widoki z aparatem w dłoni.

Ileż można stracić śpiąc długo, ale może są inne pozytywy, które rekompensują te poranne straty J , myślałam sobie.

Tak więc dzisiaj na niebie odbywało się szaleństwo, prawdziwa orgia. Szalało słońce, które chciało spoza gór się wydobyć, zniewalało i czarowało chmury , drzewa, wszystko co na tej ziemi i moje znękane tymi błyskami i zmieniającymi się kolorami oczy.

I gdy wreszcie o 6.45 pojawiło się nad górą Żar i Jeziorem Żywieckim jeszcze raz zapłonęło i zda się zmęczone zasnęło. Zasłoniło się chmurami, jak białą matową  szybą i był to koniec spektaklu.

 

 

WschĂłd11.10.2013.JPG

 

Jeszcze światełka na dole…w tle niewidoczne jeszcze Jezioro Żywiecki, góra Żar i w ogóle Beskid Mały.

 

 

WschĂłdBabiaPrawa11.10.2013.JPG

 

Już zorze różowieją , po lewej nieco lśni Jezioro Żywieckie, a po prawej dostojna Babia Góra.

 

 

WschĂłd5,11,10,2013.JPG

 

I wszystko zaczyna płonąć.

 

 

WschĂłd6,11,10,2013.JPG

 

I zapłonęło, ognista kula pojawiła się na horyzoncie i wbiła się w obiektyw mojego aparatu, na długo oślepiając moje oczęta.

 

 

TeatrKoniec.JPG

 

 

TeatrKoniec1.JPG

 

Gdy wyszłam na spacer po dwóch godzinach, widok był zupełnie inny. Przecierałam oczy ze zdumienia. Wyciszona Babia Góra stała sobie  chmurką bialutką przepasana i Pilsko i Romanka w białych zapaskach.Tylko pozostał róż na niebie. A słońce zasnęło po porannej orgii.

 

 

KotekDaleko.JPG

 

 I tylko kot na mnie zerkał rudawy z zaciekawieniem, ale nie wytrzymał i uciekł gdy się zbliżyłam. Przeszkodziłam mu w porannych łowach na myszki, ale na szczęście nie wyglądał na zmartwionego….

 

 

OwieczkaZakudlona.JPG

 

 

Potem jeszcze przywitałam się z owieczką już troszkę zakudloną, widać dość dawno już była strzyżona….popatrzyła na mnie przez chwilę jakby coś chciała powiedzieć…a może się pożegnać, bo pora już na pożegnanie tych stron.

 

 

Piesek.JPG

 

I jeszcze młodziutki wilczek sąsiadów….prawda, że uroczy, nawet uszek nie potrafi utrzymać…już niedługo go nie poznamy, bo tylko raz się zdarza dzieciństwo słodkie,

 

 

ZachĂłd11.10.2013.JPG

 

I nadeszła pora zachodu słońca. Daremnie wypatrywałam nad Skalitem. Słońce wyraźnie zaspało po porannym szaleństwie i wysłało dla osłody , cobym się nie zapłakała z żalu, śliczniuchne chmurki pierzaste …Fotogeniczne bardzo….

 

 

KsiężycPrzedwieczorny11.10.2013.JPG

 

i wreszcie ten księżyc o 17 na niebie….

 

i gdy  ciemność miękka jak aksamit zapanowała i rozmyślałam sobie o tym pięknym dniu…

Wszystkie beskidzkie dni są  zwykle różne, „dzień niepodobny do dnia” jak ktoś tam śpiewa rzewnie.

Tutaj Przyroda a może jednak Stwórca hojnie funduje moc rozrywek ….te widoki, te teatry na niebie, sceny zmieniające się jak w kalejdoskopie…krystaliczne piękno….

Artykuł dr ChmielewskiejJakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” (cz. 5)

 

W „Pamiętniku Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  , który jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego( ukazuje się od 1837 roku) w tomie CXXXIV nr2/1998 zawarty jest artykuł  „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz . To ciekawa opowieść o historii dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej / Śliskiej . Pracowałam w nim przez 7 lat , uczyłam się tutaj pediatrii, podziwiałam moich nauczycieli i zostawiłam w nim część swojego serca. Zamieszczam tutaj odcinkami treść tego artykułu i mam nadzieję, że gdy zakończę , dla ułatwienia czytania ponownie wrzucę całość. Oto ciąg dalszy…Jest rok 1878…

 

Cz. 5. 

