Artykuł dr Chmielewskiej- Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz. 3

 

„Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego .  Ukazuje się od 1837 roku. Artykuł  zatytułowany : „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz  znajduje się w rozdziale Szpitale Warszawskie  w tomie CXXXIV: nr 2/1998. Treść tego artykułu zamieszczam w odcinkach, by nie znużyć czytelnika a także wyodrębnić jakby poszczególne podrozdziały. A to odcinek 3

 

 

<< ….Zakupiono rozległy plac pomiędzy ulicami Sienną i Śliską i po wykonaniu planów architektonicznych rozpoczęto budowę  jednopiętrowego budynku z suterenami. Akt funduszu wieczystego i kamień węgielny złożono 10 kwietnia 1875 roku w obecności fundatorów i zainteresowanych osób. W trakcie kopania fundamentów znaleziono trupy niemowląt. Śledztwo wykazało, że obok, w małym drewnianym domku, mieszkała Skublińska, która przyjmowała noworodki „ na garnuszek” , a potem zamarzała je głodem. Zupełnie przypadkowo ustalono, że ten nowo wznoszony budynek szpitalny znajdował się obok domu dla podrzutków. Budowa szpitala trwała od 1876  do 1878 roku.

     Uroczystego otwarcia szpitala dokonano w lipcu 1878 w obecności prezydenta miasta Sokratesa Starynkiewicza, przedstawicieli Towarzystwa Dobroczynności, profesorów Wydziału lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, członków Gminy Starozakonnych, delegatów szpitali, członków zarządu szpitala, członków rodziny fundatorów oraz zaproszonych gości, piastujących zaszczytne stanowiska w Warszawie. Opisy tych uroczystości znalazły się w ówczesnej prasie warszawskiej wraz z pokładanymi nadziejami na częściowe rozwiązanie problemów leczenia chorych dzieci na terenie miasta, zgodnie z treścią aktu fundatorów: „ dla leczenia dzieci żydowskich i innych wyznań”…..>>

 

 

SiennaTablicaOcalała,13.06.2013.JPG

 

Ocalałe z pożogi wojennej szczątki tablic z nazwiskami pozostałych  fundatorów obecnie umieszczone na ścianie hallu , naprzeciwko wejścia.

 

 

 

 

   

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Krystyna Kamińska.

 

W tomiku Zenona Łukaszewicza pt. ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki”  wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich.( tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie) znalazłam tekst o Krystynie Kamińskiej , wielce zasłużonej dla Gorzowa literatce i organizatorce życia kulturalnego. Ta opowieść zamyka okres do 1993 roku, gdyż wtedy wydano ten tomik….

 

 

 

<< Krystyna Kamińska

 

  Znana i wielce zasłużona dla regionu gorzowska dziennikarka wcześniej była pracownikiem naukowym WSP w Zielonej Górze, jako doktor nauk humanistycznych prowadziła zajęcia z młodzieżą studiującą polonistykę. Po przeprowadzce do nadwarciańskiego grodu szybko rozpoczęła współpracę z miejscową prasą, udzielając się aktywnie w stowarzyszeniach społeczno- kulturalnych, później wykazując wiele inicjatyw jako miejsca radna, przez pewien czas przewodnicząc komisji kultury. Albowiem sens  życia tej z pozoru oschłej intelektualistki sprowadzał się i nadal sprowadza do wszechstronnych zainteresowań i aktywnej obecności w kulturze, pojmowanej bardzo szeroko- od amatorskiego ruchu po dokonania profesjonalistów. Tę rozpiętość jej fascynacji widać wyraźnie w pracy na rzecz Gorzowskiego Towarzystwa Kultury, jak i w zauroczeniu miejscowym teatrem, którego spektakle od wielu lat relacjonuje w sposób rzetelny i przejrzysty, choć nieraz wzbudza opinie kontrowersyjne, polemiczne wobec ferowanych przez nią ocen…

    Moje kontakty z Krystyną Kamińską sprowadzają się właściwie do trzech zaistniałych

 „ stopni wtajemniczenia” i mają charakter raczej typowo sporadyczny i okazjonalny. Gdy jeszcze mieszkałem w Gorzowie, ona zapewne w tym czasie przebywała w Zielonej Górze. Później musieliśmy się rozminąć, zmieniając nasze miasta pobytu. Dlatego też, zapewne podczas moich burzliwych gorzowskich lat, nie miałem okazji poznać Krystyny. Ale oto przy końcu 1979 roku nadarzyła się taka okazja. W tym miejscu muszę nieśmiało wyznać, że- oprócz krytyki literackiej- czasami zajmowałem się tzw. Twórczością oryginalną. Doświadczenia gorzowskie posłużyły mi zatem do napisania opowiadania , opartego na tamtych realiach , mającego charakter rozrachunkowy z tym wszystkim , co dane było mi przeżyć w mieście nad Wartą. Ten tekst miał się początkowo znaleźć w kolejnym almanachu prozy lubuskiej, lecz wcześniej postanowiłem go zaproponować miesięcznikowi „ Ziemia Gorzowska”, wydawanemu już przez RSW , choć pod patronatem Gorzowskiego Towarzystwa Kultury, I tak oto opowiadanie trafiło w ręce Krystyny Kamińskiej, która była w owym czasie w zespole redakcyjnym pisma. Podczas pobytu w Gorzowie odwiedziłem redakcję i z Krystyną przeprowadziłem dość długą rozmowę o tym tekście. Rozmowa miała charakter konsultacyjno- adiustacyjny i muszę wyznać, że z wdzięcznością słuchałem jej uwag, uwag krytycznych, acz bardzo rzeczowych i słusznych. W końcu poszedłem na pewne ustępstwa, coś tam wyrzuciliśmy z tekstu. I w rezultacie  to opowiadanie pod tytułem „Tylko echo?” ukazało się w styczniowym numerze „ Ziemi Gorzowskiej” z 1980 roku. Nie ukrywam, że dzisiaj tego tekstu nie chciałbym nigdzie opublikować, dostrzegając jego artystyczne słabości.