 

<<… W salkach chorymi dziećmi opiekowali się w ciągu dnia lekarze i posługaczki. Pielęgniarek do  pracy z dziećmi chorymi początkowo nie było. Pracę pielęgniarek- w obecnym rozumieniu- wykonywały młode, przyuczone do prostych zabiegów kobiety. W nocy przy chorych czuwali dobroczynni Żydzi, członkowie bractwa miłosiernego, którzy mieli niewiele wspólnego z opieką nad dziećmi, zwłaszcza chorymi. Nierzadko byli wśród nich żebracy, handlarze i miejscy tragarze….>>

 

 

 

 


To co zobaczyłam przedwczoraj.

Przedwczoraj się wybrałam na łagodne od strony Godziszki zbocze Skalitego. Jak zwykle zachwyciła panorama na Kotlinę Żywiecką, ale wkrótce co innego odciągnęło wzrok. Otóż nad Skrzycznem usłyszałam i wypatrzyłam helikopter, który wisiał długo w jednym miejscu, ale potem frunął w dół do Szczyrku. Akcja  się powtarzała i była dość hałaśliwa. Początkowo pomyślałam, że to jakieś ćwiczenia, może np. treningi paralotniarzy, którzy tutaj mają swoją ulubioną bazę= jakby skocznię do bezszelestnego unoszenia się w przestrzeń. Ale potem zobaczyłam, że do brzucha śmigłowca przymocowano jakąś belkę. I już byłam w domu. Skojarzyłam, że to budowa górnego odcinka wyciągu krzesełkowego na Skrzyczne. Wczoraj w dzienniku TV pokazano tę akcję. Jestem dumna, że dorównałam profesjonalnym reporterom i mam te swoje zdjęcia….

 

HelikopterSkrzyczne.JPG

 

 

 

HelikopterRemontKolejki.JPG

 

 

 

Owieczka.JPG

Niedawno ostrzyżona owieczka też była zdziwiona akcją helikopterową, ale raczyła zwrócić i na mnie uwagę, łaskawie…I jeśli kto mówi, że zwierzęta nie myślą…poczułam się zaszczycona.

 

 

PazurPanKot.JPG

A potem jak zwykle spotkałam pana, którego już znam od dawna. Mieszka w starej klimatycznej chałupce przy drodze na przełęcz zwaną Siodłem, która wiedzie na Skrzyczne a i też do Szczyrku…pan zwykle zapracowany, a to sianko zbiera dla krówek dwóch, czerwonych i zawsze czyściutkich. Podkreślam to, że czyściutkich, bo na wschodnich rubieżach Polski zwykle oblepione mają brzuchy, zresztą nie są czerwone, są innej rasy….a to pan gromadzi skorupki z jaj i suszy na wietrze i słońcu- nie zapytałam w jakim celu, ale może jeszcze kiedyś zapytam. A to ciągnie jakieś gałęzie. Gdy nadchodzę, zawsze się do mnie ładnie uśmiecha i pozdrawiamy się nawzajem. Tym razem  siedział sobie z kotem na kolanach, wystawiając twarz do zachodzącego za Skalitem słońca. Widok był tak malowniczy, że serce mi się ścisnęło, że malować nie umiem. Ale od czego aparat foto stale ulokowany w kieszeni( oj dobry do wynalazek te małe aparaciki). Zapytałam grzecznie, czy zdjęcie mogę zrobić. Zgodził się z uśmiechem. Piękna to scenka, prawda?

A zapomniałam dodać, że potem widziałam dwa młode baraszkujące koty, ale uciekały z kadru. Miały ryże i czarne łaty na białym tle. Pewnikiem dzieci tego co na kolanach siedzi.

 

 

 

Księżycgodz19dn8.10.2013.JPG

 

 

A przed wieczorem, gdzieś ok 19,30 jak zwykle wyszłam przed chałupkę i zobaczyłam, to co dało się utrwalić….Po chwili już księżyc powędrował za Skrzyczne. Bozia widać mi ofiarowała takie widoki….A jeszcze na koniec opowiedzieć muszę, że o 5,30 następnego dnia zobaczyłam mgły nad Kotliną Żywiecką a nad głową wielkie przepastne czarne niebo usiane gwiazdami

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Michał Kaziów.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Zamieszczam tutaj teksty poszczególnych rozdziałów. Ta opowieść porusza najgłębsze struny emocji, a siła przedstawianego Człowieka dodaje sił, by żyć ….

 

 

 

 

 <<                                Michał Kaziów

 

 

    To człowiek wielkiego formatu, człowiek- legenda. Darzę go szacunkiem i sympatią. Przy końcu wojny stracił ręce i wzrok. Ale nie stracił zaufania do ludzi, nie zwątpił we własne siły i możliwości. Po różnych początkowych kłopotach znalazł serdeczną opiekunkę w osobie, niestety już nieżyjącej, Haliny Lubicz. To ona pomogła mu zdobyć wykształcenie wyższe. W 1972 roku doktoryzował się na  Uniwersytecie Poznańskim na podstawie rozprawy pt. „ Z  zagadnień estetyki oryginalnego słuchowiska”. Jest bowiem znakomitym znawcą tego gatunku radiowego , zwanego przez niego „ teatrem wyobraźni”. Opublikował związane z tym tematem książki : „ Postać niewidomego w oczach poetów” ( Wrocław, 1968), „ O dziele radiowym „ ( Wrocław, 1973) , „ Zielonogórski teatr wyobraźni” ( Zielona Góra, 1980). Jest znawcą jednym z nielicznych w kraju. Przez kilka lat drukował w „ Gazecie Zielonogórskiej” aktualne felietony poświęcone audycjom radiowym, potem grzecznie mu podziękowano.

     Ponadto Kaziów opublikował opowieść autobiograficzną  pt .” Gdy  moim oczom” ( 1986) oraz tom opowiadań ” Zdeptanego podnieść” ( 1988). W obu książkach bohaterami są ludzie niepełnosprawni, którzy nie poddają się jednak swemu losowi, żyją godnie i pracują na miarę swoich możliwości. W opowieści autobiograficznej autor opisał swoje życie : od tragicznego w skutkach wybuchu miny do radości z uzyskanych sukcesów osobistych i zawodowych. Pan Michał, gdy pracowałem w „ Nadodrzu” , potrafił uparcie bronić swoich tekstów, niestety  nie zawsze  słusznie. Zbyt wyraźny jest bowiem w nich ton pewnego sentymentalizmu , łatwej ckliwości, by nie powiedzieć- coś z konwencji melodramatu. Ponieważ należy do ludzi o pogodnym usposobieniu i autentycznym poczuciu żartobliwości, pewnie mi wybaczy, gdy powiem, iż ta jego proza zyskałaby zapewne na artystycznej wartości, gdyby udało mu się pisać ją z chłodnym dystansem wobec własnych przeżyć, nawet z pewnym okrutnym wobec siebie stosunkiem. Mogłaby powstać z tak wyjątkowo przeżytych doświadczeń wielka proza…

      Michał Kaziów należy od 1974 roku do ZLP i trzeba przyznać, że jego koledzy pomagali mu jak mogli. Gdy zabrakło pani Haliny a koledzy zajęci byli robieniem własnych interesów- na pana Michała spadła kolejna, ciężka próba życiowa. Ale wierzę , że i tej sprosta…

 

   PS. Michał Kaziów powrócił do pisania radiowych felietonów w „ Gazecie Lubuskiej”. Cieszę się!. Wreszcie ktoś kompetentny ocenia propozycje programowe zielonogórskiej Rozgłośni PR….>>

 

Nie mogę zapomnieć tego, co przeczytałam…..

Spragniona większej liczby informacji, poszukałam w necie. I tak :

W Wikipedii znalazłam informację , która uzupełnia tekst Zenona. Cytuję : Michał Kaziów urodził się 13 września 1925 r. w Koropcu, zmarł 6 sierpnia 2001 w Zielonej Górze. 5 października 1945 roku , czyli nie pod koniec wojny, jak pisze mój brat, a już po wojnie, na skutek wybuchu miny stracił wzrok i obie ręce.

W 1996 roku za zbiór opowiadań „ Piętna miłości ” otrzymał Lubuski Wawrzyn  Literacki.

 

W wydaniu internetowym Tygodnika Katolickiego Niedzielnego Henryk Szczepański tak pisał o tym niezwykłym człowieku:

<<  Jak rozpoznawać dotykiem, nie używając dłoni.