     Po raz drugi spotkałem Krystynę Kamińską w Serocku pod Warszawą, gdzie mieścił się ośrodek szkoleniowy RSW. Urządzono tam właśnie seminarium dla zastępców redaktorów naczelnych gazet codziennych i periodyków. Jako wiceszef „ Nadodrza” musiałem- chociaż z wielką niechęcią- w nim uczestniczyć. A było to za kadencji Waldemara Świrgonia, sekretarza KC PZPR do spraw kultury, zwanego potocznie „ Darem młodzieży”, jako że wywodził się z młodzieżowego ruchu wiejskiego spod szyldu ZMW. Było zimno, pomieszczenia niedogrzane, szybko nabawiłem się anginy i jako tako dotrwałem do zakończenia kursu, a to przede wszystkim dzięki troskliwej opiece Krystyny i Alicji Zatrybówny, które aplikowały mi cytrynę. Któregoś dnia zjawił się w Serocku Waldemar Świrgoń , aby wygłosić mowę do znudzonych żurnalistów funkcyjnych. A następnego dnia w Gorzowie miało się odbyć plenarne posiedzenie KW PZPR , poświęcone kulturze regionu. Gdy Krystyna dowiedziała się , że do Gorzowa wybiera się właśnie Świrgoń, szybko zmieniła sukienkę na bardziej wytworną i przekonała sekretarz KC, iż ona musi być na tym plenum. Dzięki umiejętnej perswazji udało się jej szybciej  wyjechać z Serocka, aby następnego dnia helikopterem ze Świgoniem wylądować w Gorzowie. Jak opowiadali naoczni świadkowie, ku zdumieniu miejscowych prominentów , przybyłych na  powitanie sekretarza KC, jako pierwsza w drzwiach helikoptera ukazała się majestatycznie dostojna….Krystyna Kamińska, a za nią dopiero oczekiwany gość. Choć brzmi to jak anegdota , to jednak zarazem w jakiś sposób charakteryzuje osobowość red. Kamińskiej- jej stanowczość i umiejętność pragmatycznego sposobu życia.

   I wreszcie- bodajże cztery lata temu, w Lubniewicach nastąpiło kolejne spotkanie. Wypoczywałem w ośrodku zielonogórskiego WZGS, Krystyna- na campingu gorzowskiej „ Warty Tourist”. Była rozluźniona, bezpośrednia i bardzo sympatyczna. Chociaż urlopowała, to jednak nie marnowała czasu. W pokoju swojego domku miała maszynę do pisania, sporo lektur pomocniczych i raz w tygodniu maluchem jeździła do Gorzowa, aby w redakcji pozostawić materiał prasowy. Zaiste, imponowała mi swoją pracowitością i sumiennością, zwłaszcza, że mnie ogarnęło wówczas wspaniałe lenistwo.

         Dzisiaj Krystyna Kamińska jest zastępcą redaktora naczelnego „ Ziemi Gorzowskiej”, wytrawną publicystką i sprawną  reporterką, po uroczej i niezwykle sympatycznej Ani Makowskiej- Cieleń przejęła rządy w Gorzowskim Towarzystwie Kultury. Ostatnio pod jej redakcją i w jej wyborze ukazał się zestaw tekstów poświęconych Papuszy, zebrany w tomie

 „ Papusza czyli Wielka Tajemnica”. Jest to jeszcze jeden z dowodów na to , że Kamińska nie ustaje w popularyzowaniu kultury regionu. A jak powiadają złośliwi, nawet w imię tych zacnych celów przygarnęła ze Szczecina pewnego poetę, który dzięki niej znalazł przytulisko w Gorzowie….

       A swoją drogą to ludzi jej nieprzychylnych nie brakuje!. Nawet w Zielonej Górze mocno rozgniewany jest Zbigniew Ryndak, którego tekścik o Papuszy znalazł się w jej publikacji, bez jego wiedzy i zgody, a do tego nie otrzymał książki, nie wspominając już o należytym honorarium….Ja sam wspominam czasy dobrych obyczajów, gdy gratisowo otrzymywałem gorzowskie wydawnictwa. Ba, tak. Były to przecież jednak naprawdę inne czasy.

 

 

 

Korespondencja

 

   Zenku! Dziękuję ci serdecznie za życzliwy tekst w „ Nowej”. Przyznam, że przypomnienie historyjki ze Świgoniem jeszcze teraz mnie zabawiło. Zresztą Bronka Słomkę widać także, bo ten fragmencik włączył do swojego felietonu w „ Ziemi Gorzowskiej”. Natomiast zupełnie nie pamiętam naszego- jak widać- pierwszego spotkania, gdy pouczałam Cię jak pisać opowiadanie. Rumienię się w tym miejscu.

    Są w tym tekście drobiazgi nie całkiem precyzyjne, ale dla całości nieistotne. Byłam radną nie miejską a Wojewódzkiej Rady Narodowej i moja komisja obejmowała oświatę, wychowanie i kulturę. Po drugie i ważniejsze. Ja nigdy nie mieszkałam na stałe w Zielonej Górze. Przeprowadziłam się do Gorzowa już po Twoim  stąd wyjeździe. Pracowałam 5 lat na WSP, miałam pokój w hotelu asystenckim, raz w tygodniu z niego korzystałam, ale nigdy formalnie w Zielonej Górze nie byłam zameldowana, więc nie mieszkałam. Czego dzisiaj żałuję , ale już się nie zmieni(…..). Krystyna( List nie datowany) >>

 

List do Jacka ( 4 )

 

List do Jacka ( 4 )

Jacku!

W ostatnim liście zaczęłam opowieść nt naszego pierwszego spotkania. A oto dalszy ciąg tej historii….

 

Gdy tak jechaliśmy z Zenonem do Zielonej Góry służbowym redakcyjnym samochodem, nie pamiętam swojego lęku, czy choćby niepokoju, zresztą w przypadkach podbramkowych zawsze zachowywałam zimną krew. Więc sympatycznie gawędziliśmy z Bratem i coraz bardziej się radowałam w sercu z tego spotkania i czekających mnie kolejnych.

Wasze mieszkanie przy ul. Staszica  było położone pięknie. Chyba czteropiętrowe domy wybudowano na szczycie i zboczach wzgórza, wśród wielkich starych drzewa. Uwielbiałam takie miejsca.

Drzwi otworzyła nowa Żona mojego Brata, a Twoja Mama. Ciepła była ta kobieta, serdecznie mnie przytuliła i od razu wszystko było proste. Miała krótkie brązowe włosy, duże brązowe oczy, dłonie kształtne, duże ale budzące zaufanie. Zawsze zwracałam uwagę na dłonie ludzi, których poznawałam. One tak dużo dla mnie mówiły o właścicielach. Miała barwną , szeroką,  miękką wirującą spódnicę, spiętą w pasie szerokim paskiem. Okna mieszkania były duże i jasne, za nimi ta wielka zieleń. Od razu poczułam się tutaj dobrze.

Wkrótce pojawił się maleńki blondynek. Właśnie wstał po dziennej drzemce. Początkowo tulił się do swojego Ojca i nieśmiało na mnie zerkał. Widziałam te wielkie błękitne piękne oczęta i delikatne włoski. Zasieliśmy do jakiegoś smakowitego dania. Było pyszne, choć nie pamiętam co jadłam. Gerta gotowała chyba bardzo dobrze.

Potem zabawiałam się z tym moim maleńkim Bratankiem- Jackiem. Chyba miał niewiele ponad rok.  Pamiętam jak gnał  przed siebie szaleńczo, hamując na przeciwległej ścianie dużego korytarza. Jakimś cudem nie był poobijany, pewnie jak mały kociak miał właściwość miękkiego lądowania.

Siedziałam na kanapie w przeciwległym pokoju, gdy podszedł do mnie i oglądał mój pierścionek. Pierścionek był srebrny i bardzo ładny. Duży, owalny miał kształt i podłużne oczko w kolorze ametystowym. Właśnie niedawno otrzymałam go od przyjaciółki mojej Mamy- Heleny Konopielko. Szpanowałam tym pierścionkiem wśród koleżanek i byłam z niego dumna. Przecież to były czasy przaśnego polskiego nibykomunizmu. Ładne przedmioty były jak okazjonalne perełki.

Dopiero długo potem się wydało, że był to prezent, który moja przyszła Teściowa otrzymała od pierwszej żony jej syna Mirka.

I oto nastąpiło coś, co postrzegane z perspektywy czasu mogło mieć znaczenie symboliczne. Otóż zdjęłam ten pierścionek z palca i dałam go Jackowi dla zabawy. On go złapał i bez zastanowienia pognał z nim przez ten duży korytarz do łazienki, wrzucił do wc i spuścił wodę. Pobiegłam zatrwożona, oczywiście po pierścionku już śladu nawet nie było. Jacek patrzył na mnie figlarnie, uśmiechał się czarująco. Jakże mogłam się gniewać. Przecież mój Bratanek był taki słodki…po kilku latach, gdy spotkałam Mirka na swojej drodze i wzięliśmy ślub, zawsze wspominałam ten dar od teściowej, a właściwie od pierwszej żony Mirka i  Twój, mały blondasie czyn- finalne ostateczne pożegnanie z tym pierścionkiem i jakby symboliczne z przeszłością. Jacku, chyba byłeś wykonawcą jakiegoś odgórnego zlecenia. Pewnie los Ciebie wyznaczył, byś wpisał się w symbolikę tego czasu….Czyż nie fajna to historia?