W świecie Michał Kaziów był pionierem czytania naskórkiem górnej wargi, a przede wszystkim jedynym człowiekiem, który mimo braku oczu i rąk legitymował się tak spektakularnymi osiągnięciami w dziedzinie działalności społecznej i twórczości literackiej. Gdy w 1954 r. w Paryżu na Kongresie Światowej Rady Pomocy Niewidomym spotkali się specjaliści ds. rehabilitacji inwalidów wojennych, stwierdzili, że w innych krajach próby czytania brajla kikutami rąk, podejmowane przez w ten sam sposób okaleczonych kombatantów II wojny światowej, okazały się mało skuteczne. Przypadek Kaziowa był precedensem i stał się inspiracją dla nowych poszukiwań w dziedzinie usprawniania i usamodzielniania weteranów pozbawionych oczu i dłoni. Biografia i osiągnięcia Michała Kaziowa porównywalne są z życiem i sukcesami legendarnej, głucho-niewidomej Amerykanki – Heleny Keller, którą szczerze podziwiał i której przykład był jedną z jego życiowych inspiracji…..

Michał już od pierwszej chwili umiał stworzyć nastrój, w którym nikt nie mógł czuć się skrępowany. Był bezpośredni, a jednocześnie uroczysty i elegancki. Ten przystojny mężczyzna, zawsze w garniturze i wizytowej koszuli, mimo ewidentnych dysfunkcji chętnie rozmawiał, stojąc lub przechadzając się wśród słuchaczy. Nawiązywał bezpośrednie kontakty i niekiedy cytował obszerne fragmenty swoich utworów, zdecydowanie częściej pisanych prozą niż wierszem.
Ludzie pytali nie tylko o warsztat pisarski, ale i o sposoby na życie codzienne, no bo jak można sobie poradzić z myciem zębów albo odbieraniem telefonu, kiedy nie ma się rąk? On cierpliwie opowiadał, a jego głos o ciepłym brzmieniu, zabarwiony kresowym akcentem, zachęcał do jeszcze większej poufałości.
– Gdy mam przed sobą ludzi, wiem, że jeśli zapłaczę, zapłaczę sam. Lecz gdy się uśmiechnę – uśmiechają się wszyscy – zwykł mawiać Michał Kaziów….>>…..

 

 

 

Jeden Taki Dzień- moje 66 urodziny. ( 2 ).

Jeden Taki Dzień ( 2 )

 

Do czasu przyjazdu naszych dzieci pogoda była nieszczególna, mgły rankiem wstawały wielkie i znad Kotliny Żywieckiej wpełzały na zbocza gór, coraz wyżej i wyżej. Śledziłam to zjawisko z niepokojem, bo prognozowało dni z chmurnym niebem a nawet deszczowe opady.

    Tego pamiętnego dnia, 28 września, jak zwykle wstałam wcześnie i zwyczajowo wylazłam przed domek, by się przywitać z górami i obejrzeć czy wstaje słońce. Tutaj wschody słońca bywają przecudne, krwiste a łuna na niebie poprzedzająca pojawienie się ognistej kuli potężnieje aż do bólu oczu. Widoki takie możemy obserwować dopiero po wyjściu na zewnątrz, na niewielki taras naszej małej chałupki. Bowiem jej okienka są zlokalizowane tak, że umożliwiają jedynie widok północny i południowy.

Chwilę   później już kroczyłam ulicą=drogą Południową dalej wpatrując się w ogromny, szeroki, iście alpejski krajobraz.

I czułam się jak królowa tego pejzażu. Tutejsze widoki nie przytłaczają nie przynoszą  uczucia że jesteś małą drobinką zupełnie zdominowaną przez przyrodę. Tak się czuję w Tatrach przygnieciona ogromem i potęgą gór. Tutaj Bóg był łaskaw dla nas, robaczków pełzających po tej ziemi i ofiarował wielką przestrzeń, gdzieś daleko ozdobioną szczytami gór i pasmami łagodnymi, pokrytymi leśną pierzyną….

I właśnie  wtedy ujrzałam  wielkie mgły w całej okazałości – Boże jak ja uwielbiam te widoki i ten wielki teatr przyrody rozgrywający się przede mną.   