Ależ się rozpisałam. Pewnie przynudzam. Ale wybacz ciotce gadulstwo, tyle wrażeń się ciśnie do klawiatury…

Na razie to tyle wspomnień z tamtych czasów, tych bardzo wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są stale świeże, o dziwo w ogóle się nie zestarzały, jak zresztą i my…..pozdrawiam Ciebie bardzo, bardzo serdecznie , kłaniaj się australijskim kangurom, Twoja ciocia Zosia

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej- Jakubowicz. „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 2 )

 

„Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”  jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego .  Ukazuje się od 1837 roku. Warszawa 1998

Artykuł „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”, którego autorem jest dr Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz  znajduje się w rozdziale Szpitale Warszawskie  w tomie CXXXIV: nr 2/1998. A oto cd tego artykułu.

 

<<….   W drugiej połowie XIX wieku zaczynają pojawiać się pierwsze szpitale w miastach polskich pod zaborami. Pierwszy we Lwowie w r. 1845, liczący początkowo 16 łóżek, następny w Krakowie w 1874 r.- 34 łóżka, kolejny w Warszawie w r. 1869, przy ul. Aleksandrii ( później ul. Kopernika) i prawie równocześnie szpital dla dzieci w Poznaniu. Tak więc były już cztery szpitale dziecięce na ziemiach polskich.

     Jak doszło do budowy Szpitala im. Bersohnów i Baumanów ( po dziesięcioleciach Szpitala  im. Dzieci Warszawy- przyp. red. ) , jednego z najstarszych spośród 12 szpitali warszawskich, a drugiego szpitala dla dzieci na terenie Warszawy? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy cofnąć się o sto kilkadziesiąt lat i uświadomić sobie, jak kształtowała się życie ludności Warszawy w tym okresie. Liczyła ona wówczas ponad 300 tys. mieszkańców, przy czym ludność żydowska stanowiła znaczną część i była w większości wielodzietna i uboga. Chorujące dzieci żydowskie w zatłoczonych mieszkaniach nie znajdowały pomocy w lecznictwie szpitalnym, gdyż Szpital Starozakonnych na Czystem nie przyjmował dzieci, a przy ul. Aleksandrii ( później ul. Kopernika-przyp red. ) nie było dość łóżek dla wszystkich zgłaszających się chorych mieszkańców. Koniecznością stało się więc wybudowanie specjalnej placówki w celu leczenia dzieci żydowskich, by przy dużej rozrodczości i znacznej umieralności ratować ich życie.

       Właśnie wtedy pojawił się człowiek światły, myślący dalej niż kres jego życia, znany przemysłowiec warszawski Majer Bersohn ( 1787-1873). Potentat finansowy, obywatel ziemski, społecznik, filantrop. W testamencie swym w roku 1872 zapisał znaczą sumę na fundusz wieczysty na utworzenie nowego szpitala dla dzieci. Do jego idei przyłączyli się bracia Bersohnowie i przekazali dalsze dotacje na ten cel. Następnie córka Bershonów Paulina i jej mąż Szymon Baumanowie dołączyli pewne kwoty pieniędzy na budowę szpitala……>> cdn.

 

BersohnMajerGrĂłbPOL_JCP_grob_majer_bersohn.jpg

 

Grób Majera Bershona, fundatora tego szpitala

 

 

BaumanPaulinaGrĂłb.JPG

Grób Pauliny Bauman,  córki Majera Bershona, fundatora tego szpitala

 

SalomonMichałBaumanGrób.JPG

 

Grób Salomona Baumana, fundatora tego szpitala

 

Zdjęcia z Wikipedii, fundatorzy są pochowani na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. O Marii Przybylak.

O Marii Przybylak wspomina Zenon Łukaszewicz na stronie  157 tomiku zatytułowanego

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” który był wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

Tekst załączam w całości, myśląc o  przyjaznej mi i bliskiej gorzowiance, która spędziła swoje życie zawodowe w „ Stilonie”, wielkim, nowoczesnym zakładzie, znanym ongiś nie tylko w Polsce ale i na świecie , który w ramach naszych przekształceń ustrojowych przeszedł w obce ręce a wkrótce potem został zlikwidowany ….I tutaj zacytuję słowa mojego brata :  „ jakoś smutno się zrobiło…”

 

 

 << Maria Przybylak

 

 

    Nazywa siebie robotnicą pracującą, choć już dawno odeszła na emeryturę z Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych. Z tym miastem jest związana od 1953 roku, ale urodziła się w Nowosielu, na terenie właśnie byłego ZSRR.

      W swoich wierszach prostym, nieporadnym piórem próbowała opisać głównie trudy pracy fizycznej, a nawet procesy technologiczne w jej fabryce. Stąd debiutancki tomik wierszy, wydany w Bibliotece Literackiej Gorzowskiego Towarzystwa Kultury w 1980 roku, jest zatytułowany „ Polimer granulowany”. Jak przystało na poetkę – amatorkę, nie uprawia liryki wysublimowanej, iskrzącej się bogactwem metafor. W prostych, nieraz nieporadnych strofach , ujawnia swoje przeżycia, obserwacje, snuje marzenia. Często sięga do własnych przeżyć i dramatycznych doświadczeń. W opublikowanym przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury zbiorku pt. „ I ciągle jestem do nazwania „ ( Warszawa 1984), poetka wyznaje : „ Przyjacielu / pisanie jest / podróżą /  mojego wnętrza….” . I tak jest rzeczywiście – autorka lirycznych obrazów nie tylko opisuje świat dookolny, lecz również stara się wyartykułować swoje bogate „ ego”.

    Przez kilka lat, Maria Przybylak, której  twórczość należy postrzegać przede wszystkim w kategoriach socjologicznych interesującego zjawiska, a nie jako wytwory artystycznie dojrzałej  mowy wiązanej, była działaczką gorzowskiego ośrodka Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury i co roku organizowała w zakładowym ośrodku wczasowym w Lubniewicach kilkunastodniowe „ warsztaty poetyckie”. Pomimo  jej licznych zaproszeń , niestety nie udało mi się uczestniczyć w lubniewickich imprezach. Pani Maria była srogo zagniewana, aż wreszcie przestała słać zaproszenia….Dziś, gdy mógłbym pojechać, jest już za późno. Zabrakło pieniędzy na tę działalność o zasięgu ogólnopolskim , a i sam zakładowy ośrodek jest zapewne w likwidacji po tym, gdy w zakładach gościł były premier Bielecki i gniewnym głosem wyraził zdziwienie, że „ Stilon” , przeżywający kłopoty produkcyjne i finansowe, stać na wydatki na tzw. sferę socjalną. Nie mnie komentować to wydarzenie, choć jakoś smutno się zrobiło…>>

List do bratanka,Jacka Łukaszewicza.( 3 )

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 3 )

Jacku!

 

Byłeś drugim dzieckiem mojego ukochanego, choć niepokornego i nieodgadnionego  Brata.          Nie od razu przygarnęliśmy  Ciebie i twoją Mamę do naszej rodziny. Sytuacja była specyficzna, dla nas trudna i dobrze, że tego nie pamiętasz. Ale czas uleczył rany, pozwolił zapomnieć o tym co złe było i dla nas trudne. I wreszcie stało się pojednanie, pełna akceptacja i pokochanie Was całym sercem. A droga ta zaczęła się tak.

Nasza znajomość zaczęła się bardzo dawno. Tak dawno, że może nie powinnam pamiętać. Był rok  1965 . Ale widzę w jasnym świetle ten czas, jakby to było zaledwie wczoraj. Pewnie  to właściwość ludzi starzejących się, że przeszłość jest stale żywa. Ale tak było też wtedy, gdy jeszcze pracowałam intensywnie zawodowo i wychowywałam gromadkę dzieci. Zachowałam pamięć przeszłości, może z lukami, ale jak na razie nikt tego nie weryfikuje. Bo Bliscy odeszli….

Otóż zdarzyło się, że Twój Tato porzucił Gorzów i pierwszą rodzinę zostawiając nas w smutku , z raną w sercach, bo została osamotniona niespełna dwuletnia Iwonka, jego córeczka. Nie zapomnę sceny, gdy odchodził. Mieszkaliśmy wtedy w Gorzowie, przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i działo się to w korytarzu naszego dużego mieszkania. Gdy Zenon był już przy drzwiach wyjściowych, wzburzony jakąś awanturą, której właściwie nie słyszałam- pewnie Mama miała pretensje, wybiegła za nim Iwonka. Dzieciaczek z przeraźliwym szlochem rzucił się do nóg ojca, złapał go łapkami za podudzia i łkał rozpaczliwie.  Zenon w szale odchodzenia, odtrącił dziecko i wybiegł. Scena ta okrutna przerażająca została   wbudowana w moje oczy na wieki wieków…. Jak bardzo bolało serce, nie muszę pisać….  Więc trudno się dziwić, że  wszyscy mieliśmy problemy z akceptacją kolejnego faktu. Otóż po pewnym czasie Zenon w którymś z listów do Matki napisał o małżeństwie z Gertrudą Fajger ( znaną wtedy dziennikarką Zielonogórskiego Radia)  i urodzeniu się wspólnego Syna. Mama milczała, zapiekła w swoim bólu, nie chciała przyjąć do wiadomości i zaakceptować tej drugiej rodziny syna . Wszak dla niej ślub kościelny był wyznacznikiem jasnej drogi życiowej, wykluczała zdrady, rozwody i nowe związki. Trzeba pamiętać, że były to wczesne lata 60 XX wieku, więc nieomal wszyscy tkwiliśmy w tradycji. Od tego czasu minęła epoka w sensie czasowym i mentalnym. Ale chyba niezależnie od tego zawsze każda matka chce by jego dziecko nie miało w życiu żadnych zakrętów a tym bardziej niebezpiecznych wiraży, by było szczęśliwe i dawało to szczęście innym…

Ciężkie i smutne milczenie trwało dość długo.

 I oto któregoś dnia roku 1965, gdy rozpoczęłam edukację w LO , startowałam, jak zwykle bywało, w jakimś konkursie recytatorskim. Odbywał się w Międzyrzeczu. I zupełnie niespodziewanie zjawił się tam Zenon. Nie pomnę, czy był w jury, czy tylko znalazł moje – nasze, nazwisko na liście uczestników i postanowił przyjechać. Pewnie dzięki jego protekcji zdobyłam tam nawet pierwsze miejsce, zresztą nie przywiązywałam należnej wagi do wszelakich podobnych wydarzeń w moim życiu. Byłam zaskoczona i  szczęśliwa ze spotkania z Bratem, bo kochałam Go bardzo. Wszak był moim jedynym w dodatku starszym Bratem. Ale przeżyłam kolejne zaskoczenie, bo przedstawił mi swój plan. Otóż postanowił zabrać mnie do Zielonej Góry. Nie byłam pewna, czy Rodzice się zgodzą, więc grzecznie zadzwoniłam do nich z pytaniem . Mama obojętnym głosem odpowiedziała, bym robiła tak, jak chcę. Pewnie też Jej serce przyspieszyło, ale nie dała tego po sobie poznać. Prawdziwa z Niej góralka była, taka z krwi i kości, zapiekła i pamiętliwa. 