Widok to iście niezwykły, czuje się  królewską łaskawość gór gdy te czasem nieco uchylają swoje mgliste szaty,  pokazują fragmenty swojej urody a potem przekornie znowu wdziewają szare okrycie. Czasami widok to iście filuterny, gdy szatki strzępiaste a czasem poważnie zasępiony…

I teraz też góry początkowo szczelnie spowite mgłami powoli jak w filmie o bardzo zwolnionym tempie zdejmowały peleryny  utkane z mgieł  i wyłaniały się w całym swoim majestacie. Tego dnia  mgły spływały bezszelestnie w dół , ku kotlinie i wkrótce Skrzyczne, wododajne Skalite, znacznie niższy  Niesłychany Groń i Palenica a potem już Babia Góra, Pilsko, Romanka widoczne na dalekim wschodniopołudniowym horyzoncie stanęły nagie w płonącej czerwienią i rudością jesiennej  bukowej bieliźnie. Tkwiła nieruchomo w wielkim zachwycie… 

Widziałam też, już od dziecka wiedziałam, bo Rodzice mi to pokazali,  że owo spływanie mgły z gór  poprzedza nadejście pięknej pogody . I tak się stało….

 

 

1.JPG

 

 

 

1a.JPG

 

 

 

3.JPG

 

 

 

5.JPG

 

 

 

 

1.JPG

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej- Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz. 4

  

 „Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego .  Ukazuje się od 1837 roku. Artykuł  „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz  znajduje się w rozdziale Szpitale Warszawskie  w tomie CXXXIV: nr 2/1998. Oto ciąg dalszy…

 

 <<….Z opisów otwartego wówczas 20 łóżkowego szpitala wynika, że o ile rozplanowanie posesji było bardzo dobre, o tyle wnętrze szpitalne pozostawiało wiele do życzenia.

  Pod budynkiem głównym w podziemiach znajdowały się kuchnia, magiel, pomieszczenia dla służby skład bielizny, węgla i piwnice. Stąd zainstalowane były dwie windy do przewożenia posiłków na pierwsze piętro dla chorych, oddzielna winda dla sal ogólnych, oddzielna dla dzieci z chorobami zakaźnymi. Budynek główny był ogrzewany piecami kaflowymi, zaopatrzony dostatecznie w gaz, wodociągi, ale nie miał kanalizacji. Chore dzieci załatwiały swe potrzeby do kubłów w pomieszczeniach przylegających do salek ( na parterze i na piętrze), a kubły te  wynosiły i opróżniały posługaczki.

    Wejście do Szpitala było od ul. Śliskiej. Na parterze znajdowały się : kancelaria szpitala, sala posiedzeń lekarz, mieszkanie intendenta, sala operacyjna z 3- łóżkową salką pooperacyjną. Parter szpitala z pomieszczeniami o tak różnym przeznaczeniu, z wieloma krążącymi tu ludźmi, był rozsadnikiem licznych schorzeń. Jak pisał sam ordynator oddziału chirurgicznego, dr Adolf Poznański, „ róża i zakażenia przyranne były na porządku dziennym”.

    Na pierwszym piętrze znajdowało się pięć sal dla chorych dzieci z jednym wspólnym korytarzem: dwie sale dla dzieci z chorobami wewnętrznymi, dwie zaś dla chorych po zabiegach chirurgicznych. Piąta salka, do której prowadziły oddzielne schody, była przeznaczona dla dzieci z różnymi chorobami zakaźnymi, istniała więc tu możliwość infekowania się wzajemnie. Nierzadko zdarzało się, że dziecko przyjęte do szpitala z jednym schorzeniem umierało następnie z powodu innej choroby.

    Oprócz budynku głównego na terenie znajdowały się zabudowania z mieszkaniem dla lekarza miejscowego, szwajcara, pralnia, suszarnie, izba dezynfekcyjna oraz obora, ponieważ szpital posiadał dwie krowy. Dalej, od strony ul. Siennej, znajdowała się kostnica….>>

  

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 5 )

Jacku!

Od czasu tej mojej pierwszej wizyty w Waszym domu, nawiązaliśmy ciepłe relacje z Twoją Mamą, Rodzice przyjęli i ukochali Wnuka.

Pewnie  odczuwałeś, jak byli z Ciebie dumni….Wszyscy byliśmy dumni z Ciebie, Twojej  pasji zawodowej, sukcesów i wszystkiego – no prawie wszystkiego co robiłeś.

Gdy miałeś chyba z 6 lat, Twoi Dziadkowie- Stefania i Wacław Łukaszewiczowie zabierali Ciebie i Iwonkę- Twoją przyrodnią siostrę , starszą od Ciebie zaledwie o 3 lata,  do Gorzowa, potem na wczasy. Iwonka w tym czasie mieszkała już ze swoją mamą, Grażyną w Świnoujściu i dom dziadków, nasz gorzowski dom, przy ul Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich) był dla niej spokojnym portem, gdzie zawsze czekała miłość.

Moja Mama, a Twoja Babcia wspominała, że pierwsze Wasze spotkania i wspólne spędzanie czasu nie było słodkie. Iwonka była wrogo do Ciebie nastawiona, aż wreszcie kiedyś pękła i wykrzyczała, że zabrałeś jej tatusia. Od tego momentu chyba przełamały się jakieś lody. Rozpoczęły się rozmowy bez specjalnego owijania w bawełnę tego co się stało. Iwonka była jeszcze niewielką dziewczynką, ale już doświadczoną przez los, więc przedwcześnie dojrzałą. Ty trzpiotowaty, ale wrażliwy, bystry , rozumny, rozpieszczany przez matkę, odbierałeś lekcje tolerancji, akceptacji tego co się wokół Ciebie działo. Jednym słowem, też dojrzewałeś przedwcześnie. Tym bardziej, że niedługo potem i Ciebie opuścił ojciec.

 Pamiętam Was dobrze…Zachowały się zdjęcia, które wykonywał Wasz Dziadek Wacek.

To na razie tyle opowieści z tych czasów. Obejrzyjmy wspólnie te zdjęcia….pozdrawiam Ciebie i Twoich Synów bardzo ciepło…ciocia Zosia

 

 

ZenonJacekIwka1965.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Jacek z ojcem. Obok Iwonka wystrojona przez ciocię Zosię w kokardy i klipsy.

 

 

IwonaZenonJacek1957.jpg

 

Te same zdjęcia i sąsiednie też Twoje, ojca Twojego i Iwonki z jednej strony albumu. To Twój dziadek, Wacław Łukaszewicz je wykonywał i starannie wklejał przed nieomal pół wiekiem. Zauważ smutne oczy Iwonki….

 

IwonaJacek1968.jpg

 

A tutaj już nieomal jesteście zaprzyjaźnieni z Iwonką. Pierwsze zdjęcie wykonane w Gorzowie, przed Domem Dziecka, bo tak nazywał się sklep z dziecięcymi akcesoriami obok pięknej historycznej niezapomnianej Łaźni.

 

 JacekIwonaG,.JPG

 

Jacek i Iwonka, przyrodnie rodzeństwo przed szkołą w Gorzowie przy ul. Estkowskiego.

 

JacekIwona1.JPG

 

 

Moje ukochane Bratanki….na wyjeździe z dziadkami

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Jan Gross.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto fragment zatytułowany ” Jan Gross.” , który zamieszczam tutaj  w całości.

 

 

 

 

<< Jan Gross

 

Gorzowski satyryk i fraszkopisarz, autor tomików „ Z przymrużeniem oka” i „ Szczypta swawoli” oraz ładnej książeczki dla dzieci z wierszykami o zwierzętach. Powszechnie też znany z przedsiębiorczości : okazał się rekordzistą w załatwianiu i odbywaniu spotkań autorskich w gorzowskich wsiach i miasteczkach, uzyskując wyraźną przewagę nad członkami ZLP. Jak przystało na satyryka średniej klasy, jest raczej człowiekiem poważnym. Gdy wydał swój tomik fraszek, powiadomił mnie, iż dostanę go w prezencie pod warunkiem, że napiszę pozytywną recenzję. Obaj dotrzymaliśmy słowa, choć niektóre moje opinie nie były zbyt entuzjastyczne.