 Pojechaliśmy więc do Z.G. jakimś samochodem redakcyjnym …..

 

 To na razie tyle, ciąg dalszy w następnym liście. Nie chciałabym Ciebie nużyć przewlekłym czytaniem…

pozdrawiam bardzo serdecznie Ciebie i Twoją Rodzinkę – ciocia Zosia- siostra Twojego Taty

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. „Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz.1.

 ” Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” jest  rocznikiem  zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego.   Ukazuje się od 1837 roku. Artykuł ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”  znajduje się w rozdziale : Szpitale Warszawskie w tomie  CXXXIV: nr 2/1998. Jego autorem jest dr  Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz , 

 

” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 1 ).

 

 << Zagadnienie lecznictwa dziecięcego praktycznie do XIX wieku nie istniało. Dzieci ludzi bogatych leczone były sporadycznie przez lekarzy internistów, młodsze zaś przez lekarzy położników. Natomiast chorujące dzieci biedoty miały z góry wypisany wyrok na życie. A właśnie te najczęściej zapadały na zdrowiu z powodu biedy, głodu, żyjąc w zatłoczonych, wilgotnych mieszkaniach, w złych warunkach sanitarno- epidemiologicznych.

     Istniejące od lat domy dla podrzutków, dzieci niechcianych, panieńskich, okrytych hańbą, przyjmowały te istoty, nierzadko upośledzone fizycznie czy umysłowo. Te zakłady filantropijne lub organizowane przez fundacje religijne ( zakony) czy społeczne były ubogie, cieszyły się złą sławą. Z powodu skąpych środków finansowych dzieci żyły w brudzie, niedostatku, wśród szerzących się chorób zakaźnych. Następowały liczne masowe zgony wśród wychowanków.

     Wysoka śmiertelność, niedożywienie, złe warunki bytowe przy wzrastającej liczbie porzucanych dzieci w wiekach XVII i XVIII stawały się zagadnieniem społecznym nie tylko w Polsce, ale także w wielu krajach europejskich. Dotychczasowe domy dla podrzutków, zakłady u zakonnic dla sierot starano się przekształcać w oddziały szpitalne w celu leczenia dzieci.

     Pierwszy szpital dla dzieci powstał w Londynie w 1779 roku, a więc już w końcu XVIII wieku , w ślad za nim w Paryżu ( 1802) i tak w rozwoju pediatrii od początku XIX wieku prym wiodła Francja. Następne szpitale dziecięce powstawały w Wiedniu ( 1837) , Sztokholmie ( 1845) , Padwie ( 1882), Petersburgu i w innych miastach europejskich….>>

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Henryk Krysiak.

Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 94-97 mój brat opowiada o Henryku Krysiaku. Chcę ocalić od zapomnienia tego niebanalnego człowieka, zdolnego, o poplątanym życiorysie i ostatecznie tragicznym losie i dlatego wrzucam w całości ten tekst.

Zastanawiam się nad tym, jak dalece sami układamy sobie życie, kierujemy swoimi dziejami a może jesteśmy tylko liściem , który kiedyś spada i miota nim wiatr po bezdrożach…….

 << Henryk Krysiak

 

  Mało go  kto z pewnością pamięta , nie wie, iż w dziejach gorzowsko- zielonogórskiej prasy codziennej jego nazwisko w minionych latach pojawiało się dość często, sygnując teksty publicystyczne i reportażowe. Poznałem go bodajże we wczesnych latach sześćdziesiątych , gdy jeszcze redagowałem „ Stilon Gorzowski”- gazetę zakładową, obejmującą jednak swoim zasięgiem miasto, a zwłaszcza jego problemy kulturalne. Przyjechał z Łodzi z dyplomem inżyniera  włókiennictwa i został asystentem dyrektora naczelnego Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych „ Stilon”. Była to niezła fucha, bardziej reprezentacyjna aniżeli pracochłonna. I odpowiadała mu w zupełności , gdyż daleki był od technokratycznych aspiracji. W imieniu dyrektora udzielał  informacji prasie , reprezentował go na różnych konferencjach i imprezach. Od razu zauważyłem, że ze względu na wszechstronne zainteresowania humanistyczne właśnie taka praca najbardziej mu odpowiada, nie związana bezpośrednio z produkcją. Do tego miał odpowiednie predyspozycje – zawsze elegancko ubrany, elokwentny, umiejący wzbudzić zaufanie. W krótkim czasie zaczął pisywać na różne tematy w mojej gazecie, został członkiem kolegium redakcyjnego, żywo uczestniczył społecznie w redagowaniu pisma, chociaż i upominanie się  wyższe honoraria nie było mu obce. Po prostu był pragmatykiem , cenił swoje możliwości, dopracowywał się coraz lepszego, sprawniejszego pióra. Z czasem też zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek obdarzony talentem dziennikarskim i literackim, że z konieczności i bez zbytniego entuzjazmu przebywa w tym zakładzie , którego produkcja tak naprawdę go zbytnio nie interesuje. Ale zarazem pełnienie funkcji reprezentacyjnych w owym okresie prosperity zakładu wymagało uczestniczenia w suto zakrapianych alkoholem przyjęciach, organizowanych dość często dla miejscowych władz i gości z łódzkiego zjednoczenia lub z jakiś resortowych ministerstw. I Henryk Krysiak ani się spostrzegł , jak zdołał się przyzwyczaić do tego wystawnego trybu życia , do tych hojnie serwowanych koniaków, jak uzależnił się od alkoholu. Nie dostrzegł w porę wynikających stąd zagrożeń dla zdrowia.

     Poznaliśmy się bliżej podczas pewnej eskapady za miasto. W tymże bowiem czasie w podgorzowskiej Kłodawie mieszkał Zygmunt Trziszka , późniejszy dziennikarz „ Gazety Zielonogórskiej „ i autor wielu książek prozatorskich. Był tam nauczycielem, kiedyś jego debiutancki tekst wydrukowałem w „ Stilonie Gorzowskim „. Gdy zjawił się w redakcyjnym pokoju podczas kolejnej wizyty, a był przy tym akurat Henryk Krysiak , zgadaliśmy się iż warto by było się udać w zbliżającą się sobotę na wiejską zabawę do Kłodawy, aby zobaczyć jak też bawią się ludzie na wsi. Decyzja zapadła. I oto w późne sobotnie popołudnie , wsiedliśmy z Henrykiem d taksówki , aby udać się do Kłodawy. Na miejscu rachunek opiewał gdzieś na około 300 złotych i został uregulowany przez mego współtowarzysza podróży pod warunkiem , że kiedyś zwrócę mu połowę kwoty. Niestety, nigdy już nie nadarzyła się ku temu sposobna okazja…

    Świetlica w Kłodawie była wspaniale ozdobiona kolorowymi lampionami, Zygmunt Trziszka z żoną czekali już przy stoliku, dużo dobrego jadła i wódki. I wcale niezły zespół muzyczny. Zygmunt tańczył prawie cały czas z żoną, my- zdani tylko na siebie, gdyż jakoś dziwnie nie było przy sąsiednich stolikach urodziwych dziewcząt do tańca- rozmawialiśmy na luzie o literaturze, o własnych fascynacjach twórczością wybitnych pisarzy. Krysiak był bardzo oczytany i wygłaszał kompetentne opinie. Rozmowa z nim należała do prawdziwych przyjemności. Zarazem uznaliśmy, że nie będziemy wznosić specjalnych okazjonalnych toastów , tylko po prostu każdy z nas może napełniać sobie kieliszek gorzałą, kiedy tylko zapragnie. Obserwując kątem oka salę, dostrzegłem zarazem, że Krysiak coraz częściej sięga po flaszkę. Było to tempo zbyt duże nawet dla mnie, na miarę ówczesnych możliwości. Faktem jest, że ranek powitaliśmy w mieszkaniu Trziszki w raczej żałosnej kondycji. Chociaż Krysiak, młodszy ode mnie, jakby lepiej zniósł tę zabawę….

   Wkrótce potem wyjechałem do Zielonej Góry, a niebawem przyjechał  do niej Henryk. Rozwiódł się, porzucił intratną pracę, zapragnął zawodowo „ załapać” się w dziennikarstwie. Niestety, ciągnęła się już za nim legenda tęgiego pijaka. I chociaż nieźle znał się na ekonomii , sprawnie władał piórem, miał spore kłopoty z uzyskaniem etatu. Przez pewien czas był przedstawicielem „ Trybuny Ludu” , a później dostał się do „ Gazety Zielonogórskiej „, gdzie opublikował sporo tekstów publicystycznych chyba niezłej jakości. Niestety, zbyt częste alkoholowe periody powodowały zaniedbywanie dziennikarskich obowiązków i po pewnym czasie Krysiak musiał opuścić redakcję. To jednak nie opamiętało go- było już po prostu za późno. Pił coraz więcej, chodził coraz bardziej zaniedbany , niedożywiony, a jego mieszkanie przy Ptasiej coraz bardziej przypominało melinę. Przy końcu życia egzystował na marginesie środowiska. Żył zapewne już tylko z tego, co udało mu się sprzedać. Pewnego razu, po dłuższej libacji z pewnym zielonogórskim fotoreporterem , serce Henryka Krysiaka zatrzymało się na zawsze. I nawet nie wiem, czy jego zwłoki spoczywają na miejscowym cmentarzu. Odszedł w pełni sił twórczych człowiek zniszczony przez alkohol, o niewątpliwych zdolnościach dziennikarskich i nieprzeciętnej inteligencji. A przecież mógłby zostać  wybitnym publicystą, znanym reporterem lub znakomitym redaktorem funkcyjnym. A może znanym i uznanym pisarzem?