 

 

Korespondencja

 

Szanowny Panie  Redaktorze

 

   W Magazynie GN nr 194 ( z dnia 4-6.X.1991) Zenon Łukaszewicz drukuje kolejny „ Mój alfabet”. Jest też wzmianka o mnie. Ze zdziwieniem przeczytałem fragment dotyczący mojej osoby: „ gdy wydał swój tomik fraszek, powiadomił mnie, iż dostanę go w prezencie pod warunkiem, że napiszę pozytywną recenzję”. W tym miejscu- mówiąc delikatnie- Zenon Łukaszewicz mija się z prawdą. Dając tomik do recenzji prosiłem Z. Ł. aby, jeśli mu się nie spodoba nie pisał żadnej recenzji.  Ale w tej sprawie nie zamierzam rozdzierać szat. W wersji przedstawionej przez Zenona Łukaszewicza wyszło to bardziej barwnie. Fantazja góruje nad rzeczywistością . Ale to nie jest powodem, że piszę ten list do Redakcji,

     Zauważyłem, że w tekstach dotyczących innych autorów Zenon Łukaszewicz skrupulatnie wylicza ich dokonania literackie. Szkoda, że zabrakło mu konsekwencji przy omówieniu mojego dorobku. Wymienił jedynie trzy pozycje książkowe ograniczając się do podania jedynie dwóch tytułów. Zupełnie pominął moje  trzy zbiory : „ Rodacy przy pracy”, „ Małe ZOO na wesoło”, „ Sprytny szarak”. Tomik „ Rodacy przy pracy” był recenzowany w „ Nadodrzu” nr 18 ( 649) z dnia 6-19.XI.87 r. przez Małgorzatę Kowalską –Masłowską i ….Zenona Łukaszewicza ( sic!) w „Gazecie Lubuskiej” nr 72 z dn. 26-27.IIII.88r. „Małe ZOO na wesoło”- recenzja w Magazynie „ Gazety Lubuskiej” nr 48 ( 9588) z dn. 26-27.II.83 r.” Sprytny szarak”- informacja w „ Gazecie Gorzowskiej” nr 35 ( 546) z dn. 31.08.90 r. Nie może więc Zenon Łukaszewicz twierdzić, że o tych pozycjach nie wiedział. W „ Alfabecie” nie figurują też następujące książki, których jestem współautorem: „ Coś w tym jest”, „ Zbiór wierszy okolicznościowych dla klas I- III, „ Aforyzmy w aforyzmach”. W tym przypadku trudno mieć pretensje, bo autor „ Alfabetu” o tych pozycjach mógł nie wiedzieć.

     Nie rozumiem czemu moje osiągnięcia twórcze  zostały przez pana Zenona Łukaszewicza pomniejszone o połowę. Mimo to dziękuję mu, że mnie w ogóle raczył zauważyć.

                                                    Jan Gross.>>

Jeden taki dzień- moje 66 urodziny. ( 1 )

 

Jeden Taki Dzień ( 1 )

 

Jeden taki dzień się zdarzył w moim życiu.

Nadszedł trochę dla mnie niespodziewanie. Gdy sobie uświadomiłam, że przeżyłam na tym padole 66 lat, trochę się zdziwiłam tą wielką cyfrą. Ale przyjęłam ten urodzinowy dzień z godnością , pokorą a nawet zachwytem, ze los dał mi te wszystkie lata. Bo były to lata spełnione rodzinnie i zawodowo. I chyba nic piękniejszego ponad takie uczucie….usiłuję sobie wmówić tę prawdę.:)

Poprzedniego dnia nagle telefon od Syna, że jadą, że są już na wysokości Bełchatowa. Radość wstąpiła w nasze serca i rozpoczęło się oczekiwanie i oczywiście moja działalność kuchenna. Zupy na grzybkach suszonych znad Bugu nagotowałam gar wielki , wiedząc , że zjedzą jak zwykle ze smakiem. Przybyli ok. 22, bo droga była żmudna, korkowa i remontami utrudniona.

Ale wysiedli z samochodu i do razu radość do nas przyszła. Młoda i świeża. Majka niespełna 5 letnia i Mikołajek prawie  3 letni tak pięknie potrafią się cieszyć krajobrazem że serca nam, dziadkom,  rosły. Wszyscy czasie pobytu często powtarzali, że widzą góry i one są piękne…Jakże to miło odkrywać, że dzieci uczą się od rodziców dostrzegania urody świata…Wprawdzie ich Matka nie ma tutaj swoich korzeni, ale ukochała to miejsce, naszą Godziszką i dookolne Beskidy.

I czuję jak splata nas sieć podziemna tajemna i łączy nas wszystkich … a w tych dzieciach , naszych Wnukach jedna ósma krwi góralskiej płynie. Odziedziczyły te góralskie geny  po  prababci Stefie z domu Jakubiec, pełnej krwi góralce i babci Zosi półkrwi góralce 🙂 ….