     A tak, pozostawił p sobie  wiele tekstów , opracowanych niekiedy na kanwie własnych doświadczeń, m. in. cykl przejmujących relacji o dramatycznych przeżyciach alkoholika, opublikowanych w „ Stilonie Gorzowskim „ już po moim wyjeździe z Gorzowa, niezły reportaż „ Jeden dzień inżyniera”, wyróżniony w konkursie ogólnopolskim na reportaż o tematyce współczesnej, związanej z regionem zorganizowanym przez Komitet Organizacyjny „ Święto Prasy” , Wydział Kultury WRN, oddział ZLP, LTK i redakcję „ Nadodrza” w 1976 roku. I pozostał  pewien reportaż…Zbigniewa Ryndaka, którego bohaterem jest właśnie Henryk Krysiak. Będąc już na rencie, zaprosił do siebie Ryndaka, ten wziął pół litra wódki i magnetofon. I nagrał wstrząsającą relację Henryka  własnej poplątanej biografii. Tekst Ryndaka, zatytułowany „ Aria na strunie G” został po latach również nagrodzony, a następnie w wersji skróconej i poprawionej opublikowany w jednym z magazynowych wydań „ Gazety Nowej”, tym razem pod tytułem „ Inna barwa księżyca”. >>

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 2 )

List do bratanka, Jacka ( 2)

Jacku!

W czasie naszego zielonogórskiego , jedynego takiego spotkania , kiedy to  żegnaliśmy Zenona,  z wielką przyjemnością słuchałam Twoich krótkich opowieści o Twoich Synach. Jaki dumny byłeś , że są dorośli, mądrzy i  świadomi swojego miejsca na tym łez padole. I ja słuchając , podwójnie dumna byłam, gdyż to Wnuki mojego Brata, ukochanego, chociaż jakże niepokornego. To moja krew, nasza krew…zachowałam ich zdjęcia , które zamieścił mój Tato, a Twój dziadek Wacek w naszym albumie. Jedno z chrztu Tomka, niemowlak to niewielki jeszcze, spod jakiegoś ozdobnego nakrycia wystają gołe stópki. Wzruszające….I nadaliście mu  imię – Tomasz. Toż to nasze, rodzinne. Twój pradziadek Łukaszewicz, ojciec Wacława, który z kolei był ojcem  Zenona nosił to piękne imię męskie. I drugi syn- Dominik- wszystko jak widzisz pamiętam….

A oto te zachowane u nas zdjęcie….Pozdrawiam Ciebie  , myślę o Tobie, o Was dalekich ale bliskich sercu…ciocia zosia

 

JacekTomekChrzest.JPG

 

Australia, Sydney. Chrzest Tomka.

O dr Marii Barbarze Chmielewskiej- Jakubowicz.

Ale zanim rozpocznę wrzucanie tekstu artykułu dr Baśki,  warto zapoznać się z sylwetką autorki.

W internetowej Gazecie Stołecznej z dnia 18.06.1996,  przeczytałam o  rodzicach Marii Barbary Chmielewskiej-Jakubowicz :

Matka Baśki, Halina była pediatrą .

„ W 1927 r. zawarła związek małżeński ze Stefanem Chmielewskim , doktorem filozofii i magistrem prawa. Po roku urodziła się im córka Maria Barbara . Małżonkowie urządzają mieszkanie przy Długiej 42, wychowują córkę. Tak mija ponad dziesięć lat do wybuchu II wojny. Praca zawodowa po dziesięć godzin na dobę . Leczenie dzieci w jednej z najbiedniejszych dzielnic miasta – Starówce – niedożywionych, stłoczonych, często w izbach bez kanalizacji, przy niedostatku łóżek w szpitalach – nie było łatwe dla młodej lekarki….”

W portalu „Powstańcze biogramy” znajduję kilka lakonicznych słów o ich córce, Marii Barbarze Chmielewskiej- Jakubowicz-  naszej dr Baśce:

„Ur. 1928.06.20 w Warszawie imiona rodziców- Stefan, Halina

Przed Powstaniem Warszawskim mieszkała: Warszawa ul. Długa 42/15

Sanitariuszka, oddział „Bakcyl” (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej) – Grupa „Północ” – szpital polowy ul. Długa 42

Szlak bojowy:

Stare Miasto do 2.09.1944 r. 

Potem  wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.”

W tych  suchych informacjach  ukrywa się prawdziwy dramat tej młodej dziewczyny jej ukochanego miasta i mieszkańców Warszawy….

 

Idę tropem dziejów dr Baśki. W rozmowie telefonicznej  potwierdza informację nt jej dzieciństwa w kamienicy przy ul. Długiej i młodości przerwanej wojną , okupacją niemiecką a potem tragedią Powstania. Zapytana o to, co mogłaby opowiedzieć o  pracy  w czasie Powstania, odpowiada ze zmienionym głosem w którym wyczuwam jakieś drżenie.  Tak, byłam sanitariuszką….przez wiele dni , do początku września przebywałam w podziemiach szpitala , nieustannie dyżurując, miotając się pomiędzy rannymi, usiłując im pomóc, zmienić opatrunki, których brakowało, asystowałam przy amputacjach kończyn i wszędzie była tylko krew, krew , ropa i jęki rannych….straszliwe to doświadczenie dla młodej osoby ….Może jeszcze kiedyś zapytam o Jej odczucia nt sensu tego Powstania…

I widzę Warszawę, mordowaną, paloną,  burzoną, tysiące trupów w ruinach , wypędzenie tych, którym udało się przeżyć….a w internecie tylko napisali  „Potem  wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.”…..